Peeling na słodko i na słono, Efektima

24 maja 2019


I praktycznie kolejny tydzień za nami. Ten czas tak leci nieubłaganie, że nawet nie wiem, kiedy to zlatuje i zawsze się zastanawiam, czy aby na pewno dobrze wykorzystałam ten czas i zrobiłam coś fajnego, wiecie; sami pracujemy na własne wspomnienia i przeżycia. Ale pogoda nas nie rozpieszcza, więc i z tymi wspomnieniami na razie słabo. Dobrze, że ja lubię taką pogodę i czekam na jakąś mocną, prawdziwą burzę, żeby grzmiało i waliło piorunami! No,ale nie o pierdołach mowa, zapraszam na kolejna recenzję!
Dziś będzie o moim zdecydowanie najbardziej ulubionym etapie pielęgnacji: peelingowanie. Sięgam zawsze po te najgrubsze produkty, które zdzierają martwy naskórek. Jak myślicie, jak sprawdziły się te nowe produkty marki Efektima?


Sposób użycia: należy nałożyć peelingi na wilgotną skórę i masować ciało okrężnymi ruchami. Po zabiegu należy spłukać letnią wodą, używać tak często, jak potrzeba.

Peelingi znajdują się w saszetkach, które wystarczą tak na 2-3 użycia. Konsystencję mają bardzo zbitą, bardzo dużo drobinek się znajduje w produkcie i trochę ciężko było wyciskać go z saszetki. Z kolei zapach mają mega niesamowity i jedyny w swoim rodzaju. Peelingi bardzo fajnie działają, oba mega wygładzają skórę, ujędrniają ją, lekko nawilżają i odżywiają. Ja osobiście jestem mega fanką peelingów cukrowych i od jakiegoś czasu głównie po takie sięgam, solny jest dla mnie wyzwaniem, bo ja za solą totalnie nie przepadam i mam wrażenie, że jestem aż na nią uczulona. Ale, jak myślicie, który bardziej mi się spodobał?

EFEKTIMA, PEELING DO CIAŁA; cukier i olej kokosowy
Natychmiastowo ukoi suchą skórę, przywróci blask, gładkość i piękny wygląd, poprawi kondycję i sprężystość naskórka. Zapach otuli ciało i poprawi samopoczucie.

Skład: Helianthus Annuus Seed Oil, Sucrose, Polyglyceryl-3 Stearate, Canola Oil, Cocos Nucifera Oil, Tocopheryl Acetate, Parfum, Phenoxyethanol, Benzyl Benzoate, Ethylhexylglycerin, Benzyl Salicylate, Coumarin, Citric Acid.

Peeling ma standardowa konsystencję, jak na peelingi cukrowe, drobinki są dość grube i spore, i bardzo fajnie peelingują skórę. Zapach jest świetny, trochę ciężki, ale pachnie jak pyszne ciacho, słodko i w ogóle aż chce się coś zjeść. Co prawda, zapach może męczyć przy długim stosowaniu, ale stosowanie peelingu zazwyczaj trwa dosyć krótko, więc nic nie przeszkadza. Peeling po zmyciu zostawia na skórze lekko tłusty film, nie jest to dla mnie zbyt przyjemne, ale i tak potem myję ciało żelem czy jakimkolwiek innym  kremem, więc mam pewność, że film zostanie zmyty. Ale! Muszę przyznać, że  przez ten film żele pienią się mniej niż zawsze.
Aczkolwiek, mimo wszystko efekty są super. Skóra jest gładka, miękka, jędrna i sprężysta. Byłam na zadowolona.

EFEKTIMA, PEELING DO CIAŁA; sól i olej z awokado
Regeneruje, nawilża, natychmiastowo wygładza skórę i relaksuje. Zapach ukoi zmysły i odpręży ciało.

Skład: Sodium Chloride, Helianthus Annuus Seed Oil, Polyglyceryl-3 Stearate, Persea Gratissima Oil, Canola Oil, Tocopheryl Acetate, Parfum, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Limonene, Citric Acid.

Konsystencja tego peelingu solnego lekko różni się od cukrowego. Drobinki są mniejsze, jest ich dużo więcej, ale ogólnie produkt jest tak samo gęsty i zbity. Równie dobrze rozsmarowuje się go po ciele, nie ma z tym problemu. Zapach mnie zastanawiał od początku, bo za awokado też nie przepadam, ale zapach wygrywa! Jest świeży, orzeźwiający, lekko słodki, lekko owocowy, po prostu uzależniający. I nie spodziewałam się, że to powiem, ale ten zapach jest genialny i chętnie przygarnęłabym cała serię kosmetyków o tym zapachu.
Produkt też zostawia film na skórze po użyciu, ale dużo mniejszy niż wersja cukrowa, i też sprawia, że produkty domycia mniej się pienią (ale znowu różnica jest mniejsza). Peeling zostawia skórę w tak samo genialnym stanie, miękką, sprężystą i gładką, więc szał.
Jak za solą nie przepadam tak samo myślałam, że ten peeling będzie od razu na przegranej pozycji. A tu proszę taka niespodzianka, muszę przyznać, że ogólnie wersja solna wygrywa starcie i bardziej mi podpasowała niż cukrowa wersja.


Ja widzicie ja jestem zadowolona. Szkoda tylko, że produkty znajdują się w saszetkach, bo nie wystarczą na długo, ale w sumie nadają się idealnie w podróż. Wersja solna wygrała, bo i konsystencja jakaś taka milsza i zapach jest po prostu sztosem, tak orzeźwiał i poprawiał mi humor pod prysznicem, że rewelacja. Szkoda tylko, że produkty zostawiają tłuste filmy na skórze, ja i tak i tak zawsze po każdym peelingu jeszcze używam jakiegoś żelu, więc w sumie dla mnie bez różnicy. Ale ciekawa jestem jak to wygląda potem po wysuszeniu.
Jakie produkty z Efektima jeszcze kojarzycie? Co możecie mi polecić?


Dodatkowa pielęgnacja włosów; kuracja wzmacniająca i serum odbudowujące

21 maja 2019


Cześć! Co tam u Was? Coś się zmieniło? Pogoda jest iście beznadziejna, ja lubię deszcz, lubię burze, ale zapomniałam, jak moje włosy reagują na wysoką wilgoć bez keratynowego prostowania włosów. No i mam teraz, jeden wielki puch, odstające włosy, które chcą się kręcić, ale im nie wychodzi i po prostu dramat. Serio. Na razie mam zakaz na keratynę, ale myślę, że na jesień wrócę do tego, bo ani nie widzę się z powrotem w kręconych, a i dotarło do mnie ile jeszcze dodatkowo jest problemów z tymi włosami.
No ale nic! O włosach dalej. Dzisiaj z kolei mam dla Was wpis i recenzje dwóch produktów do włosów, które stosuję co mycie, razem i jest to już na koniec pielęgnacji, taka kropka nad i. Po myciu, bez spłukiwania.


Botanicals, Coriander Strength Cure
eliksir wzmacniający

Eliksir wzmacniający jest doskonałą kuracją bez spłukiwania do włosów osłabionych i delikatnych. Wzbogacony esencją z nasion kolendry, soi oraz olejku kokosowego chroni włosy przed negatywnym działaniem czynników zewnętrznych oraz wzmacnia włosy o każdej porze dnia.

Skład: Aqua, Quaternium-87, Cocos Nucifera Oil /Coconut Oil, Sodium Benzoate, Stearyl Alcohol, PPG-1 Trideceth-6, Eugenol, Behentrimonium Chloride, Polyquaternium-37, Polysorbate 20, Polyquaternium-11, Limonene, Linalool, Candelilla Cera /Candelilla Wax, Pentaerythrityl Tetra-Di-T-Butyl Hydroxyhydrocinnamate, Benzyl Salicylate, Benzyl Alcohol, Propylene Glycol, Isopropyl Alcohol, Caprylyl Glycol, Alpha-Isomethyl Ionone, Paraffinum Liquidum /Mineral Oil, Geraniol Acrylates Copolymer, Sorbitan Oleate, Coriandrium Sativum Seed Oil /Coriander Seed Oil, Citric Acid,, Citral, Citronellol, Glycine Soja Oil /Soybean Oil, Parfum.

Sposób użycia: Należy rozetrzeć w dłoniach parę kropel eliksiru i wetrzeć we włosy na całej ich długości.


Eliksir znajduje się w ładnej buteleczce, która wykonane zostały całkowicie z materiałów recyclingu, co jest super! Na opakowaniu mamy wszystkie najważniejsze informacje, buteleczka jest dodatkowa wyposażone o pipetę, co bardzo ułatwia dozowanie. Ja na włosy zużywam tak ponad jedną pipetę, około półtora zależy ile mi się wyciśnie, i raczej zawsze na wilgotne włosy.
Konsystencja esencji jest bardzo lepka i taka dla mnie niezidentyfikowana. Ani nie jest rzadka, ani gęsta, taka w sumie nie do końca wiadomo co to. nie miałam jeszcze produktu o takiej konsystencji. Zapach jest mocny, intensywny i bardzo ziołowy. Mnie on fascynuje i ma coś w sobie takiego, że mam ochotę go niuchać non stop. Na włosach jest niewyczuwalny.
Produkt nakładam na mokre/wilgotne włosy, praktycznie zaraz po ściągnięciu ręcznika. Rozcieram w dłoniach, nakładam i wcieram we włosy na całej długości, skupiając się na końcówkach. Nie mam obaw, że przeciążę włosy, mimo że konsystencja jest dość lepka, ale na szczęście włosy nie są sklejone, przetłuszczone. Esencja idealnie wnika we włosy od razu, nie są twarde ani szorstkie w dotyku.
A włosy są mocniejsze, są fajniejsze, nie łamią się ani nie rozdwajają. Fajnie współpracuje ze wszystkimi pozostałymi produktami, jakie nakładam na włosy i nic złego się z nimi nie dzieje. Dla mnie rewelacja, bo włosy rzeczywiście wydają się być takie silniejsze. Widzę, że są coraz dłuższe i bardzo mnie to cieszy.
Poza tym, produkt jest na maksa wydajny, nie miałam jeszcze tak wydajnego produktu. Używam go od ponad dwóch miesięcy, bardzo często (2-3 razy w tygodniu) i dość sporo za każdym razem, a zużyłam może jak na razie 1/5 buteleczki, więc szok! Bardzo się cieszę, że trafiłam na tę esencję.

Dr. Sante, 
Keratin serum do włosów

Preparat idealnie nadaje się na zniszczone końcówki, a także do włosów matowych i łamliwych, jak i suchych, rozdwojonych i pozbawionych blasku. Ma za zadanie odbudować strukturę włosa oraz sprawić, żeby włosy były sprężyste i błyszczące. Keratyna, jako główny budulec włosa, wnika w uszkodzone obszary, odnawia strukturę i przywraca elastyczność oraz połysk. Serum również ochroni włosy przed przesuszeniem i zapobiegnie łamliwości oraz rozdwajaniu się końcówek.Włosy stają się gładkie, miękkie, błyszczące i zadbane. Efekt będzie natychmiastowy.

Skład: Dimethiconol, Cyclopentasiloxane, Phenyl Trimethicone, Caprylyl Methicone, Hydrolyzed Kertin, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Parfum, Benzyl Alcohol, Hexyl Cinnamal, Benzyl Salicylate, Butylhexyl Methylpropional, Linalool, Limonene, Alpha-Isomethyl Ionone, Citronellol, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Geraniol, Benzyl Benzoate.

Sposób użycia: należy rozetrzeć w dłoniach 1-2 krople produktu i nałożyć na suche lub wilgotne końcówki włosów. Nie spłukiwać. Najlepiej używać po każdym myciu włosów.


Ten produkt nie szaleje z wyglądem i opakowaniem. Dla mnie bez szału. Fajnie, że ma pompkę, bo to też sporo daje i ułatwia. Ale opakowanie mogłoby być fajniejsze. Poza tym, naklejki są bardzo świecące i odbijają światło, co bardzo utrudnia czytanie jakichkolwiek informacji. jeśli chcecie cokolwiek z nich przeczytać. Wiadomo, że raczej nikt tego nie robi, ale ja czasem jestem ciekawa po miesiącu czy dobrze używam jakieś produkty. Ale, liczy się zawartość!
Konsystencja produktu jest bardzo olejkowa, śliska i lepiąca się, bardzo mi się kojarzy z dobrymi i mocnymi starymi silikonami, jakie kiedyś nakładałam na włosy. Zapach jest fenomenalny, piękny i taki trochę migdałowy, trochę kokosowy,mieszanka genialna. I jako, że produktu używam na wilgotne, jak i suche włosy, to zapach się utrzymuje. Ja tego serum używam nawet codziennie, przed wyjściem z domu, wieczorem, rano, żeby włosy dodatkowo wzmocnić i ochronić przed negatywnym wpływem czynników zewnętrznych.
Zdecydowanie to serum najbardziej sprawia, że moje włosy są tak mięciutkie, że szok. Cudowne, nawilżone, nie rozdwajają się, ale też nie są jakoś sztuczne scalone, czy sklejone. Serum wchłania się we włosy, wnika je, zarazem zostawiając je miękkie, wygładzone i bardziej ujarzmione. Nawet u fryzjera po dobrym oczyszczaniu włosów, włosy i końcówki są w dalszym ciągu w genialnym stanie, więc nie jest to efekt doraźny, który sprawia, że włosy tylko dobrze wyglądają, ale rzeczywiście serum dobrze na nie wpływa.
I tutaj zdecydowanie jest coś w tym, że liczy się wnętrze nie opakowanie.


Dajcie znać, jakich Wy kuracji używacie na włosy pod koniec swojej pielęgnacji, czy są to olejki, silikony, esencje, czy może znacie jakieś ekstra produkty, o których ja nie mam pojęcia? Dajcie mi koniecznie znać!

Botanicals, balsamy pielęgnacyjne
lawenda i krokosz barwierski

18 maja 2019


Dzień dobry! Co tam, jak tam? Powiem szczerze, że u mnie na razie stabilnie, nic nowego ani ciekawego się nie dzieje i nie zapowiada się, żeby się działo! Wszystkie szalone weekendy i wesela, jak na razie za nami, żadnych wyjazdów, więc wydawać by się mogło, że będę miała błogi spokój. Nie do końca, ale ogarniam rzeczy, które mnie jarają, ale o tym będę informować kiedy indziej! W ten weekend w Nisku jest zlot Foodtruck'ów, więc jeśli czas i pogoda pozwoli to myślę, że na pewno się tam pojawimy i liczę, że zjem coś dobrego. Dajcie znać, co Wy działacie, a teraz zapraszam Was na recenzję.
Pozostaję w temacie włosów, ostatnio było o olejowaniu włosów, dzisiaj będzie o jednym z kolejnych kroków w pielęgnacji moich włosów - odżywkach, a dokładniej balsamach marki Botanicals. Dla mnie marka jest w dalszym ciągu nowa, mimo że na półkach znajduje się już dosyć długo, ale ja zawsze czekam z użyciem nowości, żeby się nie podjarać za wcześnie.

Botanicals, Fresh Care - balsamy pielęgnacyjne
lawenda i krokosz barwierski


Kompozycja bogatych esencji lawendy / nasion krokosza, soi i olejku kokosowego, połączona w unikalnej formule ułatwia rozczesywanie, wygładza i zapobiega plątaniu się włosów. Odżywia włosy i sprawia, że są one jedwabiście miękkie w dotyku.
BEZ siarczanów, silikonów, parabenów i barwników // w 94% biodegradowalne
98% składników pochodzenia naturalnego

Sposób użycia: balsam należy rozprowadzić starannie na całej długości włosów, pozostawić na 2 minuty, a następnie spłukać.


Jeżeli chodzi o jakieś ogólne właściwości, to oba balsamy znajdują się w mega wygodnych i ładnych opakowaniach. Bardzo mi się podobają, bo nie są przekombinowane, na odwrocie znajdziecie wszystkie najważniejsze informacje. Tubki 'stoją na głowie', więc nie ma problemu z wydobyciem produktu, a i zamknięcie na 'klik' jest mega mocne! Wersja lawendowa ma nawet za mocne to zamknięcie, bo czasem mam problem z otwarciem. Zapachy mają mega ładne, konsystencja jest zbita i dość gęsta, ale bardzo mi to pasuje. Nie spływa z włosów, a fajnie w nie wnika i się ich trzyma. Botanicals jest często na promocji w Rossmannie, ja się w nie zaopatrzyłam na promocji 2+2 i nie żałuję. Już mówię dlaczego!

Lavender, Hydrating concoction
Nawilżająca pielęgnacja do delikatnych włosów z olejkiem eterycznym z lawendy prowansalskiej

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Staramidopropyl Dimethylamine, Isopropyl Myristate, Glycerin, Coco-Caprylate /Caprate, Cocos Nucifera Oil /Coconut Oil, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Helianthus Annuus Seed Oil /Sunflower Seed Oil, Linalool, Benzyl Alcohol, Caprylyl Glycol, Tartaric Acid, Geraniol, Cetyl Esters, Citronellol, Lavandula Hybrida Oil, Glycine Soja Oil /Soybean Oil, Parfum.

Ten balsam pachnie bardzo i prawdziwie lawendowo i identycznie, jak olejek Botanicals, ochronny olejek lawendowy z poprzedniego wpisu. Zapach jest mocny i intensywny i powiem Wam, że da się go potem jeszcze wyczuć lekko na włosach. Konsystencja super gęsta i zbita, więc balsam idealnie siedzi na włosach i wnika w nie, nie spływa z nich. Powiem Wam, że ten balsam odmienił moje włosy, po nim miałam tak miękkie, gładkie i odżywione włosy, że wow. Byłam w mega szoku, że jestem w stanie uzyskać coś takiego bez wizyty u fryzjera. Chyba lawenda służy moim włosom,bo olejek tak samo się sprawdza. Balsam nie obciąża moich włosów, nie skleja ich, da się łatwo go zmyć i wszystko jest w porządku. I na pewno do niego wrócę!

Safflower, Rich Infusion
Bogate odżywienie do włosów suchych pełne świeżego i kojącego aromatu krokosza barwierskiego

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycine Soja Oil /Soybean oil, Behentrimonium Chloride, Cocos Nucifera Oil /Coconut Oil, Sodium Hydroxide, Benzoic Acid, Pentaerythrityl Tetra-Di-T-Butyl Hydroxyhydrcinnamate,Linalool, Linum Usitatissimum Seed Oil /Linseed Seed Oil, Isopropyl Alcohol, Caprylyl Glycl, Carthamus Tinctorus Seed Oil /Safflower Seed Oil, Hexyl Cinnamal, Glycerin, Parfum.

Ten balsam ma bardzo orzechowy zapach, dosyć ciężki, głęboki, intensywny, ale nie przeszkadza mi w żadnym wypadku, bo i tak jest ładny i nie męczy. Konsystencja balsamu jest tak samo gęsta i zbita i tak samo wnika we włosy. I powiem szczerze, że akurat ta wersja w moim przypadku nie dorównuje do wersji lawendowej. Kiedy używam balsamu samego w sobie bez żadnych innych wspomagaczy to włosy są w stanie takim poprawnym, wszystko jest z nimi w porządku, ale nie ma efektu wow. Brakuje mi tego czegoś, mimo że włosy są super, ale nie aż tak, jak potrafią być. Nie ma niesamowitej miękkości, nie ma niesamowitego nawilżenia i odżywienia. Jest fajnie i bardzo dobrze, ale wersja lawendowa to jest taki czad, że ta jej nie dorównuje. Ale!


Najlepsze, co jednak jestem w stanie dać moim włosom, to zdecydowanie combo! Nakładam dwa balsamy na raz, po myciu, na kilka minut, rozczesuję, miziam, kiziam, a następnie zmywam, ale nie robię tego jakoś bardzo dokładnie. Po tym etapie nakładam jeszcze maskę, więc staram się zmyć balsam z grubsza, żeby jeszcze coś tam go na włosach zostało.
Po takiej mieszance włosy są w jeszcze lepszym stanie niż po samej wersji lawendowej. Wtedy czuję, że włosy dostały wszystko, co tylko mogły. Wersja z krokoszem idealnie dopełnia wersję lawendową i wtedy efekty są  zniewalające. Włosy są w stanie cudownym, są miękkie, są odżywione, nawilżone, nie są spuszone, ani poplątane. Dodatkowo, widać po nich, że się lepiej mają, fajnie się układają, są takie żywsze i pełne blasku. Naprawdę czad!


Polecacie jakieś konkretne produkty marki Botanicals? Tak się składa, że w kolejnym wpisie również coś się jawi od nich!

Olejowanie włosów: przegląd

15 maja 2019


Przez lata kombinowałam z włosami na potęgę; prostowanie, farbowanie, rozjaśnianie, keratynowe prostowanie włosów, kręcenie i tak w kółko. Pamiętam, jak jeszcze w liceum narzekałam na swoje włosy, były w stanie strasznym, nie mogły urosnąć, wykruszały się na okrągło, a ja w sumie nie widziałam problemu, yolo. Co tam może się stać po używaniu prostownicy przez jakieś 6 lat? Dopiero blog sprawił, że na studiach zaczęłam ogarniać i kombinować w drugą stronę, zaczęłam o nie dbać. Próbowałam wielu rzeczy, co prawda nie wszystko, ale to co udało mi się wprowadzić do mojej pielęgnacji - zadziałało. I tak właśnie jest z olejowanem, chyba nie ma nic lepszego na włosy, olejowanie nawilży, odżywi je, wzmocni, doda im blasku i sprężystości. I jak dużo robię i używam wiele produktów to widzę, że dopiero po olejowaniu są one dużo fajniejsze.


Dlatego dzisiaj mam dla Was przegląd olei, które obecnie znajdują się w mojej łazience, używam ich mniej więcej na zmianę, niektóre są gorsze i chcę je zużyć jak najszybciej, a niektóre lepsze, dlatego postanowiłam stworzyć małe podsumowanie! A jeszcze przed rozjaśnianiem uwielbiałam się ze zwykłą oliwą z oliwek, ale teraz musiałam posprawdzać inne oleje, żeby nie skończyć z zielonymi włosami. Wiadomo, że najlepiej działają te oleje dobrane do rodzaju i porowatości włosów, ale każdy przypadek jest inny(!). Jak coś to moje włosy są średnio-porowate, dość suche na końcach, kręcone, więc lubią się puszyć i nie układać. Prostownicy używam rzadko, natomiast suszarki teraz na okrągło, bo jakoś ciężko jest mi wrócić do kręconych włosów, ale i tak ich stan jest dosyć zadowalający.

OPTIMAPLUS, NATURALNY OLEJ ZE SŁODKICH MIGDAŁÓW

Nawet za bardzo nie ogarniam, jak on się u mnie znalazł, ale jest i postanowiłam w końcu po latach go zużyć. I jest to produkt zdecydowanie najsłabszy z całego zbioru. Pachnie ładnie, migdałowo, ale za dużo nic więcej nie robi, mimo że czytałam, że właśnie do moich włosów powinien się nadawać. Pierwsze spotkanie z każdym olejem jest pozytywne i efektowne, ale każde kolejne z nim było coraz słabsze. Włosy się elektryzują, bardziej puszą. Wiadomo, że są trochę bardziej nawilżone i trochę bardziej poukładane, ale to z nimi robi chyba każdy olej, więc ja po olejowaniu oczekuję efektu wow przez cały czas. Ten za dużo nic więcej mi nie dawał, więc bardzo średnio i słabo.
Olej ze słodkich migdałów nadaje się do włosów o średniej i wysokiej porowatości

ENERBIO, OLEJ KOKOSOWY NIERAFINOWANY 
Olej pozyskiwany z tłoczenia na zimno białego czystego miąższu orzechów palmy kokosowej.


Ja wiem, że olej kokosowy jest przez niektórych lubiany, a przez innych nienawidzony. U mnie zależy od dnia i jestem idealnym dowodem na to, że wszystko zależy od włosów. Olej kokosowy powinien sprawdzić się na włosach nisko-porowatych, na zniszczone ponoć nie działa, a z kolei u mnie po rozjaśnianiu włosów byłam zadowolona na maksa - to był pierwszy produkt, który najbardziej mi pomógł je uratować i sprawił, że włosy się aż tak nie wykruszały i nie niszczyły. Więc mimo że miało być inaczej i każdy się dziwi, ja byłam zachwycona. Kiedy już doprowadziłam włosy za jego pomocą do lepszego stanu to wtedy olej kokosowy trochę mi się znudził i zaczął męczyć moje włosy. Regularnie stosowany np. co mycie już nie działał tak super, jak wcześniej. Od czasu do czasu wracam do niego - raz na kilka myć i włosy wtedy znowu przeżywają szał. Więc ja jestem z niego i tak zadowolona, bo nie dość, że działa i uratował moje włosy to jeszcze pachnie tak smakowicie, że szok! No i jego wydajność powala wszystkie inne produkty.
Olej kokosowy nadaje się do włosów niskiej porowatości.

BOTANICALS, OCHRONNY OLEJEK LAWENDOWY
Kojąca pielęgnacja do delikatnej skóry głowy i włosów


Ten olejek dorwałam z ciekawości na promocji w Rossmannie 2+2 w sumie to bardziej z braku laku, bo nie miałam już co dobrać, ale jak to bywa, głupi ma szczęście i nie żałuję! Olejek od samego początku działa rewelacyjnie. Co prawda, według producenta, służy on bardziej do uspokojenia skóry głowy, skłonnej do przetłuszczania się i do występowania łupieżu, ale u mnie na długości naprawdę sprawdza się świetnie! Zapach ma mega, ja kiedyś byłam największym fanem lawendy teraz mi trochę przeszło, ale dzięki temu mam fajne skojarzenia. Poza tym, po tym olejku moje włosy są super nawilżone, odżywione i w dodatku okiełznane, nie puszą się, nie elektryzują i są bardziej ogarnięte. Końcówki są hiper mięciutkie - czad! Więc naprawdę, ja jestem pod mega wrażeniem, bo olejek daje radę, a tego bym się nie spodziewała. A przy okazji, jest super wydajny. Ja nie oszczędzam olejków, jak już nakładam to srogo, a ten olejek się nie kończy i nie wiem, kiedy go zużyję, ale na pewno jeszcze do niego wrócę.

VENUS, OLEJ RYCYNOWY


Na olej rycynowy skusiłam się w końcu po długim czasie, po tym jak przy każdej wizycie u fryzjera moja fryzjerka polecała mi ten olej; mówiła, że u niej olej rycynowy sprawdza się najlepiej, więc przyszedł czas i na mnie. Ten olejek rycynowy marki Venus ma bardzo żelową konsystencję, która się klei, jest zbita i gęsta, czego się nie spodziewałam, bo przyzwyczaiłam się do lejących się olejków. Co prawda, ten olej rycynowy jest u mnie jak na razie najkrócej, ale sprawdza się znakomicie! Włosy rzeczywiście są w rewelacyjnym stanie, odżywione, nawilżone, pełne blasku, sprężyste, a końcówki są miękkie i wow. Ale ciekawa jestem zwykłego olejku rycynowego, takiego aptecznego. Nie wiem, czy z tym mogło być coś nie tak, jak patrzyłam na skład to olejek jest 100%, ale jakoś tak z ciekawości chciałabym zobaczyć czy apteczna wersja też jest taka gęstą i klejąca się, bo trochę mnie to zdziwiło. Dajcie znać!
Olejek rycynowy nadaje się do każdego rodzaju włosów o niskiej, średniej i wysokiej porowatości.

VIANEK, ODŻYWCZY OLEJEK DO WŁOSÓW 
Skład: olej sojowy, olej z pestek moreli, Coco-Caprylate, masło awocado, wyciąg z nagietka lekarskiego, wyciąg z miodunki plamistej, wyciąg z pięciornika gęsiego, witamina E, olej rokitnikowy, lecytyna sojowa.


O tym olejku już Wam pisałam na blogu tutaj: Vianek, odżywczy olejek do włosów. W sumie jakoś zapomniałam o tym, dlatego umieściłam go też na zdjęciach, ale że jest o czym mówić to postanowiłam o nim wspomnieć raz jeszcze, ale w skrócie. Mnie olejek rozkochał w sobie głównie na basenie, wspaniale chroni włosy pod czepkiem przed chlorem i nie mam problemów z włosami po wyjściu, a zazwyczaj kończyło się to różnie, i tak po całym roku jeżdżenia na basen, nie zauważyłam żadnego negatywnego działania chloru na moje włosy. W domu, na zwykłe olejowanie też się rewelacyjnie sprawdza, włosy są w świetnym stanie, nawilżone, odżywione, końcówki super miękkie, tak samo - jestem mega zadowolona. I fajne jest to, że ten olejek jest mieszanką kilku olei, więc macie tutaj najlepsze combo odżywające i nawilżające. A! I olejek pachnie rewelacyjnie, intensywnie, ale świeżo i owocowo.


Jak widzicie, większość olei mega mnie w sobie rozkochała. Na chwilę obecną najbardziej lubię się z trzema ostatnimi i na nich skupiam swoją pielęgnacje. Pierwszy chce zużyć jak najszybciej, a kokosowy używam raz na jakiś czas, tak jak pisałam. Mam jeszcze w zapasach olejek z orzeszków macadamia marki Venus i jestem bardzo ciekawa jak się sprawdzi, a muszę koniecznie wypróbować jeszcze oleje z orzechów arachidowych i z pestek owoców; wiśni, malin, porzeczki, jabłka, winogron itp. A może jesteście w stanie polecić mi jakiś olej? Dawajcie znać w komentarzach!


Becoming Tatrylover !
#3 polecane miejsca

12 maja 2019


Dzień dobry! Jak wiecie majówka mnie pochłonęła i miałam przyjemność spędzić jej część w Zakopanem, jak prawdopodobnie nie wiecie, to 2 lata temu (!) rozpoczęłam na blogu serię związaną z górami - Becoming Tatrylover! Początkowo ciężko było mi się zabrać do pisania na ten temat, a potem kompletnie zapomniałam o tej serii, więc na blogu pojawiły się aż dwa wpisy. Fakt faktem, przez jakiś czas w Tatry nie jeździłam, ale na szczęście wróciłam (!) i jestem tam teraz dość często, więc i seria zasługuje w końcu na reaktywacje. Jeśli jesteście ciekawi poprzednich wpisów to zapraszam:


W poprzednich wpisach opowiadałam Wam nie tylko o trasach, ale również o atrakcjach, fajnych miejscach, gdzie można się udać, co robić kiedy pada deszcz itp. Dzisiaj mam dla Was również podobne miejsca, które nie są związane z górskimi wędrówkami, więc gwarantuję Wam, że się nie zmęczycie, a nie będziecie się nudzić! Wszystko dlatego, że tym razem nie udaliśmy do Zakopanego, żeby chodzić po górach, a w totalnie innym celu:

ONEXTATTOO

OnexTattoo, Krupówki 77

Tak jest! Pojechaliśmy w góry żeby zrobić sobie tatuaże. Na pomysł wpadliśmy już na jesieni, ale że nie było takiej czasowej możliwości, to stwierdziliśmy, że rezerwujemy miejsce na pół roku do przodu i wrócimy, żeby zrobić sobie pamiątkę akurat z okazji rocznicy zaręczyn. Wyszło idealnie, bo ten czas mogliśmy spędzić na doszlifowaniu pomysłu i jesteśmy na maksa zadowoleni! Jeżeli chcecie zrobić tatuaże w Zakopanem to polecam Wam Salon OnexTattoo i ten wybór był najlepszy. Nie dość, że pracują tam profesjonaliści i wszystko przebiega zgodnie z procedurami, to atmosfera, jaką chłopaki tworzą jest genialna. Ja następnego dnia miałam wrażenie, że wracam do ziomków, których znam kilka lat i aż ma się ochotę tam wracać na kolejne dziary. Poza tym, bardzo podoba mi się fakt, że nie zrobią Wam tam shitu, jeśli coś nie działa to powiedzą Wam o tym wprost, że będzie to wyglądało do dupy i to jest zajebiste!


NAWIEDZONY DOM
Dziecko naoglądało się youtube i zażyczyło sobie tam pójść, bo przecież co mi się może tam stać? Zupełnie nic, wejdziemy, przejdziemy i będzie beka. Była beka, bo wytrzymaliśmy zaledwie 2 minuty, a ogólnie czas przejścia wynosi 10-15 minut, a najlepsze jest to, że poszliśmy tam o 13 w południe! Hardcore. Miejsce działa na psychikę już od samego początku; stara kamienica, słabe światło, wchodzicie na miejsce, ciemność i nagle słyszycie, że ktoś Was zabije. I wiecie co?Uwierzyłam! Nie będę Wam mówić, co może Was tam spotkać, bo nie przeszłam nawet 1/4 haha, ale mogę powiedzieć, że stawiam szamę i alko każdemu, kto przejdzie całość - szacun! Jakkolwiek to nie jest straszne i okropne, to właśnie o to chodzi, żeby się mocno wystraszyć, więc osoby, które ogarniają to miejsce to robią znakomitą robotę!
I ja mam ochotę tam wrócić, ale w większym gronie i z lepszym nastawieniem, i kiedyś przejdę całość - taki plan!
Nawiedzony Dom Zakopane, Nowotarska 7

KINO 7D
Mimo że atrakcja droga, jak na 10 minut oglądania, to i tak myślę, że warto pójść dla zabicia czasu. Do wyboru macie bardzo dużo różnych filmów, poza tym, seanse są już puszczane od dwóch osób, więc nie musicie czekać na innych, żeby coś obejrzeć. Ja tam lubię takie akcje, tym bardziej że w kinie 7d zostaniecie posmyrani, oblani, fotel Wami zakołysze, wiatr zawieje itp. Dla mnie najgorszy seans, bo trafiliśmy na taki z pająkami, w dodatku z tymi z ogromnym obleśnym tyłkiem, więc dla mnie widok gorszy od innych upiorów i zombie.
Kino kiedyś miało swoje miejsce mniej więcej na dole Krupówek, ale teraz zmieniło swoją lokalizację na Krupówki 81B.

SALON GIER w galerii Krupówki 40
Ja wiem, że ten punkt wydaje się być bardzo nerdowski, ale wydaje mi się, że nie tylko ja lubię przepierdzielać pieniądze na automatach haha. Wchodzicie do nowej galerii na Krupówkach i na jednym z ostatnich pięter macie ogromne lokum, gdzie znajduje się mnóstwo różnych gier. każdy znajdzie coś dla siebie, od dzieci po dorosłych. To miejsce jest o tyle genialnie, że nie tylko przewalicie kasę, ale każdy automat po skończonej grze wypluwa odpowiednią ilość ticketów, które następnie wymieniacie na gadżety, czy zabawki. Więc nie do końca zmarnujecie pieniądze, a czas spędzicie w mega fajny sposób.

O trasach już Wam pisałam i wspominałam wtedy o Gubałówce, ale w ramach przypomnienia, na Gubałówkę można też wjechać samochodem, co bardzo Wam polecam szczególnie np. w dniu wyjazdu. Parkingi są mega tanie, a zawsze można się jeszcze przejść, coś dokupić, zjeść coś, skorzystać z atrakcji na Gubałówce i zrobić piękne zdjęcia.



O restauracjach godnych polecenia szykuję dla Was oddzielny wpis, mimo że ostatnio trafiliśmy na same beznadziejne knajpy, więc o tym chyba też warto wspomnieć. Ale muszę Wam koniecznie już dzisiaj powiedzieć o miejscu nowym, otwartym ubiegłego roku, które skradło nasze serce.

BISTRO CAFE by Księstwo Góralskie
Miejsce wygląda bardzo fancy i chyba dlatego ludzie mają opory, żeby tam wejść, a że my lubimy takie miejsca to weszliśmy. Śniadanka za dychę prawie w centrum Zakopanego? W życiu bym w to nie uwierzyła, tanie, a przepyszne! Dodatkowo macie w środku sklep z regionalnymi wyrobami, wędliny, wina, piwa, czekoladki i wszystko cudownie nawiązuje do oscypka. Ja byłam tak pozytywnie zaskoczona tym miejscem, że chodziliśmy tam codziennie (a nawet kilka razy dziennie).
Więc bardzo Wam polecam!


N i dziś to by było na tyle! Dajcie znać, jakie miejsca jeszcze warto odwiedzić będąc w Zakopanem i jakie wpisy z tej serii chcielibyście przeczytać. My do Zakopanego na pewno jeszcze się wybierzemy nie raz, a nawet już wiemy, kiedy czeka nas kolejny wypad;).


Dermacol, Aroma Ritual
czereśniowy krem do rąk

09 maja 2019


Hej, hej! Powoli, powoli wracam, ale powiem, że ciężko jest mi się ponownie ogarnąć po tej majówce, jakoś tak człowiek się wybił z rytmu i dodatkowo masa innych rzeczy się na to nałożyła i człowiek tak coś próbuje dojść do siebie, ale nie wychodzi. Ale spoko, spoko! Powoli, powoli się ogarnę. U mnie teraz od maja mam na maksa dużo czasu, a ja jak mam dużo czasu to jakoś tak ciężej jest mi się zmotywować do działania i dzień mi się tak rozwleka. No, ale!
Dzisiaj mam dla Was krem do rąk od marki Dermacol. Marka u mnie ostatnio jest numerem 1 praktycznie pod wieloma względami, ale ja nie jestem za wielką fanką kremów do rąk, bo nie jestem w ogóle systematyczna w stosowaniu ich. Dlatego zazwyczaj zużywam kremy w kilka miesięcy, no ale zobaczymy, jak ten mi podpasował.

Dermacol, Aroma Ritual
czereśniowy krem do rąk


Mocno nawilżający krem do rąk z ekstraktem z czereśni nawilży i odżywi Twoją skórę dłoni, a także załagodzi i ukoi podrażnienia, zarazem chroniąc skórę przed nadmiernym wysuszeniem oraz przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Krem zadba również o Twoje paznokcie i delikatne skórki, pozostawi dłonie miękkie i jędrne. Krem posiada lekką formułę, dzięki czemu szybko się wchłania. Świeży oraz owocowy zapach czereśni wpływa energetyzująco nie tylko na Twoje ciało, ale również na umysł, doda Ci więcej energii, a także wprowadzi w dobry nastrój.

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Olea Europaea Fruit Oil, lycerin, Ceteareth-20, Petrolatum, Panthenol, Dimethicone, Tocopheryl Acetate Butylene Glycol, Prunus Lannesiana Flower Extract, Ascorbic Acid, Malic Acid, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Parfum, Benzyl Alcohol, Cinnamal, Eugenol.

Krem standardowo znajduje się w typowej tubce, 'stoi na głowie', dzięki czemu nie ma problemu z wyciskaniem produktu, mimo że krem dla mnie jest dosyć gęsty, ale i tak wszystko dobrze się wyciska. Opakowanie jest bardzo estetyczne, a pod światło widać ilość zużytego produktu. Na opakowaniu znajdziecie również najważniejsze informacje. Tubka jest zamykana na zatrzask, nic się nie zacina, nie ma problemów ani z otwarciem ani z zamknięciem, a mamy też pewność, że krem jest bardzo dobrze zamknięty i sam się nie otworzy.
Jak wspomniałam konsystencja jest gęsta, więc niewiele produktu potrzeba do nałożenia na Wasze dłonie. A nawet im mniej tym lepiej, bo mimo wszystko krem nie wchłania się aż tak super szybko. A jeśli chodzi o zapach to to jest rewelacja! Zapach bardzo owocowy, mocny, intensywny, wiśniowy, pachnie, jak wszystkim znany napój, więc na zapach nie narzekam!


Tak jak wspominałam krem nie wchłania się szybko, formuła dla mnie nie jest lekka, ale też nie jest to mega treściwy krem, wydaje mi się, że coś pomiędzy. Jeśli nie przesadzimy z ilością to nie będziemy mieć problemów z wrażeniem, że na skórze pozostał jakiś film. Dłonie są raczej śliskie po nałożeniu za dużej ilości, więc warto uważać, co się bierze do dłoni. Metodą prób i błędów znam już idealną ilość, jaką nakładam i produkt fajnie się wchłania.
Jeśli chodzi o działanie, to krem ma działanie mocno nawilżające i odżywiające. Uwielbiam go stosować, bo rzeczywiście przynosi natychmiastową ulgę i ukojenie. Możecie się domyślać, że skoro rzadko używam kremu do rąk, to moje dłonie w najlepszym stanie nie są, więc u mnie kremy mają też spore zadanie do wykonania I ten krem daje radę! Używany raz na jakiś czas sprawia, że moje dłonie są miękkie, fajnie nawilżone i odżywione. Dodatkowo rzeczywiście dba o skórki wokół paznokci, które nie są poszarpane, a dłonie wyglądają elegancko i estetycznie cały czas. Nawet jeśli stosuję go raz na jakiś czas.


Ja z kremu jestem zadowolona. Pachnie obłędnie, nawilża i odżywia dłonie, nawet jeśli nie używamy go regularnie. Konsystencja jest gęsta, więc przy niewielkiej ilości będzie się fajnie wchłaniał i nie pozostawi po sobie śladu na dłoniach. Na początku trochę to męczy, żeby ogarnąć ile nakładać, ale wszystko da się zrobić. Jest fajnie wydajny, więc na to też nie można narzekać, a cenowo też przedstawia się korzystnie. W internecie znajdziecie go już od kilku do kilkunastu złotych.
Ale muszę przyznać, że cała ta seria Aroma Rituals jest obłędnie pachnąca i polecam każdemu, komu musi ładnie pachnieć!


Denko, kwiecień 2019'

03 maja 2019


Hej, hej, hej! Miałam ambitny plan, żeby jednak w trakcie majówki coś tutaj się działo na blogu, ale niestety przepadłam, majówka mnie pochłonęła i się nie wyrobiłam z niczym czasowo. Ta majówka jest tak intensywna, że szok, ale mega mnie to cieszy! Dawno nie miałam tak aktywnego czasu, że wiedziałam, że się z niczym nie wyrobię. Ale hej! Właśnie tak pracujemy na nasze wspomnienia. Zaczęliśmy od wesela, potem od razu rano pojechaliśmy do Zakopanego, a wracając z Zakopanego zahaczyliśmy o grilla. Z kolei wczoraj ja miałam cały dzień pracę, bo to był jedyny dzień w tygodniu, kiedy byłam w domu, a dzisiaj co? Kolejne wesele, tym razem w moim kochanym Lublinie! Jak nie przepadałam za tym miastem, kiedy tam mieszkałam tak bardzo chętnie do niego wracam, a jeszcze w takich okolicznościach to tym bardziej lubię! Na jutro mamy też trochę planów zakupowych, a w niedzielę czeka nas komunia, więc nie wiem kiedy odpocznę. Ale, ale mam dla Was w końcu denko! 


Standardowo w moich stałych ulubieńcach nie mogło zabraknąć produktów do twarzy; Ziaja, tonik zwężający pory i Ziaja, pasta głęboko oczyszczająca. Oba produkty są w mojej łazience niezmiennie już od dłuższego czasu, bo działają. Ładnie oczyszczają cerę i zostawiają ją w nienagannym stanie. Poza tym, Garnier, płyn do demakijażu 3w1 również pojawia się tu ostatnio co chwilę. Dobrze zmywa każdy makijaż zarówno twarzy, jak i oczu. Do włosów standardowo zużyłam Alterra, kofeinowy szampon do włosów osłabionych i przerzedzających się, bo jedna nie ma nic lepszego do dobrego oczyszczenia włosów, tym bardziej z olejków, które co chwilę nakładam na włosy.  No  nie mogło zabraknąć Schwarzkopf, Gliss Kur ekspresowa odżywka w sprayu; fiber therapy, ta z kolei najlepiej dba o moje włosy nawet kilka razy dziennie. Znowu zużyłam Natura Siberica rokitnikowy kompleks olejków do końcówek włosów i nie mogę go znaleźć nigdzie stacjonarnie, więc po weekendzie na pewno go zamówię online. Pachnie obłędnie i tak cudownie nawilża i zmiękcza włosy, że to jest szał! No i z takich pierdół to kolejny listek suplementu od Skrzypovity i mimo że używam ich bardzo nieregularne to widać efekty. No i jak,co denko: Facelle chusteczki do higieny intymnej i Be Beauty płatki kosmetyczne - to jest mój mega tani must have i jeżeli jeszcze ich nie znacie, to koniecznie poznajcie.

  • Tołpa, *green oils, oczyszczane, żel micelarny do mycia twarzy i oczu - skończył się! I jak tylko ja skończę swoje obecne produkty to na bank go kupuję, nie ma lepszego produktu do zmywania makijażu. Jaka to wygoda! Ciap żelem, chlust wodą i makijaż idealnie zmyty! I to każdy! Nieważne ile nawalę tapety na twarz i brokatu na oczy, wszystko jest pięknie zmyte już za pierwszym razem. Więc tak, na bank do niego wrócę.
  • Dermacol, invisible fixing powder, puder transparentny - kolejny produkt, który uwielbiam i całe szczęście już mam kolejne opakowanie. Najlepiej utrwala makijaż, cudownie wygładza i matuje. Idealnie się go używa nawet poza domem, kiedy na szybko chcę mniej więcej coś tam poprawić. Kolejny szał i cudo. Do tego jest na maksa wydajny!
  • Farouk CHI, Kardashian Beauty,black seed dry oil, olejek odżywczo regenerujący z ekstraktem z czarnuszki - na maksa polubiłam się z tym olejkiem, mimo że na samym początku byłam nastawiona do niego bardzo neutralnie, bo co to mogła kardashianka wymyślić, a pewnie i tak jedno wielkie g* z tego. Ale, zaskoczyłam się mega pozytywnie. Moje włosy cudownie wchłaniały olejek, nie przetłuszczał ich, nie obciążał i nie powodował, ze nagle robiły się z nich kluski. Dla mnie pachniał, jak kadzidło i muszę przyznać, że zapach uzależniający. 
  • Neess, gąbeczka do makijażu - bardzo długo ją miałam i tym bardziej mi smutno, że w końcu muszę się z nią pożegnać, ale nie dało się jej już domyć, a poza tym zaczęła się robić taka jakaś grudkowata. Ale bardzo dobrze się spisywała przez cały czas użytkowania! Poza tym z jednej strony ma skośny kształt i idealnie nadawała się do bakingu! 

  • Lirene, skarpetki złuszczające - idealnie na wiosnę musiałam sobie zadbać  o swoje stopy i tak skusiłam się na te skarpetki, kiedyś już je miałam i byłam w miarę zadowolona. Fajnie działają, skóra faktycznie się złuszcza i to dość szybko, nie ma problemu, że chodzę potem przez dwa tygodnie ze złuszczającą się drobno skórą i wstyd założyć cokolwiek, co odkrywa choć kawałek kostki czy stopy. Dla mnie spoko!
  • Rapan Beauty, Power of Nature, maska-glinka do twarzy, wersja niebieska - nawet polubiłam się z tą wersją. fajnie łagodziła podrażnienia i sprawiała, że skór wyglądała po prostu pięknie. Potrafiła również zapobiegać rozwinięciu się różnych wyprysków już na samym początku. Dla mnie bomba, ale i tak największa fanką byłam niebieskiej wersji. 
  • I udało mi się znowu zużyć parę próbek! Indigo, love story, krem do rąk pachnie obłędnie i cudownie nawilża i odżywia dłonie. Krem matujący Barwa Siarkowa moc już był kiedyś opisywany u mnie na blogu w jakiejś starej wersji, ale i tak za bardzo nic tam się nie zmieniło, działa tak samo fajnie. I zaczęłam też w końcu zużywanie próbek kremów, zużyłam już jedną saszetkę kremu od Resibo, ale mam ich kilka, więc na pewno napiszę na ich temat coś więcej.


A tutaj cała reklamówka śmieci, niestety. Jakiś czas temu zrobiłam gruntowne porządki w lakierach, większość poszła do siostry, ale część której nie chciała poszła własnie do kosza. Niektóre lakiery  i tak były już zeschnięte, zniszczone czy na wykończeniu. Dodatkowo masa próbek, które też już zalegały i naiwnie wierzyłam, że mimo już przekroczenia daty użycia jakoś je zużyję, bo przecież ja się niczego nie boję, ale stwierdziłam, że to bezsensu i muszę przestać je trzymać.

W tym miesiącu denko było słabe, ale nie ma się co dziwić, jak kilka ostatnich było tak przepełnionych, że szok! Aż nie wiedziałam od czego zacząć opisywanie, a tym razem kiedy czasem nie grzeszę, to cieszę się, że jest tego stosunkowo mniejsza ilość. Dajcie znać, jak tam wasze zużycia w kwietniu :))
No to ja lecę się zbierać na wesele! Wasze zdrówko!


Pro kreska na oku dzięki Gosh

27 kwietnia 2019


Hej, hej, hej! Ja dzisiaj zaczynam swój szalony tydzień majowy, w którym czekają mnie dwa wesela, wyjazd do Zakopanego i komunia! W między czasie może uda się zrobić jakiegoś grilla i jeszcze mam jeden dzień pracy od rana do wieczora. Także obawiam się, że w kolejnym tygodniu mogę nie wiedzieć, jak się nazywam, ale jeśli chcecie wiedzieć, jak to działa to zapraszam na mojego instagrama, tam będę się chwalić co i jak!
Co do dzisiejszej recenzji, to chyba wiecie, że nie jestem jakąś Pro Make Up Artist, nawet w połowie, ani w 1/10. Tak naprawdę to maluję się tak jak potrafię i jak czuje. Dlatego też namalowanie równej kreski jest dla mnie sporym wyzwaniem. Kiedyś jeszcze się w to bawiłam, próbowałam i musiałam pogrubiać co chwilę to kolejną kreskę haha. Ale wypadłam z wprawy, więc teraz podjęłam kolejne wyzwanie i postanowiłam coś z tym zrobić, tym bardziej, że trafił do mnie produkt, który idealnie się do tego nadaje z wizazsklep.

Gosh Giant Pro Double Eye Liner 2w1
Eyelner w pisaku + kredka Kajal


Gosh Giant to kosmetyk 2w1, który łączy w sobie właściwości kajalu oraz eyelinera. Idealnie czarny odcień sprawia, że spojrzenie będzie intensywne. Produkt pozwoli na namalowanie cienkiej, subtelnej kreski, ale również na uzyskanie spektakularnego efektu. Produkt szybko zasycha na powiece i utrzymuje się przez 12 godzin. Precyzyjna końcówka eyelinera pomoże uzyskać kształt kociego oka bez rozmazywania. Natomiast, kajal można idealnie rozprowadzić, a także z łatwością rozetrzeć dzięki swojej kremowej konsystencji. Kosmetyk nie zawiera parabenów i substancji zapachowych.

Skład: *Eyeliner: Aqua, Glycerin, Butylene Glycol, Styrene/Acrylates/Amonium Methacrylate Copolymer, Cl77266/Black 2, PVP, Oleth-20, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Sodium Laureth-12 Sulfate, Dehydroacetic Acid, Ammonium Hydroxide. // *Kajal: Cl 77499/Iron Oxides Ricinus Communis Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Glyceryl Ricinoleate, Candelilla Cera/Euphorbia Cerifera Wax/Cire de Candelilla, Cera Alba/Beeswax, Mica, Copernicia Cerifera Cera/Copernicia Cerifera Wax, Myristyl Myristate, Cl77510/Ferric Ammonium Ferroxycyanide, Butyrospermum Parkii Butter, Cetyl Alcohol, Pentoerythrityl Tetra-Di-T-Butyl Hydroxyhydrocinnamate.

Sposób użycia: *Eyeliner należy aplikować zaczynając od wewnętrznego kącika oka i kierować w kierunku zewnętrznym. Grubość kreski można dobrać indywidualnie w zależności od efektu, jaki chce się osiągnąć. // *Kajal należy aplikować na powiekę w celu uzyskania miękkiej i rozdymionej kreski. Może być stosowany zarówno na górną, jak i na dolną powiekę oraz linię wodną.


Produkt znajduje się w typowym opakowaniu dla wszystkich większych eyelinerów,wygląda jak marker. Jako kosmetyk 2w1 z jednej strony znajduje się eyeliner, z drugiej wysuwany kajal. Nic się nie zacina, wszystko działa bardzo poprawnie i bez zarzutów.
Kajal ma niesamowicie czarny odcień, jest też cudownie miękki, więc naprawdę można go z łatwością rozcierać uzyskując genialny rozdymiony efekt, może być mocniejszy, ale i delikatniejszy w zależności od potrzeb. Kajal początkowo był idealnie zaostrzony, ale wiadomo, że  z czasem końcówka robi się coraz bardziej płaska, przez co jesteśmy coraz mniej precyzyjni, ale jeśli i tak rozcieramy potem produkt, to nie przeszkadza to w używaniu.
Jeśli chodzi o część z eyelinerem, to jest tak cudownie perfekcyjny, że nawet taki lamus jak ja jest w stanie zrobić całkiem równą kreskę. Eyeliner nie wysycha w trakcie używania, nie musimy czekać chwili żeby wziąć się za drugie oko, żeby 'odpoczął' tylko od razu możemy przejść do działania. Ekstra! Fajnie współpracuje z innymi kosmetykami, jak cieniami. Nic się nie rozmazuje
Produkt nie podrażnił ani nie uczulił oczu, nie powodował łzawienia.



Jeśli chodzi o efekty, to tak ja jestem nawet zadowolona. Wiadomo, że gdybym miała większe zdolności manualne to pewnie umiałabym cuda wyczarować na oczach.
Bardzo podoba mi się to, że eyeliner ma naprawdę idealnie precyzyjną końcówkę, dzięki czemu już za pierwszym razem udało mi się uzyskać nawet fajny efekt. Co prawda jeszcze trochę do poprawki, ale jak na pierwszy raz, było bardzo dobrze! Mam jeszcze problem z jakimś ładnym wykończeniem, ale to spokojnie, za każdym razem jest coraz lepiej! Nie mam obaw, że trafię sobie w oko, mimo że jeszcze trochę muszę się ogarnąć i malować kreski bliżej górnej linii rzęs.
Jeśli chodzi kajal, to tym operuje mi się dużo łatwiej, przez to, że ma miękką konsystencję mam też pewność, że mogę w razie w coś tam poprawić. Ja tez lubię taką rozdymioną i zmiękczoną kreskę w zewnętrznych kącikach i kajal się idealnie do tego nadaje. Można uzyskać delikatny efekt, spojrzenie jest w dalszym ciągu uwydatnione, ale i mocniejszy. Ale jest też jeden minus - lubi się rozmazywać nawet w ciągu dnia. Jeśli będę nieuważna, albo źle rozetrę kreskę to bardzo prawdopodobne jest, że będę miała ją odbitą na oku.


Jak najbardziej jestem zadowolona z tego produktu. Dzięki niemu mam też motywację do tego, żeby nie tylko trochę podszkolić swoje zdolności makijażowe, ale i żeby w końcu coś kombinować z makijażem. Zazwyczaj nie mam na to czasu rano, więc robię same podstawowe rzeczy, żeby jakoś wyglądać, ale teraz gwarantuję, że będziecie mnie częściej widywać z mocniejszym i bardziej wyrazistym spojrzeniem!
Produkt dostanie na Wizaż Sklep i obecnie jest na promocji! Zamiast 60 zł, możecie go dostać za 30zł :).


Post - wyzwanie, czyli 40 dni bez... używek

24 kwietnia 2019


Kto śledzi mnie na instagramie ten wie, że wraz z początkiem postu skusiłam się na małe wyzwanie. Zainspirowana Agnieszką Kurowską, która zrobiła challenge: 69 dni bez alkoholu i ja postanowiłam w końcu wziąć się za siebie i zrobić sobie swój mały challenge. Bo każdy my jakieś uzależnienia, mniejsze lub większe. Ja też, więc postanowiłam wygrać ze swoimi uzależnieniami i wzięłam się za to z grubej rury - na raz wszystko. Dużo łatwiej jest mi coś zmienić, kiedy mam wyznaczone dokładnie ramy czasowe, od kiedy do kiedy dokładnie mam coś zrobić i wtedy jakoś to idzie. Gdyby nie to, to jestem osobą dla której zawsze jutro jest lepszym początkiem.
Co postanowiłam? Postanowiłam wytrzymać cały post bez mojego największego grzechu, czyli energetyków, a przy okazji bez alkoholu i słodyczy/przekąsek. Moim głównym celem były oczywiście energetyki, cała reszta to tak o przy okazji z ciekawości, jak już coś postanowiłam to zaszalałam i chciałam odstawić wszystko, możecie się domyśleć, że wszyło z tym różnie no ale.


Cel nr 1: ENERGETYKI
Kto mnie zna ten wie, że zaczynałam swój dzień od energetyka, tak jak inne osoby zaczynają od kawy czy herbaty. Nie zawsze na jednym się kończyło, ale od kilkunastu ostatnich miesięcy (nie chcę napisać, że lat) właśnie tak zaczynałam swój dzień, nieważne gdzie byłam. Uwielbiałam ten smak i nie chodziło o to, że dostawałam po nim kopa i działałam cały dzień na pełnych obrotach, bo tak nie było (przestał na mnie działać), ale lubiłam ten smak i poranny spokojny rytuał. Wiecie, siadałam przed komputerem, otwierałam puszką i powoli zabierałam się za bloga, za ogarnianie kalendarza, wypisywanie sobie rzeczy, które mam danego dnia zrobić - uwielbiałam to.
Myślałam (i nie tylko ja), że z odstawieniem energetyków będzie naprawdę ciężko, a o dziwo - nie złamałam się ani razu! Serio, udało się i to było dużo łatwiejsze niż mi się wydawało. Co prawda miałam sick momenty w sklepie, że albo unikałam konkretnych półek albo zastanawiałam się czy może jednak nie wypić jednego,bo nic się nie stanie. Na szczęście szybko mi przeszło i nie przeżywałam.
Początkowo miałam częste bóle głowy, byłam też na maksa zmęczona i zasypiałam wieczorem od razu. Łamało mnie jak tylko położyłam się do łózka niezależnie od godziny. W sumie to ogólnie dużo spałam, ale i tak byłam ciągle zmęczona. Na szczęście szybko się odzwyczaiłam i żyję i teraz jest normalnie. Najważniejszy cel został osiągnięty.

Cel nr 2: ALKOHOL
Jak wspominałam nie mam problemów z alkoholem, lubiłam się napić od czasu do czasu, lubię smakowe piwo, lubię drinki, uwielbiam whisky, zdarzało mi się wypić też za dużo, zdarzało się też pić często - spoko jestem tylko człowiekiem, ale wszystko był pod kontrolą. Byłam ciekawa bardziej, jak to będzie, słyszałam o genialnych efektach pięknej i promiennej cery, lepszego samopoczucia itp. Nie było wcale ciężko nie pić, bo też w czasie postu sporo osób rezygnuje z alkoholu, ale zdarzali się znajomi, dla których to było dziwne i nie do pomyślenia.
Kilka razy się złamałam, tam lampka wina i może wypiłam ze 2-3 piwa przez cały ten okres. nie dlatego, że musiałam, ale chciałam - były okazje i po prostu miałam ochotę. Co i tak jest bardzo niewielką ilością, bo tyle mogłabym wypić w jeden wieczór.
Czy coś zauważyłam? W sumie to nic, może dlatego że czas 40 dni jest trochę za mały, żeby zauważyć jakieś większe efekty. Mimo wszystko, świetnie się bawiłam i bez alkoholu, woda z cytryna genialnie smakuje i do pizzy, i w pubie i nie mam problemu z piciem wody, kiedy wszyscy piją piwo. Poza tym, w moim przypadku niewiele potrzeba, żebym rano miała kaca, a jego brak jest cudowny. 

Cel nr 3: SŁODYCZE I PRZEKĄSKI
Byłam przekonana, że ten punkt będzie najbanalniejszym celem ze wszystkich, bo ja jakoś nigdy nie przepadałam za czipsami, ciastami, czekoladą itp., a jak już to w małych ilościach. Chciałam to też połączyć z wszystkimi fast-foodami i niezdrowym jedzeniem. Mam swoje ulubione smaki, które co jakiś czas kupuję, ale to jest naprawdę raz na kilka tygodni. Zawsze słyszałam, że po odstawieniu słodyczy ciało nagle staje się smuklejsze, jędrniejsze, a brzuch bardziej płaski i w ogóle miodzio.
Aczkolwiek, po odstawieniu energetyków, kiedy przestałam dostarczać organizmowi jakikolwiek cukier, zaczęłam mieć taki zachcianki, że szok. Mój organizm domagał się pączków, batoników, paluszków i innych produktów, których nie jadłam przez kilka lat. 
I na tym punkcie poległam całkowicie, mam wrażenie, że zaczęłam jeść tego wszystkiego nawet więcej niż kiedyś, ale nie dziwi mnie to. Nagle zrezygnowałam całkowicie ze wszystkiego i to chyba był błąd, takie zmiany powinny być raczej stopniowe. I trudno,zaczęłam jeść słodycze, starając się w tym nie zatracić, ale tylko dlatego, że wolałam zjeść czekoladę niż wrócić do energetyków.


Mim że nie do końca się udało to ja i tak jestem z siebie zadowolona, bo z najważniejszym udało mi się wygrać. Najbardziej się jaram, że dałam radę, że udowodniłam sobie, że potrafię być silniejsza niż moje największe słabości i to są zmiany na lepsze. Energetyków nie piję dalej, z alkoholem też wiem, że będę pić go mniej, bo po prostu go nie potrzebuję. Teraz czas na kolejne wyzwanie ze słodyczami, nie poddajemy się, ale tym zajmę się stopniowo na spokojnie, przynajmniej teraz wiem, że mogę, że potrafię i że dam radę.

Też robicie sobie take wyzwania albo w związku z postem rezygnujecie z czegoś? Dajcie znać!


Święta, sprzątaniem, ale nie zapominaj o najważniejszym

18 kwietnia 2019


Dzień dobry w Wielkim Tygodniu - mamy już Wielki Czwartek i poruszę dzisiaj temat, o którym pewnie każdy z Was myśli i słyszycie co chwilę komentarze na ten temat. W związku ze świętami najważniejsze pytanie brzmi. Macie posprzątane? Okna umyte? Piwnica wysprzątana? Placki, ciasta sałatki zrobione albo przynajmniej zaplanowane? Pewnie tak. Jak to zawsze przed jakimikolwiek świętami wszędzie słyszy się o wielkim sprzątaniu, trzepaniu dywanów, praniu firanek itp. Ostatnio byłam na paznokciach i koleżanka pyta się mnie jak przygotowania do świąt, a moja standardowa odpowiedź brzmiała: 'Mieszkanie nieposprzątane, okna też nieumyte.' - I zajebiście.


Zastanawiam się skąd się to wzięło, że na święta wszystko musi być wysprzątane na błysk, a co się stanie jeśli moje okna są brudne, a w piwnicy dalej będzie pełno kurzu? Nic, kompletnie nic. Co się stanie jeśli ja posprzątam sobie po świętach albo po majówce, bo akurat wtedy będę miała luźniejszy okres i trochę więcej czasu? Nic. A jeśli mnie natchnie na sprzątanie w niedzielę to ja wtedy posprzątam. Nie lubię żyć pod presją społeczeństwa, że coś wypada, a czegoś nie wypada, a wtedy trzeba konkretnie zrobić to i to, bo tak. A może nie? Może przenieśmy nasze starania i wysiłek ze sprzątania na kontakty z ludźmi i z rodziną, na zrobienie czegoś dobrego albo po prostu na zadbanie o siebie. W dalszym ciągu ludzie mają tendencję do zapominania o sobie, zapominania o potrzebie wypoczynku,bo przecież trzeba i wypada to, to i tamto.

Tak, mam nieumyte okna i możecie się domyśleć, że nie przepadam za sprzątaniem, ale na to składają się też inne czynniki. Mimo wszystko, nie żyję w wielkim syfie i bałaganie - według mnie. Mój plan dnia jest dosyć napięty i mam dużo rzeczy do zrobienia, i nie mam czasu zjeść czegokolwiek w ciągu dnia, więc nie mam też czasu na sprzątanie. Lubię sobie ogarnąć coś na bieżąco albo wtedy kiedy mam na to ochotę albo codziennie po trochę. Ale zdarza się czasami nawet  tak, że nie robię nic przez 2 tygodnie i nie jest mi z tym źle. A tym bardziej nie planuję porządków na sobotę, bo mi po prostu szkoda marnować takiego wolnego dnia na sprzątanie, tym bardziej teraz kiedy pogoda jest wspaniała.

Nie zrozumcie mnie źle, lubię porządek, lubię jak jest czysto, świeżo i pachnąco, ale jeśli nie mam czasu i ochoty na to wszystko, to nie będę się zarzynać od rana do nocy, bo przecież trzeba. A jeśli nie mam na to czasu, to sprzątanie nie jest i nigdy nie będzie moim priorytetem. Wiem, że dla niektórych osób taka postawa jest nie do pomyślenia, ale ja nie żałuje, że potrafię żyć i normalnie funkcjonować, kiedy mam kurz na półkach. Niedawno wpadłam do sąsiadki zobaczyć czy wszystko u niej w porządku i przez 5 minut musiałam zgadywać, co się zmieniło w pokoju. Okazało się, że umyła okna i wymieniła firankę - no sorry, ja naprawdę nie zwracam uwagi na takie rzeczy.
Dajcie mi znać czy tylko ja tak mam, czy jednak mimo wszystko w Waszych domach musi lśnić na święta? :)
W takim razie.. życzę Wam spokojnych i wesołych Świąt Wielkanocnych, bez zbędnego chaosu, spinania się i latania po ścianach, bo to naprawdę nie jest konieczne. Bez kłótni i sporów. Wrzućcie na luz, pomyślcie o sobie i o swoich bliskich. A zamiast z miotłą spędźcie ten czas z najbliższym albo na odpoczynku, bo święta to właśnie idealny czas na to. Dużo uśmiechu i radości!



Yankee Candle, morelowa róża wykąpana w słońcu

15 kwietnia 2019


Dzień dobry! Nowy tydzień, pogoda wróciła do tej cieplejszej i wiosennej - ja uwielbiam. Fajnie jest się przejść gdzieś bez kurtki, fajnie jest, jak Cię razi, więc mam nadzieję, że ostatnie śniegu już do nas nie wrócą. Zbliżają się święta, więc u mnie powoli kończy się zapierdziel i będę wtedy odpoczywać, w końcu! Dajcie znać, jakie Wy macie plany na święta,może gdzieś jedziecie albo robicie coś mega fajnego? Ja mam nadzieję, że spotkamy się ze znajomymi i nadrobimy wszelkie zaległości. A dziś będzie lekki i w miarę krótki wpis, bo będzie o zapachach!
Uwielbiam, jak mi pachnie. Mam strasznie wyczulony węch, więc zawsze zwracam na to uwagę. Wosków mam bardzo dużo, ale nie zawsze jest mi po drodze z ich paleniem. Jakoś tak, czasem mnie bierze i palę regularnie, a czasem przypominam sobie o tym, co 2 miesiące. Dzisiejszy zapach kupiłam przez przypadek, bo kupowałam świecę koleżance i stwierdziłam, że też sprawdzę przy okazji.

Yankee Candle,
Sun Drenched Apricot Rose


Sun Drenched Apricot Rose to letni zapach delikatnej, kwitnącej morelowej róży. Bujnym pąkom towarzyszy aromat słonecznych owoców o nadzwyczajnie miękkich płatkach.

Nuty górne: słoneczna morelowa róża, kwiat nektarynki
Nuty środkowe: morelowa róża, płatki kwitów
Nuty dolne: piżmo, puder


Od razu powiem, że w zapachu się zakochałam. Jest przepiękny. Idealna mieszanka kwiatowo owocowa. Zapach jest wyważony i żadna strona nie przeważa i nie determinuje zapachu. Czuć kwiaty, róże, owoce, słodkie nuty, ale nic nie jest na tyle intensywne, żeby mogło robić się niedobrze. Zapach jest mocny, ale chodzi o to, że unosi się idealnie w całym mieszkaniu, rozprzestrzenia się i wszędzie da się go wyczuć. A jak nam coś pachnie to chcemy się tym zapachem otaczać wszędzie. Rewelacja. Zapach też jest lekki,jest mocny, ale nie jest duszący, więc gwarantuję, że nie będziecie mieć go dość.
To jest zapach idealny na wiosnę, idealny na cieplejsze dni, kiedy na zewnątrz już jest coraz bardziej zielono, wszystko zaczyna kwitnąć i jest tak weselej. Zapach też jest wesoły, mi on poprawia humor i zaczyna powoli brakować mi określeń, jak inaczej mogłabym powiedzieć, że jest fantastyczny. Bardzo polecam!
A nawet nie wiedziałam, że coś takiego jak morelowa róża istnieje, a szkoda, bo nie tylko zapach jest przepiękny, ale z tego, co widzę to i wygląda przepięknie.



Znacie? Dostępna oczywiście na Goodies :)
Dajcie też znać, jakie inne zapachy możecie mi polecić z tych wiosennych, lekkich, ale pięknych!