#39 Kinomaniak, czyli ostatnie filmy jakie oglądałam

13 lipca 2019


Kinomaniak! Kolejna część serii związanej z filmami, oglądaniem i w końcu przyszedł czas na filmy, które obejrzałam jakoś w tym roku. Ostatnio nie oglądamy za dużo filmów, a jak już to korzystamy głównie z Netflixa, który jest rewelacyjny! Subskrypcja była naszą najlepszą decyzją - poważnie. W internecie ciężko teraz znaleźć jakiś film, a my i tak nie mam za dużo czasu na to, więc muszę zwolnić z kinomaniakiem, bo nie będzie o czym pisać. Ale na razie mamy o czym i zapraszam! 

Planeta Singli 3 (2019) komedia romantyczna

Mi się na maksa podobała ta część! Często jest tak, że te następne części są nie do końca trafione, coś nam nie pasuje i czuć, że jest to po prostu przeciąganie na siłę. Tutaj nie miałam czegoś takiego. Dla mnie seria świetna, część rewelacyjna. Znajdziecie tutaj dosłownie wszystkie momenty: rozkoszne, słodkie, sentymentalna, ale i zabawne, śmieszne, czy lekko wkurzające. I o to chodzi w kinie. Dla mnie genialna i cóż. Mam tylko nadzieję, że jak najmniej wesel kończy się tak dramatycznie jak w Planecie Singli. Ale, miłość zawsze wygrywa i są rzeczy ważniejsze.

Nie otwieraj oczu (2018) 'Bird Box' thriller, sci-fi

To jest tak rozkminony film, że ja nie mogłam wyjść z podziwu. Nie przepadam za takim rodzajem filmów i na pewno bym go nie wybrała, gdyby nie fakt, że gra w nim moja ulubiona Sandra Bullock. Film trzyma w napięciu cały czas, są chwile grozy, stresu i naprawdę można się wkręcić w ten film. Jest niesamowity, niesamowicie poruszający. Poza tym, jedyny w swoim rodzaju, nie widziałam jeszcze podobnego motywu ani podobnej fabuły, coś niesamowitego! Ja bardzo Wam go polecam, bo jest to coś, co warto obejrzeć. Dużo zaufania, dużo ostrożności, a czasem dzieją się rzeczy, na które nie mamy wpływu, ale zawsze można sobie jakoś poradzić. Wiadomo sceny z filmu nie wydarzą się w życiu realnym, ale i tak szok.

Kluseczka (2018) 'Dumplin'' dramat, komedia, musical

Tak wiem, Jen Aniston, więc chyba nie ma zdziwienia, że obejrzałam ten film. Kluseczka jest rozkoszna, słodka i pulchniutka. Bierze udział w konkursie piękności, bo powinna mieć to we krwi, skoro jej mama je organizuje.  Dosyć zabawny, trochę też dramatyczny, ale przepełniony samoakceptacją, a to mi się podoba. Ten film pokaże Wam ogromną wolę walki i siłę przyjaźni. Ludzie cały czas muszą coś innym udowadniać, tak jak tutaj. Nie jest to górnolotny film, który sprawi, że przez tydzień nie będziecie mogli spać, ale jest okej na nudne popołudnia.
Nie wiem dlaczego został oznaczony, jako musical, ale no dobra, coś tam śpiewają, ale nie jest to typowy musical.

Weselny tydzień (2018) 'The Week Of' komedia

Kolejny weselny film mi się tutaj wkradł, ale to akurat za sprawą Adama Sandlera. Film jest okej, bez szału, nie pamiętam z niego za wiele, a to oznacza, że albo przysypiałam albo jest po prostu jak każdy inny. Ojcowie chcą zawsze, jak najlepiej dla swoich dzieci i nawet jeśli nie mają pewnych możliwości to chcą pomóc, po risottu. I to jest rozkoszne, ale nie odpuszczają i działają za wszelką cenę. Ale ostatecznie wszystko kończy się dobrze, a to jest najważniejsze. Z braku laku można obejrzeć, ale jest dużo więcej lepszych filmów. 

Trzynaście powodów (2017 -) 'Thirteen Reasons Why' dramat

Na pewno wszyscy słyszeliście o tym serialu. Ja się do niego zabierałam kilka razy, bo dramaty mnie strasznie poruszają, szczególnie takie, które tyczą się bezpośrednio młodego życia. Warto go obejrzeć, na maksa. Pierwsza seria jest dużo lepsza niż kolejna, więc ja bym nawet na pierwszej się mogła zatrzymać. Serial porusza, niesamowicie bardzo, sprawia, że się o nim myśli, bo na maksa zapada w pamięć. Pokazuje wiele problemów młodzieńczego życia i na pewno dotknie część z Was. Nie oszukujmy się takie rzeczy się dzieją, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, co siedzi w większości z naszych znajomych. Serial genialny i powinien być przestrogą i zarazem wskazówką dla wszystkich, którzy pracują z młodzieżą.

Misz Masz czyli Kogel Mogel 3 (2019) komedia obyczajowa

Matko, nawet nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że od kiedy była dzieckiem nienawidziłam żadnej części Kogel Mogel. Nie rozumiem, co ludzie widzą w tych filmach i za co lubią główną bohaterkę Kasię. No po prostu nie. Poszłam na trzecią część, bo trailer wydawał mi się tak zajebisty, że pomyślałam sobie, 'O! Zmienię zdanie'. Zmieniłam, ale na temat pierwszych dwóch części. Trzecia jest według mnie tak beznadziejna, że aż polubiłam trochę bardziej pierwsze dwie. Uwielbiam Marlenkę, żonę Piotrusia, tak pozytywna postać, tak kochana i ciepła, że naprawdę. Gdyby nie to, to meh. Ogólnie nuda, beznadziejna historia, naciągana do granic możliwości, a finał jeszcze gorszy i masakra.
Jedyne co mi się podoba to to, że zatrzymali tych samych aktorów, no jakoś to wzbudziło we mnie taki fajny sentyment. Aczkolwiek Kasia w dalszym ciągu ma tak samą beznadziejną manierę mówienia. 


Złuszczający peeling do ciała w mydle, Hemp Care

10 lipca 2019


Halo, halo! Dzień dobry. Co tam, jak tam? Ja ostatnio latam, ogarniam, ostatni weekend w Lublinie spędziliśmy rewelacyjnie. Powiem szczerze, że dawno nie spędziłam tam, tak zajebistego czasu! Poważnie! Kolejny weekend zapowiada się tym razem w Krakowie z moją świadkową, więc się jaram. Mamy co robić, a narzeczony do nas dojedzie i spędzimy na pewno mega czas. Już się nie mogę doczekać. Poza tym, dalej ogarniamy i czas ucieka - czad!
Dzisiaj mam dla Was wpis zapowiadany już w ostatniej recenzji Kremu do ciała, będzie to kolejny produkt marki Hemp Care, ale tym razem będzie to peeling w innej formie niż wszystkie moje peelingi, które dotąd miałam okazję używać.

Hemp Care, Złuszczający peeling do ciała
z organicznym włoskim olejkiem konopnym


Pożądany zabieg dla odnowy naskórka z kombinacją łagodnych i naturalnych substancji złuszczających, pozyskanych z jojoby oraz Polinezyjskiego Tamanu. Zawarty w peelingu wysokiej jakości Organiczny Włoski Olej Konopny odżywia Twoją skórę sprawiając, że jest miękka i promienna.

Skład: Sodium Palmate, Sodium Palm Kernelate, Aqua, Parfum, Cannabis Sativa Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Shell Powder, Corylus Avellana Shell Powder, Palm Kernel Acid, Glycerin, Sodium Chloride, Tetrasodium EDTA, Tetrasodium Etidronate, Limonene, Linalool.

Sposób użycia: masuj kulistymi ruchami, skupiając się na najbardziej suchych i szorstkich miejscach, pozostaw na kilka minut, a potem zmyj letnią wodą. By uzyskać najlepsze rezultaty powinno się używać 2-3 razy w tygodniu.


Peeling dostajemy w kartoniku, na którym znajdują się najważniejsze informacje, a sam peeling zabezpieczony jest papierem, które jest dobrze zaklejone. Jak widzicie nie jest to zwykły standardowy peeling w tubce czy słoiku, o czym już wspominałam, a mamy tutaj produkt, który nie potrzebuje znajdować się dodatkowo w plastikowym opakowaniu - fani eco powinni być na maksa zadowoleni.
Nie będzie to zaskoczeniem dla nikogo, jak powiem, że zapach od początku jest cudownie wyczuwalny i pachnie tak samo, jak Krem do ciała - czyli obłędnie! Ja jestem tak zakochana w tym zapachu, że naprawdę - przepadam za każdym razem, jak wącham. Przydymiony, migdałowy, konopny zapach, typowy dla tej marki - cudo.
Konsystencja jest oczywiście stała, więc tutaj za dużo nie powiem. Początkowo mydełko jest gładkie, ale przy pierwszym używaniu wierzchnia warstwa się ściera i mamy drobinki, mocne i gruboziarniste, co mnie zaskoczyło, bo tego się nie spodziewałam. Mogę też powiedzieć, że pod wpływem wody mydełko się nie ciapie, ani nie rozpuszcza, nie zauważyłam też, żeby większe kawałki peelingu od niego odpadały, a u mnie znajduje się cały czas w pobliżu prysznica, więc jest dość narażone na wilgoć, ale nic się tutaj nie dzieje.


Stosowanie nie było dla mnie proste początkowo. Nie jestem przyzwyczajona do używania jakichkolwiek mydeł i mam wrażenie, że dalej robię to trochę dość nieudolnie - ale na szczęście wszystko jest kwestią wprawy. Mam wrażenie, że peeling mógłby być odrobinę większy, wtedy lepiej leżałby w dłoni, bo tak cały czas zastanawiam się, czy nie wyleci mi zaraz z dłoni. Chociaż pod wpływem używania i tak by zmniejszył swoją wielkość, więc trzeba się przyzwyczaić i znaleźć swój najlepszy sposób na używanie, bo warto (!). Ogólnie fajnie peelingiem masuje się po ciele, czuć dość mocne drobinki, grubsze ziarenka, coś co lubię - no i mamy przy okazji super masaż na ciało. Mam wrażenie, że peeling pozostawia po sobie lekki film, ale nie przeszkadza mi w żaden sposób. A uwierzcie mi, że zazwyczaj zmywam wszystko, jak najszybciej, bo się kleję. Tutaj nie mam takiego problemu.
Muszę przyznać, że od razu po użyciu skóra jest niesamowicie miękka, gładka i cudownie miła w dotyku. Czuć, że pozbyłyśmy się martwego naskórka i skóra dużo fajnie wchłaniała balsam, ale nie miałam uczucia, że jest taka potrzeba tak naprawdę. Ciało jest idealnie wygładzone, nawilżone, odżywione, a do tego wypeelingowane. Poza tym, kształt i masowanie takim mydełkiem idealnie wpływa na jędrność i elastyczność skóry, która po takim masażu na pewno będzie wyglądała lepiej i również wspomoże redukcję cellulitu. Skóra nie jest w ogóle podrażniona. O zapachu nie muszę wspominać, bo pod prysznicem unosi się jeszcze bardziej i czaruje.


Kształt peelingu jest dla mnie zdecydowanie czymś nowym, ale idzie się przyzwyczaić i szybko dochodzimy do wprawy. Fajne jest to, że w takiej formie nie ma szans, że jakaś ilość produktu nam się zmarnuje, bo np. za dużo wyciśniemy z tubki. Poza tym, to jest bardzo wydajne! Używam namiętnie i nie widzę praktycznie żadnych zmian. Często po jakimkolwiek peelingu mam gładką skórę, ale wymaga ona nawilżenia, po tym peelingu skóra jest miękka, nawilżona i odżywiona. Balsamu używam z przyzwyczajenia.
Skóra jest fantastycznie nawilżona, odżywiona, do tego wygładzona. Sam masaż dodatkowo uelastycznia i ujędrnia ciało, a w połączeniu z drobinkami jeszcze lepiej działa na skórę. Ja jestem bardzo zadowolona. Produkt wydajny, działający i cudownie pachnący. Idealnie też sprawdzi się na wyjeździe. Bardzo polecam!



Cudownie pachnący krem do ciała, hemp care

07 lipca 2019


Dzień dobry! U mnie ostatnio sporo zmian, sporo się działo, a to za sprawą mojego starego laptopa, który w końcu po kilku latach postanowił wyzionąć ducha. Nie miałam nawet parcia, żeby go naprawiać, bo i tak znowu by padł po jakimś czasie, więc postanowiłam zainwestować w nowy sprzęt. Na szczęście udało mi się go dostać wcześniej niż było to planowane, więc już piszę do Was z mojego nowego cacka, z którego po dwóch dniach jestem turbo zadowolona! Ale, nie znam się na komputerach, więc nie będę tutaj nic więcej mówić, czas przejść do tematu, na którym się bardziej znam!


Marka Hemp Care jest mi znana już od dłuższego czasu, korzystałam z produktów do włosów, a teraz było mi dane przetestować kosmetyki do ciała, mamy tutaj peeling i krem do ciała. I właśnie na temat drugiego produktu będzie dzisiejszy wpis.


Hemp Care
Odżywczy krem do ciała 
z organicznym włoskim olejem konopnym


Odżywczy krem do ciała szybko się wchłania, pozostawiając skórę miękką. Poza tym, przynosi ulgę suchej skórze, łagodzi stany zapalne, nawilża i pobudza zmysły. Dostarcza substancji odżywczych i dzięki obecności wysokiej jakości olejku konopnego jest idealny do pielęgnacji i odświeżenia skóry.  Przywraca skórze blask, jędrność, głęboko ją regeneruje, a także wyrównuje jej koloryt. Kwasy Omega 3 i Omega 6 mają bezpośredni, dobroczynny wpływ na kondycję skóry oraz przeciwdziałają przedwczesnemu starzeniu się. Dzięki temu, zostaje poprawiona funkcja ochronna naskórka, a także zostaje on uelastyczniony. Organiczny Ekstrakt z Owsa pomaga przywrócić barierę ochronną, poprawiając szybko stan suchej skóry.
W przypadku alergików łagodzi świąd oraz wspomaga leczenie stanów zapalnych, takich jak łuszczyca, egzema i atopowe zapalenie skóry. Bez PEG, parabenów, produktów ropopochodnych, olejów mineralnych, SLS,, SLES i barwników.

Skład: Aqua, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Parfum, Ceteareth-20, Cannabis Sativa Seed Oil, Avena Sativa Bran Extract, Cetyl Alcohol, Sorbitan Stearate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Glucoside, Citric Acid, Tocopherol, Phenoxyethanol, Potassium Sorbate, Benzyl Alcohol, Limonene, Linalool, Hexyl Cinnamal, Coumarin.

Sposób użycia: Należy nanieść odpowiednią ilość kremu na całe ciało i masować skórę delikatnymi ruchami kołowymi, aby pomóc we wchłonięciu się produktu.


Balsam znajduje się w dość niepozornej tubce, estetycznie wszystko tutaj gra, bardzo mi się podoba i jest to już dla mnie typowo w stylu marki Hemp Care, co bardzo mi się podoba. Mówię, że opakowanie jest niepozorne, bo nie myślałam, że mamy tutaj pojemność aż 150 ml, ale fajnie, bo tubka ma fajny kształt, nie jest jakaś ogromna, dzięki czemu chętnie bym zabierała ją ze sobą na wyjazdy, nawet zamiast próbek czy niepełnowymiarowych produktów. Na opakowaniu mamy wszystkie najważniejsze informacje. 
Powiem Wam, że zapach jest wyczuwalny nawet przy zamkniętej tubce, czad! Poza tym, jest obłędny, dość przydymiony, lekko ciężki, ale jest po prostu rewelacyjny! Jest to zapach też typowy dla produktów marki Hemp Care z olejkiem konopnym; wszystkie pachną podobnie. Bardzo poproszę o perfumy, które pachną dokładnie tak samo. Uwielbiam się nim smarować, tym bardziej że ten zapach utrzymuje się dość długo na skórze! No mega! Posmaruję się nim rano i w ciągu dnia w dalszym ciągu jest on wyczuwalny, ja jestem zachwycona.
Konsystencja jest dość kremowa, nie za rzadka, nie za gęsta, idealna i w sam raz. Fajnie się rozsmarowuje po ciele i niewiele potrzeba, żeby nałożyć wszędzie. I naprawdę bardzo szybko się wchłania! Ledwo po zastosowaniu, można się ubierać bez obaw, że się pokleimy czy coś, co szczególnie rano jest dla mnie mega ważne.


No i jeśli chodzi o działanie. Nie mam się do czego przyczepić. Skóra od razu po zastosowaniu jest mega miękka, gładka i miła w dotyku (i oczywiście pachnąca!). Po jakimś czasie zauważyłam, że skóra rzeczywiście jest wygładzona, ujędrniona, nawilżona, zregenerowana i zadbana. Dużo fajniej wygląda, ale zdaję sobie sprawę z tego, że na to ma wpływ też wiele innych czynników, ale ten krem na pewno dodał swoje trzy i więcej groszy do tych efektów. Poza tym, krem też od razu działa na opaleniznę. Wiadomo, po ostrym opaleniu się używam najpierw produktów stricte po opalaniu, ale po dwóch dniach używam już regularnego balsamu do ciała. I obecnie mogę Wam powiedzieć, że wspomaga on utrzymywanie się opalenizny. Fakt, schodzi mi obecnie lekko skóra, ale opalenizna zostaje. Ciało jest nawilżone, odżywione, a przy okazji podrażnienia spowodowane przez promienie słoneczne są złagodzone - ekstra. 
Mam wrażenie, że co jakiś czas w lato mam problemy z egzemą, trochę swędzi mnie skóra bez żadnego powodu, ale od kiedy używam tego balsamu problem został praktycznie zażegnany i zniknął. Daje ulgę, łagodzi, odżywia, nawilża, no i pachnie. Ja jestem naprawdę bardzo zadowolona i zachwycona!


No i wow! Co tu więcej mam dodać? Dla mnie balsam idealny, zapach ma tak oszałamiający, który w dodatku się nie ulatnia, działanie jest mega wspaniałe, szybko się wchłania i naprawdę sprawił, że moja skóra na lato jest zdrowa i zadbana. W Internecie znajdziecie go w różnych cenach; od 50 do nawet 80 zł. Nie jest to niska cena w porównaniu z innymi produktami, ale ja za dobre, wydajne  i tak pachnące rzeczy jestem w stanie zapłacić i nie jest mi wtedy szkoda i na pewno będę do niego wracać!
Stay tunned, bo niedługo też pojawi się druga recenzja, tym razem będzie to peeling w mydle, który pachnie tak samo obłędnie!


Kwiatowo-piżmowy obłęd zapachowy, NOU Cherry Blossom

04 lipca 2019


Dzień dobry! Co tam, jak tam? U mnie ostatnio sporo ogarniania, sprzątam, wyrzucam nagromadzone i niepotrzebne rzeczy z całego roku - czyli standard w wakacje. Mam więcej czasu, więc w końcu będę mogła sobie wszystko na spokojnie uporządkować, i mega! Działamy mimo upałów, skupiamy się na tym co fajne, i tak jest najlepiej. 
Ostatnio pisałam Wam o wodzie perfumowanej od Yves Rocher, Moment de Bonheur, która swoim świeżym zapachem fajnie wprowadza nas w wiosenno-letni stan. A dzisiaj mam dla Was równie letni zapach, ale odrobinę cięższy od tamtego, ale tak samo idealnego na wakacje! To była zdecydowanie miłość od pierwszego poniuchania.


NOU, Cherry Blossom


'Romantyczny spacer zaczyna się pośród ogromnych peonii i soczystych brzoskwini, wśród których słychać łopot delikatnych skrzydeł motyli. Ogarnia Cię spokój. Idziesz dalej kwiatowo-owocową aleją, rozkoszując się zachwycającym widokiem. Wydaje się, że za chwilę ogród się skończy, tymczasem odkrywasz nową ścieżkę. Tym razem delikatny powiew wiatru przynosi piękne zapachy kwitnących wiśni, jaśminu, róż i fiołków. A gdy ucichnie, poczujesz jeszcze piżmo i intrygujący zapach drewna.' [http://noupoland.pl/]

Nuty głowy: peonia, brzoskwinia
Nuty serca: kwitnąca wiśnia, jaśmin, róża, fiołek
Nuty bazy: piżmo, drzewo


Perfumy znajdują się w kartoniku, na którym znajdziemy część podstawowych informacji. Natomiast same perfumy dostajemy w szklanym flakoniku, z dość grubego szkła, więc nie ma obawy, że przy pierwszym lepszym upadku coś nam się może stłuc. Flakonik ma bardzo elegancką zatyczkę,ale całość jest utrzymana w dość prostym i minimalistycznym stylu, co dla mnie jest super rozwiązaniem. Przynajmniej wszędzie mi pasuje, a i ja nie przepadam za przekombinowanymi pakowaniami. Poza tym, sam flakonik jest niewielki o pojemności 50 ml, ale tez dość zgrabny, dobrze leży w dłoni i wygodnie się go używa.
Mgiełka jaką rozpylamy jest idealnie rozproszona i w równomierny sposób pokrywa nasze ciało. Ja standardowo spryskuję nadgarstki, okolice dekoltu i szyi, a i czasem też spryskuję sobie włosy, bo one najfajniej roznoszą zapach. Przy okazji, pamiętajcie żeby nie rozcierać perfum na nadgarstkach, bo to sprawia, że cała kompozycja nut zostaje zaburzona i zapach nie będzie tak trwały, jakby mógł. Po więcej szczegółów zapraszam do Oli na Malowane Oczy.


Ja jestem zakochana w tym zapachu od pierwszego niuchnięcia. Jak tylko dostałam te perfumy, spodziewałam się bardziej delikatnej i lekkiej mgiełki, która będzie po prostu ładnie pachnieć. Ale jak tylko rozpyliłam je po raz pierwszy, przepadłam i nie mogłam mu się oprzeć.
Zapach jest dość mocny i intensywny, za czym z pewnością stoi piżmo, ale nie na tyle, żeby miał nam przeszkadzać czy irytować,a czasem też robi się coraz delikatniejszy. Początkowo mocno czuć obłędne i smakowite połączenie kwiatów i owoców. Od razu jakoś tak czuję się lepiej i pewniej siebie. Ale nie jest to zapach słodki, owocowy i infantylny, tylko na maksa kobiecy i elegancki. Po jakimś czasie, pojawia się zapach wiśni i róży, co już w ogóle dla mnie Elegancja Francja. Nawet nie wiedziałam, że takie combo może tak fantastycznie pachnieć.
Nou Cherry Blossom jest jednym z niewielu zapachów, w którym rzeczywiście czuję konkretne nuty zapachowe. Zazwyczaj wszystko zlewa mi się w jedno i nie jestem w stanie wyłapać nic konkretnego. Tutaj są zapachy mocniejsze inne słabsze, ale niektóre składniki naprawdę da się wyczuć - rewelacja. 


Zapach wprowadza mnie w genialny nastrój, idealny na romantyczne wieczory, spacery, randki z ukochaną osobą. Gwarantuję Wam, że Wasz seksapil w połączeniu z tym zapachem będzie oszałamiający. Sam opis ze strony producenta jest dla mnie strzałem w 10, bo ja czuję się dosłownie tak samo, kiedy otulam się NOU Cherry Blossom. Lubię ciężkie zapachy, ale nie są to drażniące zapachy. W dalszym ciągu jest wyczuwalny, ale w idealnie wyważony i subtelny sposób. 
Ale nie jest to dla mnie zapach jedynie na wieczory. Uwielbiam używać go też w ciągu dnia, kiedy mam coś do załatwienia, czy mam dość nieformalny plan dnia. Cherry Blossom jest idealny po prostu na każdą okazje i na pewno będę do niego wracać.
Poza tym, jest bardzo trwały, nie znika po kilku minutach, a na ubraniach jest wyczuwalny przez dłuższy czas. Dla mnie spokojnie zapach mógłby stanąć na jednej półce wśród ekskluzywnych i drogich marek, a te perfumy dostaniecie w Rossmannie za ok. 70 zł. Obecnie Cherry Blossom jest na promocji za 50 zł. I naprawdę warto, bo zapach jest genialny.


Denko, czerwiec 2019r.!

01 lipca 2019


Dzień dobry! Kolejny miesiąc za nami. Wyobrażacie sobie, że już zaczął się lipiec? Ten czas tak leci nieubłaganie, że ja aż tak do końca w to nie wierze, szał! Dobrze, że jest to denko, bo inaczej nie miałabym jak odmierzać czasu i bym się obudziła gdzieś w październiku, wielce zaskoczona! Ale fajnie, niech leci, niech się dzieje, bo dużo przed nami! No i czad! Dzisiejsze denko będzie trochę mniejsze w porównaniu do poprzednich, więc nawet mnie to cieszy,bo by mi się nie chciało pisać tyle, co zawsze. Zużywam próbki, produkty, które mi leżą w łazience kilka miesięcy i czuje się dzięki temu lżej, bardzo mało też kupuję, także same sukcesy w tym miesiącu!


Jak na standardowo zdenkowane produkty, nie ma w tym miesiącu szału. Jestem w szoku, że nie zużyłam wacików, ale tak to jest jak się używa olejku do demakijażu i  ściereczek z mikrofibry. Czad. Co zużyłam? A no Facelle, chusteczki do higieny intymnej, bez tego ani rusz, i jeśli jeszcze ich nie znacie to naprawdę musicie! Są najlepsze, najtańsze, a bardzo fajnie działają. Poza tym, Isana, delikatne mydło - święto kwiatów, nie zrozumiem nigdy wydawania milion monet na zwykłe mydło, a to z Isany jest genialne, ładnie pachnie i nie wysusza dłoni, i mamy bardzo dużo wersji zapachowych! I oczywiście, Schwarzkopf, Gliss Kur, ekspresowa odżywka regeneracyjna, fiber therapy, odzywki najlepsze na świecie, zawsze mi odżywiają i nawilżają włosy, mogę ich używać cały czas, a włosy nie są ani przetłuszczone ani obciążane. Szał. Udało mi się tez zużyć ulubiony Hean, slim no limit, peeling owocowe SPA do ciała [jagoda acai i wiśnia japońska], peelingi są mocno gruboziarniste, super oczyszczają, wygładzają i zmiękczają skórę całego ciała. Pachną tez obłędnie, więc mega. I Catrice, liquid camuflage, korektor high coverage, nie ma lepszego i zawsze będę do niego wracać, nic złego mi nie robi, a super kryje i sprawia, że wyglądam zawsze świeżo i na wyspaną.

  • Vitapil, suplement diety,mocne lśniące włosy - widzę, że recenzja, do której odsyłam nie jest zbyt pozytywna, ale tym razem mogę powiedzieć, że tabletki mi pomagają, do wielkości tabletki się przyzwyczaiłam (wtedy miałam ogromną awersję do wszystkich tabletek). Teraz zauważyłam, że paznokcie rosną jak szalone, w końcu przy hybrydach widać odrost, włosy też są coraz dłuższe i coraz fajniejsze, więc nie narzekam. Lubię i będę się suplementować.
  • Efektima, konopne masło do ciała z oliwą z oliwek - jak ja uwielbiam konopne kosmetyki, ja nie wiem ale ten zapach jest dla mnie genialny. Masło cudownie nawilża, zmiękcza i wygładza ciało. Szybko się wchłania, ale widać genialne efekty na skórze i długotrwałe. Konsystencja masła nie należy do moich ulubionych, ale tutaj bardzo super mi się z nim współpracowało.
  • Be Beauty, maska na tkaninie, nawilżenie - czarna owca - miałam inną wersję i była beznadziejna i kminiłam, że tutaj tez może być słabo, ale zaskoczyłam się! Maska świetnie nawilża skórę, sprawia, że jest gładka i elastyczna. Po masce miałam jeszcze nałożyć sobie żelowe płatki od oczy, ale nie były mi potrzebne! Skóra pod oczami była wygłodzona, nawilżona i super napięta, także wow!
  • Eveline, multifunkcyjny podkład CC - ten podkład jest fajny, jest lekki, wystarczy niewielka ilość, żeby nadać skórze promienny i ładny wygląd. Mimo wszystko fajnie kryje przy mniejszych problemach, będziecie zadowolone na pewno. Jedyny jego minus to to, że strasznie paćka mi pędzel i skleja go okropnie, bo wchodzi we wszystkie możliwe zakamarki, ale to mamy motywację do częstszego prania pędzli.

  • Efektima, myjący mus do ciała, ekstrakt z maliny i olej ryżowy - ten mus robi genialne pierwsze wrażenie, mamy genialną piankową konsystencję, fajny malinowy zapach i czad. Ale poza tym, to jest to już zwykły produkt do kąpieli czy pod prysznic, który niestety bardzo szybko się kończy. Ale i tak jest to świetna odskocznia od standardowych produktów pod prysznic.
  • Efektima, peeling kokosowy - za tymi peelingami za bardzo nie przepadam, bo są drobnoziarniste, za bardzo kremowe, ja zdecydowanie wolę gruboziarniste, mocne peelingi. Ale poza tym, nie mam się do czego przyczepić. Zapach mają fajny, wygodne na wyjazdy i ewentualnie do używania po depilacja na podrażnioną skórę w moim przypadku.
  • Schwarzkopf, essence ultime, omega repair szampon - nawet nie chce wiedzieć, jak długo miałam ten szampon, ale w końcu udało się go zużyć. Szampon, jak szampon, lubię go, bo dziwnym trafem kojarzy mi się z bożym narodzeniem. Dobrze oczyszczał włosy, nie przetłuszczał ich ani nie obciążał, nie podrażnił mi też skalpu. Ale wchodząc ponownie w temat kręconych włosów, raczej bym go nie wzięła ponownie.
  • Biopha Organic, naturalna wybielająca pasta do zębów - Początkowo byłam mega zadowolona z tej pasty, jarałam się, że coś nowego, coś oryginalnego, coś turbo wydajnego, ale wyrzucam niezużytą do końca. Strasznie mnie męczyło używanie jej na dłuższą metę, ciężko było mi ją potem wycisnąć z opakowania i jednak wolę pieniące się pasty. Ta ogólnie działa, oczyszcza zęby, daje świeży mentolowy oddech i przywraca naturalny odcień zębów Ja też wolę jednak coś turbo wybielającego.


  • Optimaplus, Naturalny olej ze słodkich migdałów - oj po prostu nie. Pierwsze użycie, efekt był wow i cudowny, każde kolejne było coraz słabsze, w sumie może niekoniecznie olej powinien lądować w bublach, bo nie nadaje się po prostu do mojego rodzaju włosów, ale no tak wyszło, haha.
  • Marion, chusteczki nawilżane szkolne - kolejna rzecz, która przeleżała w mojej szafce i wyrzucam nieużyte do końca Wyschły po prostu, a powiem szczerze, że ja lubię tego typu produkty, ale tych balonowy zapach mi tak nie podpasował, że nie używałam. Ogólnie w użyciu były spoko, jak już użyłam, bo odświeżały, ewentualnie oczyszczały z jakichś tam zabrudzeń, ale ten zapach przekreśla cały produkt.


Próbek nie za wiele, ale zawsze coś. Ja nawet nie zawalam sobie sprawy, że próbki np. kremu do twarzy starczają na tak długo! Zazwyczaj jak brałam je ze sobą na wyjazdy to już nie zabierałam ich z powrotem, tylko wyrzucałam nieważne ile produktu zostało do końca. A szkoda, bo musiałam zmarnować sporo kremów. No, ale udało mi się zużyć Equilibra, dermo-żel aloesowy, który fajnie i mocno nawilżał i przynosił ukojenie podrażnionej skórze. Poza tym, Vianek, łagodzący krem BB, SPF 15 użyłam raz i byłam dość zadowolona, ale to było tak na chillu w dzień, kiedy nie miałam parcia na mocny makijaż, musiałabym więcej użyć, żeby ocenić.W końcu się też zabrałam za stopy! I tak oto zużyłam AA, oil essence, zadbane stopy, dwuetapowy zabieg, który okazał się być u mnie strzałem w 10! Fajny mocny peeling, piękny zapach i mocno nawilżająca maska to coś, co moje stopy lubią. No i kremy do twarzy: Resibo, krem ultranawilżający był w porządku, bardzo się polubiłam z tymi kremami i na pewno kupię pełnowymiarowe. Podobnie sprawa wygląda z See See, mineralny krem nawilżający na dzień. Też fajnie nawilża, rozświetla cerę, jest lekki i mega fajny na lato.

I ot, całe denko! Dawajcie koniecznie zna, jak Wam poszło!


bezpieczna ochrona na lato

28 czerwca 2019



Mamy lato! Już w sumie od jakiegoś czasu pogoda rozpieszcza nas naprawdę afrykańskimi temperaturami. Ciężko znoszę upały, o czym Wam ostatnio trochę już pisałam, ale nie ma co narzekać, bo jest fajnie - mimo wszystko! Opalać się nie lubię, tak samo mnie irytuje leżenie plackiem na plaży i smażenie się w słońcu - zestarzałam się chyba, bo kiedyś potrafiłam smarować się oliwką i leżeć w największym słońcu godzinami - wiem, to była okropna głupota! 
Obecnie marzę o fajnej opaleniźnie, a mój narzeczony ma w planach mnie ładnie opalić, ale staram się zrobić to tak, żeby opalenizna się utrzymała, a skóra zachowała zdrowy stan. Zazwyczaj kończyło się to spaleniem na raka, a potem skóra schodziła i nic po tym nie zostawało. W tym roku już jest trochę inaczej i widzę fajne, choć powolne efekty. Ale myślę, że warto i jeśli ktoś miał ten sam problem co ja, to koniecznie poczytajcie, bo się da!


Nie ma co tu kryć, o produktach do opalania z wysokimi SPF zapominałam najczęściej. Bo w końcu chciałam się opalić, a jak się opalę smarując 50? Nigdy nie byłam w stanie tego zrozumieć i nie przejmowałam się niczym. Wybierałam oliwkę dla dzieci, ewentualnie produkty z jak najmniejsza ochroną 3 lub 5. Teraz jestem starsza, zdaję sobie sprawę z problemów, jakie może spowodować nadmierna ekspozycja na słońce bez odpowiedniej ochrony i się po prostu boję.
Teraz to wygląda trochę inaczej, staram się zawsze mieć przy sobie wysoki filtr na plaży, nie mam aż takiego parcia bycia czekoladką. Ale w dalszym ciągu zapominam. Idę na miasto, idę na rower, pamiętam tylko o tym, żeby posmarować sobie tatuaż, a o reszcie ciała nie myślę. To nawet nie jest kwestia tego, że zapominam, bo się spieszę, ja po prostu nie myślę. Dlatego zdarza się, że kończę nagle ze spalonymi rękami, ale od tego są już produkty po opalaniu. 
A na razie skupmy się na tych przed opalaniem!

KOLASTYNA, emulsja do opalania, SPF 50
Zapewnia: *ochronę przed 4 głównymi rodzajami promieniowania (UVA, UVB, VL, IR) zapobiegając poparzeniom skóry, fotostarzeniu skóry oraz powstawaniu wolnych rodników *obniżenie ryzyka pojawienia się przebarwień *pobudzenie własnego systemu obronnego skóry *nawilżenie skóry *przyjemną aplikację.

Skład: Aqua, Homosalate, Octocrylene, Ethylhexyl Salicylate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, C12-15 Alkyl Benzoate, Ethylhexyl Isononanoate, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Phenylbenzimidazole Sulfonie Acid, Glycerin, Potassium Cetyl Phosphate, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Butylene Glycol, Undecane, Hydrogenated Palm Glycerides, Arginine, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Nonanoate, Mauritia Flexuosa Fuit Oil, Allantoin, Arachis Hypogaea Oil, Ascorbyl Palmitate, Beta-Carotene, Betaine, Caprylic/Capric Triglyceride, Caprylyl Glycol, Carnosine, Citric Acid, Daucus Carota Sativa Extract, Decylene Glycol, Ethylhexylglycerin, Glyceryl Oleate, Glyceryl Stearate, Helianthus Annuus Seed Oil, Isopropyl Myristate, Lecithin, Lycopene, Panthenol, Parfum, Polyacrylate Crosspolymer-6, Sodium Cetearyl Sulfate, Sodium Chloride, Sodium Hydroxide, Sodium Sulfate, Solanum Lycopersicum Seed Oil, t-Butyl Alcohol, Tocopherol, Tocopheryl Acetate, Tridecane, Vaccinium Macrocarpon Seed Oil, Xanthan Gum, BHT, Phenoxyethanol, Tetrasodium EDTA, Coumarin, Eugenol.

Ta emulsja ma bardzo ładny zapach, dość delikatny, neutralny, ale ładny. Konsystencja jest jak mleczko, rzadsza i bardzo kremowa, ale wygodnie się rozsmarowuje na ciele. Nie zauważyłam, żeby się nadmiernie kleił, według producenta jest też wodoodporny, więc tu wszystko gra.
Efekty są widoczne, emulsja cudownie chroni skórę i tatuaże. Smaruje tylko tatuaż przed każdym wyjściem i zazwyczaj jakaś ilość kremu odbija mi się na bicepsie (tatuaż na przedramieniu) i tak. Mam dwa nieopalone i jasne kwadraty na skórze. Nie jest tak, że skóra w tym miejscu nie jest w ogóle opalona, ale widzę po tatuażu, że nic się z nim nie dzieje i wszystko gra. A mam jeden tatuaż, o który nie dbałam za bardzo w upały i mi się rozlał, więc mam idealne porównanie. 
Jeżeli potrzebujecie bardzo mocnej ochrony, to jak najbardziej będziecie zadowoleni.

LIRENE, jaśminowy olejek do opalania, SPF 30
Zapewnia: *ochronę przed promieniami UVA i UVB *gwarancję zdrowej, złocistej i pięknej opalenizny *przyspieszone opalanie *delikatną, gładką i aksamitną w dotyku skórę, dzięki witaminie F i olejkom słonecznikowego i jaśminowego *nawilżenie i ochronę przeciwstarzeniową skóry

Skład: Paraffinum Liquidum, Caprylic/Capric Triglyceride, Isopropyl Myristate, Octocrylene, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Helianthus Annuus Seed Oil, Jasminum Officinale Flower Extract, Parfum, VP/Hexadecene Copolymer, Carthamus Tinctorius Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Tocopheryl Acetate, Ascorbyl Palmitate, Daucus Carota Sativa Root Extract, Daucus Carota Sativa Seed Oil, Beta-Carotene, Linoleic Acid, BHT, PEG-8, Tocopherol, Ascorbic Acid, Citric Acid, Benzyl Benzoate.

Ten olejek znajduję się w bardzo wygodnym opakowaniu z aerozolem, psikamy produkt bezpośrednio na skórę wszędzie tam, gdzie chcemy i następnie rozsmarowujemy - czad. Pachnie ładnie, jaśminowo i cudownie. Z kolei konsystencja jest typowo olejkowata, nie wchłania się w skórę, nie ma też uczucia, że skóra jest lepka i klejąca. Aczkolwiek niewielki dyskomfort jest, bo cały czas widzimy, że coś tam mamy na tej skórze.
Tego produktu używałam najczęściej na plaży i smarowałam się nim, kiedy szłam gdzieś na miasto i akurat pomyślałam o ochronie. Fakt faktem, po depilacji woskiem miałam strasznie podrażnione nogi, więc potrzebowałam czegoś, co przy okazji je fajnie nawilży i znalazłam.
Olejek też chroni skórę przed opaleniem, ale jest to mniejszy efekt niż przy 50. Skóra jest leciutko opalona, tak naprawdę ciężko zauważyć efekt i różnice, ale jak ktoś chce to zobaczy. Nie ma ochrony przed wszystkimi promieniami słonecznymi, ale wierze, że przed najgorszymi chroni i powiem Wam, że bardzo spoko się u mnie sprawdza. Czuję,że coś tam się opalam, ale też widzę te ochronę. Lubię produkty, które zarazem zadbają o skórę i pozostawią ją nawilżoną i gładką, nie tylko ochronią przed słońcem

DERMACOL, krem do opalania do twarzy z balsamem do ust, SPF 30
Zapewnia: *kompleksową pielęgnację twarzy oraz ust *ochronę przed szkodliwym promieniowaniem UVA i UVB *brak uszkodzeń skóry *przedwczesnemu starzeniu *działanie antyoksydacyjne i przeciwstarzeniowe *nawilżenie *maksymalną regenerację, ukojenie ust *piękno podczas ekspozycji słonecznch

Skład [krem]: Aqua, C12-15 Alkyl Benzoate, Octocrylene, Glycine Soja Oil, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Glyceryl Stearate Citrate, Phenylbenzimidazole Sulfonic Acid, Cetearyl Alcohol, VP/Eicosene Copolymer, Disodium Cetearyl Sulfosucinnate, Glycerin, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Sodium Hydroxide, Panthenol, Allantoin, Tocopheryl Acetate, Carbomer, Xanthan Gum, Bisabolol, Parfum.
Skład [balsam]: Caprylic/Capric Triglyceride, Ricinus Communis Seed Oil, Copernicia Cerifera Cera, Cera Alba, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Octocrylene, Butyloctyl Salicylate, Olus Oil, Dimethyl Capramide, Tocopherol, Glycine Soja Oil, Daucus Carota Sativa Root Extract, Beta-Carotene, Aroma, Parfum.

Uwielbiam kompleksowe produkty które dają mi więcej niż jeden produkt. Tutaj dostajemy krem do opalania do twarzy, jak i balsam do ust, co dla mnie jest genialnym rozwiązaniem na plaży i wyjazdach, czy wyjazdach, bo wiem, że nie zapomęe dwóch najważniejszych rzeczy. Krem dostajemy w niewielkiej tubce, ale do twarzy nie potrzebujemy chorych ilości, więc jest jak znalazł. Zapach ma ładny i typowy dla produktów do opalania, a konsystencja nie wyróżnia się niczym. Zwykły krem, którym fajnie rozsmarowuje się po twarzy.
Używam go i na plaży, kiedy już czuję, że powinnam nałożyć kolejną warstwę, ale i w normalne dni, kiedy wybieram się na miasto, na rower i nakładam go pod makijaż. W obu przypadkach sprawdza się genialnie. Skóra twarzy nie jest spalona, powoli nabiera fajnego, ciemniejszego koloru, nie ma wysuszonych miejsc, ani przebarwień, do których mam skłonności, więc ja jestem bardzo zadowolona!
Balsam do ust, jak to balsam. Wygodnie odkręca się tubkę na końcu i smaruje usta. Powierzchnia jest dość spora, więc szybko się go używa. Produkt momentalnie je nawilża, odżywia i regeneruje, dzięki czemu są miękkie i gładkie przez długi czas. Poza tym, podoba mi się też to, że czasem mam problemy ze znalezieniem balsamu od ust w torbie pełnej różności, a mimo wszystko ten produkt jest większy i od razu wpada w ręce.
Bardzo polecam ten produkt!

BIELENDA, kokosowa mgiełka do opalania, twarz + włosy, SPF 15
Zapewnia: *nawilżenie, poprawę jędrności i elastyczności skóry *wygodną aplikację *obniżenie ryzyka podrażnień i poparzeń słonecznych skóry *zmniejszenie destrukcyjnego wpływu promieni słonecznych na włosy *zmniejszenie ryzyka powstawaniu przebarwień *ochronę skóry przed starzeniem i fotostarzeniem *ochronę przed promieniami UVA i UVB, a także IR-A *trwałe działanie nawet w wodzie i chlorze

Skład: Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Citrus Aurantium Dulcis Fruit Extract, Alcohol Denat., Propylene Glycol, Butyl Methodibenzoylmethane, Tocopheryl Acetate, Sodium Hyaluronate, Methylparaben, DMDM Hydantoin, Parfum, Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.

Bardzo długo szukałam produktu, który będzie w stanie chronić moje rozjaśnione i obecnie kręcone włosy. Jak wiecie obecnie bardzo o nie dbam i chce ochronić je przed wszystkim, dosłownie. Najlepsza byłaby czapka, ale ich nie lubię, więc ratuję się produktami. Na basen już od dawna olejuję włosy, ale szukałam czegoś na plażę. Nie naolejuję włosów do ludzi, bo będę wyglądać strasznie, więc potrzebowałam fajnej mgiełki, którą wygodnie będzie rozpylić na włosach.
Mgiełka ma bardzo mocno kokosowy zapach, ale nie jest wyczuwalny po jakimś czasie i nie przeszkadza. Konsystencja jest bardzo tłusta i w sumie nie powinnam nazywać tego mgiełką, bo nie jest to idealnie rozpylona mgiełka, ale nie mam do czego tego przyrównać. 
Powiem Wam, że na włosy daje rade. Fajnie je nawilża, chroni, jest takim jakby czepkiem chroniącym. Wydaje mi się, że spryskując włosy nie jestem w stanie dojść do wszystkich partii, ale do większości na pewno się udaje. Nie mam wrażenia, żeby włosy były w gorszym stanie po plażowaniu czy po basenie, końcówki nie są suche ani poszarpane czy spuszone, tylko widać, że zostały wcześnie wypielęgnowane. Bardzo mi się to podoba. Aczkolwiek nie wiem ile tutaj SPF daje, bo przecież włosy są martwe, więc co mi się z nimi stanie, przecież się nie spalą. Ten sam efekt uzyskałabym prawdopodobnie normalnym olejkiem, ale tutaj wygrywa możliwość wygodnej aplikacji. Nie wyobrażam sobie olejować włosów na plaży w standardowy sposób, jak w domu, a produkt rozpylić mogę w każdej chwili  Poza tym, mgiełka przy okazji opada na ramiona, dekolt i plecy, więc zrazem mam jakąś ochronę na bieżąco na pozostałych partach ciała, niewielką bo tylko SPF 15, ale dodatkowa warstwa jest, więc spoko.


I nadszedł czas na produkty po opalaniu, które zazwyczaj ratują mi dupę, w przenośni i dosłownie. Tak, jak mówiłam zdarza mi się spiec na raka bez żadnej ochrony, a potem cierpię dniami i nocami - na szczęście spotyka mnie to coraz rzadziej. Tak było w tamtym roku, wydawało mi się, że się posmarowałam, ale coś niedokładnie, zagadałam się, wyłączyłam myślenie i nawet nie chcecie wiedzieć w jakim stanie wróciłam do domu. Na plaży nic nie czułam, dopiero w domu wszystko zaczęło mnie piec i była tragedia. Z pomocą przyszły mi produkty po opalaniu, kojące, regenerujące i nawilżające, a także mój najwspanialszy narzeczony, który dzielnie, cierpliwie i regularnie co chwilę wsmarowywał we mnie kolejne kremy, bo moja skóra wtedy przyjmowała i wchłaniała je w sekundę.
Ja tych produktów używałam na zmianę, niektórych częściej, innych mniej, ale cały czas się starałam, żeby skóra dostawała wielu różnych składników.

ZIAJA, 10% D-panthenolu, krem łagodzący dla dzieci i dorosłych
Zapewnia: *złagodzenie podrażnień skóry narażonej na wysychanie i pękanie, jak i po nadmiernej ekspozycji na promienie UV

Skład: Aqua, Panthenol, Isopropyl Myristate, Butylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Propylene Glycol, Glyceryl Stearate Citrate Cetearyl Glucoside, Cetearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Hydrogenated Coco-Glycerides, Lanolin, Stearyl Alcohol, Sodium Polyacrylate, DMDM Hydantoin, Methylparaben, Ethylparaben.

Produkt znajduje się w niewielkim opakowaniu, co jest wygodne na wyjazdy i można mieć go zawsze pod ręką, ale jak na domowe warunki wolę mieć większe pojemności, bo takich kremów przy poparzeniach słonecznych idzie nam naprawdę sporo.
Krem nie ma jakiegoś konkretnego zapachu, konsystencja jest zwykła, jak krem do rąk, czy lżejszy balsam do ciała. Bardzo szybko się wchłania i wydaje ni się, że tutaj nie ma co oszczędzać, im więcej produktu na skórze tym lepiej. Ale fajne jest to, że zaraz po nałożeniu czuć lekkie ochłodzenie skóry i od razu jest ona ukojona. Taki efekt po jakimś czasie mija jeśli nałożymy bardzo niewiele produktu. I jest to i tak krem, który daje dość doraźny efekt i ulgę. Nie sprawi, że nasza opalenizna zostanie w idealnym stanie na dłużej i następnego dnia będziemy się cieszyć brązową skórą. Ale uważam, że jako pierwsza pomoc i np. jako baza pod pozostałe kosmetyki zdaje fajnie egzamin i tworzy z nimi fajne combo zwiększając ich działanie.

ZIAJA, nawilżające mleczko utrwalające opaleniznę
Zapewnia: *utrwalenie opalenizny pogłębiając jej piękny brązowy odcień *odpowiedni poziom nawilżenia oraz odżywienie skóry *ukojenie podrażnień i zapobieganie ich powstawaniu *złagodzenie efektów negatywnego wpływu środowiska *doskonale gładką i elastyczna skórę

Skład: Aqua Isopropyl Myristate, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Glycerin, Glyceryl Stearate Citrate, Dimethicone, Dihydroxyacetone, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate 80, Stearyl Alcohol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylene Glycol, Diazolidinyl Urea, Parfum, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Limonene, Linlool, Benzyl Benzoate, Geraniol, Benzyl Alcohol, Citric Acid.

Kolejny produkt mark Ziaja Tym razem większa pojemność, charakterystyczny zapach mojego dzieciństwa, kiedy rodzice smarowali mnie, kiedy się spaliłam, mocny, intensywny, ale kojarzy mi się mega z latem. Konsystencja taka sama jak balsam, bardziej treściwy niż poprzedni krem. Po nałożeniu również czujemy uczucie chłodzenia i ukojenia i jest ono dużo dłuższe. 
Produkt szybko się wchłania, ale pozostawia skórę idealnie nawilżoną, miękką i bardzo gładką, aksamitną w dotyku. Pomaga w utrzymaniu opalenizny i przedłuża jej trwałość. Łagodzi wszelkie podrażnienia, jak i ból, który czasem może nam towarzyszyć. Bardzo fajne jest to, że produkt nawilża i odżywia skórę na bieżąco. Mimo że skóra jest w tragicznym stanie, to to mleczko potrafi jej pomóc.
Przyczepię się jedynie do zawartości parafiny w składzie i to już na trzecim miejscu. Wyczytałam, że na poparzenia słoneczne powinno się jej unikać w kosmetykach. Ja się nie znam, mi się nic nie stało, mleczko mi pomogło, ale musicie mieć to na uwadze.

DERMACOL, regenerujący i nawilżający balsam po opalaniu
Zapewnia: *pielęgnację, wygładzenie, intensywnie nawilżenie i odżywienie *ukojenie i regenerację skóry po opalaniu *skórę aksamitnie miękką w dotyku *ochronę młodzieńczego wyglądu

Skład: Aqua, Glycine Soja Oil, Panthenol, Glycerin, Glyceryl Stearate Citrate, Ethylhexyl Stearate, Caprylic/Capric Triglyceride, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Ethylhexylglycerin, Propylene Glycol, Cetearyl Alcohol, Tocopheryl Acetate, Carbomer, Sodium Hydroxide, Citric Acid, Beta-Carotene, Tocopherol, Zea Mays Oil, Parfum.

I to jest zdecydowanie najfajniejszy produkt z całej trójki, którego używam najczęściej, bo zdecydowanie działa najlepiej. Wydaje mi się, że ma najfajniejszy skład i robi wszystko, co powinien, a nawet więcej.
Balsam jest dość rzadki i przypomina mi mleczko, ale jest też nawet treściwy i super rozsmarowuje się go po ciele. 'Pierwszy' zapach ma dziwny, nie jest taki, że wdycham go, jak uzależniona, ale po jakimś czasie intensywne coś na szczęście się ulatnia i zostaje fajny, olejny i migdałowy, orzechowy zapach, który ma w sobie taką esencje, że też mi się kojarzy z latem i wypoczywaniem nad wodą. 
Balsam super się wchłania, ale pozostawia skórę jakby lekko mokrą i nawilżoną. Pozostawia po sobie lekki film, ale nie przeszkadza on w niczym, nie klei się ani ciało nie pozostawia po sobie żadnych śladów np. na meblach. Zaraz po nałożeniu balsamu czuć lekkie chłodzenie i ukojenie. Poza tym, skóra jest gładka i miękka w dotyku. Skóra jest też mocno nawilżona i odżywiona i da się to odczuć, bo przynosi ulgę na długo. Idealny po prysznicu, idealny na noc, przez całą noc nie znika tylko cały czas chroni i działa na skórę. 
Przy regularnym i ciągłym stosowaniu, już następnego dnia skóra jest w dużo lepszym stanie. Nabiera ładnego odcienia, jest opalona, ale nie przesuszona i cierpiąca - czad! A! Przy okazji balsam znajduje się też w większym opakowaniu z pompką, co jeszcze bardziej ułatwia i uprzyjemnia aplikację.


Jak wspominałam w tamtym roku spaliłam się strasznie, byłam cała czerwona i wszystko mnie piekło. Narzeczony mnie co chwilę smarował, a ja już następnego dnia czułam się lepiej. Po mieszance wszystkich produktów, skupiając się na Dermacolu, który zdecydowanie podpasował mi najbardziej, mogłam cieszyć się lekką opalenizną. Skóra mi oczywiście zeszła, bo chyba nie dało rady inaczej, ale przetrwałam i to bez smarowania się kefirami czy maślankami.


Poza tym, w tym roku jest inaczej. Mam fajniejsze balsamy nawilżające, których używam codziennie przez cały rok i widzę, że dzięki temu, że skóra jest nawilżana regularnie to lepiej znosi opalanie i nawet bez filtrów nie jest to mocny rak, a i szybko się regeneruje i zamienia w fajną lekką brązową opaleniznę. Więc musimy o tym pamiętać cały rok, a w lato skóra nam za to podziękuje. Przy okazji, staram się pić bardzo dużo wody i nie pozwalam odwodnić się organizmowi. Mam też zawsze pod ręką wodę termalną. Obecnie jest to woda termalna La Roche Posay, która przynosi mi ulgę na zewnątrz, jak i w domu, kiedy jest duszno i gorąco. Chłodzi skórę twarzy i mocno orzeźwia. Mamy też mały patent, który ostatnio okazał się być rewelacyjny na plaży, a mianowicie wzięliśmy ze sobą wodę w spryskiwaczu, więc w trakcie opalania możemy się cali schłodzić bez konieczności wchodzenia do wody,  to daje sporą ulgę! Przy okazji, narzeczony wpadł ostatnio na genialny pomysł i bardzo polecamy włożenie wody mineralnej do zamrażalki na noc dzień przed plażowaniem, woda zamarznie, ale gwarantuje to Wam zimną wodę przez cały dzień, bo tak szybko się nie rozmrozi :).

Dajcie znać, jakie Wy macie top produkty przed i po opalaniu, jak radzicie sobie z upałami i czy walczycie o piękną czekoladową opaleniznę?



Wiosenna woda toaletowa, L'Eau
Moment de Bonheur

25 czerwca 2019


Dzień dobry! Lato nastało bardzo, jest ciepło, słonecznie, jak jako osoba nielubiąca upałów to trochę ponarzekam i trochę mi źle, ale to nic, jakoś dajemy radę. Nie ma co narzekać na to co jest i tym bardziej, że nie ma na to wpływu. Liczę, że w tym roku jakoś się w końcu opalę, więc znajdujemy w tym wszystkim pewne plusy!
Dzisiaj mam dla Was perfumy, których u mnie na blogu nigdy za wiele nie było, ale teraz porobiłam zdjęcia, mam bardzo fajne zapachy, którymi chętnie się z Wami podzielę i może akurat trafi się ktoś komu właśnie taki zapach będzie mega odpowiadał! Dzisiaj na tapet mamy Yves Rocher, Moment de Bonheur wodę toaletową w wersji zielonej. Moimi ultimate favourite są perfumy z tej samej marki, ale wersja różana.

Yves Rocher, 
L'Eau - Moment de Bonheur


Zapach jest kwiatowo-zielono-różany, ma niezwykle radosny i świeży zapach. Bądź szczęśliwa i wybierz zapach, który wyraża szczęście. Zapach określany jest, jako promienny i optymistyczny, dzięki któremu każda kobieta poczuje się kobieco, szczęśliwie i pewna siebie.

Nuty głowy: zielone, świeże jabłko
Nuta serca:: kwiatowa z różą stulistną z Grasse (najwspanialsza z róż)
Nuta głębi: drzewna - paczula, cydr

Skład: Alcohol, Parfum, Aqua, Ehylheyl Methoxycinnamate, Linalool, Ethylhexyl Salicylate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Limonene, Benzyl Alchol, Geraniol, Citronellol, Citral, BHT, Cl 17200, Cl 19140, Cl 42090.


Woda perfumowana znajduje się w szklanej i przeźroczystej buteleczce z wygodnym zamknięciem.  Stworzone jest z dość grubego szkło, przez co flakonik jest trochę ciężki, ale mi to w ogóle nie przeszkadza. Buteleczkę początkowo dostajemy w papierowym kartoniku, na którym znajdują się główne informacje, ale ogólnie mamy tutaj raczej minimalizm. Nie jest to butelka, która cudownie wygląda na półce i jej wygląd zapiera dech w piersiach, jak potrafią wyglądać perfumy. Tutaj mamy prosto i nic specjalnego.
Ale ważniejsze jest co innego. Buteleczka rozpyla idealną mgiełkę wody perfumowanej, która pokrywa nasze ciało, nie leci strumień płynu, tylko fajnie można okryć się zapachem. Ja perfum nie oszczędzam, jak coś. Tym bardziej tych.


Po rozpyleniu czuć dość słodki, kwiatowy i całkiem intensywny zapach. Zapach jest bardzo orzeźwiający, pobudzający. Po chwili zapach się bardzo uspokaja, jest już delikatniejszy, trochę przydymiony, ale cały czas jest bardzo uzależniający. Zapach jest lekko różany, ale różni się od tej typowej różanej wersji. Mi bardzo zapach kojarzy się z zieloną herbatą, bo mam też mgiełkę o bardzo podobnym zapachu. Ale na zapach za bardzo się nie znam, więc ciężko mi tutaj ocenić i opisać, jakie nuty są wyczuwalne po kolei i w jakim momencie.
Mogę Wam za to powiedzieć, że zapach jest bardzo trwały, nie ulatnia się ani nie słabnie w ciągu dnia, nieważne co robimy. Używam go często i kiedy siedzę w domu albo kiedy mam w planach jakąś aktywność fizyczną później. Jestem w stanie go wyczuć wieczorem albo na ubraniach przez bardzo długi czas.


Te perfumy równie jak druga wersja zapachowa jest bardzo ulatnia, perfumy pięknie pachną, bardzo orzeźwiająco i tak pozytywnie się kojarzą. Dla mnie idealne są na obecną pogodę, wiosnę i na lato. Zawsze jak tylko robi się trochę cieplej na wiosnę to wracam do tych perfum, bo tak samo pobudzają i mnie wtedy do życia. I bardzo zapadają w pamięć!
Nie mam parcia, że muszę mieć perfumy z topowych i drogich drogerii, ja jestem bardzo zadowolona z Yves Rocher. 50 ml kosztuje zazwyczaj 169 zł, ale są obecnie na promocji 50%, więc dostaniecie je tylko za 85zł! Ale i nawet bez promocji, zakupy na YR są tak mega, że można wykombinować i dostać je za darmo, jako gratis do zakupów. Dla mnie czad i bardzo Wam je polecam! Dla aktywnych, radosnych wydaje mi się, że sprawdzą się genialnie!


Dajcie znać, jakie teraz są Wasze ulubione perfumy!


Bourjois, Idealny na lato Healthy Mix

22 czerwca 2019


Cześć! Jak spędzacie długi weekend? Dawajcie znać, gdzie obecnie działacie coś ciekawego. Ja myślałam, że sobie odpocznę i będzie dość delikatnie, a powiem Wam, że zaczęło się dość grubo. Spotkania ze znajomymi, z rodziną,  dodatkowo zaczęliśmy sezon rowerowy i tak nam się spodobało, że nie możemy się doczekać kolejnej okazji, żeby gdzieś wyjść pojeździć - czad! Marzą mi się jeszcze rolki i kajaki, taki mam mały plan na wakacje, co by odreagować, a przy okazji się trochę poruszać! Dajcie znać, jakie jeszcze aktywności polecacie na tę porę roku, chętnie skorzystam i spróbuje czegoś nowego.
A dziś mam dla Was podkład, a mianowicie krem BB, który jest lekki, ale da Wam to, czego potrzebujecie latem na buzi, sprawdzi się nawet przy aktywności fizycznej ze znajomymi, więc myślę, że warto mu się przyjrzeć! Enjoy!

Bourjois Paris, Healthy Mix
BB Cream, anti-fatigue
lekki krem BB


Ultralekki delikatny krem BB ma za zadanie wyrównać koloryt cery, dodać jej blasku oraz zniwelować oznaki zmęczenia. Posiada lekka konsystencję, jak i krycie, które swoim poziomem przypomina krycie na poziomie podkładów, przykryje wszelkie zaczerwienienia i ujednolici koloryt, idealnie wtopi się w koloryt skóry bez efektu maski zachowując naturalny efekt. Poza tym, gwarantuje 24-godzinne nawilżenie skóry oraz pozostawia świetliste wykończenie. 
Krem BB został wzbogacony kompleksem witamin C, A, E oraz B5, co pozytywnie wpływa na trwałość makijażu.

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Isononyl Isononanoate, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Glycerin, Butylene Glycol, Magnesium Sulfate, Ascorbyl Glucoside, BHT, Bia-PEG/PPG-14/ 14 Dimethicone, Dimethicone, Boron Nitride, Dimethicone Crosspolymer, Disodium EDTA, Disteardimonium Hectorite, Laureth-7, Lecithin, Mica, Panthenol, Pentolactone, Pentaerythrityl Tetra-di-t-butyl Hydroxyhydrocinnamate, Polymethyl Methacrylate, Propylene Carbonate, Retinyl  Palmitate, Silica, Silica Dimethyl Silylate, Sodium Potssium Aluminium Silicate, Synthetic Flourphlogopite, Tin Oxide, Tocopherol, Tocopheryl Acetate, Triethoxycaprylylailane, Vinyl Dimethicone/Methicone Silsesquioxane Crosspolymer, Xanthan Gum, Chlorphenesin, Phenoxyethanol, Parfum, Titanium Dioxide (Cl 77891), Iron Oxides (Cl 77491, Cl 77492, Cl 77499). 


Krem BB znajduje się w dość niewielkim opakowaniu 30 ml. Za bardzo nie widać zużycia i jeśli chodzi o informacje na tubce to znajdziecie tam jedynie mega długi skład (na których ja się nie znam, więc nie będę go oceniać). Tubka 'stoi na głowie' więc nigdy nie ma problemu z wydobyciem produktu, chociaż wydaje mi się, że przez to krem się lekko rozlewa i brudzi nam się trochę opakowanie, jak i zakrętka w środku, ale da się nad tym zapanować. Zakrętka działa bez zarzutu, podoba mi się na niej wytłoczona nazwa marki, co dodaje elegancji.
Ja zawsze wylewam podkład na dłoń i nabieram pędzelkeim typu flat top. Krem ma bardzo lekką i dość rzadką konsystencję. Przy dużej ilości na pewno spłynie nam z dłoni, ale przy niewielkiej nie ma takiego problemu. Zapach ma całkiem intensywny, taki jakby słodki i owocowy - mi się podoba, na tę porę roku jest taki nawet orzeźwiający, więc lubię go używać rano, kiedy jestem jeszcze zaspana.


Dobrze mi się go nakłada na twarz i w tej kwestii jest bardzo wydajny. Jak widzicie, większych problemów skórnych nie mam, lekkie lub większe zaczerwienienia, worki i cienie pod oczami, przebarwienia - standard. Nie potrzebuję idealnego mocnego krycia, tym bardziej na lato, kiedy i tak jest bardzo gorąco. Ten krem BB sprawdza się idealnie. Zaczerwienienia niweluje, przebarwienia stają się niewidoczne, zakryje też jakieś niespodzianki, które pojawiają się u mnie raz na jakiś czas. Wydaje mi się, że też dość fajnie radzi sobie z moimi cieniami pod oczami, a w duecie z korektorem już w ogóle jest turbo efekt. Skóra nie wydaje się być sztuczna i idealnie płaska i gładka, tylko uzyskujemy fajny, zdrowy i rozświetlony efekt. To świecenie się pod oczami jest spowodowane bardzo tłustym kremem pod oczy, a tam gdzie kremu nie ma, krem BB daje efekt takiego pół matu. Nie błyszczymy się, ale jest fajne rozświetlenie i cera wygląda na bardzo zdrową i zadbaną, dla mnie czad!
Krem nie jest ciężki, konsystencja nie jest tłusta, gęsta, tylko leciutka, jak krem do twarzy i to jest jego największa zaleta. Na la idealny, bo czujemy, że nasza skóra w dalszym ciągu oddycha. Mimo że konsystencja jest lekka, krem BB nie znika nam z twarzy przy pierwszej lepszej okazji. Jest lekki, ale u mnie wytrzymuje te upały i zwiększoną aktywność fizyczną. Dodatkowo jest przypudrowany, ale niektóre podkłady lubią spływać, ten idealnie się trzyma, wystarczy lekko przyłożyć chusteczkę do twarzy żeby ściągnąć sebum, ale wszystko jest dalej ładnie zakryte. Niestety w starciu z chusteczką higieniczną i katarem przegrywa, ale ja nie znam podkładu, który by został w takiej sytuacji nienaruszony, więc pod koniec dnia lekkie zaczerwienienia wokół nosa wracają, ale wszystko jest w granicach normy.


Ja jestem naprawdę bardzo zadowolona z tego produktu! Jest lekki, mimo to daje mi idealne krycie, nie tworzy efektu maski, a skóra w dalszym ciągu oddycha, nawet w największe upały, zachowując przy tym ładny, zadbany, zdrowy i rozświetlony wygląd. Posiadam odcień 01 light / clair, który jest dość jasnym neutralnym odcieniem posiadającym głównie żółte tony, ale mam wrażenie, że jest w nim też trochę różowego. Poza moim odcieniem są jeszcze dwa ciemniejsze. W internecie standardowo znajdziecie go za około 20 zł, co dla mnie jest spoko ceną, w drogeriach będzie droższy, ale to wszyscy wiemy.
Ja jestem z niego zadowolona, idealny na tę porę roku, kiedy nie mam w planach mega imprez, bo na wesele czy do klubu bym się na niego nie zdecydowała. Wtedy robię sobie dużo mocniejszy makijaż i wręcz tapetę, ale na co dzień czy wyjścia do knajpy, restauracji będzie idealny, więc bardzo polecam! Jestem przekonana, że do niego będę wracać w cieplejsze dni.


Moja włosowa historia

18 czerwca 2019


Cześć! Na insta wspominałam już nie raz, że chciałabym w końcu napisać swoją własną Włosową Historię. Trochę żałuję, że tyle z tym zwlekałam, bo teraz po prawie 27 latach mam zdecydowanie, co opisywać, a jest tego tak sporo, że ilość i długość wpisu mnie przeraża. Dlatego jeżeli ktoś z Was chce przeczytać całość to zróbcie sobie spory ubek herbaty/kawy, a jeżeli chcecie tylko przejrzeć zdjęcia to wystarczy szklanka wody:D. Zaczęłam farbować włosy jakoś w liceum, wcześniej była wielka zabawa z szamponetkami. Poza tym, jako dzieciak miałam proste włosy i marzyłam o kręconych. Psikus, bo moje prośby zostały wysłuchane i nagle włosy pod koniec podstawówki zaczęły mi się kręcić. Miałam, co chciałam, więc narzekałam dalej - nie było wyjścia trzeba było kupić prostownicę i wtedy się zaczęło... Ale w miarę od początku!



Patrząc na zdjęcia, jako mały brzdąc miałam od początku w miarę sporo o dziwo włosów (!). Ciężko mi określić ich kolor, ale były jasne - zazwyczaj określane jako mysi blond. Coś tam może lekko się kręciły, ale tylko na końcówkach. Standardowo włosy obcinała mi mama i musiałam mieć grzywkę ściętą na prosto. Myślę, że taka sytuacja spokojnie utrzymywała się przez większość podstawówki. Włosy rosły po swojemu, mama ścinała po swojemu 'na faraona', standardowe mycie + spanie w mokrych włosach. Wtedy to był standard. Włosy zawsze miałam krótkie, lekko za ramiona to był maks. Po pierwszej komunii nawet nie miałam co ścinać. Nagle zbuntowałam się i sama zaczęłam zapuszczać włosy, tak samo pozbyłam się grzywki. Przez większość czasu chodziłam w związanych włosach i nawet nie wiem, kiedy włosy zaczęły się kręcić i puszyć.


Ja wiem, niektóre zdjęcia są na maksa nietwarzowe, ale to są jedne z pierwszych zdjęć, kiedy włosy dostały szału. To po lewej to z Łeby z kolonii, a po prawej to tak wyglądałam większość czasu. Związywałam włosy w dwa kucyki, które ze względu na kręcenie się były puchate. Nikt nie wiedział nic o pielęgnacji kręconych włosów, więc czesałam je normalnie, a to sprawiało, że był dramat.
Na obozie sportowym przed gimnazjum koleżanka pierwszy raz wyprostowała mi włosy. I to był szał ciał. Włosy były dłuższe, fajniejsze, okiełznane i ułożone!

GIMNAZJUM
I tutaj się zaczęło. Początkowo chodziłam do szkoły w kucykach, ale potem wzięłam się za prostownicę, zaczęłam chodzić do fryzjera i zapuszczać włosy. Mimo że były to czasy świetności mojego photobloga to niestety (raczej stety) nie mam zdjęć z tego okresu. To co miałam na komputerze zaginęło, a photobloga usunęłam. Ale włosy były co mycie prostowane, zapuszczałam, jak szalona chociaż i tak nigdy nie umiałam dojść do super długości, bo włosy się wykruszały, a ja nie używałam na nie praktycznie niczego. Kminiłam wtedy, że włosy mi nie rosną, a przy okazji ktoś mnie oświecił,że rosną,ale się niszczą i wykruszają. Zastanawiam się, czy w ogóle jakiejś odżywki używałam. Wtedy zafarbowałam też włosy szamponetką. Uwierzcie lub nie, ale pierwszą trzymałam na włosach do kilku godzin. Poważnie! Włosy wyszły rude i były fatalne. Następnie zapragnęłam mieć czarne włosy z pięknym granatowym połyskiem, o dziwo włosy wyszły szare i zarazem kolorowe, bo szary odcień odbijał dosłownie każdy kolor jaki znajdował się w pobliżu - porażka. Żałuję, że nie mam w ogóle zdjęć, bo to byłoby coś.

LICEUM



Jakoś w połowie I liceum poszłam z mamą do fryzjera i wybłagałam (!) pofarbowanie włosów. Potrzebowałam zmian, więc dostałam ciemne, czekoladowe włosy. Byłam zachwycona. Włosy początkowo były farbowane tonerem, więc aż tak się dodatkowo nie niszczyły. Początkowo nie kombinowałam, włosy były ciemne, dodałam jedno czerwone pasemko z boku. Zmiany w kolorze wynikały z odwlekania wizyt u fryzjera. Pasemko wypłukiwało się do bladego różu, a potem brzydkiego odcienia żółtego, ale who cares? To był czad. Kombinowałam i miałam czerwone pasemko na grzywce,potem jakieś niebieskie, pomarańczowe, why not? Uwielbiałam się w ciemnych włosach, od razu poczułam się inaczej i lepiej. Niestety włosy katowałam prostownicą, więc na niektórych zdjęciach widzicie, że włosy były po prostu zmęczone i jak ja to często nazywałam 'smutne', więc trochę zaczęłam kombinować i o nie dbać,ale i tak ograniczyłam się do podstawowej pielęgnacji.



Po jakimś czasie przestałam używać prostownicy po każdym myciu i co jakiś czas zostawiałam kręcone. Początkowo rzadziej, potem trochę częściej. Nie odstawiłam prostowania kompletnie, ale cieszyłam się, że daję włosom chwile odpocząć, bo włosy już wtedy były w słabym stanie. Wykruszały się, więc nie byłam w stanie ich zapuścić, a końcówki były strasznie zniszczone. Były dłuższe niż kiedyś, ale marzyłam o długich włosach co najmniej do pasa. Prostowane raz na jakiś czas układały się genialnie i na szczęście trochę odżyły i powoli stawały się coraz fajniejsze. A loki jak widzicie na zdjęciu były nijakie, nie były w ogóle zdefiniowane, ale coś tam się falowało i wywijało.

STUDIA
Przed samymi studiami założyłam bloga. Na studiach początkowo też chodziłam w prostych włosach. Nowe otoczenie, nowi ludzie, a ja pewna siebie czułam się dopiero w prostych, więc początkowo było regularne prostowanie i zaczęłam kombinować z kolorem. Za każdym razem jak wychodziłam od fryzjera to kończyłam z innym odcieniem, a to poświata bordowa, fioletowa, zwykły brąz, albo coś tam innego - zależy co wyszło, ale mega mi to odpowiadało, bo nie lubiłam mieć jednego koloru cały czas. Zdarzyło się, że zrobiłam sobie grzywkę. Jak zobaczycie po zdjęciach, to głównie kręciło się wokół rudego.



W pewnym momencie było mi strasznie żal tych włosów i stwierdziłam, że okej, koniec z prostownicą, czas na regenerację. Na szczęście poznałam dużo blogerek, a kilka koleżanek zaczęło się interesować pielęgnacją włosów, więc było wsparcie. Miałam taki okres, że prostowałam włosy tylko i wyłącznie na jakieś okazje, imprezy itp. Udało mi się o nie zadbać tak, że były całkiem zdrowe, niezniszczone, a poza tym kręciły się jak szalone, a ja nawet nie musiałam za bardzo używać żadnych stylizatorów. Od czasu do czasu, sięgałam po Tigi. i włosy wtedy dostawały pięknego, mocnego skrętu. Włosy nie tylko były zdrowsze, ale zgęstniały, było ich więcej. Jak widzicie nie były jakoś mega dłuższe, miały też swoje gorsze dni. A te rozjaśnione marchewkowe włosy uwielbiałam, mimo że był to efekt niechodzenia do fryzjera przez dłuższy czas.



Zazwyczaj po fryzjerze kończyłam z ciemnymi włosami, a potem jakoś się do niego nie spieszyłam i zawsze kończyłam z mega rudymi i jasnymi włosami. Ale jak pisałam, nie przeszkadzało mi to. Ale podobały mi się te kręcone włosy i dość często w takich chodziłam. Na pewno olejowałam wtedy włosy, używałam tysiąca masek, odżywek, serum itp. żeby włosy się zregenerowały. Poza tym, cały czas walczyłam o ich długość, ale wtedy ze średnim skutkiem.


O włosy bardzo dbałam, bo nagle mi się odwidziało i zaczęłam znowu je prostować. A jarałam się, że doprowadziłam je do fajnego stanu i nie chciałam tego zepsuć prostowaniem. Ale, że to był dość ciężki czas, a ja miałam zwroty akcji każdego dnia, to jednak proste włosy dawały mi większej pewności siebie i dlatego na nie się decydowałam. Zdjęcia są ułożone mniej więcej chronologicznie, dlatego wiem, co kiedy i jak. O dziwo w drugiej części roku zaczęły szybciej rosnąć i różnica była dość zauważalna.





Robię rok po roku, bo jak widzicie u mnie włosy zmieniały się co chwilę, ale akurat 2014/2015 wyglądały dosyć podobnie,mim że każde zdjęcie pokazuje trochę co innego. To był dobry czas dla włosów, wtedy kręciły się cudownie. Fakt faktem, nie miałam pojęcia o pielęgnacji, równowadze PEH ani nic takiego, ale jakoś tak wychodziło, że skręt miałam genialny. Raz lepszy, raz gorszy zależy jak wyszło, ale było spoko. A włosy rosły i to szybko, zapewne dzięki suplementom i aloesowi! Prostowanie zostawiałam głównie fryzjerce, a ja latałam w kręconych. A i jak widzicie na jednym zdjęciu miałam bordowo, fioletowo, burgundowe nie do zidentyfikowani włosy, ale takie efekty cieszyły mnie najbardziej. Ale jakoś pod koniec 2015 roku włosy były tak długie, że skręt się rozluźnił prawdopodobnie pod wpływem ciężkości i muszę przyznać, że jak patrzę na to to średnio mi się to podoba. Możliwe,że odpuściłam wtedy z pielęgnacją,bo co więcej miałam robić. Włosów nie prostowałam, nie suszyłam, rosły, więc się nudziłam dbaniem. Poza tym, wiem że na każdym zdjęciu potrafię wyglądać inaczej.

PO STUDIACH
Z 2016 roku nie wiem gdzie są zdjęcia. Obroniłam wtedy magistra, zaczęłam studia podyplomowe, zaczęłam też pracę w Lublinie, a zdjęcia pewnie zostały na starym telefonie albo nie wiem. Na pewno dbałam o włosy, były już tak długie, że kręciły mi się tylko końcówki i nic nie musiałam z nimi robić, a wyglądały ekstra! Potem wszystko trafił szlag jednym rozjaśnianiem.


Nie mam za wielu zdjęć z tego pierwszego rozjaśniania, było ono dosyć delikatne, kilka refleksów, ale różnica na włosach była spora - ja widziałam haha. Twarz była rozjaśniona, wszystko było takie inne. Jak widzicie ja wtedy durna zaczęłam je kręcić, bo super wyglądał na nich blond refleks. I mimo, że włosy były długie i osiągnęłam mniej więcej co chciałam, to rozjaśnianie wszystko zepsuło. Nic nie pomagało, żaden olej, żadne maski nic, ale ja też pamiętam, że nie robiłam tego dość regularnie. Nie miałam czasu na olejowanie i trzymanie masek na głowie nawet pół godziny. Mam wrażenie, że wtedy robiłam coś 24/7 przez cały rok; praca, studia, korki, a wieczorami spotykałam się ze znajomymi. No i miałam za swoje, włosy się wykruszały, puszyły niemiłosiernie, nie chciały się kręcić, a wyprostowane wyglądały okropnie, jakby coś je poszarpało. No i trzeba było je ściąć już jakieś 3-4 miesiące później.


Wybaczcie za filtrowe zdjęcia, ale pamiętam, że po ścięciu i pofarbowaniu rozjaśnianych włosów byłam załamana. Włosy wyszły praktycznie czarne, były turbo krótkie i za bardzo nie miałam ochoty na zdjęcia. Teraz nie wierzę, że miałam tak krótkie włosy! A tu już trochę odrosły, ale i tak dla mnie to był dramat. Jako, że włosy były krótkie musiałam je prostować, bo kręcone były bardzo dupowate i nawet wtedy jakoś tak dziwnie się kręciły. Wtedy zawzięłam się ponownie. Aloes na włosy i skórę głowy, olejowałam włosy za każdym razem, stosowałam masę masek, odżywek i wszystkiego, żeby znowu udało mi się zapuścić włosy i wrócić do tego co było i się udało! W 4-5 miesięcy wyhodowałam spoko długość.


Pierwsze zdjęcie w czerwonej kiecce było robione na początku września, z kolei to w zielonej i białej koszuli jest z końca października. Jak na niecałe dwa miesiące to powiem Wam, że różnica jest szalona w długości. Ale to też przez keratynowe prostowanie włosów. Dlatego włosy też nie mają objętości, są oklapnięte, ale ja jestem w szoku jeśli chodzi o różnicę w długości i do teraz nie zdawałam sobie tego sprawy! Jak się chce to się da, a żeby nie było, włosy ścinałam regularnie co wizytę u fryzjera. Pod koniec 2017 roku miałam największy przewrót w życiu. Wyprowadziłam się z Lublina do domu i tak się stało, że zyskałam mnóstw wolnego czasu, więc dbałam o włosy bardzo, a keratyna mi w tym pomogła jeszcze bardziej. Oleje, aloes, suplementy i dbałam o siebie wewnętrznie i zewnętrznie. Dostałam drugie życie i powiem Wam, że chyba to szczęście na mnie tak wpłynęło, że i włosom się lepiej żyło.


Początkiem 2018 włosy były już długie, pewnie długość dorównywała temu co miałam rok wcześniej. Każdy mnie pytał, jak a ja nie mam pojęcia jak to się stało, że włosy rosły mi tak szybko, ale bardzo mnie to cieszyło. A jak już naprawiłam włosy to zaryzykowałam ponownie. Jednak rozjaśnianie bardzo mnie korciło, a jak już raz praktycznie straciłam przez to włosy, to czego by nie spróbować raz jeszcze?


Nie było to mocne rozjaśniane, ale było tego więcej jak za pierwszym razem. Keratyna uratowała włosy i nie miałam z nimi żadnego problemu. Może tylko to, że keratyna szybciej się wypłukiwała przez rozjaśnianie, ale to było niczym w porównaniu ogólnie do efektu. Włosy były zdrowe, miękkie, a ja się cieszyłam jaśniejszymi pasmami tak, jak chciałam. Nie zapomniałam o dbaniu o nie. Cały czas dawałam z siebie wszystko i smarowałam włosy wszystkim; aloes, olej, maski, sera - wiedziałam, że jak odpuszczę to wrócę do punktu wyjścia.



No i rozjaśniłam włosy raz jeszcze, tym razem również po keratynowym prostowaniu włosów, ale i na bajerę a'la ola-plex. Niestety nie mam pojęcia co to dokładnie było, ale miało uchronić moje włosy i tak też się stało. Włosy były w stanie genialnym, nic złego z nimi się nie działo mimo rozjaśniania, więc mogę się cieszyć bardzo jasnymi włosami! Nie musiałam ich prostować ani suszyć, ale za to zaczęłam od czasu do czasu kręcić, co by nudno nie było. Wiadomo na co dzień mi to nie przeszkadza, ale włosy są trochę oklapnięte po keratynie, a na imprezach wolałabym wyglądać trochę inaczej. Kręcenie sprawiało, że włosy dostawały objętości, a o to mi chodziło.


Dobiliśmy do tego roku. Na początku standardowo jeszcze jedno rozjaśnianie, ale nie korzystałam już z keratynowego prostowania. We wrześniu muszę mieć dość podatne włosy, a keratyna niestety sprawia, że włosy są śliskie i nic się nie da z nimi zrobić. Jak widzicie keratyna zaczęła się wypłukiwać. Włosy jak schły same to były napuszone i wyglądały trochę na zniszczone, na szczęście wyprostowane wracały do genialnego efektu  Układały się bardzo ładnie, był sypkie i wydaje mi się, że dość zdrowe. Nauczyłam się tak suszyć włosy, żeby wyglądały one spoko i żebym nie musiała ich prostować i katować. Ciężko było mi sobie wyobrazić powrót do kręconych. W prostych mi wygodniej i lepiej się czuję, ale z ciekawości zostawiłam raz kręcone włosy, bez niczego i tak się skończyło, jak na ostatnich zdjęciach. Nie ma tragedii, skręt jest lekki, bardziej falowane i takie beach waves. Na pewno wyglądały lepiej niż suszone i niewyprostowane.


To są najbardziej aktualne zdjęcia i idealnie na nich widać, że wszystko zależało od humoru włosów; raz wystarczyło je wysuszyć, lekko podprostować, a włosy wyglądały bomba. Z kolei innym razem, nic im nie dawało. Wyglądały na mocno zniszczone i wykruszone, jakby znowu poszarpane. Bardzo działała na nie wilgoć i powiem wam, że teraz ten deszczowy moment był dla mnie bardzo ciężki. Przez keratynę zapomniałam, jak to jest męczyć się z puszącymi się włosami! Trafiał mnie szlag. A ostatnie dwa zdjęcia to już są moje naturalne włosy i w takich chyba będziecie mnie teraz spotykać najczęściej. Używam stylizatorów, myślę o równowadze PEH, dbam o nie tak samo, jak zawsze no i wspomagam się suplementami. Włosy są dłuższe i rozjaśnione, więc skręt nie jest tak mocny jak kiedyś, są lekko rozprostowane, ale myślę, że jeszcze keratyna się nie wypłukała do końca i przez to niektóre kosmyki są proste. Kolor też jest jaśniejszy niż kiedyś, ich stan jest chyba średni. Muszę koniecznie udać się do fryzjera na podcięcie i regenerację.
Jestem w szoku, co te włosy przeżyły!

Na chwile obecną nie wiem, co będzie z tymi włosami. Niby się cieszę, że są kręcone, ale jednak brakuje mi prostych włosów i tego, że nie muszę ich układać. Poza tym, rozjaśnianie bez keratyny da im w kość, więc też nie wiem, czy nie wrócić do ciemnych włosów albo nawet i do naturalnych na chwilę. Na razie do września nie mogę za bardzo kombinować, bo blondu jest tak dużo, że każdy kolor mi się szybko z niego wypłucze, ale stay tunned. Na pewno będę robić aktualizacje.
Dajcie znać, co myślicie i jakie włosy powinnam mieć!