Garnier Fructis, owocowe maski do włosów
odżywienie, wygładzenie i regeneracja

22 marca 2019


Dzień dobry! Jak samopoczucia? Dopiero teraz zauważyłam, że czas leci nieubłaganie, a ja co chwilę piszę, że kolejny piątek, czy sobota przed nami i jakie macie plany na weekend. Nim się nie obejrzę, a obudzę się pewnie w lipcu i będą błogie wakacje. No i fajnie! Potrzeba mi słońca, potrzeba mi ciepła, potrzeba mi takiego jakiegoś fajnego relaksu i szalonych pomysłów. Właśnie tak działa na mnie wiosna, że mi się chce i czas wrócić na właściwe działające tory.
A dzisiaj będzie recenzja kultowych masek do włosów, hair food, które można przez pomyłkę zjeść, bo ich zapachy są jedyne w swoim rodzaju i gwarantuję Wam, że jak tylko je powąchacie to poczujecie dokładnie to samo!

GARNIER FRUCTIS HAIR FOOD


* wegańska formuła * formuła w 96% biodegradowalna * testowana dermatologicznie *olejki roślinne *bez silikonów - dla naturalnej lekkości włosów * 98% pochodzenia naturalnego *

3 sposoby użycia:
Jako odżywkę: nanieś na mokre włosy, aby je wygładzić i ułatwić ich rozczesywanie, bez obciążenia.
Jako maskę: nanieś na mokre włosy, pozostaw na 3 minuty i dokładnie spłucz, aby intensywnie odżywić i wygładzić niesforne włosy.
Jako pielęgnację bez spłukiwania: nanieś niewielką ilość produktu na mokre lub suche włosy, aby je wygładzić i ograniczyć ich puszenie.


Wszystkie trzy maski znajdują się w takim samych opakowaniach, słoiczkach, odkręcanych od góry. Nie lubię takich opakowań i grzebać palcami w jakichkolwiek kosmetykach, ale maski to maski, tutaj mogę to przeżyć. Poza tym, opakowania są bardzo fajne, wygodne, dobrze się je odkręca i zakręca nawet przy mokrych dłoniach. Wszystko mi tutaj gra. Składy są też bardziej rozpisane, wiemy jaki składnik jest jaki i jakiego pochodzenia, więc też fajna opcja. Jak widzicie konsystencja masek jest bardzo gęsta, zbita i taka na maksa treściwa, dla mnie bomba, bo idealnie wnika wgłąb włosa.
Wszystkie maski mają właściwości nawilżające, odżywiające i ujarzmiające włosy. Pachną wspaniale,  nie ma opcji żeby przetłuściły czy obciążały wasze włosy. Co prawda nie stosowałam ich na suche włosy, bez spłukiwania, bo trochę się bałam, ale jako maska i odżywka - rewelacja! Różnią się od siebie głównie zapachem, niektórymi składnikami i przeznaczeniem, ale ja uwielbiam wszystkie trzy.
Maski są też hiper wydajne, wiadomo jedne używam częściej drugie rzadziej, ale ogólnie w mojej łazience już leżą na pewno z 2 miesiące i jeszcze sobie cześć z nich poleży. Ich dostępność też jest całkiem spoko, znajdziecie je praktycznie w każdej drogerii i niektórych supermarketach, cenowo jest różnie, do 30 zł, ale na jakiejś dobrej promocji spokojnie kupicie je za około 15zł.
A i jest jeszcze jedna wersja Goji Hair Food - maska nadająca blask do włosów koloryzowanych. A przechodząc do szczegółów na temat poszczególnych masek.

GARNIER FRUCTIS, PAPAYA HAIR FOOD
regenerująca maska do włosów zniszczonych

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Isopropyl Myristate, Stearamidopropyl Dimethylamine, Carica Papaya Fruit Extract, Phyllanthus Emblica Fruit Extract, Glycine Soja Oil / Soybean Oil, Sodium Hydroxide, Helianthus Annuus Seed Oil / Sunflower Seed Oil, Coco-Caprylate / Caprate, Cocos Nucifera Oil / Coconut Oil, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Caprylic / Capric Triglyceride, Caprylyl Glycol, Citric Acid, Tartaric Acid, Cetyl Esters, Potassium Sorbate, Salicylic Acid, Caramel, Linalool, Geraniol, Limonene, Parfum.

Maska pachnie mi poziomkami i truskawkami. Albo tak pachnie papaja, a ja tego po prostu nie wiem. Maska jest tak samo gęsta, wnika we włosy i nie spływa z nich.
Włosy po użyciu tej maski są na prawdę gładkie, miękkie i odżywione. Nie jest to moja ulubiona maska z całej trójki, ale używałam jej często i moja siostra też i też jest zadowolona. Więc wydaje mi się, że maska jest idealnie uniwersalna i przyda się każdemu.


GARNIER FRUCTIS, BANANA HAIR FOOD
odżywcza maska do włosów bardzo suchych

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Isopropyl Myristate, Stearamidopropyl Dimethylamine,  Butyrospermum Parkii Butter / Shea Butter, Olea Europaea Oil / Olive Fruit Oil, Musa Paradisiaca Fruit Juice, Banana Fruit Juice, Glycine Soja Oil / Soybean Oil, Sodium Hydroxide, Helianthus Annuus Seed Oil / Sunflower Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Rosemary Leaf Extract, Coco-Caprylate / Caprate, Cocos Nucifera Oil / Coconut Oil, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Caprylyl Glycol, Citric Acid, Persea Gratissima Oil / Avocado Oil, Lactic Acid, Tartaric Acid, Cetyl Esters, Tocopherol, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Salicylic Acid, Caramel, Linalool, Eugenol, Cumarin, Benzyl Alcohol, Parfum.

Bananowa wersja jest zdecydowanie moją ulubioną, uwielbiam banany i uwielbiam wszystko, co bananowe. Zapach jest dosłownie taki, jak powinien być - mega czarujący, uzależniający i no uwielbiam. Maska jest tak samo gęsta, treściwa, jak pozostałe.
Moje włosy tez najbardziej się lubią z tą maską. Są idealnie miękkie, gładkie, końcówki wyglądają mega treściwie, nie są poszczerbione, a włosy nie odstają, tylko wszystkie ładnie ze sobą współgrają i są hiper lejące. Dla mnie sztos, bo i włosy mi się genialnie po niej kręcą! Zapach utrzymuje się w łazience, na włosach niestety nie, ale i tak możemy się naniuchać.

GARNIER FRUCTIS, MACADAMIA HAIR FOOD
wygładzająca maska do włosów suchych i niesfornych

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Isopropyl Myristate, Stearamidopropyl Dimethylamine, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Glycine Soja Oil / Soybean Oil, Sodium Hydroxide, Helianthus Annuus Seed Oil / Sunflower Seed Oil, Simmndsia Chinensis Seed Oil / Jojoba Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil / Sweet Almond Oil, Coco-Caprylate / Caprate, Cocos Nucifera Oil / Coconut Oil, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Caprylyl Glycol, Citric Acid, Tartaric Acid, Cetyl Esters, Salicylic Acid, Caramel, Linalool, Geraniol, Cumarin, Limonene, Citral, Citronellol, Benzyl Alcohol, Benzyl Cinnamate, Benzyl Salicylate, Parfum.

Tak maska też pachnie przerewelacyjnie, przez olejkowy zapach masła shea i innych olejków przebija się słodki i owocowy zapach, który jest tak wyrazisty, że cała kompozycja dla mnie jest genialna, bardzo energetyzująca i pobudzająca.
Maska ma identyczne właściwości, jak powyższe dwie; też fajnie wnika we włosy, odżywia, nawilża i regeneruje je. Lubię jej używać głównie wtedy, kiedy nie mam zamiaru zostawiać kręconych włosów, bo fajnie ujarzmia i wygładza włosy. Nic nie sterczy, nie odstaje,nie puszy się i wszystko fajnie się trzyma. Włosy są sypkie, lejące i wyglądają idealnie zdrowo, końcówki są w stanie genialnym, więc ja jestem zadowolona.


Znacie je?


#35 kinomaniak, czyli ostatnie filmy, jakie oglądałam

19 marca 2019



Hej, hej ! Co tam, jak tam? Mam nadzieję, że wszystko w porządku i wiosna Was rozpieszcza. Miał być dzisiaj trochę inny wpis, ale w sumie jakoś tak nie miałam ostatnio weny na kosmetyczne wpisy, więc stwierdziłam, że będzie coś innego. Co prawda, liczę n to, że pogoda będzie tak idealna że nie będzie czasu na oglądanie filmów,ale mimo wszystko deszczowe popołudnia i wieczory jeszcze się trafiają, więc idealnie: zaszyć się w koc i włączyć jakiś film! No to go!

303. Bitwa o Anglię (2018) 'Hurricane: Squadron 303' dramat, wojenny

Mimo że z historią jest mi bardzo nie po drodze, to uwielbiam oglądać filmy historyczne i dokumenty. Wiadomo, że nie zawsze informacje z filmów mogą być wiarygodne, ale i tak ogólny zarys tego, co się działo jakoś łatwiej przyswajam z takich rzeczy. Jeśli chodzi o ten film, to jest to angielska wersja, nie mylcie z polską produkcją. Ale ja byłam naprawdę zadowolona i przejęta. Świetni aktorzy, historie poboczne, muzyka i wszystko. Nie tylko wątek historyczny jest rozwinięty. Ale to trzeba zobaczyć samemu.

Vaiana: Skarb oceanu (2016) 'Moana' animacja, familijny, przygodowy

Bajki oglądam i doskonale o tym wiecie - nawet je uwielbiam. Ale nie wszystkie bajki mi się podobają. Niektóre są po prostu powtórzeniem i połączeniem tysiąca innych bajek. I właśnie ta bajka Vaiana jest dokładnie taka. Nie podobała mi się totalnie, bardzo wtórne i mega nieciekawe, nudne no nie, serio drama. 

Szofer do usług (2016) 'Amateur Nght' komedia

Aktor z American Pie, więc jakiś tam sentyment się ma i film czakiem przyjemnie się ogląda, ale nie jest on wysokich lotów, nie szaleję za nim i nie wspominam go. Teraz jak piszę kinomaniaka to dopiero sobie przypomniałam, że faktycznie coś takiego oglądałam, ale szału nie ma. Biedny facet, farfocelek, który musi jakoś utrzymać rodzinę, nagle staje się powiedzmy alfonsem. Fajny film na spędzenie wieczoru, trochę się pośmiejecie, ale jeżeli nie lubicie takich żartów i wasze poczucie humoru odbiega od tematu seksu, to pewnie przez większość czasu będziecie zażenowani. Dużo prostytutek, alkoholu, narkotyków, a to wiąże się z innymi niezbyt ładnymi scenami ,a nie każdy to lubi.

Evan Wszechmogący (2007) 'Evan Almighty' fantasy, komedia

Film 'stary, jak świat', ale jaki genialny! Mimo wszystko te stare filmy mają coś w sobie, są niepowtarzalne, zabawne, niosą za sobą jakąś ważną lekcję i dobrze się je ogląda. Myślę, że każdy z Was kojarzy ten film (jeśli nie to koniecznie obejrzyjcie), a poza tym sam aktor Steve Carrell mnie rozbraja swoją mimiką,  gestykulacją i sposobem grania dodatkowo jego głos i wszystko łączy mi się w cudowną całość. Historia z motywem religijnym, ale pokazuje też inną wartość, która jest ponad wszystko: rodzina jest najważniejsza i od niej zawsze dostaniesz wsparcie, nawet przy najbardziej absurdalnych pomysłach. Dla mnie film bomba.

Milczące miasto (2012) 'Silent city' dramat, fantasy

Na ten film trafiłam jakoś rzez przypadek w necie. Szukałam chyba czegoś innego, a trafiłam na to i na początku byłam w szoku. Nie wiedziałam co chodzi - film jest creepy i przerażający, utrzymany w przedziwnym klimacie. Pojawia się dziewczyna w obcym, azjatyckim miejscu i chce pracować w gastronomii, kroi ryby prawie przez cały film i symbolika ryby też przewija się przez cały film. I w sumie chyba nadal nie wiem o co chodzi w tym filmie i jakoś do mnie nie przemówił, ale mimo wszystko oglądałam go jak zaczarowana, bo był na tyle dziwny i tajemniczy, że aż mnie przyciągnął. Ale chyba nie znajdzie z wielu fanów, więc raczej go nie szukajcie.

Kate i Leopold (2001) fantasy, komedia romantyczna

Wiecie, co jest ciekawe? Że mogą być takie osoby, których jeszcze nie było na świecie jak powstawał ten film. A ja uwielbiam takie historie, uwielbiam romantyczne historie, które są totalnie niemożliwe w realnym świecie. Uwielbiam filmy, w których miłość pokonuje wszystko, a nawet niemożliwe staje się możliwe. Nie często miesza się teraźniejszość z bardzo dawną przeszłością. Więc jeśli nie lubicie takich naciąganych historii to uważajcie. A Meg Ryan tez się świetnie nadaje do takich filmów i uwielbiam filmy z nią!


Dajcie mi koniecznie znać,co ostatnio oglądaliście! Na pewno wkrótce obejrzę wszystkie ;).


Gliss Kur, Supreme Length,
zamiast obcinać lepiej używać serum w sprayu?

16 marca 2019


No witam! Znowu weekend, znowu sobota, moje plany na dzisiaj nieco się zmieniły, ale to nic, nic nie ucieknie, nic się nie stanie, ale czasem tak jest, że rozkłada nas w najmniej oczekiwanym momencie. Dzisiaj działam, bo ostatnio zostałam totalnie wytrącona z mojego typowego planu dnia, przez co ciężko jest mi wrócić trochę na właściwe tory, ale jakoś się staram naprostować i ogarnąć.
A dzisiaj mam dla Was produkt do włosów; marki, którą uwielbiam jeśli chodzi o pielęgnację i mimo że nie wierzę, w żadne cuda spajające włosy, tak wierzyłam w ten produkt, że mi pomoże. I mam na maksa mieszane uczucia, więc zapraszam do recenzji.

Gliss Kur, Supreme Length
serum w sprayu na rozdwajające się końcówki


Serum przeznaczone jest to włosów długich, skłonnych do zniszczeń i rozdwajających się końcówek. Ma za zadanie intensywnie odżywić włosy, pomóc zredukować rozdwajanie się końcówek oraz przeciwdziałać ich powstawaniu aż do 95%.

Skład: Aqua, Dimethicone, Dimethylacrylamide/Ethyltrimonium, Chloride Methacrylate Copolymer, Paeonia Lactiflora Root Extract, Amodimethicone Morpholinomethyl Silsesquioxane Copolymer, Tocopheryl Acetate, Panthenol, Hydrolyzed Keratin, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Stearamidopropyl Dimethylamine, Propylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Phenoxyethanol, Citric Acid, Glycerin, Parfum, PPG-1 Trideceth-6, Methylparaben, C10-11 Isoparaffin, Linalool, Sorbitan Oleate, Benzyl Salicylate, Trideceth-5, Limonene, Benzyl Alcohol, Hexyl Cinnamal, Citronellol, Coumarin.

Sposób użycia: Przed użyciem wstrząsnąć. Należy zaaplikować na umyte włosy, odsączone ręcznikiem  lub całkowicie suche włosy. Nie spłukiwać.


Opakowanie jest bardzo wyróżniające się i rzucające się w oczy przez sam róż, ale też kojarzy się z samą marką i serią kosmetyków do włosów, które u mnie królują w łazience już od dawna. Poza tym, posiada atomizer, więc można wygodnie spryskać nim włosy albo wylewać na dłoń i dopiero potem nakładać. Jak widzicie serum jest przeznaczone do długich włosów podatnych na zniszczenia. I tak, zdaję sobie sprawę, że lepiej obciąć włosy, niż sztucznie sklejać rozdwojone końce, ale bardziej traktuje ten produkt, jako serum zabezpieczające końcówki, żeby zapobiec rozdwojeniu. Konsystencja jest dość lejąca się, jeśli wolicie nakładać produkt z dłoni, to musicie na to uważać. Zapach jest bardzo ładny, dosyć intensywny i perfumowany, ale mi się bardzo podoba i nie przeszkadza.


Zawsze używałam tego serum spryskując lekko wilgotne włosy, na sam koniec po włosingu i tak zostawiałam do wyschnięcia. Końcówki wtedy były miękkie i gładkie i naprawdę milutkie w dotyku. Rewelacja. Kiedy używam go na suche włosy to głównie pomagał mi w ujarzmieniu puchu, odstających włosów i nieokiełznanych loków. Włosy wyglądają lepiej, ładniej, błyszczą i na maksa mi się podoba ten efekt. 
Nie przetłuszcza, nie skleja i nie obciąża włosów, przynajmniej moich, a zdarzało mi się czasami przesadzić z ilością i na początku włosy wyglądały na lekko posklejane, ale po jakimś czasie olejek ładnie się wchłaniał we włosy. I wiadomo, to co trzeba obciąć to trzeba obciąć, przed tym nie uciekniecie, a wszystko wyjdzie u fryzjera, ale! Zauważyłam, że włosy mniej się rozdwajają i mniej się niszczą. Co prawda, obecnie moja pielęgnacja zmieniła się diametralnie, bo wróciłam do regularnego olejowania i przestałam katować włosy suszarką i prostownicą, więc to że ich stan jest lepszy to na pewno zasługa tego wszystkiego, co obecnie robię. Dlatego ciężko mi powiedzieć, ile daje mi to serum i co by było gdyby nie ono.


Dlatego nie wiem, co o nim myśleć i nie wiem czy do niego wracać. Bo coś tam na pewno mi pomógł, pomagał mi ujarzmić włosy, kiedy były nieogarnięte, ale tak naprawdę takich produktów na mojej półce znajdzie się parę, a chcę ograniczyć teraz ich ilość. Zobaczę, jak mi się skończy czy mi go brakuje, a Wy o tym dowiecie się w denku. Bo niby spoko, ale wydaje mi się, że bez niego też bym sobie jakoś poradziła;).
A jeśli go znacie,to koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, co Wy o  nim sądzicie;)!

Fanola niebieski szampon ochładzający odcień włosów

13 marca 2019


Halo, halo - dzień dobry! Dzisiaj może pogoda nas nie rozpieszcza,ale ja mam swoje małe święto, więc jak najbardziej się cieszę i nic mi dziś nie przeszkadza. Może padać, sypać śniegiem, w ciągu ostatnich kilku dni mamy wszystko, więc nawet się przyzwyczaiłam! Lecę się zbierać,bo od rana ogarniam, działam i co chwilę coś jeszcze muszę zrobić, a chcę się wyrobić, bo wiadomo czeka mnie dziś jeszcze praca ;).
Nigdy nie myślałam, że będę blondynką. poważnie, to była ostatnia rzecz o jaką się podejrzewałam i nawet  zawsze powtarzałam fryzjerce 'Nigdy w życiu'. N i o, coś mi nie wyszło haha. Dlatego też dzisiaj mam dla Was recenzję niebieskiego szamponu, ale że nigdy nie myślałam, że będę blondynką to mam wersję dla ciemnych włosów, a obecnie mam więcej blondu na sobie,ale to nic ;)

Fanola, No orange
szampon z dodatkowym niebieskim pigmentem


Szampon jest odpowiedni dla włosów farbowanych w ciemnych odcieniach. Ma za zadanie delikatnie umyć zarazem neutralizować niepożądane miedziane/czerwone refleksy. Poza tym, pozostawi włosy błyszczące i nawilżone.
Produktu nie należy używać na włosach rozjaśnianych i z pasemkami. Nie pozostawia lam na skórze głowy.

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Cocoamphoacetate, Decyl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Citric Acid, Parfum, Acid Violet 43, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Triethylene Glycol, Hexyl Cinnamal, Benzyl Alcohol, Phenoxyethanol, Cl 42090 (FD&C Blue 1), Propylene Glycol, Ethylhexylglycerin, Sodium Chloride, Methylchloroisothiazolinone Methylisothiazolinone, Magnesium Nitrate, Magnesium Chloride, Cocos Nucifera Oil, Gardenia Tahitensis Flower, Hydrolyzed Corallina Officinalis Extract, Gardenia Tachitensis Flower Extract, Potassium Sorbate, Xanthan Gum, Sodium Methylparaben.

Sposób użycia: należy nakładać na mokre włosy używając rękawiczek ochronnych, masować i pozostawić na 1-5 minut, następnie spienić i spłukać. Powtórzyć aplikację.


Jak widzicie opakowanie jest niebieskie, co dobrze się kojarzy i przynajmniej nigdy nie pomylę opakowania z innym kosmetykiem. Żeby wydobyć szampon z opakowania należy wcisnąć część zatyczki i wtedy wysunie się otwór, przez który wydobywamy szampon (na pewno znacie ten mechanizm) i wylewamy na dłoń. Szampon ma mocny i męski zapach. Nie utrzymuje się on na włosach, ale może podrażnić lekko oczy. Z kolei, konsystencja jest bardzo aksamitna i granatowa wpadająca w czerń. Nie używam rękawiczek ochronnych i nie wyglądam jak avatar. Ale muszę pamiętać o dokładnym umyciu dłoni najlepiej jakimś olejkiem i wanny, bo z tym jest różne, a najczęściej niebiesko. Nie zdarzyło te mi się mieć pofarbowanej twarzy, więc chill. Ale prawda jest taka, że odcień z dłoni sam się zmywa tez i podczas nakładania kolejnych odżywek, maseczek itp.
Zacznę od tego, że ja mam rozjaśniane włosy, więc nie powinnam go w ogóle używać. Poza tym, w momencie kiedy go dostałam miałam ciemne włosy, teraz większość moich włosów pokryta jest blondem, a on jest przeznaczmy właśnie do ciemnych włosów i ma zapobiec pojawienia się niechcianych miedzianych i czerwonych refleksów, ale i mi coś tam daje!


Jak już go używam to bardzo rzadko, głównie po wizycie u fryzjera, bo wtedy słyszę, że coś tu się zadziało nie tak z kolorem, a ja się budzę, że faktycznie dawno go nie używałam. Nie używam go też, jako szamponu - bardziej jako toner. Nakładam na mokre włosy i trzymam tak do ok. 15 minut i potem jeszcze raz powtarzam to samo. I nie kończę z fioletowymi włosami, ale prawda jest też taka, że moje włosy aż tak nie żółcieją, więc u mnie efekty też będą trochę inne.
No i po pierwsze! Po nałożeniu szamponu na włosy zamienia się on od razu w błękitną pianę. Według mnie szampon lekko stępia włosy, po jego użyciu są twarde, sztywne, szorstkie i niefajne w dotyku, dlatego nie lubię używać go za często. Po nim muszę koniecznie nałożyć jakaś maskę, odżywkę itd (zawsze się zastanawiam czy taka ilość innych produktów nie niszczy efektów). Efekty na włosach są delikatne. Po jednym użyciu nawet takim dłuższym trzymaniu na głowie nie będziecie mieć idealnie ochłodzonego koloru. Efekt jest delikatny, a różnica jest niewielka, ale da się zauważyć ochłodzenie koloru ima się wrażenie, że został on stonowany, ogarnięty. Albo właśnie używać go raz, a dobrze czyli na dłużej albo częściej. Wystarczy używać go regularnie na 10-15 minut raz w tygodniu i to wystarczy, żeby uchronić Wasz odcień włosów.


Ja ogólnie jestem zadowolona. nie jest to efekt wiadomo na miarę fryzjera, ale myślę, że jak na domowe zacisze efekt jest zadowalający. Ja na pewno przy bardziej regularnym stosowaniu miałam bardziej chłodny odcień więc muszę się ogarnąć, bo niedługo skończę z jajem na głowie. Ale na tyle na ile używam, jest spoko!
Aczkolwiek wiem, że wersja przeznaczona do bardzo jasnego blondu potrafi aż pofarbować włosy na lekkie odcienie niebieskiego czy fioletu!


24 godzinna kontrola z Dermacolem
24h control longlasting make-up

10 marca 2019


Dzień Dobry w Dzień Mężczyzn! Nie wiem czy jest tu jakikolwiek mężczyzna jakoś bardziej zainteresowany tematyką, ale jeśli tak to samych najlepszości! Kolejna niedziela, wiosnę już czuć od dawna w powietrzu, a ja nie mogę się doczekać dłuższego wolnego. W sumie to  nie mogę się już dociekać wakacji, ale Wielkanoc bliżej, więc to na jest moim kolejnym punktem do odliczania w czasie.
Dzisiaj mam dla Was znowu recenzję podkładu marki Dermacol. Nie mam tak, że używam kliku podkładów na raz, jak się uczepię jednego to go katuje do końca (co możecie zobaczyć na zdjęciach). A że mam dosyć sporą kolekcję podkładów marki Dermacol to używam, zużywam, przebieram i na nowo się zakochuję w każdym kolejnym. Ostatnio pisałam o 18h długotrwały podkład matujący, a dzisiaj będzie o 24 godzinnej kontroli nad makijażem!


Dermacol, 24h Control
długotrwały podkład


24 godzinny podkład ma za zadanie nie tylko nadać skórze naturalnie piękny i promienny wygląd przez cały dzień i noc, ale również zapewnić doskonałą ochronę skórze, zapobiec oznakom zmęczenia i zwiększyć elastyczność skóry. Ne zostawia śladów na odzieży, a także jest odporny na dotyk. Nie tworzy efektu maski, nie zatyka porów i jest bardzo wydajny. Znajduje się w eleganckim i szklanym opakowaniu z pompką, co ułatwia dozowanie podkładu. Dzięki gładkiej konsystencji łatwo da się go rozprowadzić, kryje niedoskonałości i przebarwienia. 
*hypoalergiczny // + koenzym Q10
Odcienie: 01 - jasny beż, 02 - natura, 03 - ciemny beż, 04 - opalony

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Polymethyl Methacrylate, Propylene Glycol, PEG/PPG-18/18 Dimethicone, Dimethicone, Sodium Chloride, Silica Silylate, Synthetic Beeswax, Caprylic/Capric, Triglyceride, Alaria Esculenta Extract, Ubiquinone, Laureth-7/Laureth-8, Dimethiconol, Ethylhexyl Cocoate, Phenyl Trimethicone, Lecithin, Glycolipids, Caprylyl, Glycol, PVP, Lauryl, Methacrylate/Glycol Dimethacrylate Crosspolymer, Methicone, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylaraben, Parfum, Cl 77891, Cl 77492, Cl 77491, Cl 77499.



Ekspertem od makijażu nie jestem, maluję tak jak umiem, jak mi się w miarę widzi. Ten fluid wizualnie nawet mi się podoba, niewielkie, ale wygodne i poręczne opakowanie, które wygodnie trzyma się w dłoni i nie ma opcji, żeby wypadło czy się wyślizgnęło. Pompka działa bez zarzutu i fajnie wyciska produkt na dłoni, zatyczka z kolei jest trochę luźna, ale nie miałam nigdy żadnych nieprzyjemnych sytuacji z tym związanych, żeby wypadła. Przez opakowanie widać też ile produktu zostało nam do końca.
Zapach jest niewyczuwalny kompletnie, jak już się bardzo wąchamy t wyczujemy coś kosmetycznego, ale nic konkretnego. Z kolei konsystencja jest naprawdę lekka, podkład nie jest jakoś bardzo gęsty, ale też się nie leje z dłoni. Podkład jest dosyć lekki, nie mam wrażenie ze na twarzy mam grubą warstwę tapety i też pędzel po nim nie jest wcale posklejany.

[2. i 4. zdjęcie z samym podkładem]

Przechodząc do działania. Ten podkład nie jest jakiś turrbo kryjący, jak widać po zdjęciach. To, co ma zakrywać, czyli jakieś przebarwienia, zaczerwienienia czy pęknięte naczynka, ale nie sprawia, że twarz zaczyna wyglądać idealnie gładko jak u lalki barbie. Mi ten efekt się bardzo podoba, bo krycie jest idealne, ale ciągle naturalne. Nie wyglądam jak chodzący photoshop, co jest super. Poza tym, przyznam, że fluid trzyma się na twarzy rewelacyjnie. Uwielbiam to, że wieczorem czy po całonocnej imprezie jak idę zmywać makijaż - wacik jest mocno zabrudzony, bo to oznacza, że rzeczywiście się nie ściera. Wiadomo z katarem nie wygra, ale czy to na imprezę czy na cały dzień to naprawdę trzyma się idealnie. Twarz wygląda zdrowo, promiennie, kolor został wyrównany i muszę przyznać, że podkład jest lekko matujący.
Poza tym, super też współpracuje z innymi produktami. Nie ma problemu z makijażem oka, czy konturowaniem, nie zauważyłam też żeby się ważył, czy utleniał, a mój odcień jest 01 i dla mnie jest idealnie jasny.
Fluid mnie nie zapchał, nie spowodował podrażnień ani pojawienia się wyprysków.


Ja jestem bardzo zadowolona! I bardzo go polubiłam, daje bardzo fajny, naturalny efekt, nie zakrywa dosłownie wszystkiego, dzięki czemu twarz nie wygląda sztucznie. Dla mnie bomba i jest spore prawdopodobieństwo, że do niego wrócę. W internecie jest parę stron, na których można zakupić produkty z Dermacolu, a  ja pewnie wykonam jakieś spore zamówienie.
Ale... mam jeszcze jeden podkład z Dermacolu do wypróbowania, więc pewnie za jakiś czas pojawi się kolejna recenzja.


Baby shower! albo bociankowe- organizacja

07 marca 2019


Hej, hej, hej! Może wiecie, ale uwielbiam organizować różne rzeczy, dla mnie to czysta przyjemność. Kocham kupować dekoracje, zastanawiać się, jak to będzie, co będziemy robić, zaplanować sobie wszystko po kolei. A najbardziej uwielbiam dbać o szczegóły, girlandy, hawajskie naszyjniki, konkretne balony w zależności od tematyki imprezy - uwielbiam, wszystko musi do siebie pasować. A jak uda mi się wyłapać gdzieś jakąś perełkę to jestem najszczęśliwsza. I nawet jeśli nikt na to nie patrzy, to najważniejsze, że mnie cieszy. Organizowałam już wieczór panieński, o którym Wam pisałam, więc teraz przyszedł czas na Baby Shower!


Sprawa wygląda podobnie, jak z wieczorem panieńskim. Trzeba rozkminić odpowiedni termin i listę gości, wszystko oczywiście pod przyszłą mamę. Nie jestem za robieniem niespodzianek w takiej sytuacji, tym bardziej ciężarnej, plany można mieć różne, samopoczucie może być różne, wiecie trzeba wziąć pod uwagę hormony. Więc trzeba to dogadać, nawet jeśli ktoś uwielbia robić niespodzianki. W sumie ja sama nie chciałabym się pojawić w takiej sytuacji nawet teraz, więc tym bardziej nie stawiam innych w takich okolicznościach. Wolałabym być ubrana, ogarnięta i nastawiona, że coś takiego będzie mnie czekać. A o liście gości chyba nie mam co mówić, rzecz dla mnie totalnie logiczna do skonsultowania, żeby nie było wpadek. Dla mnie też fajnym pomysłem jest zapraszanie rodziny przyszłej mamy, oczywiście żeńskiego grona, ale to też należy skonsultować,bo różnie może być


ATRAKCJE
Nie oszukujmy się, Baby Shower to nie jest szalona impreza, która może skończyć się dwa dni później w totalnie innym mieście. Od zawsze wyobrażałam to sobie, jako spokojną posiadówę, rozmowy, śmiech, chwila relaksu dla przyszłej mamy i okazja do zapomnienia o wszystkich stresach, ważnych rzeczach i skupienia się na sobie. Zresztą, im starsi jesteśmy, tym mamy mniej czasu dla siebie nawzajem, a więc warto ponadrabiać ten czas, bo na pewno nie widziałyście się dłuższy czas. A jakiekolwiek dodatkowe rzeczy niech wyjdą naturalne i róbcie to na co macie ochotę. Lubicie grać w gry? Grajcie w gry. Lubicie oglądać filmy? Oglądajcie filmy. Cokolwiek lubicie, to róbcie.
Ale nie zapomnijcie o zdjęciach! Nie ma wyjścia, nie ma imprezy, szczególnie takiej i w takim gronie bez zrobienia zdjęć i pamiątki. A do tego, internet jest pełny od różnych gadżetów do fotobudek, więc czego by tego nie wykorzystać. Cenowo jest tanio, a są przepiękne i gwarantuje Wam fajne zdjęcia.


DODATKI
Pewnie czekaliście na ten punt ale tym razem nie zaszalałam. Niestety w Polsce nie jest to jeszcze aż tak popularne, jak w innych krajach, więc niestety, ale nie mogłam nakupić tego wszystkiego, co chciałam, a na pinterest widziałam takie cuda! Skupiłam się na balonach, bo to jest też i fajny akcent do zdjęć, a w dodatku jestem największą baloniarą, więc bez tego by się nie obeszło haha.
Gdybym się wystarczająco wcześniej ogarnęła to mogłabym zakupić cuda na aliexpress. Tam można nabyć girlandy, dodatki do jedzenia, idealne talerzyki.
Ale! Na moje szczęście jakiś czas temu trafiłam na najbardziej utalentowaną dziewczynę pod słońcem @twoj_piernik, która wykonuje własnoręczne pierniki i można zamówić u niej pierniki tematyczne. Oj, nawet nie wyobrażacie sobie, jaka ja byłam zachwycona. Pierniki są duże, cudownie wykonane przepięknie i możecie poprosić o wszystko! No szał. I taka dekoracja podobała mi się najbardziej, bo i było to coś innego, oryginalnego, a można też to rozdać dziewczynom  na wyjście w formie prezentu i pamiątki ;).




PREZENTY
Kwestia indywidualna albo kwestia grupowa, jak kto woli. Oba sposoby mają swoje zalety, czasem ciężko jest się dogadać, ale i wtedy można kupić coś konkretnego. Można pomyśleć o prezentach dla dziecka, o czymś dla mamy albo przyszłych rodziców; gadżety, dodatki, pieluchy, ciuszki, kosmetyki albo jakieś inne rzeczy, o których istnieniu, nie mam nawet pojęcia, a tym bardziej o tym, jak się ich używa.
Moje propozycje? Mata edukacyjna, kura do karmienia, zestaw do łóżeczka, kosmetyki, voucher do kosmetyczki, do spa, elektroniczna niania, misie szumisie... jest ogromny wybór!
Ale na wszystko trzeba uważać i podpytać, bo dużo rzeczy się dostaje od rodziny, a wiadomo dzieci szybko ze wszystkiego wyrastają, więc większość z nich nawet nie zdąży się zużyć.



Organizowałyście kiedyś baby shower? A może same miałyście swoją własną bociankową imprezę? Dajcie znać, jak było! :)


MediHeal, czyli maseczki z niesamowitą mocą

04 marca 2019



Dzień dobry! Nowy tydzień, nowy miesiąc, nic nowego się nie zmienia, a jednak! Ja już czuję na maksa wiosnę w powietrzu i cieszę się niesamowicie, nawet mnie jakoś bardzo nie przewiewa, jak wyjdę na szybko do sklepu nieubrana, rewelacja! Kto czytał ostatni wpis to zauważyliście, że w końcu zaczęłam zużywać maski, a to wiąże się z recenzjami i wpisami zbiorczymi, ale krótkimi, bo tak naprawdę maski w płachcie są jednokrotnego użytku, więc są to opinie dosyć powierzchowne, ale i tak pomocne, bo przy okazji masek pierwsze wrażenie decyduje o tym, czy kupimy je ponownie.
No to siup z MediHeal!

N.M.F AQUARING AMPOULE MASK EX.
N.M.F maska ampułka nawilżająco wygładzająca

Maska ma za zadanie intensywnie pielęgnować dojrzałą, wysuszoną skórę, nadać efekt silnego nawilżenia i wygładzenia. Zawiera naturalny czynnik N.M.F (natural moisturizing factor), hialuronian sodu, ceramidy, allantoina i trehaloza.

Skład: Water, Glycereth-26, PEG/PPG-17/6 Copolymer, Glycerin, Sodium Hyaluronate, 1,2 Hexanediol, Hydroxyethyl Urea, Rosa Centifolia Flower Water, Fomes Officinalis Extract, Hamamelis Virginiana Water, Prunus Amygdalus Dulcis Seed Extract, Glutamine, Glutamic Acid, Arginine, Alanine, Phenylalanine, Proline, Portulaca Oleracea Extract, Hydrolyzed Collagen, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Beta-Glucan, Xanthan Gum, Butylene Glycol, Boswellia Serrata Resin Extract, Salix Alba Bark Extract, Panthenol, Trehalose, Betaine, Carbomer, Allantoin, Polysorbate 80, Adenosine, Disodium EDTA, Tocopheryl Acetate, Fragrance, Polyglutamic Acid.

Ta maska była moim pierwszym zetknięciem się z marką MediHeal. I od samego początku byłam zachwycona. Płachta jest bardzo nasiąknięta produktem, ale nie kapało z niej ani nic nie spływało. Dało się czuć bombę maseczkową na twarzy,że działa i wnika w głąb skóry. Poza tym, zapach - rewelacja. Bardzo kwiatowy, kobiecy i kosmetyczny, ale ładny. Jeśli chodzi o jej działanie to jak najbardziej na plus. Nie mam ogromnych problemów z suchością czy odwodnieniem skóry, ale dało się odczuć natychmiastowe nawilżenie i odżywienie. Maska sprawiła,że cera od razu zaczęła wyglądać zdrowo,promiennie i była bardzo gładka w dotyku. Bardzo chętnie będę do niej wracać, bo skóra aż odżywa. Jak najbardziej maska jest godna polecenia!


W.H.P WHITE HYDRATING BLACK MASK EX.
Czarna Maska wybielająca W.H.P EX.

Maska ma za zadanie poprawić poziom nawilżenia w skórze, zmienić odwodnioną skórę w skórę nawilżoną i pełną blasku. Zawiera niacynę, arbutynę i ekstrakt z jagód acai, które działają tonizująco. Ceramidy wodne wybielają skórę. Maska pozostawia skórę jedwabiście gładką.

Skład: Water, Propylene Glycol, Niacinamide, Glycerin, Dipropylene Glycol, Bis-PEG-18 Methyl Ether Dimethyl Silane, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Hyaluronate, Allantoin, Euterpe Oleracea Fruit Extract, Dipotassium Glycyrrhizate, Xylitylglucoside, Anhydroxylitol, Xylitol, Glucose, Mentha Piperita Extract, Trehalose, Charcoal Powder, Disodium EDTA, Arginine, Carbomer, Hydroxyethylcellulose, Zanthoxylum Piperitum Fruit Extract, Usnea Barbata Extract, 1,2 Hexanediol, Fragrance.

Od początku zastanawiałam się, że jak to... czarna maska, czarna płachta, a efekt z kolei wybielający? Czegoś takiego jeszcze nie miałam. Ale od początku! Muszę przyznać, że maska była na maksa nasiąknięta produktem, a poza tym wielki plus za płachtę. Tak idealnie przylegała do twarzy, jak nigdy żadna inna. Idealnie! A z tym akurat często mam problemy. Zapach mnie nie powalił, a nawet lekko odstraszył. Bardzo kojarzył mi się z witaminą C, rutinoscorbinem, ale takim przesadzonym i za mocnym. Na szczęście szybko przestałam to czuć.
Po ściągnięciu twarz była w genialnym stanie. Cudownie nawilżona, odżywiona, gładka i miękka w dotyku, a nawet da się zauważyć lekki efekt wybielający, jakiekolwiek przebarwienia zostały rozjaśnione, więc dla mnie maska byłaby idealna przed ważniejszą imprezą. Zapewne przy regularnym stosowaniu byłby to mocniejszy efekt i skóra mogłaby zostać na stałe rozjaśniona. Ja nie mam takich problemów ze skórą, więc mi raz na jakiś czas wystarczy. Ale znowu, jestem zachwycona!
Poza tym, czarna maska była tak rewelacyjnym gadżetem, że śmiałam się, że mogę iść i napaść na bank. Oczywiście tego nie zrobiłam! ;D

MASK DRESS; 
DRESS CODE VIOLET

Po pierwsze, maska działa tonizująco, czyli przywraca skórze naturalne pH, poza tym rozjaśnia postarzałą skórę, a także regeneruje ją. Przy okazji, posiada fantazyjny i karnawałowy wzór. Zawiera: witaminę E, panthenol, trehalozę, sok z aloesu, ekstrakt z opuncji figowej, wyciąg z borówki, z owocu acai, z oczaru wirginijskiego, z owoców granatu, ekstrakt z jagód camu camu, hialurnian sodu i hydrolizowany kolagen.

Skład: Water, Glycerin, Butylene Glycol, Sodium Hyaluronate, Hydrolyzed Collagen, Xanthan Gum, Carbomer, Tocopheryl Acetate, Disodium EDTA, Panthenol, Trehalose, Betaine, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Olea Europaea Fruit Extract, Opuntia Ficus-Indica Extract, Cavvinium Angustifolium Fruit Extract, Euterpe Oleracea Fruit Extract, Lavandula Angustifolia Flower Water, Hamamelis Virginiana Extract, Myrciaria Dubia Fruit Extract, Morinda Citrifolia Extract, Punica Granatum Fruit Extract, Ficus Carica Fruit Extract, Morus Alba Fruit Extract, Ginkgo Biloba Nut Extract, Methylparaben, Portulaca Oleracea Extract, Beta-Glucan, Allantoin, Triethanolamine, Polysorbate 80, Adenosine, Fragrance. 

Tę maskę trzymałam u siebie bardzo długo. Miałam w planach nałożyć ją przed konferencją Meet Beauty. Ale skoro została niestety odwołana to stwierdziłam, że czas poprawić sobie humor i jej użyć! Powiem Wam, że po pierwsze maska robi rewelacyjne wrażenie, ta karnawałowa maska jest rewelacyjna i wydaje mi się, że sprawdziłaby się genialnie na jakimś babskim beauty evening! Mimo wszystko maska pachnie najsłabiej z całej trójki. Zapach jest bardzo sztuczny, cytrusowy i nie, nie pasuje mi. Na szczęście, jak trzymam maskę na twarzy to zapach mi jakoś nie przeszkadza i o dziwo w ogóle go nie czuję.
Jeśli chodzi o działanie to było okej. Moja skóra po tej masce była nawet nawilżona, ale nie przetłuszczona, uspokojona, a przy okazji zmatowiona i jej koloryt został wyrównany. Ale jednak. czuję jakiś niedosyt, coś tutaj nie tak i czegoś mi tu za mało. A szkoda, bo wygląda cudownie.


Ogólnie ja z masek jestem zadowolona. Mają super wygląd i jest ich cała masa rożnych do wyboru -  jest rewelacyjne, bo każdy znajdzie coś dla siebie. Mimo wszystko ich największą wadą jest cena i dostępność. No jeśli mam używać jakiejś maski 2-3 razy w tygodniu to niestety trochę słabo wydawać ok. dychy za jedną. Z kolei, dostępne są jedynie w Hebe, a nie jest to aż tak popularna drogeria niestety. Ale i tak uważam, że od czasu do czasu, czy na jakąś fancy okazję, maski są idealne.


Denko, luty 2019r.

01 marca 2019



Hej, hej! Dzisiaj kolejne denko, i to właśnie wpisy denkowe uświadamiają mi, jak szybko leci czas, to w sumie jedyna taka seria na blogu, która pojawia się regularnie i pokazuje mi, że 'Heeej, już dwa miesiące minęły, a Ty dalej piszesz 2018r. zamiast 2019'. Standard, haha. Ale przechodzimy do denka; tym razem widać, że w końcu wzięłam się za maski i tu się jaram bo z tym zawsze mam największy problem, ale powiedziałam sobie, że jak tylko mam wolny wieczór, to wjeżdża maska, bo w końcu trzeba o siebie zadbać i to się sprawdza - mam też nadzieję, że jestem trochę piękniejsza haha. Poza tym, zobaczycie tu aż trzy korektory. Akurat mam tak, że potrafię na raz używać kilka, więc w tym miesiącu zużyłam wszystkie!.
No to do dzieła!


Standardowo w denku nie mogło zabraknąć Be Beauty, płatków kosmetycznych i Facelle, chusteczek nawilżających  do higieny intymnej, to jest już mój standard i nie wyobrażam sobie nie mieć jakichkolwiek zapasów w domu. Zawsze mam w zanadrzu po kilka opakowań i naprawdę, na maksa je wszystkim polecam! Poza tym, wiecie, że Schwarzkopf, Gliss Kur, fiber therapy, ekspresowa odżywka regeneracyjna w sprayu jest moim numerem 1. Ostatnio w tesco trafiłam na promocję za 4zł, więc trochę nakupiłam, ale są świetne i odżywiają włosy zawsze i z nimi się nie rozstaję. Tak samo jest z Ziaja, liście manuka, tonikiem zwężającym pory na dzień i na noc, ostatnio natknęłam się na małą nagonkę na Ziaję ze względu na składy, mnie to nie interere, bo te produkty naprawdę sprawiają, że moja cera wygląda bardzo w porządku! Poza tym, powróciłam do mojej wielkiej włosowej miłości, czyli Equilibra, nawilżający szamponu aloesowego, który idealnie nawilża i oczyszcza włosy, a przy okazji aloes w nim zawarty sprawia, że moje włosy rosną, jak szalone. No i po wypróbowaniu kilku innych korektorów z podkulonym ogonem wróciłam do Catrice, high coverage, Liquid Camouflage. Nie ma nic innego tak idealnie jasnego, tak idealnie kryjącego, tak trwałego, i tak świetnego pod wieloma względami. 


  • Nivea, hairrmilk natural shine, szampon pielęgnnujący; proteiny mleka i jedwabiu - dla mnie szampon jest rewelacyjny, pod warunkiem że używamy go od czasu do czasu. Często stosowany sprawiał, że moje włosy były przyklapnięte. Z kolei stosowany z umieram pielęgnuje włosy tak, jak powinien, świetnie też się sprawdzał na basenie, kiedy włos zmęczone chlorem dostają szybka nawilżającą ulgę. Ja polecam, ale przestrzegam, że nie powinno się go używać w nadmiarze.
  • Yves Rocher, peelingujący żel pod prysznic i do kąpieli, złota herbata - matko, jak ja kocham ten zapach i już mi go brakuje. Gdybym mogła wykupiłabym wszystko z  tym zapachem i t na cały rok, nie tylko na zimę. Ten żele peelingujący stał się moim ulubieńcem. Co prawda nie miał za dużo drobinek w sobie, ale i tak po depilacji sprawdzał się świetnie,bo był delikatny,ale i wygładzał skórę. Nie wysuszał, nie podrażniał, a i przy okazji lekko nawilżał skórę.
  • O2 Skin, rozświetlający krem - żel pod oczy - krem naprawdę poprawił stan mojej skóry wokół oczu. Mimo że były chwile, że trochę mnie podrażniał i momentami nie mogłam wytrzymać, a opakowanie trafiło mi się tak felerne, że pompka była do niczego, to działanie wszystko wynagradza i ja byłam mega zadowolona.
  • Lirene, city matt, mineralny puder matujący - wróciłam do tego pudru po kilku latach, kiedyś go uwielbiam i używałam prawie cały czas,a potem wiadomo - trafiałam na inne nowości. Idealnie matuje, ale ma też w sobie trochę drobinek rozświetlających, które w słońcu mogą wyglądać, jak brokat, więc na to musicie uważać, ale dla mnie i tak jest rewelacyjny. Idealnie się sprawdza, wygodnie się nakłada, nie ściera się i wsio!
  • Long4Lashes, serum do rzęs - rzęsy urosły i to dużo, więc chyba nie mam, co tu więcej mówić. Odżywka mnie nie podrażniła, nie spowodowała żadnych innych dolegliwości, a czasami zdarzało mi się trochę niepoprawnie jej użyć, ale mega. Teraz daję odpocząć rzęsom, a niedługo na pewno do niej wrócę.
  • Yves Rocher, intensywnie nawilżające mleczko do ciała z wyciągiem z aloesu - i to mleczko okazało się być naprawdę petardą, rzadka konsystencja, ale bardzo wydajne i niewiele potrzeba do wysmarowania się. Poza tym, zapach obłędny, za aloesem nie przepadam, ale ta mieszanka wyszła im naprawdę cudownie! Sztos. No i działanie; nawilża, odżywia i sprawia, że skóra jest miękka i gładka w dotyku. Bardzo na tak!


  • Le Petit Marseillais, żel pod prysznic, czerwona pomarańcza i szafran - żel, jak żel. Ogólnie spoko właściwości, nie wysusza i nie podrażnia, dosyć intensywnie pachnie, ale jednak sam zapach nie do końca przekonujący.
  • Yves Rocher, żel pod prysznic i do kąpieli, czerwone jabłuszko - średni, bo zapach średni. Jakoś bez szału i mnie nie porwał. Fajnie się pienił, dobrze mył, lekko nawilżał, ale jednak dla mnie żel ma przede wszystkim pachnieć tak, żeby mi się chciało myć, a tu nie byłam zadowolona.
  • Nivea, double effect, anty-perspirant - i tu znowu nie mam za bardzo, co mówić. Zapach ładny, kulka ostatnio jest da mnie dużo wygodniejsza niż aerozol, wchłaniał się też w miarę szybko, nie plamił ubrań, ale nie wzdycham do niego i jakoś ciągnie mnie z ciekawości do innych.
  • Dermacol, hyluron therapy 3D, wypełniający krem przeciwzmarszczkowy pod oczu i wokół ust - ten krem był używany przez moją siostrę, która skupiała się głównie w okolicach ust. ogólnie właściwości ma fajne, ładny zapach, bardzo fajna konsystencja, szybko się wchlaniał, ale jakichś większych efektów niestety nie było.


  • Schwarzkopf, beology, wygładzająca odżywka z ekstraktem z głębin mórz i brunatną algą - wszystko niestety na nie. Zapach, konsystencja i totalny brak efektów.
  • Syoss, keratn heat, termoochronny spray - kolejna rzecz taka nijaka. Niby taki produkt zawsze zapewni nam jakąś ochronę i coś pomoże, ale nie ma efektu wow, Brak wygładzenia, brak blasku.
  • Miss Sporty,  perfect stay, korektor pod oczy - kolor był bardzo fajny, jasny i ładnie rozświetlał cerę, ale nie było jakichś spektakularnych efektów i nie wyglądał jakoś hiper pięknie po krótkim czasie. Dodatkowo nie był też treściwy, tylko rzadki i potrzebowałam dużo więcej nałożyć, żeby coś z tego było.
  • Rimmel, wake me up, rozświetlający korektor - tutaj w sumie się zawiodłam, każdy jest zachwycony podkładem z serii wake me up i myślałam, że w takim razie korektor też powinien być wow, ale niestety najjaśniejszy kolor okazał się i tak zbyt ciemny dla mnie, i trochę za bardzo pomarańczowy.  Ten był już bardziej treściwy, ale kolor na starcie przegrał.


  • Lirene, stop pękającym piętom, krem do stóp 5w1 - wiecie, że ja nie znoszę dbać o stopy i zawsze budzę się, kiedy jest już za późno, no trudno. Ta maska jest spoko właśnie na takie kiedy jest za późno, tubka wystarczyła mi na w sumie kilkanaście nawet użyć, a zazwyczaj nakładam go pod bawełniane skarpetki. I następnego dnia stopy są w dobrym stanie, są miękkie, nie ma popękanych pięt i w momencie, kiedy ja go używałam raz na 2-3 tygodnie, to byłam zadowolona i efekty się długo utrzymywały. Gdybym używała go regularnie co najmniej 2 razy w tygodniu to wtedy byłby efekt zdumiewający ;).
  • A'pieu, nawilżająco-ujędrniająca maseczka na bazie miodu Canola do skóry dojrzałej - maska jest cudowna, mimo że nie mam dojrzałej skóry, ale to jak mnie nawilżyła to był szał. Zapewne działanie zostało wzmocnione przez fakt, że użyłam jej w wannie, więc maska miała podwójne doładowanie. Ale działanie było genialne, zapach też był ładny, fakt faktem płachta na moją twarz była zdecydowanie za duża, ale ogólnie jestem zadowolona, chętnie bym wypróbowała innych.
  • Selfie Project, maska nawilżająca na tkaninie, #luckyseal - kolejna maska nawilżająca, tym razem byłam 'foką', mam nadzieję, że słodką haha, ale na pewno śmieszną. Maska nawilżała, ładnie pachniała, te z Selfie Project też całkiem dobrze przylegają do twarzy, a t jest dla mnie ważne. A ich dużym plusem jest to, że są łatwo dostępne i są tanie, często na promocji, więc to już bardzo na plus.
  • MediHeal, W.H.P czarna maska nawilżając-wybielająca - o ta maska była rewelacyjna, pierwszy raz miałam czarną płachtę i wyglądałam, jakbym miała napaść na bank, ale to było fajne i coś innego! Mimo wszystko nie ma lepiej przylegających masek niż te od MediHeal. Maska cudownie nawilżyła skórę i sprawiła, że jej koloryt został idealnie wyrównany, a i przebarwienia zostały lekko rozjaśnione, więc sztos.
  • MediHeal, dress code violet, maska karnawałowa tonizująco-regenerująca - maska robi wrażenie głównie wizualne, i to jest chyba jej największy atut, ta wersja miała dziwny zapach, który nie do końca mi podszedł. Działanie nawilżające ma, skóra też została lekko uspokojona, ale jakoś czuję niedosyt niestety. Mam wrażenie, że jest to typowy przerost formy nad treścią.


Nie uzbierało się tego jakoś bardzo dużo, ale cieszę się, że zaczęłam używać masek, zużyłam korektory. Co prawda trochę też kupiłam w tym miesiącu, ale jakoś bez większych szaleństw - same najpotrzebniejsze rzeczy [jak zawsze]. Dajcie znać, jak wasze zużyci w tym miesiącu!


Jak zmotywować się do ćwiczeń?

26 lutego 2019


Jesteście zdeterminowani? Jak coś chcecie to to robicie, czy znajdujecie zawsze tysiąc wymówek? Bo przecież jest tyle ważniejszych spraw, które muszą być najpierw zrobione. Oj ile razy ja tak miałam. Rano dzwonił budzik, a ja twierdziłam, że muszę tyle rzeczy załatwić, że się nie wyrobię z ćwiczeniami i... szłam spać. Budziłam się godzinę, czasem dwie później i jakoś nic ważnego mnie nie obudziło. Zawsze coś się znajdzie, a potem łatwo jojczeć, że ciuchy nie pasują. Wiadomo! Ale to muszę przyznać, że się na 'starość' strasznie rozleniwiłam! Jak sobie przypomnę, jak latałam w gimnazjum, czy liceum wszędzie; na trening, na spacer, na imprezę, wszystko jednego dnia i dalej było mi mało. Kwestia przyzwyczajenia, więc czas wrócić do niektórych przyzwyczajeń!
No to zaczynamy, jak się zmotywować, jak ruszyć tyłek i przestać narzekać, tym samym przestać denerwować ludzi wokół siebie?


*METODA 5 SEKUND
Ostatnio na kanale Fitlovers'ów usłyszałam o metodzie kilku sekund i nawet nie wiecie, jakie to prawdziwe! Chodzi w niej o to, że na podjęcie decyzji i rozpoczęcie działania mamy zazwyczaj kilka sekund. Kiedy przedłużamy ten czas, w naszym umyśle odezwie się opór i lenistwo, które z łatwością  sprawią, że nam się odechce. Pomysł i działanie,macie naprawdę kilka sekund, żeby zdziałać to co chcecie. Czyli, chcę ćwiczyć, przebieram się i idę ćwiczyć, bo inaczej.. będę farfoclem całe życie.
Poza tym, czytałam też o tym, że w takiej chwili warto zacząć odliczanie 5-4-3-2-1 to sprawi, że nasz mózg skupi się na odliczaniu, a część odpowiedzialna za emocje zostanie chwilowo wyłączona, więc wyłączycie myślenie, że wam się nie chce.

*SKIERUJ MYŚLI NA COŚ INNEGO
Nie jestem robotem i czasami po kilku minutach ćwiczeń przestaje mi się chcieć i mam ochotę przerwać. I wiecie, co? Wstyd się przyznać, ale nie raz przerywałam w połowie. Zresztą, raz nawet przebrałam się, włączyłam trening na youtube i stwierdziłam, że przecież wcale taka gruba nie jestem i poszłam na komputer --> strasznie lesersko brzmi, no nie? Haha, żenada!
Może to źle, ale nie skupiam się na ćwiczeniach w trakcie, nie myślę o bólu czy zmęczeniu. Zawsze kieruję myśli na coś innego. Zazwyczaj rozkminiam, co zrobię po, w jakiej kolejności i jak najlepiej będzie mi się zorganizować; zmywanie, pranie, odkurzanie, wpis na blogu, co napiszę dokładnie w danym wisie, co wrzucić na social media itp. 
Takie myślenie ma też dużo innych zalet! Jak już sobie zaplanuję 2-3 godziny ćwicząc, to potem wiem dokładnie jak się zorganizować, tak dokładnie sprecyzowany plan sprawia, że mam dużo więcej czasu niż myślałam, mimo że początkowo obawiałam się, że właśnie przez trening z niczym się nie wyrobię. 

*OTOCZ SIĘ ODPOWIEDNIMI LUDŹMI
Inne osoby, ich sukcesy i osiągnięcia jest mega motywujące. Jeżeli ktoś z Waszego otoczenia wstaje o 5 rano, idzie na siłownię, do pracy, ogarnia swoje życie zajebiście, no to szacun - też tak chcę. Ktoś jeździ w góry, na deskę, podróżuje, uprawia tysiąc innych sportów - no to wow, chyba też tak mogę jak się spróbuję. A z kolei, jak macie w towarzystwie osobę, która nic nie robi, ma wszystko podane na tacy, no to w głowie od razu pojawia się myśl: 'po co ja się będę zaharowywać". I przysłowie 'Kto z kim przystaje, takie się staje' jest niestety prawdziwe.
Mnie inspiruję dużo osób i z mojego otoczenia i obcy. Co tydzień jeżdżę z tatą na basen, bo aż mi głupio, że jemu się chce, a ja bym spała w tym czasie. Mimo że social media dają złudne wrażenie, że życie innych jest zajebiste, to w dalszym ciągu działają motywująco i budzą do działania. 


*ZNAJDŹ CEL
Wszystko warto robić dla siebie, dla swojego samopoczucia, ale czasem znalezienie celu, który jest oddalony w czasie jest pomocne, bo w tydzień nic ze sobą nie zrobicie. Jeżeli coś Cię czeka za kilka miesięcy, to warto o tym pamiętać. Może to być ślub, wakacje, wyjazd w super miejsce, facet,  czy nawet udowodnienie komuś czegoś, ale też pamiętajmy o naszym zdrowiu, warto o nie zadbać już teraz.

*WPADNIJ W RUTYNĘ
Tak wiem, rutyna jest zła i tragiczna i prowadzi do nudy. Ale! Rutyna też może być dobra, jeśli mówimy o rzeczach dobrych i przydatnych. Przez pierwsze 2 tygodnie nie chcę Wam się ćwiczyć, zmuszacie się do tego i robicie to na maksa na siłę, ale gwarantuję Wam, że trzeciego tygodnia każda wolna chwile będzie idealna do treningu, będziecie czekać aż w końcu się przebierzecie i ruszycie tyłek.


A tak w ogóle to po co ten wpis?
A no własnie, żeby się zmotywować. Łatwo jest słuchać czyichś rad, trudniej swoich, a kiedy coś napiszę, wydają się nie być już takie moje i mogę przy okazji poukładać myśli w głowie i sprecyzować priorytety. Zresztą mówienie o czymś publicznie mnie też motywuje. Bo jeśli napisze tu albo powiem głośno, że halo ćwiczę to będę ćwiczyć.
I dajcie koniecznie znać, jak Wy się motywujecie!

hiper szybki sposób na demakijaż, Tołpa, żel micelarny do mycia twarzy i oczu

23 lutego 2019


Cześć! Znowu kolejny weekend, u mnie już niestety wiąże się on z powrotem do rzeczywistości po feriach. Ale, ale! Dziś jeszcze czeka nas impreza, więc trochę się zrelaksujemy. Dajce koniecznie znać, czy bawicie gdzieś na ostatkach! I przechodząc od razu do sedna wpisu, mam dla Was dzisiaj recenzję produktu marki Tołpa do oczyszczania twarzy. Do którego podchodziłam bardzo sceptycznie, ale muszę przyznać, że naprawdę pozytywnie się zaskoczyłam ;)


Tołpa: *green oils, oczyszczanie
żel micelarny do mycia twarzy i oczu


Dzięki zawartości oleju z nasion lnu [8] żel ma za zadanie nawilżyć oraz delikatnie oczyścić wrażliwą skórę, złagodzić podrażnienia, a także nadać jej warstwę ochronną. Olej również sprawia, że produkt jest delikatny, a zarazem skuteczny i ma pozytywny wpływ na każdy rodzaj skóry. Żel marki Tołpa nie powoduje dyskomfortu związanego z naruszeniem bariery ochronnej. Ponadto, usunie zanieczyszczenia, makijaż, również oczu. Zapobiegnie suchości, pozostawi skórę gładką, nawilżoną i odświeżoną.
Produkt jest hipoalergiczny. Przeznaczony do skóry wrażliwej, normalnej i suchej. Nie zawiera parabenów, mydła i SLS-u.

Skład: Aqua, Disodim Cocoamphodiacetate, Propylene Glycol, Polysorbate 20, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Poloxamer 184, Peat Extract, Linum Usitatissimum Seed Oil [8], Eryngium Maritimum Callus Culture Filtrate, Glycerin, Sodium Hydroxide,Sodium Chloride, Disodium EDTA, Parfum, Salicylic Acid, Sorbic Acid, Benzyl Alcohol.

Sposób użycia: należy rozprowadzić żel na powierzchni twarzy, oczu i szyi. Delikatnie masować kolistymi ruchami, a następnie spłukać wodą. Do stosowania rano i wieczorem.


Żel micelarny od Tołpy znajduje się w przeźroczystej tubce stojącej 'na głowie'. Widać przez opakowanie ile produktu zostało nam do końca, a i na opakowaniu znajdują się wszystkie dodatkowe informacje typowe dla marki. Zamykane na zatrzask, który niestety u mnie jest nieszczelny. Za każdym razem, jak biorę żel do reki to wylewa się trochę produktu, podobnie wygląda przy otwarciu. Również nagle wyciska się z niego produkt. Z kolei, kiedy sami wyciskamy produkt na dłoń, to trzeba uważać, bo bardzo łatwo wycisnąć za dużo.
Konsystencja żelu kojarzy mi się trochę z konsystencją aloesu, żelowa, ale też wodnista i lejąca się zarazem. Po kontakcie z wodą nie pieni się. Zapach mi się bardzo podoba, mimo że jest dosyć męski, ale pachnie jak facet. Zapach się nie utrzymuje na skórze, więc spokojnie dziewczyny, będziecie pachnieć po swojemu.


Jak pisałam żel się nie pieni, a bardzo wygodnie przemywa się nim całą twarz, nie ma problemu z dojściem produktu w załamania, w okolice nosa czy oczu. Ogólnie jest delikatny, ale jak spróbujecie otworzyć oczy to żel wywoła lekkie pieczenie, ale nie utrzymuje się to, nie powoduje też żadnego filmu na oczach. Poza tym, skóra nie jest ściągnięta, a miejsca już podrażnione nie zaczynają dodatkowo piec.
Jego działanie jest rewelacyjne. Naprawdę, podchodziłam na maksa sceptycznie do tego produktu, jak do większości po raz pierwszy. Zmyłam nim podstawowy makijaż i to był sztos! Tusz do rzęs, makijaż twarzy, konturowanie wszystko zeszło w moment. Kiedy przeleciałam jeszcze twarz dodatkowo wacikiem nasączonym płynem micelarnym to wacik był praktycznie czysty (czasem zostawały pojedyncze ślady po tuszu do rzęs). Ja jestem wniebowzięta, bo szukam czegoś co szybko zmyje makijaż i oczyści twarz wow! Jeśli chodzi o mocniejszy makijaż, to znowu zastanawiałam się, czy żel poradzi sobie z brokatami, czarnymi eyelinerami, toną konturowania itp., ale daje radę! Nieważne, jak mocny jest makijaż, żel go zmyje, na raz.
Co do stosowania żelu rano.to też jest spoko. Bardzo fajnie oczyszcza i odświeża twarz rano, w żelu nie ma żadnych drobinek, więc jest jak najbardziej bezpieczny dla wrażliwej skóry rano, nie będziecie mieć zaczerwienionej skóry. Bardzo podoba mi się to, że żel nie wysusza w ogóle skóry, mam wrażenie, że po użyciu nie ma potrzeby nakładania żadnego kremu do twarzy, bo skóra już jest w idealnym stanie i przygotowana pod makijaż. Dla mnie szał, chociaż ja nie jestem przyzwyczajona do mycia twarzy rano żelami, ale jeśli ktoś z Was lubi to również będzie zadowolony.


Podsumowując ja jestem hiper zadowolona. Nie spodziewałabym się tego i właśnie dlatego żel strasznie długo leżał u mnie na półce nieruszany, bo po prostu jakoś tak było mi zawsze nie po drodze z nim. Ale jak już użyłam to byłam tak zaskoczona, że naprawdę! Najbardziej podoba mi się to, że nie zużywam pierdyliarda wacików do zmycia makijażu wieczorami, a i tak czasem mam wrażenie, że jeszcze twarz jest niedoczyszczona. Ten żel radzi sobie z tym świetnie, wystarczą 2-3 minuty masowania i cały makijaż jest zmyty. Dla mnie sztos! I myślę, że będę do niego wracać, jeśli w ogóle nie zamienię normalnych płynów na niego!


Nagietek, miodunka i pięciornik, czyli olejowanie włosów z Vianek

20 lutego 2019


Dzień dobry! U mnie powoli kończą się ferie, a to wiąże się z tym, że mój wolny czas jest coraz mniejszy. Chociaż i tak spodziewałam się dużo wolnego czasu, a ostatecznie okazało się, że było go niewiele, ale to nic. Kiedy ma się długoterminowe plany to inaczej podchodzi się do tego, co się dzieje teraz albo za tydzień, bo i tak najbliższe pół roku zleci w mgnieniu oka. Ale to dobrze, ja już się nie mogę doczekać!
Wczoraj byłam u fryzjera sprawdzić w jakiej kondycji są moje włosy po ostatnim rozjaśnianiu. Obecnie zależy mi bardzo na ich długości, więc potrójnie muszę zwracać uwagę na ich kondycję. Wróciłam na maksa do olejowania i jak możecie się domyślać w mojej łazience jest ok 5 rożnych olejków do włosów. Dzisiaj będzie o jednym, którego użyłam przypadkiem. Ciekawe jak wyszło!

Vianek, odżywczy olejek do włosów
z ekstraktem z nagietka, modunki i pięciornika


Odżywczy olejek zawiera wyciąg z nagietka lekarskiego [5], miodunki plamistej [6] i pięciornika gęsiego [7], jest przeznaczony do intensywnej pielęgnacji każdego rodzaju włosów. Poza tym, wspomaga ich odbudowę i wzrost. Połączenie olejków bogatych w witaminy (z pestek moreli [2], rokitnikowego [9]) oraz masła awokado [4] z lecytyną sojową [10] i witaminą E [8] zapewnia długotrwałe nawilżenie, wygładzenie i połysk. Olejek sprawdza się idealnie w zabiegu olejowania włosów, a także do stosowania jako serum by zregenerować końcówki.

Skład: Glycine Soja Oil, Prunus Armeniaca Kernel Oil [2], Coco-Caprylate, Persea Gratissima Butter [4], Calendula Officinalis Flower Extract [5], Pulmonaria Officinalis Extract [6], Potentillae Anserinae Herba Extract [7], Tocopheryl Acetate [8], Hippophae Rhamnoides Oil [9], Lecithin [10], Parfum.

Sposób użycia: Odpowiednią ilość olejku należy zaaplikować na lekko zwilżone włosy, należy wmasować i owinąć włosy ręcznikiem. Najlepiej pozostawić na minimum 30 minut, a następnie zmyć delikatnym szamponem. Przy stosowaniu jako serum regenerujące należy niewielką ilość olejku wetrzeć w końcówki włosów.


Jak widzicie olejek znajduje się w plastikowej buteleczce posiadającą pompkę. Nie wiem czego cały czas byłam przekonana, że olejkiem można pryskać włosy, ale to nic. Taka aplikacja też jest wygodna do pierwszego nałożenia, potem mając już tłuste dłonie od olejku może być to trochę ciężkie, ale da się temu zaradzić. Szata graficzna typowa dla marki Vianek, charakterystyczna, przez to jak najbardziej mi pasuje.
Przy pierwszym użyciu od razu zwróciłam uwagę na zapach, jest cudowny! Pachnie słodko i cukierkami, naprawdę jakbym nakładała na włosy cukierki. Poza tym, konsystencja jest już typowa dla olejków, jest zabarwiona na pomarańczowo, ale poza opakowaniem nic innego nie jest zabrudzone ani odplamione.


Pierwszy raz użyłam olejek przed basenem. A wiadomo, że na basenie szkoda mi czasu na pełny włosing, nakładanie potem masek i odżywek, więc postawiłam po prostu na olej przed. Potem szybki szampon, odzywka na parę sekund i suszę włosy. Po pierwszym użyciu byłam zachwycona! Od razu było widać różnicę między włosami, kiedy ich nie olejowałam na basenie. Były super gładkie, miękkie, nawilżona i odżywione. Dodatkowo sypkie i pięknie się układają. Nie elektryzują się i naprawdę sztos! I nie wyobrażam sobie teraz jechać na basen bez oleju.
Kiedy używam olejku w domu i część włosingu to również świetnie zdaje egzamin. Włosy są miękkie, delikatne, super nawilżone i odżywione. Olejek jest genialnym dopełnieniem całego włosingu, jaki przeprowadzam prawie przy każdym myciu włosów. Ale na wszelki wypadek, żeby włosy dostały jak najwięcej, to stosuje oleje na zmianę. Ale widzę, ze moje włosy go bardzo lubią i dzięki niemu ich kondycja jest naprawdę na plus!


Olejek dostaniecie w buteleczce o pojemności 200 ml do 20 zł głównie w internecie. Poza tym, jego data ważności to 3 miesiące od otwarcia i ja się obawiam, że nie będę w stanie tego użyć w tym czasie, bo jest hiper wydajny! Osobiście jak już olejuję włosy to nie oszczędzam oleju i zawsze nakładam dosyć spore ilości, a mam wrażenie, że on się prawie nie zużywa, więc zobaczymy, jak długo będę go używać!
Przy okazji pochwale się, że na wczorajszej wizycie u fryzjera włosy zostały podcięte dosłownie o 1 mm, tylko w celu odświeżenia końców, więcej nie trzeba było. Byłam na regeneracji włosów pielęgnicą, a poniżej możecie zobaczyć efekty.


Zapraszam na insta, gdzie na bieżąco informuję o takich rzeczach i produktach ;)!

Rapan Beauty, Power of Nature czyli smocza krew, śluz ślimaka i inne takie

17 lutego 2019


Hejo! Jak tam po Walentynkach i po weekendzie?  Świętujecie, czy wolicie sobie odpuścić? Ja osobiście świętuję, bo każda okazja jest do tego idealna. Poza tym, mamy też nasze 'małe i duże' święta w między czasie, więc inaczej <3. Ja już czuję w powietrzu wiosnę i to też przekłada się na weekendy ostatnio coraz więcej zajęć, coraz więcej wyjść,bo jakoś tak bardziej się chce. 
Dzisiaj mam dla Was recenzję glinek do twarzy. Osobiście nie  przepadam za maskami, które muszę sama mieszać. Jestem wygodna i wolę wziąć, otworzyć, nałożyć i jestem zadowolona. A zazwyczaj glinki należy wcześniej rozmieszać z wodą, a mi się po prostu nie chce. Dodatkowo nigdy nie wiem ile tej wody mam wlać, żeby było okej,a szkoda, bo glinki są fajne dla cery. Na szczęście Rapan Beauty ma maski już gotowe w słoiczku, które należy wymieszać i można nakładać! Żadnych dodatkowych misek, łyżeczek, wystarczy pędzel, którym nakładam glinkę na twarz.
Różową wersję dostałam na Spotkaniu Blogerek jakiś czas temu i byłam tak zakochana, że postanowiłam domówić wszystkie wersje, jak tylko zużyłam tą moją. Jak myślicie, jest z tego potrójna miłość?

RAPAN BEAUTY, Power of Nature

Zawierają SMOC*, czyli innowacyjny kompleks naturalnych, mineralno - organicznych substancji aktywnych. Bazą jest mix peloidów (niebieska i żółta glinka), a także syberyjskie błoto iłowo - siarczkowe.


Błoto iłowo-siarczkowe wzmacnia skuteczność działania kosmetyków. Posiada sporo przeciwutleniaczy, głęboko oczyszcza skórę, minimalizuje pojawianie się zmarszczek rewitalizuje i przywraca blask.

Olej ze słodkich migdałów zapewnia maseczce walory aplikacyjne, działa jako naturalny emolient, wygładza raz nawilża skórę. Bardzo łatwo się wchłania, nie pozostawia tłustego filtra na skórze, a także ujędrnia i pielęgnuje.

Ekstrakt ze śluzu ślimaka zwiększy elastyczność skóry, pomaga w usunięciu blizn, posiada właściwości eksfoliacyjne. Nawilża głębokie warstwy skóry, tworzy ochronny film na jej powierzchni.

Ekstrakt z żywicy 'smoczego drzewa' to bogate źródło fenoli, fitosteroli i alkaloidów, chroni naturalne włókna elastyny i kolagenu. Zawiera taspinę, dzięki czemu działa przeciwzapalnie oraz przyspiesza procesy gojenia. Odnawia naskórek i odmładza skórę.

Olejek z chińskiej cytryny (Yuzu) zapewnia dobudowę barierową zniszczonej i łuszczącej się skóry. Działa przeciwzmarszczkowo i nawilżająco.

Ekstrakt z owoców acai to bogate źródło polifenoli, kwasów Omega 6 i 9, witamin oraz mikroelementów.

Różowa wersja do każdego rodzaju skóry 

Zawiera mix peloidów, 'smoczą krew', a także śluz ślimaka. Jest prawdziwym bogactwem witamin, minerałów, peptydów antyoksydantów, a także innych substancji.
Skład: Illite, Kaolin, Sulphide Silt Mud, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Aqua, Propanediol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Glycoprotein, Croton Lechleri Resin Powder, Glycerin, Hydrolyzed Glycosaminoglycans, Sodium Hyluronate, Copper Gluconate, Sodium PCA.

Różowa wersja jest zdecydowanie moim numerem 1. Idealnie wpasowuje się w moją skórę i idealnie się ja aplikuje. Nie miałam problemów z mieszaniem ani nakładaniem, a glinka też nie spływała z twarzy. Jest to mieszanka niebieskiej i żółtej, więc może dlatego zdaje egzamin na każdej płaszczyźnie. Zapach ma lekko irytujący, ale szybko idzie się do niego przyzwyczaić. Czasem po użyciu skóra lekko piekła w podrażnionych miejscach i dało się odczuć mrowienie, ale nie było to uprzykrzające. Skóra po użyciu była niezwykle gładka, miła w dotyku i zmatowiona. Od razu była widoczna zmiana, że w pewien sposób została odżywiona, nawilżona, bo wyglądała po prostu zdrowo. Skóra zachowywała się inaczej przy regularnym stosowaniu, nie pojawiały się wypryski i była bardziej oczyszczona. Dla mnie - miodzio!

Niebieska wersja do skóry suchej i mieszanej

Niebieska glinka z 'syberyjskiego Morza Martwego' odżywia, odświeża, regeneruje oczyszcza, nawilża i mineralizuje skórę. Posiada działanie złuszczające. Zawiera smoczą krew, a także owoc Yuzu Ceramide.
Skład: Blue Clay, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Croton Lechleri Resin Powder, Euterpe Oleracea Fruit Extract, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.

Niebieska glinka m lekkie niebieskie zabarwienie [wow], bardzo dobrze się ją nakłada na twarz i nie spływa  z niej. Przy tej wersji nie odczułam żadnego pieczenia, tylko lekkie mrowienie. Muszę przyznać, że moja cera po niebieskiej glince również była w świetnym stanie, ale nabrała więcej blasku i była bardziej nawilżona. Nie była bardzo zmatowiona, jak w przypadku różowej glinki, ale była w bardzo dobrym stanie. Poza tym, skóra jest super oczyszczona, wypryski się nie pojawiają, a jakiekolwiek podrażnienia zostały złagodzone.

Żółta wersja do skóry tłustej i mieszanej

Żółta glinka z 'syberyjskiego Morza Martwego' oczyszcza, nawilża, wygładza, regeneruje i mineralizuje skórę. Posiada właściwości antyoksydacyjne. Pomaga również zwalczyć trądzik. Zawiera śluz ślimaka oraz owoce acai.
Skład: Yellow Clay, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Snail Secretion Filtrate, Euterpe Oleracea Fruit Extract, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.

Jeśli chodzi o żółtą glinkę to jest ona najmniej dopasowana do mojej cery i to też widać, kiedy jej używam. Ale muszę przyznać, że jest ona też najbardziej płynną z całej trójki, więc nie ma co szaleć z nakładaną ilością. Powoli, niewielkie ilości, bo inaczej glinka Wam pospada wszędzie dookoła, a tych glinek tak łatwo się nie domywa. Powiem Wam szczerze, że glinka u mnie nie robi za wiele. Wiadomo, jak to glinka coś tam nawilży, odżywi, ale nie ma efektu wow. U mnie zdecydowanie sprawdza się najgorzej, więc zużyje ją do końca moja siostra, dla której akurat się nadaje.


Jak wspominałam glinki ogólnie mają prawie takie same właściwości, jak konsystencję i zapach. Różnica jest widoczna w działaniu i u mnie zdecydowanie najlepiej sprawa się różowa, myślę że jest też najbezpieczniejszą wersją. Poza tym, glinka działa też trochę, jak peeling ze względu na konsystencję i sposób zmywania. Nie ma opcji, żeby glinka nie 'jeździła' po twarzy tym samy trochę ją peelingując, co dla mnie jest dużym plusem. Największym minusem jest z kolei sprzątanie po niej. Nieważne, jak bardzo będę się starać ją zmywać, zawsze cała umywalka będzie zielono jakaś i róbcie to od razu. Jak cokolwiek zaschnie to będzie bardzo ciężko to domyć. Ostrzegam też, że w momencie zasychania glinka lubi się osypywać, ja zazwyczaj przesiaduję przy komputerze, więc całe biurko jest pokryte lekkim zielonym pyłkiem.
Poza tym, moje glinki mają inną szatę graficzną niż te, jakie są teraz dostępne. Ja te zdjęcia zrobiłam bardzo dawno, więc nie wszystko jest takie, jak było. Widzę też niewielkie różnice w składach. Ale ogólnie ja jestem bardzo zadowolona;)
Znacie te glinki?