czy catzy zdradzi Ci sekret pięknych włosów i skutecznej kuracji przeciwłupieżowej?

18 sierpnia 2018



Heeeej! Dzisiaj wróciła do nas wakacyjna pogoda, więc lecimy z niej skorzystać i nie będę za dużo gadać tylko przechodzę od razu do konkretów. Zapraszam Was do recenzji szamponów marki Catzy, o której dowiedziałam się stosunkowo niedawno, kiedy to otrzymałam intrygujący mail dotyczący sekretu pięknych włosów. Mail był zniewalający, a wszystko było owiane tajemnicą, wiedziałam tyle, że nie mogłam się doczekać aż dostanę przesyłkę i będę mogła sprawić, że moje włosy będą w genialnym stanie. Mimo że nie miałam pojęcia o co chodzi ani co dostanę, spodziewałam się jedynej w swoim rodzaju kampanii reklamowej. No i do testowania dostałam szampony przeciwłupieżowe; jeden - czerwony do każdego rodzaju włosów, a drugi - zielony do włosów przetłuszczających się. Szkoda tylko, że mam włosy normalne i nie mam łupieżu, więc za wiele Wam nie powiem. Na szczęście siostra przetestowała dla mnie zieloną wersję, a ja o czerwonej powiem Wam ogólnie co i jak. Enjoy!

Catzy, Laboratories
szampony przeciwłupieżowe 


Szampony Healing zawierają 1% pirytionianu cynku; jest to substancja posiadająca właściwości przeciwbakteryjne oraz przeciwgrzybiczne. Natomiast, zielona wersja, została dodatkowo wzbogacona o ekstrakty z brzozy, rozmarynu, rumianku i pokrzywy, które posiadają właściwości przeciwłojotokowe i przeciwłupieżowe. Szampony są przeznaczone do stosowania w przypadku łupieżu do każdego rodzaju włosów, jak i do tych przetłuszczających się.

Sposób użycia: Przed użyciem należy wstrząsnąć. Niewielką ilość szamponu należy nanieść na mokre włosy, wmasować i spienić. Szampon należy pozostawić na włosach na kilka minut, a następnie spłukać obficie wodą. Czynność powtórzyć. Stosować codziennie, aż do uzyskania efektu kuracji.
W przypadku dostania się preparatu do oczu, przepłukać obficie wodą. 


Co to jest ten pirytionian cynku?
Jest to substancja czynna, która skutecznie zwalcza grzyby i pasożyty, hamuje podziały komórkowe oraz spowalnia proces odnawiania się komórek skóry, działa przeciwłojotokowo, przeciwłupieżowo i łagodzi stany zapalne.. Jest stosowana w zwalczaniu chorób skóry głowy. Pomaga zwalczyć suchy, jak i tłusty łupież; zapobiegając jego nawrotom. Substancja nie rozpuszcza się w wodzie, a zostaje na skórze w postaci krystalicznej, dzięki czemu działa nawet po zmyciu szamponu. 
Według SCCS, maksymalne 1% stężenie pirytionianu cynku w spłukiwanych produktach jest bezpieczne

WERSJA CZERWONA, do każdego rodzaju włosów

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamide DEA, Zinc Pyrithione, Parfum, Cl 42080, Methylchloroisothiazolinoone, Methylisothiazlinone. 

Szampon otrzymujemy w kartoniku, wszystko ze sobą współgra kolorystycznie i mamy na opakowaniu same najważniejsze informacje. Opakowanie jest zrobione z dosyć grubego tworzywa, bo nawet pod światło nie zobaczymy zużycia produktu, ale to dobrze. Zamknięcie jest również solidne, na zatrzask i na pewno nic nam się nie rozleje. Szampon ma zaskakujący zielono-niebieski kolor i jest dosyć gęsty i zbity. Niewiele wystarczy, żeby nałożyć na skórę głowy, jak i na włosy, od razu zaczyna się fajnie pienić, dzięki czemu w wygodny i szybki sposób możemy umyć włosy. Zapach ma dosyć specyficzny, lekko migdałowy, ale mi się podoba.
W kwestii działania; nie mam pojęcia co z tym łupieżem. Może kiedyś, jak mnie on dopadnie to sprawdzę wtedy działanie tego szamponu. Wydaje mi się, że przez to, że nie zmagam się z łupieżem szampon mógł mi trochę wysuszyć skórę głowy i ją podrażnić, na szczęście po odstawieniu szybko to minęło. Na razie mogę powiedzieć Wam tyle, że szampon super oczyszcza włosy, nadaje się też do zmywania olejów, nie plącze ich i nie powoduje u mnie większego przetłuszczania się. Poza tym, po umyciu włosów tym szamponem, wyglądały one dobrze i miały większą objętość
Czerwoną wersję należy zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia.

WERSJA ZIELONA, do włosów przetłuszczających się 

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamide DEA, Zinc Pyrithione, Propylene Glycol, Alcohol, Betula Alba Bark Extract, Chamomilla Recutita Flower Exract, Urtica Dioica Leaf Extract, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Parfum, Cl 42080, Methylchloroisothiazolinoone, Methylisothiazlinone.

Wersja zielona ogólnie ma takie same właściwości. Fajne i solidne opakowanie, konsystencja i kolor taki sam, jak w czerwonej wersji, informacje na opakowaniu również są niemal identyczne. Jedyna różnica to zapach, jest dużo bardziej ziołowy, typowy dla szamponów do włosów przetłuszczających się.
Co do działania. Szampon również bardzo dobrze myje włosy, oczyszcza je i odświeża. Nie plącze włosów i dodatkowo nie wysusza ich. Nie przetłuszcza włosów, ale też nie przedłuża ich świeżości, a trochę szkoda. Z łupieżem radzi sobie całkiem okej, po krótkim czasie widać różnicę, że jest go zdecydowanie mniej. Natomiast po ok. 2-óch tygodniach można pozbyć się go całkowicie. Aczkolwiek siostra i tak stwierdziła, że na tle innych szamponów niczym szczególnym się nie wyróżnia - jest okej.
Zieloną wersję należy zużyć w ciągu 12 miesięcy od otwarcia.



Fajnie jest to, że szampony są na maksa tanie, dostępne w Internecie oraz w aptekach. Są mega wydajne i wiadomo, że nadają się tylko do używania w kryzysowych sytuacjach, kiedy walczymy z łupieżem. Nie jest to mój sekret pięknych włosów, bo nie są to szampony dla mnie. Mimo wszystko uważam, że za taką cenę warto je wypróbować, bo widziałam sporo pozytywnych opinii na ich temat, a i moja siostra bardzo nie narzekała ;).
Dajcie znać mi i innym czytelnikom, czy znacie te kosmetyki i czy pomógł Wam z łupieżem :))


Roge Cavailles, kremowy prysznic z masłem shea i magnolią

16 sierpnia 2018


Cześć! Co tam? Ja Wam powiem szczerze, że ostatnio mega się cieszę na tą trochę gorszą i mniej wakacyjną pogodę. Trochę wytchnienia, odpoczynku od upałów, które są dla mnie na maksa męczące. Czekam na burze, bo uwielbiam błyskawice, grzmoty oraz deszcz. Poza tym, jestem zaskoczona tym, jak ostatnio wszystko dobrze się układa, dzień za dniem leci w lekko przyspieszonym tempie, a ja działam, planuję, zmieniam i po prostu się cieszę. Gdyby ktoś mi powiedział rok temu, że właśnie takie będę mieć teraz odczucia i tak będzie wyglądało moje życie to bym go wyśmiała. Poważnie. Bierzcie życie takim, jakie jest wszystko; jest po coś i warto doceniać nawet te beznadziejne rzeczy, bo karma wraca i szczęście jest przed Wami. 
Żeby nie zacząć pisać od rzeczy, zamykam się i zapraszam Was na recenzję kremu pod prysznic o wspaniałym zapachu, marki Roge Cavailles, którą poznałam dzięki tegorocznej konferencji Meet Beauty :)!

Roge Cavailles, krem pod prysznic
masło shea & magnolia


Krem pod prysznic od Roge Cavailles został specjalnie stworzony do mycia skóry suchej oraz wrażliwej. Został wzbogacony o masło shea, które odpowiedzialne jest za głębokie odżywienie oraz chroni skórę przed wysuszeniem. Zapach jest bardzo delikatny, został lekko podkręcony ekstraktem z magnolii, dzięki połączeniu z bogatą kremową konsystencją zmieniają codzienny prysznic w przyjemny rytuał. Po zastosowaniu kremu pod prysznic, będziesz cieszyć się miękką, sprężystą oraz nawilżoną skórą. 

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Glycerin, Acrylates Copolymer, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Lauroyl Glutamate, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Potassium Olivoyl Hydrolyzed Oat Protein, Butyrospermum Parkii Butter, Olive Oil PEG-7 Esters, Polysorbate 20, Magnolia Officinalis Flower Extract, Xanthan Gum, Glycol Distearate, Parfum, Citric Acid, Cocamide MEA, Titanium Dioxide, Sodium Benzoate, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA.


Krem pod prysznic marki Roge Cavailles znajduje się w przeźroczystej butelce, która utrzymana jest w spokojnej i delikatnej kolorystyce, co od razu kojarzy się z tym, że sam produkt też będzie delikatny i odpowiedni dla naszej skóry. Napisów jest sporo po francusku, ale na szczęście na odwrocie znajdziecie również dodatkową naklejkę z informacjami w języku polskim. Butelka jest bardzo wygodna w trzymaniu i użytkowaniu, nie zdarzyło mi się,żeby miała mi wypaść z dłoni. Zamknięcie jest bardzo solidne, Nie ma opcji, żeby się samo otworzyło czy coś przeciekało, a towarzyszył mi na niejednym wyjeździe.


Konsystencja jest rewelacyjna. Bardzo kremowa, nie za gęsta, nie za rzadka, a za to idealna i delikatna. Dla mnie rewelacja, czułam się trochę jak dziewczyna z reklam produktów pod prysznic, które otulają się kosmetykiem i wyglądają, jak w niebie. Mega. Poza tym, konsystencja była zbawienna dla mnie, gdy przezywałam poparzenie słoneczne, tak miło krem otulał moje ciało, nie podrażniał, a miałam wrażenie, że dodatkowo koi i łagodzi czerwoną skórę pod prysznicem. A zapach jest mega strzałem w 10! Delikatny, trochę maślany, da się wyczuć masło shea, które za chwile jest złamane pięknym, świeżym, kwiatowym zapachem magnolii. Dla mnie połączenie idealne.


Jak już wyżej pisałam, krem pod prysznic jest bardzo delikatny, łagodzi podrażnienia, nie powoduje żadnych alergii, nic nie piecze, nawet przy bardzo podrażnionej i poparzonej skórze, ten krem daje mega ukojenie. Początkowo bałam się trochę że taka konsystencja nie będzie współgrała z myjką i będę musiała bezpośredni aplikować krem na skórę, co przenosi się na wydajność. Na szczęście, z myjką fajnie współpracuje. Lekko, ale wystarczająco zaczyna się pienić i niewielka ilość wystarczy na użycie kremu na całe ciało. Zapach jest piękny, utrzymuje się też potem na skórze, no i myje bardzo dobrze. Mogę też powiedzieć, że krem pielęgnuję skórę, nie wysusza jej, lekko nawilża i zostawia ją w naprawdę fajnym stanie, miłą i gładką w dotyku. Praktycznie zawsze o kąpieli aplikuję na ciało jakiś balsam,ale wiadomo, że od czasu do czasu brakuje nam czasu albo po prostu mi się nie chce. Wtedy skóra i tak nie jest napięta ani wysuszona, co przemawia za tym, że ten krem pod prysznic wykonuje swoje zadanie bardzo dobrze.


Podsumowując, dla mnie kosmetyki pod prysznic mają głównie myć, pięknie pachnieć i nie wysuszać skóry. Ten krem pod prysznic gwarantuje mi nawet więcej niż te podstawowe wymagane rzeczy. Pielęgnuje moją skórę, lekko ją nawilża i dba o nią w taki sposób, że po wyjściu spod prysznica jest w naprawdę świetnej kondycji. Nie mam mu kompletnie nic do zarzucenia, fajnie się go stosuję bezpośrednio na skórę, jak i na myjkę, w każdej sytuacji jest wydajny, czego bym się nie spodziewała po takiej konsystencji. Na konferencji miałam możliwość sprawdzić pozostałe zapachy kremów, jak i olejków pod prysznic i bardzo chętnie przetestuję je wszystkie! Produkty Roge Cavailles znajdziecie niektórych aptekach oraz drogeriach.


Dajcie znać, czy znaliście markę wcześniej czy jest ona dla Ws taką samą nowością, jak i dla mnie! ;)


Dlaczego propsuję aktywność fizyczną

14 sierpnia 2018



Hej! Ostatnio mam masę energii, którą spożytkuję w przeróżny sposób. Sprzątam, ogarniam, wyrzucam, planuję i wróciłam do w miarę regularnych treningów. Piszę 'w miarę', bo nie mam ustalonych konkretnych dni, w które muszę ćwiczyć, ale jak mam dłuższą chwilę i mogę się ruszyć, to czego nie? Moim małym celem i jestem zadowolona jeżeli udaje mi się ćwiczyć minimum 3 razy w tygodniu. Jeżeli częściej to jeszcze lepiej! Ale to też działa w drugą stronę, jeżeli zrobię jeden trening w tygodniu trudno, fajnie, że chociaż jeden dzień udało mi się ruszyć tyłek. Bez spiny!
W sumie bycie fit jest cały czas na topie, a od kilku lat siłownie są oblężone nie tylko po Sylwestrze, ale wiem, że sporo jest jeszcze osób, które chciałyby zacząć, ale zawsze znajdzie się jakaś wymówka, odkładamy to na kolejny tydzień, miesiąc albo w ogóle kolejne stulecie. Znam to. Sama chodziłam na siłownię, karnet miałam jakieś 2-3 lata, a były miesiące, że nie pojawiałam się tam ani razu, bo COŚ. Więc będę mówić ze swojego doświadczenia; dlaczego ja ćwiczę, co mi to dało i jak się zmotywowałam, do czego zainspirowały mnie ostatni zakup, buty, które idealnie nadają się do ćwiczeń.


Dlaczego postanowiłam ćwiczyć?

Od zawsze byłam ruchliwym dzieckiem. W szkole jeździłam na wszystkie możliwe zawody, nawet w znienawidzoną prze ze mnie piłkę ręczną. Jakoś tak wychodziło. Potem pokochałam pływanie i siatkówkę, mocne treningi trzy razy w tygodniu, a na wakacjach obozy sportowe to było coś na co czekałam. Uwielbiałam to! Ale wiadomo, nie było to na tyle profesjonalne, że przetrwało i tak w liceum się zasiedziałam. Za dużo nie robiłam, bo mi się nie chciało, a najlepszym treningiem dla mnie było przetańczenie w klubie całej nocy w weekend. #zdrowo Ale w końcu zatęskniło mi się za jakimś ruchem.
Poza tym, ciało się zmieniało... Co prawda nigdy nie byłam gruba, taka budowa ciała, jestem niska, drobna i tragedii nie ma, ale nie mam ciała jak laski z instagrama. A fajnie byłoby takie mieć i to jest jeden z tych powodów, dla których ruszam swoje cztery litery  zapisałam się na studiach na siłownię. Ruch był, co prawda amatorski, ale było fajnie.
W tamtym roku moje życie zmieniło się o 180 stopni. Przeprowadzka z Lublina, drastyczne zmiany w życiu prywatnym, a dla mnie był to sygnał, że jest to idealny moment na jeszcze większą zmianę swojego życia. Chciałam być z siebie dumna, zadowolona i wtedy dotarło do mnie, że nie mogę uzależniać swojego szczęścia od osób trzecich, a nawet drugich i że jeżeli nie będę szczęśliwa sama ze sobą, to nikt inny tego prawdziwego szczęścia mi nie zagwarantuje. I bach, ćwiczyłam w domu.
Inna sprawa, która ma znaczenie cały czas to mój siedzący tryb życia i praca jaką wykonuję. Jestem tłumaczem, korepetytorem no i blogerką! Większość czasu siedzę, poza tym mieszkam w mieście, więc wszędzie mam blisko, nawet jeżeli chcę pojechać gdzieś dalej np. do Rzeszowa, to i przystanek mam pod nosem. A najgorsze co może być to zasiedzieć się - człowiek flaczeje, rozleniwia się i tak leci dzień za dniem.


Jak się zmotywowałam?

Okej powody, dla których zaczęłam ćwiczyć są, ale to nie jest jeszcze wystarczające, żeby podnieść tyłek i się ruszyć. Mówić można wiele, ale żeby przejść do czynów to totalnie inna kwestia.
Najbardziej motywujący są dla mnie inni ludzie. Na siłownię zapisałam się, bo moja dobra koleżanka chodziła i mnie namówiła. W domu widziałam regularnie ćwiczącą siostrę, a obecnie mam narzeczonego, który też o siebie dba, a wiadomo, że chcę mu się podobać. Poza tym, instagram - kopalnia motywacji, dobrych dupeczek, które pokazują, że się da, a jak komuś się udaje, to dlaczego mi miałoby się nie udać?
Ja też objęłam inną strategię. Zaczęłam kupować; maty, buty, legginsy, stepy, obciążenia, koszulki i wszystko, co tylko mogło mi się przydać. A jak już wydałam na to pieniądze to głupio byłoby, żeby to leżało i się kurzyło. Jestem estetką, lubię rzeczy ładne, dlatego nie oszczędzałam ani na sprzęty ani na ciuchy Bo jak mi miło i przyjemnie się na coś patrzy albo mam na sobie super spodnie i top z motywującym napisem, to ćwiczenia same się robią!
Przy okazji, buty są bardzo ważną rzeczą. Ja znalazłam swoje idealne na Footway - Nike  Air Max. Są niesamowicie wygodne, lekkie i nogi same w nich się ruszają i prują do przodu. Mega wygodnie mi się w nich ćwiczy, chodzi, spaceruje i po prostu żyje. Mogę w nich nawet spać, bo tak bardzo je pokochałam. Przy okazji, powiem Wam, że buty na Footway są czasem tańsze niż na polskich stronach, a przesyłka dociera do Was zdecydowanie szybciej niż z polskich sklepów. Buty są wysyłane ze Szwecji i dotarły do mnie praktycznie w jeden weekend, więc też szybciej niż z polskich sklepów.
Ważne jest też znalezienie sobie treningów na yt, które Wam podpasują i z przyjemnością będziecie z nich korzystać. Jeżeli dobrze poszukacie znajdziecie coś dla siebie. Na yt znajdują się treningi 5-, 20-, 40-, 60- czy 90-minutowe treningi; cardio, tabata, taneczne, z elementami kick-boxingu czy typowo siłowe. Przygotowuję dla Was wpis, gdzie podzielę się z moimi ulubionymi :)
A jeżeli nie przepadacie za takimi treningami w domu na maksa polecam Wam basen albo squasha.


Co mi dają treningi i ćwiczenia?

Satysfakcję i radość. I to jest najbardziej ciesząca mnie rzecz. Wiadomo, że się nie chce, jesteśmy tylko ludźmi, fajnie jest leżeć i nic nie robić, ale mimo wszystko przeżyć życia w taki sposób nie chcę. A każdy skończony trening, zmęczenie i ból w mięśniach jest dla mnie sygnałem, że coś robię dla siebie, żeby czuć się lepiej. 
Zdrowie to kolejny czynnik, który też ma ogromne znaczenie. Zazwyczaj chorowałam raz w miesiącu; przeziębienie, grypa, angina, byłam do tego tak przyzwyczajona, że po prostu czekałam na to aż znowu się pochoruję. Od kiedy ćwiczę więcej, rzadko kiedy choruję, zdarza się, ale w porównaniu do tego, co było kiedyś to naprawdę jest różnica. 
Wygląd też się poprawia, skóra się ujędrnia, jest bardziej elastyczna, wygląda lepiej i zdrowiej. Ciało staje się smuklejsze, bardziej zbite, a mniej farfoclowate, tyłek się pojawia, brzuch znika, uda się nie ocierają, te efekty naprawdę się pojawiają i są motorem do kolejnego działania.


I żeby była jasność. Nie jestem treningowym freakiem, nie mam wyrzeźbionego brzucha (chociaż fajnie by było), nie ważę jedzenia, nie liczę kalorii, jem słodycze, mam cellulit i nie wali mi się świat jeżeli pominę trzy treningi pod rząd. Bez spiny, to ma być przyjemność. Zdaje sobie sprawę, że gdybym się spięła to efekty byłyby sto razy lepsze i zniewalające, ale nie mam zamiaru się katować i odmawiać sobie innych przyjemności albo uzależniać mojego życia tylko od treningów, bo wokół tego się ono nie kręci. Cała reszta, jak poprawa zdrowia, sylwetki, lepsze samopoczucie i tak się pojawia, co mnie cieszy. 
A Wy? Trenujecie coś? Lubicie ćwiczyć, czy się w ogóle nie spinacie?


Resibo, naturalny płyn mcelarny

12 sierpnia 2018


Dzień dobry. Jak tam weekend? Ja właśnie wracam z Lublina do domu po lekko meczacym weekendzie. Odwiedziłam koleżankę i stare śmieci, w piątek balowalyśmy do 6 nad ranem, więc wczoraj padlyśmy. Przy okazji bylam na mini zakupach i znalazłam sukienkę na wesele, więc mega. Ale powiem wam, że nigdy nie byłam tak super wyspana, a zarazem mega zmęczona, miał tak ktoś z Was kiedyś?
Wpis miał się pojawić wczoraj, ale wiadomo jak to jest na wyjazdach. Na szczęście nic nie ucieknie i pojawia się teraz :). Zapraszam was do zapoznania się z recenzją płynu micelarnego marki Resibo.

Resibo, naturalna świeżość skóry
płyn micelarny


Płyn micelarny delikatnie usunie makijaż, mocno nawilży i odświeży skórę. Przyciągnie zanieczyszczenia, jak magnes, pochłonie nadmiar sebum, zmyje cały makijaż, nawet oczu bez rozmazywania. jak i zniweluje ryzyko wystąpienia podrażnień czy alergii. Ponadto, posiada właściwości antybakteryjne i przeciwzapalne, zmniejsza przepuszczalność naczyń krwionośnych oraz zachowa naturalną równowagę skóry. Poza tym, płyn micelarny chroni skórę, poprawia jej ogólny wygląd, a także sprawi, że jest gładka, miękka oraz napięta. 
Buteleczka ze sprayem ułatwia dozowanie i zaewnia wydajność. 

Skład: Aqua, Glycerin, Propanediol*, Panthenol, Caprylyl/Capryl Wheat Bran/Straw Glycosides, Fusel Wheat Bran/Straw Glycosides, Mannitol*, Lecthin*, Salvia Officinalis Leaf Extract, Sodium PCA*, Sodium Lactate*, Soium Ccoyl Glutamate*, Polyglyceryl-5 Oleate, Glyceryl Capylate, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum.
Składniki aktywne: lecytyna, ekstrakt z szałwii, gliceryna oraz roślinny propanediol [naturalna substancja otrzymywana z kukurydzy].
*składniki posiadają certyfikat naturalności, w 98,3% naturalny, produkt vege

Sposób użycia: należy nasączyć płatek kosmetyczny niewielką ilością płynu lub bezpośredni spryskać twarz i przetrzeć skórę.


Płyn micelarny znajduje się w fajnej buteleczce z atomizerem, co bardzo ułatwia sprawę dozowania, dzięki czemu produkt jest bardziej wydajny niż normalnie. Poza tym, sama buteleczka znajduje się w fajnej tubce, wszystko wykonane jest z naturalnych rzeczy i nadaje się do recyclingu, za to plus. Na obu opakowaniach znajdują się wszystkie najważniejsze informacje dotyczące produktu. Poza tym, już kiedyś na instastory się jarałam tym, jak bardzo podoba mi się estetyka oraz design produktów z Resibo. Te kolory, dobór motywu, na maksa charakterystyczny, ładny i w dodatku rzucający się w oczy. Obok czegoś takiego nie przejdziecie bez zwrócenia uwagi, a tym bardziej zapadnie Wam to w pamięć.
Konsystencja jest wodnista, typowy płyn micelarny, niezawierający w sobie żadnych tłustych olejków. Nie pozostawia po sobie żadnego filmu na skórze. Zapach ma mega specyficzny, lekko przytłaczający, ale jednak ma coś w sobie takiego uzależniającego. Nie mam pojęcia, co mi przypomina, ale jest bardzo charakterystyczny.


Płyn bardzo fajnie radzi sobie z makijażem twarzy. Bardzo polubiłam bezpośrednio spryskiwać sobie nim twarz i dawać mu chwile, żeby mógł wsiąknąć w makijaż, a następnie wacikiem ściągam makijaż z twarzy. W taki sposób bardzo szybko wykonuje się demakijaż. Uważałabym na oczy, mimo że napisane jest, że makijaż oczu również zmyje ,ale mnie niestety podrażniał. Oczy mnie piekły i zaczynały łzawic. Nie działo się tak w momencie, kiedy najpierw piskałam na wacik, a dopiero potem zmywałam makijaż z oczu. Mimo wszystko wolałam na tę część twarzy stosować olejki albo jakiś konkretny produkt do demakijażu oczu. Aczkolwiek i tak, z twarzą radził sobie na tyle dobrze, że jestem bardzo zadowolona.


Jak widzicie płyn świetnie radzi sobie z demakijażem twarzy, ma super konsystencję, nie pozostawia po sobie żadnego filmu i specyficznie, ale intrygująco pachnie. Poza tym, jest naprawdę wydajny; atomizer jest genialny i dozuje odpowiednią ilość kosmetyku. Jedyne co mnie dziwi to fakt, że moja buteleczka trochę przecieka, nie wiem co się stało, bo nie zauważyłam, żadnych dziur czy przecięć, więc nie wiem skąd te przecieki, ale mimo wszystko płyn micelarny i tak mam już długo, więc wydajność, mimo wszystko, pierwsza klasa.


Cały produkt jest naprawdę świetnej jakości i wszystko mi się w nim podoba. Szkoda, że podrażnia mi oczy, ale od tego mam inne produkty, ale tak super i szybko rozpuszcza makijaż, że z chęcią wypróbuję pozostałe kosmetyki Resibo.


Nowość NIVEA, lekki olejek w balsamie idealny na lato

09 sierpnia 2018


Hej! Ostatni narobiłam tyle zdjęć i napisałam tyle recenzji, że aż lżej i milej na sercu, kiedy wiem, że mam co wrzucać i o czym pisać. Taka ulga, że mam rzeczy zrobione do przodu, dzięki czemu mogę skupić się na pozostałych sprawach do ogarnięcia. Na razie szykuję się na weekend w Lublinie i mam nadzieję, że prognozowany deszcz nas jednak nie zaskoczy, a pogoda będzie idealna. Mam też w planach większe zakupy i cieszę się na myśl spędzenia dwóch godzin w busie, bo przynajmniej będę miała czas żeby ogarnąć, co potrzebuję i co muszę kupić.  Miało być bez zbędnego gadania, a jak zawsze się rozpisałam, więc koniec tego i zapraszam Was na recenzję nowości marki Nivea, a mianowicie olejku w balsamie o zapachu Kwiatu Pomarańczy 

Nivea, olejek w balsamie
kwiat pomarańczy i olejek awokado


Olejek w balsamie szybko się wchłania i rozpieszcza orzeźwiającym zapachem kwiatu pomarańczy do skóry normalnej i suchej.
Nivea dzięki swojemu 100-letniemu doświadczeniu w pielęgnacji skóry stworzyła balsam zawierający drogocenny olejek awocado, który został starannie połączony z balsamem. Energetyzujący i świeży zapach pobudzi Twoje zmysły. Balsam ma za zadanie zapewnić głębokie, 24-godzinne nawilżenie bez uczucia lepkości, nie powinien pozostawić po sobie tłustego filmu. Skóra po zastosowaniu będzie gładka i promienna. 

Skład: Aqua, Glycerin, Dicaaprylyl Ether, Alcohol Denat., Glyceryl Stearate SE, Isopropyl Palmitate, Cetearyl Alcohol, Persea Gratissima Oil, Dimethicone, Carbomer, Sodium Cetearyl Sulfate, Sodium Hydroxide, Trisodium EDTA, Phenxyethanol, Limonene, Linalool, Citronellol, Benzyl Alcohol, Parfum.
Tolerancja dla skry została potwierdzona dermatologicznie, a składniki zostały starannie wyselekcjonowane z zachowaniem najwyższych standardów jakości.

Sposób użycia: olejek w balsamie należy stosować przy codziennej pielęgnacji całego ciała.


Balsam znajduje się w fajnej buteleczce, bardzo poręcznej, która zwęża się ku górze, co w pewien sposób ułatwia używanie i wygodniej trzyma się ją w dłoni. Na opakowaniu znajduje się wszystko, co najważniejsze. Dodatkowo estetyka i kolorystyka jest typowa dla marki Nivea, co mega mi się podoba. Proste, ale jednak przykuwa uwagę. Poza tym, zamknięcie jest bardzo solidne i trwałe, nie ma opcji, żeby samo się otworzyło i w trakcie stosowania też się nie luzuje. 
Olejek w balsamie ma niesamowicie lekką konsystencję, nie jest tłusta, lejąca się ani gęsta. Bardzo lekka i rzadka, którą idealnie rozsmarowuje się po ciele. Zapach jest genialny; mega orzeźwiający, kwiatowo - owocowy i intensywny, ale wszystko jest utrzymane w idealnych proporcjach. ie przypomina pomarańczy ani awocado, ale i tak jest spoko. Bardzo letni i pachnie mega. Zapach idealny na lato i przez jakiś czas utrzymuje się na skórze, co jest mega fajne.


Balsam wchłania się w ekspresowym tempie, wystarczy chwila spędzona na jakimś ogarnianiu łazienki czy myciu zębów i już można się ubierać, bo po balsamie nie ma śladu na skórze. Ale nie oznacza to, że balsam nic nie robi. Nawilża i odżywia skórę, przy okazji lekko chłodzi. Używałam balsamu co jakiś czas również po poparzeniu słonecznym i był w stanie dać mi idealną ulgę, łagodził podrażnienia, a także rozluźniał mocno napiętą skórę. Dzięki niemu skóra była cały czas nawilżona i w bardzo fajnym stanie, dodatkowo gładka i miękka przez cały czas. Olejek w balsamie wnikał bardzo głęboko w skórę, co dało się odczuć.


Osobiście jestem mega zadowolona z działania tego balsamu. Kilka dla mnie najważniejszych cech zostało spełnionych, czyli szybka wchłanialność, piękny zapach, nawilżenie oraz odżywienie, jak i również nie pozostawia po sobie żadnego tłustego filmu na skórze, mimo iż z nazwy ma coś w sobie z olejku. Ja bardzo polecam i strasznie chcę wypróbować pozostałe wersje zapachowe, bo coś czuję, że mogą pachnieć fenomenalnie.


Efektima, olejowanie włosów i ciała olejkiem konopnym

07 sierpnia 2018


Hej! Co tam, jak tam? Ja od wczoraj mam na maksa czas ogarniania, mam jakoś więcej energii i bardziej mi się chce wszystkiego, więc działam i korzystam z tego ile się da. U mnie wakacje w pełni, ciągłe wyjazdy, ciągle coś, na weekend jadę do Lublina i już się nie mogę doczekać, bo na pewno będzie dużo funu. Mam też czas testowania różnych kosmetyków po opalaniu, bo ostatnio zjarałam się na maksa, więc smaruję się wszystkim, co mam pod ręką. Dajcie znać, czy chcecie jakieś zestawienie ;).
A dziś zapraszam Was na recenzję olejku konopnego [nie, to nie marihuana!], ale produkt również cieszy, bo świetnie się sprawdza na włosach, jaki na ciele, dlatego przeczytajcie! :)

Efektima
olejek konopny


Wiecie, że olejek konopny, ze wszystkich olejków suchych uważany jest za jeden z najlepszych nawilżających tego typu produktów. Olejek ma się szybko wchłaniać i nie pozostawiać na skórze tłustego filmu. Ma za zadanie utrzymać skórę w dobrej kondycji oraz zapobiegać przedwczesnemu starzeniu się skóry. Poza tym, skóra, a także włosy będą zmiękczone, wygładzone oraz odżywione. Ponadto, stosowany na włosy zadba o ich blask i ułatwi rozczesywanie. 
Najlepszy będzie do skóry skłonnej do podrażnień. Działa jak zastrzyk pielęgnujący.

Sposób użycia: częstotliwość stosowania zależy o własnych preferencji.
Ciało: olejek należy nanieść na zagłębienie dłoni i rozprowadzić po skórze całego ciała.
Włosy: niewielką ilość olejku (kilka kropli) należy nanieść na zagłębienie dłoni, a następnie delikatnie wetrzeć we włosy. Nie należy stosować na skórę głowy.

Skład: Cannabis Sativa Seed Oil, Isopropyl Myristate, Caprylic/Capric Triglyceride, Isononyl Isononanate, Vitis Vinifera Seed Oil, Cyclopentasiloxane, Parfum, Cyclohexasilxane, Tocopheryl Acetate, Butylphenyl Methylpropional, Coumarin, Limonene, Hydroxycitronellal, Alpha-Isomethyl, Ionone.


Olejek konopny znajduje się w smukłej, przeźroczystej buteleczce z atomizerem, co bardzo ułatwia sprawę korzystania z niego. Atomizer rozpyla olejek w sposób bardziej punktowy, nie jest to mgiełka rozpylona na dużą powierzchnię, ale przy olejowaniu włosów czy stosowaniu na ciało nie przeszkadza mi to, bo i tak powinno się najpierw nanieść olejek na dłoń, a dopiero potem na miejsce docelowe. Buteleczka mi się podoba, jest prosta, zwykła, ale mimo wszystko się sprawdza, znajdziemy na niej najważniejsze informacje, wraz ze składem, a naklejki się nie odklejają i nie ścierają, co dla mnie jest ważne, bo zazwyczaj czytam etykiety w połowie stosowania produktów..
Konsystencja olejku jest płynna, jak tonik, jest to suchy olejek więc ma fajnie nietłustą konsystencję, dzięki czemu też butelka się nie klei i nie jest tłusta, a to mi bardzo pasuje.  
Zapach nie pachnie, jak typowa konopia, z którą na pewno kojarzy nam się ten olejek. Nie pachnie mi niczym znajomym, ale pachnie ładnie i na maksa specyficznie, dosyć intensywnie, ale mi bardzo się podoba, Na skórze zapach utrzymuje się dosyć długo.


WŁOSY
Jak pisałam, ja głównie olejki stosuję na włosy do olejowania, ewentualnie do codziennego użytku na końcówki, żeby w miarę je ujarzmić, na bieżąco nawilżać i chronić przed zniszczeniami. 
Do olejowania nadaje się rewelacyjnie. Spryskuję włosy zazwyczaj mokre, czasem suche, ale to bardzo rzadko i rozprowadzam na całej długości. Atomizer mi mega w tym pomaga, bo nie muszę się za bardzo babrać w tym. Olejek nie spływa z włosów, a fajnie się w nie wpija i mam wrażenie, że działa na nie od wewnątrz. Od kiedy używam tego olejku do olejowania włosy mam fajnie nawilżone, odżywione, nie zauważyłam żeby się rozdwajały czy niszczyły, co teraz porozjaśnianiu jest dla mnie bardzo ważne. Poza tym, nie przetłuszcza ich. 
W przypadku nakładania olejku na suche włosy to bardzo trzeba uważać z ilością. Kilka kropel wystarczy, bo inaczej można sobie posklejać włosy i zostaniemy ze świeżo umytymi kluskami. Jak już ogarniemy idealną ilość na nasze włosy to olejek sprawi, że będą się pięknie błyszczały, pachniały i będą dodatkowo zabezpieczone. Poważnie nigdy nie widziałam, żeby moje włosy były aż tak lśniące i błyszczące! Fajnie pielęgnuje wtedy też końcówki, które wyglądają zdrowo, są nawilżone i odżywione.

CIAŁO
Mimo wszystko nie przepadam za nakładaniem olejku na ciało czy twarz, ale chciałam sprawdzić i jego działanie w tym temacie, więc skusiłam się na wsmarowanie go w ciało kilka razy po prysznicu. Wiadomo za pierwszym razem wzięłam dużo za dużo produktu, nie kleiłam się w sumie, ale pozostawiałam ślady np. na meblach. Ogarnęłam, że naprawdę niewielka ilość olejku będzie wystarczająca, żeby użyć na ciało i przepadłam. Skóra pachnie obłędnie, jest super nawilżona, gładka i elastyczna. Ale dopiero to, co działo się następnego dnia było prawdziwym sztosem. Skóra była miękka, nawilżona, gładka, i idealna. Zaskoczyłam się mega, ale serio nie mogłam w to uwierzyć i przestać się miziać [uczucie mogę porównać z dopiero co ogolonymi nogami], więc 1-2 razy w tygodniu nakładam olejek i na ciało, czego bym się nie spodziewała, bo olejki tylko aplikowałam na włosy.


Olejek jest mega wydajny. Na ciało i suche włosy nakładałam minimalne ilości - wiadomo, ale kiedy olejuję włosy to nie oszczędzam olejku, psikam i psikam tyle ile mi się chce bezpośrednio na włosy i dodatkowo na dłoń i rozprowadzam dokładniej na całych włosach. A olejek jest jakby niezniszczalny, w dalszym ciągu dużo mi go zostało co jest fajne. Dlatego strasznie Wam go polecam, olejek nie dość, że działa i nadaje się jednocześnie do ciała i do włosów, można wykorzystywać na różne sposoby. Pachnie super, nawilża włosy i ciało - mega!

Dermedic, ratunek dla bardzo suchej skóry dłoni

05 sierpnia 2018


Dzień dobry. Dawajcie znać co tam u Was i jak korzystacie z ostatniej słonecznej pogody, którą mamy cały czas. Moja jedna wizyta na plaży poskutkowała tym,że obecnie wyglądam jak Indianin i jestem na maksa czerwona, spieczona i obolała. No nic, trzeba przeżyć, jak się nie myśli i się słabo człowiek posmaruje. Teraz przynajmniej mogę wytestować najbardziej, jak się da balsamy po opalaniu, wiec niedługo prawdopodobnie będą recenzje.
Dzisiaj zostajemy w temacie regeneracji suchej skóry, a skupimy się na dłoniach. Zapraszam do recenzji kremu do rąk od Dermedic.

Dermedic, Linum Emolient, plus egzema
Regenerujący rem do rak


Regenerujący krem przeznaczony jest do skóry suchej, bardzo suchej, a także atopowej, skłonnej do alergii, wyprysku i łuszczycy, jak i do skóry ze skłonnością do zmian egzemowych. Ma za zadanie łagodzić objawy egzemy, w tym świąd, suchość, szorstkość, napięcie, podrażnienia i mikrourazy naskórka, przyspieszyć jego regenerację oraz sprzyjać równowadze mikrobiomu. Ponadto, krem nawilża i zmiękcza naskórek, penetruje wierzchnie warstwy skóry, uzupełnia barierę lipidową i hamuje utratę wody, pomaga w tworzeniu nowych komórek. Aktywność enzymatyczna jest stymulowana, skóra będzie długotrwale odżywiona i odbudowana, a podrażnienia złagodzone. Krem jest hypoalergiczny, szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu. 

Składniki aktywne: olej lniany, lanolina, gliceryna, witamina E, alantoina, 
Skład: Aqua, Stearyl Alcohol, Lanolin, Glycerin, Caprylic / Capric Triglyceride, Isopropyl Myristate, Paraffinum Liquidum, Glyceryl Stearate Citrate, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Linum usitatissimum Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Dimethicone, Triethanolamine, DMD Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazlinone, Acrylates / C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Allantoin, Parfum.

Sposób użycia: należy nanieść cienką warstwę kremu na dokładnie oczyszczoną skórę dłoni i delikatnie rozprowadzić. Najlepiej stosować po każdym myciu rąk.


Regeneracyjny krem do rąk znajduje się w smukłej tubce o pojemności 100g, utrzymanej w typowej niebieskiej kolorystyce marki Dermedic. Tubka ma bardzo fajny kształt, wygodnie trzyma się ją w dłoni i wygodnie się z niej korzysta. Zamknięcie jest w porządku, nie wydaje się być mocne i solidne,  lekko 'chodzi', ale nie zdarzyło mi się, żeby samo mi się gdzieś otworzyło i pociapało wszystko.
Konsystencja jest zbita i treściwa, ale zarazem lekka. Bardzo łatwo rozmasowuje się na skórze. Krem nie jest klejący ani tłusty. Zapach kojarzy mi się z kremami do opalania, bardzo kosmetyczny, delikatny, ale ładny, mi się podoba. Utrzymuje się na dłoniach dosyć długo, ale nie jest zbyt intensywny.


Krem jest bardzo delikatny dla skóry. Uwielbiam z niego korzystać, bo praktycznie do razu odczuwam ulgę. Z dłońmi u mnie jest jak ze stopami, też cały czas zapominam używać kemu do rąk, przez co cierpię zimą, a także latem. Skóra jest wtedy zaczerwieniona, czasem nawet popękana (głównie zimą), a wtedy potrzebuję naprawdę czegoś mocnego i właśnie taki jest ten krem. Idealnie radzi sobie z suchością i szorstkością skóry, błyskawicznie zaczyna działać i sprawia, że skóra jest gładka, miękka, elastyczna i miła w dotyku, niezależnie od stanu dłoni. Tak, jak pisałam ulga gwarantowana od razu,skóra nie jest napięta i dużo szybciej się regeneruje.


Podsumowując, ja jestem mega zadowolona z tego kremu. Daje moim dłoniom to, co najważniejsze; ulgę przy podrażnieniach, szybką regenerację, odżywienie oraz nawilżenie, które utrzymuje się dłuższy czas, co dla mnie przy nieregularnym kremowaniu, jest niezwykle ważne. Krem jest wydajny, niewiele produktu trzeba nałożyć na dłonie i bardzo szybo się wchłania. Jeżeli macie bardzo suchą skórę, wrażliwą oraz problematyczną - to będziecie zadowoleni z tego kremu! Bardzo ;)


Denko, lipiec 2018r.

02 sierpnia 2018


Hej, hej, hej! W końcu przyszedł czas na denko. Trochę mi z tym zeszło, bo nie spodziewałam się, że zużyję aż tyle kosmetyków. Mimo wszystko jestem z siebie dumna, bo ten miesiąc zdecydowanie mogę określić miesiącem zużywania próbek i niepełnowymiarowych produktów! Zalegają u mnie już mega długo i co denko o tym mówię, że czas najwyższy się za nie wziąć i w końcu mi się udało. Sama byłam w szoku, że aż tyle poszło, ale pykło i jestem z siebie dumna. Wakacje, wyjazdy mi  w tym pomogły, ale i tak, sporo zużyłam nawet w domowej łazience.
Więc zapraszam do lektury, bo będzie sporo czytania;)


Produkty standardowe, które pojawiają się naprawdę, co denko i zastanawiam się teraz, czy powinno mnie to przerażać, że zużywam te produkty co miesiąc, co najmniej jedno opakowanie. No, ale przechodzę do szczegółów. O moje włosy jak zawsze dbała ekspresowa odżywka regeneracyjna w sprayu Fiber Therapy od Gliss Kur, która ze wszystkich wersji staje się powoli moim ulubieńcem i chętniej sięgam zdecydowanie po tę. Poza tym, dorwałam w końcu spray-regeneracja w olejku z Gliss Kur, które odkryłam jakiś czas temu i ratują moje rozjaśniane włosy. Jedynym ich minusem jest to, że strasznie ciężko je dorwać, bardzo rzadko są w Rossmannie, a ostatnio udało mi się je znaleźć o dziwo w Biedronce. Szampon dodający objętości Alterra Naturkosmetik bio-papaja i bio-bambus jak zawsze idealnie zmywa olej z włosów, a także myje pędzle, więc bardzo bardzo na tak, nic się nie zmieniło. Poza tym, z takich pierdół to oczywiście zużyłam płatki kosmetyczne z BeBeauty - moje ulubione, mydło w płynie z Isana i tym razem poleciała wersja limonka (polecajcie mi Wasze ulubione zapachy!) i chusteczki do higieny intymnej od Facelle to już zdecydowanie nieodłączna rzecz w mojej łazience i kosmetyczce, i doceniłam je jeszcze bardziej w ostatni wyjazd w toaletach publicznych, poważnie polecam. I last but not least w końcu pojawia się tu kolorówka! Bronzer z Kobo Sahara Sand jest już moim drugim zużytym opakowaniem; ma idealny odcień, nie robi plam, super konturuje i dodaje naturalnej opalenizny - rewelacja Muszę koniecznie zrobić wpis o produktach z Kobo, bo je uwielbiam i na pewno będzie ich tu dużo.


  • Bielenda, Multiwitaminowa esencja do pielęgnacji twarzy, 4w1 - zazwyczaj nie przepadam za produktami '100w1', ale ta emulsja jest naprawdę świetna. Miałam przyjemność korzystać z dwóch wersji; zielonej i różowej i obie są genialne. Mają mega intensywne, specyficzne, ale fajne zapachy, a poza tym potrafią wszystko. Zmywają makijaż, oczyszczają twarz z innych zabrudzeń, odświeżają cerę, a także nadają się jako tonik. Idealny produkt, żeby zabrać ze sobą na wakacje, bo on naprawdę Wam wystarczy i nadrobi za resztę. Co prawda nie pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest też, jak maska i krem, bo nie wyobrażam sobie nie stosować np. kremu, ale i tak jest według mnie genialny!
  • Selfie Project, lekki fluid matująco nawilżający - zawsze sceptycznie podchodzę do fluidów, których nie znam i boję się ich używać. Tutaj, kiedy widzę, że jest zarazem matujący i nawilżający to wiadomo, że to się gryzie. Ogólnie powiem Wam, że kolor ma idealny, fajnie jasny,ma żółte tony i zlewa się z naturalnym kolorem twarzy, nie utlenia się i nie ciemnieje. Okej, nie jest matujący, nie wyobrażam sobie nie przypudrować po nim cery, bo się po prostu świeci, ale fajnie nawilża i moja cera się z nim bardzo polubiła, nie zapycha! Co mi się najbardziej w nim podobał to fakt, że on wytrzymuje u mnie największe upały i każde inne szalone akcje, trzyma się twarzy cały dzień i wieczorem zdecydowanie jest co zmywać. Za to szacun, bo tego bym się po nim nie spodziewała. 
  • Schwarzkopf, Glisskur, eliksir z pielęgnującymi olejkami do codziennego stosowania - używałam tego olejku strasznie długo, nie miałam nigdy produktu tak wydajnego jak właśnie ten olejek. Był genialny, używałam go praktycznie codziennie, nie obciążał mi włosów, super działał, nabłyszczał i chronił włosy przed zniszczeniami, dzięki niemu końcówki były w naprawdę świetnym stanie i na maksa mięciutkie. Niestety pozbywam się go jakiejś 1/3 bo już po prostu przestał działać, nic dziwnego używałam go ze 2 lata, poważnie. Ale mega polecam ;).
  • Yves Rocher, odżywka odbudowująca włosy z olejkiem jojoba - odżywka ma genialny zapach, bardzo mi się podobał i mega w moim guście. Tylko nakładam tyle różnych produktów na włosy, że i tak się nie utrzymywał, ale to nic. Fajnie działała, sprawiała, że włosy były miękkie, lśniące, nie plątały się i były łatwiejsze w późniejszym rozczesywaniu. Na pewno były bardziej nawilżone i odżywione, więc super działała na ich kondycję. Na pewno jeszcze kiedyś wrócę do niej.
  • Evree, różany dwufazowy lejek do demakijażu oczu - odkryłam dopiero co ten produkt i na maksa się w nim zakochałam. Idealnie zmywał każdy makijaż, nawet największy i najbardziej brokatowy, jaki jestem w stanie sobie sama strzelić. Nie trwa to długo, wszystko w moment idealnie schodzi. Nie powodował zamglenia oczu, czasem tylko piekły, ale było to naprawdę rzadko, więc nie mogę powiedzieć, ze była to wina tego olejku. Jestem bardzo na tak!
  • ElfaPharm, O'Herbal, spray wzmacniający włosy z ekstraktem z korzenia tataraku - kolejne moje odkrycie, które będzie się tutaj pojawiać często. Zapach ma mega specyficzny, ale mi się podoba. Poza tym, świetnie działa na włosy. Naprawdę je wzmacnia i miałam wrażenie, że dodaje im objętości i tekstury. Nie jest to produkt olejowaty i bardzo ciężko sobie przetłuścić nim włosy, przy okazji jest niesamowicie wydajny. Zazwyczaj takie spraye do włosów zużywam w miesiąc, ten używałam z 8 miesięcy, a stosowałam go regularnie, codziennie i nie oszczędzałam, także miodzio!
  • Nivea, fresh natural, dezodorant, ekstrakty morskie - niby dezodorant, jak dezodorant, ale ten pachnie naprawdę fajnie, sprawdza się i wracam do niego regularnie, także bardzo git ;)
  • Biotanic, olej kokosowy - nawet nie chcę myśleć, ile ten olej kokosowy przeleżał u mnie na półce. Na pewno miałam go jeszcze w Lublinie i jakoś nie mogłam się przełamać ani do gotowania ani do włosów czy innej pielęgnacji Aż w końcu rozjaśniłam włosy i ten olej kokosowy zdziałał cuda! Moje włosy nie za bardzo lubią zmian i bardzo łatwo się niszczą, a ten olej kokosowy sprawił, że przeżyły nawet największe rozjaśnianie i są w idealnym stanie. Poważnie, każdym rozjaśnianym włosom - polecam olej kokosowy! Różnica będzie niesamowita.

  • Lirene, skarpetki regenerujące; dwustopniowy zabieg wygładzający - bardzo mocny średniak. Skarpetki są fajne, wygodne w użyciu, tym bardziej, że przed nałożeniem skarpetek mamy jeszcze do użycia peeling, który był też niczego sobie, a w sumie nawet lepszy niż same skarpetki. Ale skupiając się na skarpetkach, te działały bardzo średnio. Niby coś tam nawilżyły, ale nie udało im się zmiękczyć stóp tak, jak potrafią to inne tego typu produkty.
  • Shefoot, plastry kosmetyczne na zrogowaciałe pięty - produkt był nie najgorszy, ciekawe rozwiązanie, nigdy takich plastrów nie miałam,ale mimo wszystko nie był to efekt wow, a plastry należałoby stosować regularnie, a w ostatecznym rozrachunku nie wychodzą za ciekawie cenowo, więc wolę po prostu kremy, czy maski ;).
  • Marion, chusteczki do rąk z płynem antybakteryjnym - chusteczki były okej, odświeżały dłonie, nie pozostawiały po sobie żadnego filmu, ale zapach mi po prostu nie podszedł.
  • 7th Heaven, maska oczyszczająca, owocowa typu peel off - masek od 7th Heaven miałam już naprawdę sporo. Ta była całkiem,całkiem, peel-off bardzo lubię. Trochę za długo zasychała i spodziewałam się dużo lepszego efektu, bo właśnie inne maski, jakie używałam zrobiły na mnie dużo większe wrażenie. Poczytać o nich możecie tutaj: Maska oczyszczająca z wyciągiem z ogórka, Maska rozgrzewająca - efekt sauny, Oczyszczająca maska 2w1, Nawilżająca maska kokosowa i Miodowa maska regenerująca do włosów.

  • Initiale Botanica, biomaski peel off; algi morskie i czerwone owoce - wszystko jest we wpisie, dla mnie to największy niewypał ever i strasznie źle wspominam używanie tych masek. Cały czas biorę pod uwagę fakt, że to ja mogłam coś popsuć, ale i tak uważam, że jeżeli ktoś daje nam możliwość wykonywania super ekstra salonowych zabiegów w domu to niech to będzie dostępne do zrobienia dla wszystkich.
  • Selfie Project, chusteczki oczyszczające do demakijażu - po prostu nie, zapach nie taki, nie zmywały makijażu prawie w ogóle, chyba że na jeden makijaż powinnam zużyć wszystkie chusteczki, to sorry ale nie chciało mi się,b trwałoby to godzinami. I mega szybko wyschły.
  • Nivea, fresh comfort, dezodorant, świeży zapach bawełny - i właśnie, jeden dezodorant z Nivea znalazł się w cudach, a ten w bublach, o co chodzi? O zapach, ten był straszny i nie do wytrzymania, po prostu.
  • Sun Ozon, żel po opalaniu z aloesem - kiedy spaliłam się w Zakopanem nakupiłam wtedy mnóstwo różnych żeli i balsamów po opalaniu. Ten chciałam wypróbować, bo wiadomo aloes, a ja jestem jego ogromną fanką. Niestety poza zapachem nie ma nic do zaoferowania. Nie chłodzi, nie daje jakiejś większej ulgi, nie sprawia, że opalenizna dłużej się utrzymuje, nic.
  • Tołpa, Botanic, czarna róża, odżywczy krem-kokon do rąk - po kremie spodziewałam się naprawdę wiele. Ale już sam zapach mi nie podszedł, bardzo stłumiony i zadymiony, po prostu nie taki, jaki powinien być. Poza tym, wchłaniał się w moment i tyle, jakby nie było po nim śladu, zero nawilżenia, odżywienia.
  • For Your Beauty, szczotka do masażu - wiadomo, cellulit, wakacje, bikini, plaża, woda i te sprawy, to trzeba zadbać o naszą skórę najbardziej jak się da, no i kupiłam tę szczotkę i nie byłam w stanie jej użyć. Za mocna, za szorstka, miałam wrażenie, że zaraz wyrządzę sobie jakąś krzywdę, jak papier ścierny - szkoda.

Najpierw produkty niepełnowymiarowe. Szampon do włosów od CosNature był sporym średniakiem, wystarczył na dosłownie 2-3 razy, spoko umył włosy, trochę je poplątał, zapach taki nijaki, więc ogólnie spoko, ale bez szału - nic więcej. Za to szampon wzmacniający przeciw wypadaniu włosów od Basil Element to całkowity sztos! Rewelacja, dodawał na maksa objętości włosom, tekstura była konkretna, włosy były mięsiste i cały czas gładkie, lśniące i wyglądały genialnie, good hair day gwarantowany, dodatkowo jest super wydajny. Za mało go używałam, żeby ocenić działanie na wypadanie, ale na pewno niedługo po niego sięgnę. Odżywka od Matrix Biolage miała za zadanie podtrzymać farbowany kolor włosów. I to robiła jeszcze jak ich nie rozjaśniałam, używałam po basenie, więc fajnie je dodatkowo odżywiała, ale bez szału. Joanna odżywka keratynowa do włosów była świetna, super uzupełniała keratynę po keratynowym prostowaniu włosów, odżywiała i wygładzała włosy, bardzo fajna. Z kolei maska aloesowa od Equilibra jest cudowna, uwielbiam, genialnie działa na włosy, sprawia, że ich stan się naprawdę polepszył.
Co do próbek, o szamponach marki Swiss Image oraz Equillibra pisałam już nie raz. Oba są rewelacyjne i fajnie działają na włosy. Miałam tyle próbek, że trochę się ich naużywałam, więc bardzo chętnie kupię pełnowymiarowe produkty. Szampon z Barwy użyłam raz, więc za dużo o nim powiedzieć nie mogę, ale jest poprawny; włosy umył także spoko. Zestaw szampon i odżywka od Matrix ma pomóc nam w pozbyciu się żółtych włosów, użyłam tylko raz, ale bardzo chętnie użyję pełnowymiarowe produkty. Fajny niebiesko fioletowy kolor, który rzeczywiście sprawia, że odcień był chłodniejszy, przy czym nie plącze włosów i ich nie wysusza, jak niektóre fioletowe szampony. Fioletowa próbka szamponu od Hempz - myślałam, że będzie działać jak Matrix, ale okazał się być zwykłym szamponem, zwykłym, najzwyklejszym i tyle.


Dalej mamy produkty z kategorii ciało. Żel pod prysznic My Honey od Toni Gard jest cudowny, pachnie obłędnie, a dla mnie w żelu pod prysznic to jedna z ważniejszych cech. Nie wysusza skóry, nie podrażania jej, fajnie się pieni i jest ogólnie bardzo, ale to bardzo spoko, więc kupię. Naturalny oliwkowy płyn do higieny intymnej Ziaja też jest bardzo poprawny, szybko się skończył, mało wydajny, ale to nic. Najważniejsze, że fajnie działa. Z kolei, Rival de Loop płyn do demakijażu oczu z olejkiem to niestety porażka. Strasznie szczypały mnie oczy, a i trochę się musiałam omęczyć ze zmywaniem makijażu. Strasznie tłusty i konsystencja niefajna i po prostu odpada.
Z Roge Cavailles zużyłam dwie próbki, jedną kremu pod prysznic z masłem shea (będzie recenzja, bo mam pełnowymiarowy produkt), a drugą kremowego płynu do higieny intymnej. Oba produkty są spoko, pielęgnują, ładnie pachną i nie podrażniają.
O saszetkach z Shefoot możecie przeczytać dokładnie w tym wpisie, produkty całkiem spoko, fajnie działają, nie są to efekty wow, cudowne, ale wiadomo, musiałabym używać ich regularnie przez dłuższy czas, więc ogólnie byłam zadowolona. Krem do rąk Love Story od Indigo pachnie rewelacyjnie, jak wszystkie te zapachy i konsystencję ma fajną, jak i działanie. Super nawilża dłonie, pielęgnuje je i sprawia, że wyglądają ładnie i zadbanie. Z Douglas miałam chusteczkę brązującą, ale że nie przepadam za jakimikolwiek samoopalaczami, a tym bardziej że taką jedną chusteczką mogłabym pewnie sobie opalić jedną nogę to postanowiłam wyrzucić i tyle.

No i denko za nami! Jak widzicie ogromne i podziwiam każdego kto dotrwał do końca. Dajcie koniecznie znać, jak Wasze zużycia w lipcu:)! Buziaki!


Zmixuj swój zapach z Nivea Mix Me!

31 lipca 2018


Cześć! Co działacie? Jak wakacje i jak Wam się podoba pogoda? Osobiście uwielbiam burze, więc ja się tam cieszę, a że jest trochę chłodniej to też milej. Wróciłam z Białego, gdzie wygrzałam się wystarczająco, więc trochę chłodu nie zaszkodzi. A tam na miejscu się tak zrelaksowałam, że nawet zapomniałam opublikować wpisy, które pisałam i pisałam przed wyjazdem, żeby nie było tu tak pusto i coś nie wyszło. No nic, nadrobię teraz, także nic nie ucieknie.
Dziś będzie o kremach nawilżających, które otrzymałam od Nivea w ramach Klubu Przyjaciółek Nivea! Na pewno kojarzycie te mini kolorowe i rozkoszne kremiki, bo teraz jest o nich wszędzie głośno, więc przyszedł czas i na moją recenzję.


Nivea Soft, Mix Me
kremy nawilżające

* dopasowane do Ciebie * możliwość stworzenia swojego zapachu * zakręć i zmiksuj swój krem *
Intensywnie nawilżające kremy,które pachną wyjątkowo same lub w akompaniamencie pozostałych kremów, ponieważ zostały stworzone z kreatorami perfum. Zmieszaj je w dowolnych proporcjach i stwórz swój własny wyjątkowy zapach. Produkt odpowiedni do ciała, twarzy oraz dłoni.


Na wstępie powiem, że kremy znajdują się w przeuroczych małych słoiczkach, którymi kupują mnie całkowicie. Są genialne, bo są niewielkie, dzięki czemu na wakacje są jak znalazł, można zabrać je wszędzie, zmieszczą się bez problemu. Poza tym są idealnie uniwersalne, bo możemy ich używać do ciała, twarzy czy dłoni. Jeżeli chcecie zminimalizować ilość kosmetyków w torebce czy kosmetyczce, te kremy będą idealne! Poza tym, wszystkie opakowania posiadają dodatkowe wieczko, dzięki czemu mamy pewność, że krem nie był wcześniej używany, a i był bardzo dobrze zamknięty. 
Konsystencję mają gęstą i treściwą, ale w żaden sposób nie utrudnia ona korzystania z kremów. Super się rozsmarowują przy czym pachną obłędnie. Kremy bardzo szybko się wchłaniają i nie pozostawiają po sobie tłustego filmu, a stosowałam je dosłownie wszędzie i w każdej sytuacji.
Jak zobaczycie poniżej, kremy są stworzone praktycznie na bazie parafiny, a ich składy nie różnią się od siebie prawie wcale (inne fragmenty zostały pogrubione). Mi parafina nie przeszkadza, ale wiem, że część z Was woli jej unikać. 
Co wyróżnia poszczególne kremy na tle pozostałych? Zapach!

I AM THE BERRY CHARMING ONE jest zapachem zmysłowym, świeżych czerwonych owoców. To jest na maksa piękny,intensywny, słodki,ale nie przesłodzony, letni zapach, który potrafi uzależnić. Uwielbiam wąchać go prost ze słoiczka. Nie zalatuje mi sztucznością, a przenosi mnie w jakieś piękne, ciepłe i odludne miejsce. Zapach niezwykle kobiecy, kojarzy mi się z miejscami typu SPA, gdzie zawsze pachnie ładnie. I tak właśnie pachnie ten krem - bardzo zjadliwie i obłędnie. Długo utrzymuje się na skórze. 
Krem idealny do pielęgnacji twarzy i dłoni.

Skład: Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Myristyl Alcohol, Butylene Glycol, Alcohol Denat., Stearic Acid, Myristyl Myristate, Cera Microcristallina, Glyceryl Stearate, Hydrogenated Coco-Glycerides, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Lanolin Alcohol (Eucerit), Polyglyceryl-2 Caprate, Dimethicone, Sodium Hydroxide, Carbomer, Phenoxyethanol, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Linalool, Geraniol, Alpha-Isomethyl Ionone, Citronellol, Limonene, Parfum.

I AM THE HAPPY EXOTIC ONE jest zapachem radosnym, pełnym życia przypominającym tropikalne owoce. Krem bardzo owocowy, dość mocny i trochę ciężki, ale bardzo to fajnie ze sobą współpracuje. Można wyczuć w nim głównie woń ananasa. Mi bardzo przypomina zapach jakiegoś kolorowego drinka, dlatego do razu przenosi mnie na szaloną imprezę nad brzegiem oceanu, gdzie bawię się do białego rana. Niezwykle energetyzujący krem, od razu chce się działać coś robić, na pewno nie jest to zapach na siedzenie w domu, bo się wtedy marnuje. Bardzo motywuje i przypomina, żeby ruszyć tyłek i dobrze się zabawić!
Krem idealny do pielęgnacji ciała.

Skład: Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Myristyl Alcohol, Butylene Glycol, Alcohol Denat., Stearic Acid, Myristyl Myristate, Cera Microcristallina, Glyceryl Stearate, Hydrogenated Coco-Glycerides, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Lanolin Alcohol (Eucerit), Polyglyceryl-2 Caprate, Dimethicone, Sodium Hydroxide, Carbomer, Phenoxyethanol, Limonene, Coumarin, Citronellol, Parfum.

I AM THE CHILLED OASIS ONE jest zapachem stylowym, orzeźwiającym z wyczuwalnymi zielonymi nutami. Bardzo, ale to bardzo ziołowy zapach, który przenosi mnie na jakąś łąkę pełną kwiatów i innych różnych nieznanych mi roślin. Zapach dość intensywny i pozostający w pamięci, niesamowicie oryginalny i jedyny w swoim rodzaju, przez który przebija się lekka mięta. Sprawia, że chce się go wąchać non stop, bo mam wrażenie, że takiego zapachu jeszcze nigdzie indziej nie spotkałam. Dla mnie zapach bardzo relaksujący i taki, że mogę zamknąć oczy i po prostu odpłynąć, zregenerować siebie i myśleć o niczym. Bardzo uniwersalny zapach, nie tylko dla kobiet, ale i dla mężczyzn.
Krem idealny do pielęgnacji całego ciała.

Skład: Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Myristyl Alcohol, Butylene Glycol, Alcohol Denat., Stearic Acid, Myristyl Myristate, Cera Microcristallina, Glyceryl Stearate, Hydrogenated Coco-Glycerides, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Lanolin Alcohol (Eucerit), Polyglyceryl-2 Caprate, Dimethicone, Sodium Hydroxide,, Carbomer, Phenoxyethanol, Linalool, Geraniol, Limonene, Citronellol, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Parfum.

Tak właśnie prezentują się moje podróże małe i duże, w które zabierają mnie kremy z Nivea Soft Mix Me. Każdy inny, każdy tak samo oryginalny, specyficzny i niezwykle intrygujący. Dopełniają się bardzo, co prawda ja kremów ze sobą bezpośrednio nie mieszałam, ale lubię na ciało nałożyć żółty, na twarz zielony, a na dłonie różowy. Wtedy jestem otulona każdym zapachem, który przypomina o sobie z każdej możliwej strony. Nie jest nudno, a pięknie, letnio i intensywnie!
Ogólnie bardzo mi się podoba działanie kremów, ich uniwersalność, a zapachy to jest po prostu bajka! Znacie mnie i wiecie, że mam delikatny nos i mi musi po prostu pachnieć, bo inaczej mi źle na duszy. Kremy fajnie nawilżają i odżywiają skórę, a efekt się utrzymuje dość długo. Nie podrażniają, nie uczulają ani nic złego mi nie zrobiły.


Te kremy są dla mnie strzałem w 10, a że ostatnio bardzo często ruszam tyłek poza swoje miejsce zamieszkania, to skondensowanie kremu do twarzy, kremu do rąk i balsamu w tak małym, jednym i przeuroczym słoiczku jest dla mnie rewelacyjną opcją! Mogę wtedy napakować do walizki inne równie potrzebne rzeczy!


Spotkanie z marką Dermacol
21.07.2018r. Kraków

26 lipca 2018


Dzień dobry! Jak wiecie tak się złożyło, że ostatni weekend spędziłam w różnych miejscach Polski. Byłam w Krakowie, Wrocławiu i Rzeszowie, ale dziś jak widzicie po tytule wpisu będzie o Krakowie!  Już kilka miesięcy temu zadzwoniła do mnie pani Lucyna i wspomniała o tym spotkaniu, a ja nie mogłam się na maksa doczekać tego lipca! Znalazłam się tam dzięki jednej z moich ulubionych marek kosmetycznych - Dermacol, która postanowiła zebrać parę blogerek urodowych w jednym mejscu, żebyśmy się spotkały, poznały, porozmawiały i super spędziły czas. Oczywiście nie obyło się bez niespodzianek i fajnych dodatków. 


Spotkanie odbyło się w tę sobotę w Krakowie, w bardzo klimatycznym miejscu - Starej Zajezdni. Kiedy dotarłam na miejsce spotkałam panią Lucynę z Dermacol, a także moją współlokatorkę z Meet Beauty - Dianę, czyli naszą gwiazdę, która tego dnia miała zadanie do wykonania! Na każdą z nas czekało piękne, różowe ciasteczko podpisane marką Dermacol i naszymi imionami, więc na samym początku każda musiała się najpierw znaleźć na ciasteczku. 
A razem ze mną na spotkaniu były jeszcze: Diana z Dajanalogist, SylwiaCzerwonousta, Paulina z Not too serious blog, Aleksandra z Aleksandra Rutana, Sylwia z Thugaal, Justyna z Blankita, Kasia z Kasia Koniakowska, Ania z Anjak Makeup, Ania z AnnaPoint, Agata z Pink Lipstick, a także Joanna z Riki tiki kosmetiki.




Kiedy wszystkie dziewczyny były już na miejscu - zaczęłyśmy spotkanie. Diana wykonywała makijaż produktami marki Dermacol na naszej modelce - Aleksandrze z Rozalia Fashion. W między czasie razem z panią Lucyną omawiały produkty, które były używane, a także wspominały o innych produktach Ja markę, jak i część produktów już znam, więc mogłam skupić się na wykonywanym makijażu oraz na nowościach, które marka wprowadza na okrągło! Przy okazji mogłyśmy zszamać przepyszne ciacho, a pani Lucyna tradycyjnie przeprowadziła konkurs na temat znajomości marki! Udało mi się wygrać produkt, którym byłam zachwycona, bo Diana używała go wykonując makijaż - ultralekki krem nawilżający, który nie dość, że idealnie nadaje się pod makijaż, to jeszcze pachnie obłędnie. 



Poniżej zobaczycie z bliska, jak Diana wykonywała makijaż. W ogóle spójrzcie na Anię, jaką dziewczyna ma śliczną urodę, a rzęs zazdrościłyśmy jej wszystkie. Są hiper długie i takie piękne! Diana przy okazji wykonywania makijażu nie tylko opowiadała nam o produktach, ale i świetnie dopowiadała nam o teorii. Mówiła np.: o tym, jak idealnie dobrać sobie podkład albo omawiała zasady konturowania. Także jej pierwszy publiczny występ wyszedł jej perfekcyjnie, tak samo, jak i makijaże, które tworzy. Koniecznie zajrzyjcie na jej makijażowy insta: Dajanalogist.makeup.










Kiedy Diana wykonała przepiękny makijaż, my miałyśmy czas dla siebie, na zdjęcia, na przeglądanie upominków, a także macanie produktów użytych do wykonania makijażu. Jedna dziewczyna idealnie zaprezentowała nam zdolności kultowego fluidu marki Dermacol, który idealnie potrafi zakryć nawet tatuaże. Poza tym, zjadłyśmy naprawdę przepyszny lunch i ja chętnie wrócę do tej restauracji kiedyś żeby coś jeszcze zszamać. 







Bawiłam się super i bardzo dziękuję za zaproszenie i niezmiernie się cieszę, że mogłam uczestniczyć w takim spotkaniu. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz się zobaczymy, a poniżej możecie zobaczyć, co będę niedługo testować i o czym będziecie mogły czytać.
  • pielęgnacja: wspomniany wygrany ultralekki krem nawilżający, nawilżający balsam do ciała, głęboko oczyszczająca maseczka, a także z serii słonecznej: regenerujący i nawilżający balsam po opalaniu oraz produkt 2w1, czyli krem z SPF 30 i balsam do ust
  • kolorówka: wszystkie próbki kultowego fluidu Dermacol Make Up Cover, nawilżający fluid Sheer face illuminator, długotrwały fluid 24h Control, satynowa baza pod makijaż, róż w kulkach Beauty Powder Pearls, transparentny puder Invisible Fixing Powder, rozświetlająca kredka do brwi Correcting & Illuminatin Pen, matujący korektor Matt Control Corrector, tusz do rzęs Angelash, metaliczna pomadka, metaliczny eyeliner oraz metaliczna kredka do oczu.


A przy okazji, jeżeli chcecie poznać markę bliżej to zapraszam do moich wpisów na blogu, w których pojawiła się marka Dermacol. 

Przy okazji, tak zgadza się - jestem winogronową dziewczyną, ale ta seria pachnie najpiękniej i chcę mieć ją całą - i będę mieć!
Dajcie znać w komentarzach czy znacie markę Dermacol :)!