Argan My Love; masło shea i olejek migdałowy w balsamie do ciała od Maroko Sklep

23 lutego 2018


Dzień dobry! Mamy piątek! Cieszycie się, że weekend, można odpocząć, gdzieś pojechać i coś zrobić dla siebie, przyjaciół, rodziny? Ja dzisiaj jadę do Lublina do koleżanek i na stare śmieci. Byłam tam ostatnio w październiku na obronie i aż dziwnie, że od tego czasu mnie tam nie było biorąc pod uwagę fakt, że mieszkałam tam 6 lat.. Ale jadę i zapewne na instagramie w ten weekend będzie mnie sporo, bo mam sporo różnych planów! Mam zamiar odwiedzić dziewczyny, zjeść coś dobrego i się dobrze zabawić. Dajcie znać jakie Wy macie plany, a może spotkam kogoś z Was w Lublinie ;D? Piszcie koniecznie!
Dzisiaj mam dla Was recenzję balsamu do ciała od Maroko Sklep o naprawdę bardzo dobrym składzie!

Maroko Sklep Słodycz Migdałów
nawilżający balsam do ciała

Balsam ze słodkich migdałów nadaje się DLA NIEJ i DLA NIEGO. Zawiera masło shea oraz oleje roślinne, dzięki czemu ma działanie przeciwutleniające oraz zapobiega odwodnieniu skóry. wchłania się bardzo szybko, nie pozostawia tłustej warstwy na skórze, a dzięki doskonałemu składowi idealnie nadaje się do skóry suchej, wrażliwej i pozbawionej witalności. Dzięki minerałom oraz witaminom odżywia skórę, a także redukuje problemy skórne (jak np. egzema i łuszczyca) Ponadto, balsam wygładza skórę, łagodzi podrażnienia, intensywnie nawilża oraz działa przeciwstarzeniowo Delikatny migdałowy zapach utrzymuje się na skórze oraz sprzyja uczuciu słodkiego zadowolenia. 

Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Glyceryl Stearate, Argania Spinosa Kernel Oil, Glycerin, Caprylyl Glycol, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Fruit Extract, Panthenol, Hydrolyzed Corn Starch, Cetostearyl Alcohol, Tocopherol, Butylphenyl Methylpropional, Caprylhydroxamic Acid, Sodium benzoate, Coumarin.

Sposób użycia: balsam należy rozprowadzić na czystej i osuszonej skórze.


Jak za olejkiem arganowym nie przepadam, od kiedy jest wszędzie, tak seria Argan My Love mnie jakoś zaintrygowała. Balsam ma przepiękną szatę graficzną, ostatnio kocham się w takich mocnych i kontrastujących ze sobą kolorach oraz różnych dziwnych kształtach. Butelka jest przeźroczysta, więc widzimy ile produktu nam ubywa, a poza tym mamy pompkę, co zdecydowanie ułatwia aplikację produktu. Nie zacina się, idealnie pompuje i wszystko działa bez zarzutu. Ja na jedną aplikację na całe ciało zużywam około 5-6 pompek.


Konsystencja jest kremowa i lekko gęsta, ale na szczęście nie tłusta. Bardzo przypomina mi masło, ale mimo wszystko ma lżejszą formułę od niego. Wchłania się naprawdę szybko, znam niewiele kosmetyków, które potrafią się w tak krótkim czasie wchłonąć. Przy okazji, pięknie pachnie i niech Was nazwa nie myli, zapach nie ma nic wspólnego z tym znanym nam zapachem olejku arganowego, który dało się wyczuć ostatnio w praktycznie każdym produkcie. Naprawdę, zapach jest słodki, ale niemęczący i niezbyt nachalny, poza tym pachnie bardzo migdałowo. Zapach jest niesamowity i naprawdę dosyć długo utrzymuje się na skórze.


Skóra po użyciu jest rzeczywiście cudownie nawilżona, odżywiona, wygładzona i bardzo miła w dotyku. Różnica jest widoczna praktycznie po pierwszych kilku aplikacjach. Wszystkie obiecanki producenta zostały jak najbardziej spełnione. Nie pozostawia tłustego filmu na skórze. Skóra jest w stanie idealnym i nawet nie muszę smarować się codziennie, żeby rzeczywiście czuć, że skóra jest dobrze nawilżona i odżywiona. Balsam ma działanie bardzo długotrwałe, ale nie ma się co dziwić, kiedy ma skład taki jaki ma!


Ja bardzo, ale to bardzo Wam polecam ten balsam! Nie dość, że aplikacja jest na maksa wygodna, to w dodatku ma naprawdę super działanie. Możecie go znaleźć tutaj, kosztuje nieco ponad 25zł, a za taki skład to dla mnie jest niewiele. Przy okazji, stosuję go już naprawdę długo (jakoś ok. 2 miesiące), więc jest bardzo wydajny, została mi jeszcze jakaś ćwierć opakowania. Tak, jak pisałam wyżej, nie musicie używać go codziennie, a mimo to Wasza skóra będzie w stanie idealnym, co też przekłada się na wydajność. Zapach, konsystencja, szybkie wchłanianie - ja go pokochałam! Na pewno jeszcze kiedyś się tutaj pojawi, a poza tym jestem strasznie ciekawa pozostałych wersji!
Różane ogrody i zmysłowe piżmo - brzmią wspaniale! Co Wy na to? :)

#19 Kinomaniak, czyli ostatnie 6 filmów, które oglądałam

19 lutego 2018



Dzień dobry! Jak Wasze humorki na początku tygodnia? U mnie bywa różnie, jak zawsze coś się dzieje, jak zawsze się nie nudzę, jak zawsze robię różne, głupie i dziwne rzeczy haha. Muszę się w końcu zabrać za bloga, za nadrabianie zaległości, zdjęcia, kosmetyki, życiowe sprawy itd. Ale, ale, ale i tak cały czas się jaram Meet Beauty i innymi przygodami, jakie mnie czekają w tym roku. Dzisiaj mam dla Was luźny, filmowy temat. Co prawda ostatnio oglądam same bajki, o których już niedługo Wam napiszę, ale w tym temacie też mam lagi i nawet nie pamiętam, kiedy obejrzałam te filmy, ale czytajcie, oglądajcie albo i nie ;)!


Słaba płeć? (2015) komedia romantyczna

Nie przepadam za bardzo za polskimi filmami, komediami i wszystkimi innymi produkcjami, ale mimo wszystko, jak nie mam co oglądać to od czasu do czasu włączę i coś takiego, żeby się przekonać, czy może coś się zmieniło. A niektóre filmy naprawdę zaskakują. Ta komedia była jednym z takich filmów, które mnie zaskoczyły bardzo pozytywnie. Ta komedia mimo, że nawiązuje do różnych problemów związanych z miłością, przyjaźnią, praca, niesprawiedliwym traktowaniem itd. ma tak ciekawą i inna fabułę, że mi się bardzo spodobała. Może nie płakałam ze śmiechu, ale fajnie pokazuje, że kobieta wku**iona potrafi się nieźle zemścić, a ja lubię kiedy rachunki są wyrównane więc polecam Wam ;)!

Przyjaciele z kasą (2006) 'Friends with money' dramat, komedia, romans

Nie muszę mówić, że uwielbiam Jennifer. Oglądam wszystkie filmy z nią i cieszę się, że dzięki niej trafiłam właśnie na ten. Film opowiada o tym, że nieważne jak twoje życie może się potoczyć, nieważne ile pieniędzy posiadasz, nieważne czy masz rodzinę, czy jesteś singlem, wszyscy mają problemy, nigdy nie jest kolorowo ani z górki. A nawet jeśli jest spoko, to zaraz się coś spieprzy, żeby już tak spoko nie było, w sumie życie. Bardzo mi się podobał ten film i jak najbardziej go polecam ;).

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy (2015) komedia

Stwierdzam, że musiałam się bardzo nudzić, nie mieć kompletnie pomysłu ani tym bardziej wyobraźni, że zdecydowałam się obejrzeć ten film. Nie przepadam za filmami, które robione są na 'dawne czasy', tym bardziej kiedy im to za bardzo nie wychodzi. Nie ten humor, nie ten nastrój, po prostu nie. Zmarnowany czas.

Lucy (2014) akcja, sci-fi

Oj, zajebisty film. Aż chyba na dniach obejrzę go sobie raz jeszcze. Wiadomo są niedociągnięcia, momenty, które mnie nie zachwyciły za bardzo, ale tak ogólnie, mega wspominam ten film. Trzymał mnie w napięciu, było to coś dziwnego, innego, plus ja lubię trochę taką tematykę mózgu, umiejętności, co jest możliwe, co nie to już każdy wierzy w swoje, ale serio bardzo, bardzo polecam :).

Wieczny student 1  2 (2002 i 2006) 'Van Wilder' komedia

Bardzo głupkowaty film. Głupsze to niż American Pie, a aktorzy jacyś tacy podobni. Dupy nie urwało, nie zafascynowało, raczej nie rozśmieszyło, obejrzałam, w sumie nie żałowałam, czasem odmóżdżenie też jest potrzebne, ale mimo wszystko jestem na nie. Obejrzałam dwie części, jest jeszcze trzecia, ale nie mam zamiaru jej oglądać. Dajcie koniecznie znać, czy tylko ja mam takie odczucia co do tej komedii. 

Lot nad kukułczym gniazdem (1975) 'One Flew Over the Cuckoo's Nest' dramat, psychologiczny

Kocham.filmy psychologiczne, kocham się wciągnąć, a czasami rozpłakać i czuć dokładnie to samo, co czują bohaterzy pewnej historii. Film sprawił, że ja się zatrzymałam, zaczęłam myśleć i rozkminiać, a o to chyba właśnie powinno chodzić w filmach. Pewnie jestem ostatnią osobą, która go oglądała, ale jeżeli jednak znajdzie się tu ktoś, kto go nie widział to ja polecam. Żeby za bardzo Wam nie spoilerować to powiem tylko tyle, że jest genialny, genialny, genialny!


Dajcie mi znać, co Wy ostatni oglądaliście i co mi polecacie! wszystkie filmy zawsze dodaję na filmwebie i powoli, powoli oglądam ;).


Pobudzenie wzrostu, zagęszczenie i pogrubienie włosów z Dermedic Capilarte

12 lutego 2018


Dzień dobry w poniedziałek! Pisałam ten wpis i pisałam i jakoś tak napisać go nie mogłam. Wena mnie ostatnio opuściła, o czym już Wam ostatnio wspominałam, ale wierzę, że będzie coraz lepiej. Za oknem dalej zimowa aura, a ja na maksa marzę o cudownej i ciepłej pogodzie, słońcu i normalnych butach :D. U nas już się zaczął nowy semestr, więc mam trochę więcej roboty obecnie, ale i tak wszystko jest jeszcze w fazie rozkminiania, planowania i dopasowywania się godzinowego.
W końcu przyszłam do Was z recenzją kuracji od Dermedic. Serum ma za zadanie pobudzić nasze włosy do wzrostu, zagęścić i je pogrubić. Czy serum zdaje egzamin czy to kolejny pic na wodę?

Dermedic Capilarte Serum 
Kuracja stymulująca wzrost włosów

100% pobudzenie wzrostu nowych włosów
94% zagęszczenie i pogrubienie włosów oraz wzmocnienie ich struktury
*produkt przebadany klinicznie i trychologicznie
*hypoalergiczy z wodą termalną


Serum Capilarte marki Dermedic to wcierka specjalistycznie przygotowana, a jej skuteczność została udowodniona klinicznie. Przeznaczona jest głównie dla osób cierpiących na okresowe lub przewlekłe objawy wypadania włosów o różnej etiologii. Serum hamuje nadmierne wypadanie włosów, a także przyspiesza odrastanie oraz zagęszczanie.
Serum zawiera: Procapil, kompleks Pilotantum, Kofeinę oraz Sok z brzozy, które mają na celu zahamować produkcję dihydroksytestosteronu (hormon odpowiedzialny za skracanie się fazy wzrostu włosów, miniaturyzację mieszków, a także wypadanie włosów), poprawić mikrokrążenie skóry głowy oraz ochronić i regenerować komórki mieszka włosowego oraz poprawić ich witalność. Ponadto preparat, dzięki D-Panthenolu, uzupełnia niedobory kwasu proteinowego, składnika odpowiedzialnego za efektywne funkcjonowanie łodyg i korzeni włosowych. Serum wpływa również na tempo wzrostu włosów, zwiększa ich objętość oraz polepsza ich kondycję. Przy okazji serum złagodzi podrażnienia  reguluje mikrobom skóry głowy.

Skład: Aqua, Butylene Glycol, PPG-26-Buteth-26, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Apigenin, Oleanolic Acid, Biotinoyl Tripeptide-1, Betula Alba Juice, Glycerin, Panthenol, Caffeine, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate.


Wiecie, że ja na punkcie swoich włosów mam niezłego świra. Muszę w końcu spiąć tyłek i napisać tutaj jakąś włosową historię, bo na pewno będzie o czym opowiadać, bo przechodziłam na głowie już wszystko. Od keratynowego prostowania włosów moje włosy odzywają, a ja korzystam z tego, że nie używam prawie w ogóle prostownicy i staram się je dodatkowo zagęścić, nawilżyć, odżywić i zmusić do wzrostu. Wcierki są u mnie czymś normalnym i stosuję je od zawsze. Aczkolwiek, pierwszy raz miałam styczność z czymś bardziej profesjonalnym i specjalistycznym: Dermedic Capilarte, serum kuracja stymulująca wzrost włosów.


Serum wygląda bardzo profesjonalnie, biała i estetyczna buteleczka zakończona jest dzióbkiem, którym idealnie można rozprowadzić produkt na skórze głowy. Pierwszy raz mam coś takiego, a testowałam mnóstwo wcierek i muszę powiedzieć, że ta aplikacja jest zdecydowanie najwygodniejsza. Po aplikacji używam relaksującego masażera do głowy i wierzę, że to pomaga rozprowadzić produkt w różne zakamarki i dodatkowo masując pobudzić krążenie. Buteleczka jest średnio przeźroczysta, ale pod światło można zobaczyć ile produktu zostało nam do końca.


Konsystencja jest na maksa wodnista, jak tonik, ewentualnie nieoleiste serum, które szybko się wchłania nie pozostawiając po sobie śladu, co ma sens w kontakcie z włosami. Nie przetłuszcza włosów, nie ma się wrażenia, że są nieświeże, więc między myciami spokojnie można stosować to serum. Zapach jest niewyczuwalny na włosach ani też w trakcie aplikacji, co jest plusem, bo jak wylałam sobie na dłoń to zapach jest bardzo ostry i myślę, że mógłby mi przeszkadzać, gdybym mogła go wyczuć.


Serum należy stosować codziennie na suchą lub wilgotną skórę głowy bezpośrednio po jej umyciu, wmasować  i pozostawić do wchłonięcia; i tak przez 3 miesiące. Ja włosy myję średnio co 2-3 dni, więc tak też stosowałam: 3-4 razy w tygodniu, raczej na suchą skórę głowy, czasami stosowałam też serum na noc nawet jak włosów nie myłam. Starałam się używać jak najczęściej, ale nie chciałam specjalnie myć włosów codziennie.., więc wyrobiłam swój sposób.
Muszę Wam powiedzieć, że ja serum nie oszczędzałam, czasami czułam, że jest go zdecydowanie za dużo, ale nie przeszkadzało mi to jakoś, bo nie stosowałam go codziennie. A serum mi ubyło może tak z połowę opakowania. Jest na maksa wydajne.


A teraz coś, na co wszystkie czekacie, czyli efekty. Od kiedy stosuję to serum, zauważyłam dużo szybszy wzrost włosów, co widać idealnie na tych wszystkich baby hair, jakie się pojawiły kiedyś. Tam, gdzie kiedyś miałam zakola mam w tym momencie dłuższą grzywkę. W dalszym ciągu pojawiają się nowe baby hair, które rosną dużo szybciej niż inne. Włosy na pewno stały się grubsze i mocniejsze, ale na to składa się też fakt, że nie prostuję włosów od jakiegoś czasu, więc one nie są dodatkowo niszczone. Jeżeli chodzi o wypadanie włosów to tutaj też zauważyłam lekką poprawą. Nie ma cudów, że nagle przestały wypadać całkowicie, ale na pewno mniejsza ich ilość wypada ;).


Serum kosztuje od 30 do 40 paru zł w internecie za 150ml. Jedna butelka powinna wystarczyć na 3-miesięczną kurację, ale u mnie została jeszcze połowa. Jak widzicie, serum naprawdę działa i robi mega robotę., więc jak najbardziej jest wart swojej ceny! Zdecydowanie wzrost został przyspieszony i na pewno są mocniejsze, gładsze, milsze i fajniejsze. Ja jestem na maksa zadowolona. Serum jest wydajne i sama aplikacja jest super wygodna, szybka i sprawna. Będę je jeszcze stosować regularnie do końca lutego i zobaczymy ile mi zostanie, zrobię sobie albo dłuższą przerwę albo będę stosować profilaktycznie raz na jakiś czas, zobaczymy ;).
Jeżeli macie problemy z wypadaniem włosów, chcecie je wzmocnić, zagęścić i zapuścić to sprawdźcie koniecznie to serum ;).


Meet Beauty 2018
z kim się spotkam?

09 lutego 2018



Heja! Myślę, że dzisiaj jest ten dzień, w którym wszystkie social media zalewane są informacjami dotyczącymi Meet Beauty. Nie będę gorsza, też się pochwale, bo radością trzeba się dzielić, a że mnie ostatnio opuściła trochę wena, więc dzisiaj jest idealna okazja, żeby wrócić na odpowiednie tory i wziąć się w garść i odliczać do samej konferencji pisząc bloga, bo właśnie o to chodzi!

Dostałam zaproszenie na konferencję i strasznie się z tego cieszę. Byłam na drugiej edycji, z trzeciej musiałam zrezygnować, bo w ten sam weekend miałam komunię chrześniaka, ale na czwartek będę całą sobą już od piątku w Hotelu Lord, gdzie odbywa się konferencja ;D. Myślę, że mogą pojawić się nawet dwie relacje, jedna z konferencji, a druga a'la backstage, czyli co się działo na częściach mniej oficjalnych naszych :D.


Jak widzicie jestem mega podekscytowana i nie mogę się doczekać samego wydarzenia! Dawajcie znać w komentarzach, z kim się będę mogła zobaczyć, chętnie zobaczę wcześniej Wasze blogi i już trochę Was poznam!

Do zobaczenia, buziaki <3

Denko i nowości - styczeń 2018r.

31 stycznia 2018


Dzień dobry! Znowu trochę mnie nie było, ale pobyt w Warszawie mi się udał na maksa i musiałam po nim dobrze wypocząć. W mojej okolicy są ferie, więc mam trochę więcej czasu dla siebie, na pozbieranie myśli, na zastanowienie się co dalej i w sumie nie wychodzi mi to jakoś bardzo na dobre, bo się rozleniwiam. Ale kurde, raz na jakiś czas mogę sobie pozwolić na leżenie i nicnierobienie.
Dzisiaj przychodzę do Was z denkiem! Pierwsze denko tego roku, które jest ogromne. Szczerze nie wiem, jak ja nazbierałam aż tyle rzeczy i że aż tyle rzeczy mi się pokończyło w jednym miesiącu, ale spoko. Zbieramy, wykańczamy, wyrzucamy i używamy kolejne, bo jest tego całkiem sporo! Styczniowe denko wyceniam na, uwaga, lekko ponad 400zł. Co miesiąc wyrzucam do kosza coraz więcej...


Dermacol, Aroma Ritual, cukrowy peeling od ciała, winogrono i limetka - moja cudo nad cuda. Zapach tego peelingu i jego konsystencja, to najlepsze combo, jakie możecie sobie wyobrazić przy okazji peelingu. Ja się zakochałam i na pewno, jak mi się skończy zapas peelingów, to sięgnę po ten, ale w innych wersjach zapachowych, bo jest też zapach delicji pomarańczowych.

Schwarzkopf, Gliss kur, Ultimate Resist, ekspresowa odżywka w sprayu - o tych odżywkach mówię Wam za każdym razem, więc nie będę się powtarzać, kocham je, uwielbiam, będę kupować regularnie. Ale mogę Wam już zapowiedzieć, że znalazłam podobny produkt, który dorównuje tym odzywkom!

Isana, mydło w płynie, summer feelings - ja wiem, że do wakacji daleko i że jest to edycja limitowana, ale ja uwielbiam testować edycje limitowane, jak i te mydła. W środku i tak w między czasie wylądowała masa innych wersji zapachowych. Są super tanie, ładnie wyglądają na umywalce (potem można kupować tylko mydło do uzupełnienia), pięknie pachną i nie wysuszają rąk. więc w cudach lądują one ogólnie, nie że ten jeden jedyny :).

BeBeauty, płatki kosmetyczne - płatki lądują w cudach, bo w sumie ostatnio kupuję je regularnie Nie rozwarstwiają się, są miłe w dotyku, nie powodują u mnie ciar, nie rozmazują makijażu, więc ja je lubię ;).

Dermedic, łagodne mleczko oczyszczające - ten produkt mi bardzo podrasował, jak na osobę, któa nie jest przekonana do mleczek kosmetycznych, tak ten ma świetny zapach, fajną konsystencję, cudownie rozpuszcza nawet największą tapetę na twarzy, nie podrażnia, tylko delikatnie oczyszcza i zmywa. Ja byłam bardzo zadowolona i na pewno będę wracać.

Alterra, szampon nadający włosom połysk, morela bio i pszenica bio - mimo, że jest to chyba moja jedna z najmniej ulubionych wersji tego szamponu to i tak za całokształt ląduje w cudach, bo używam ich wszystkich na zmianę i regularnie. Zmywają oleje i największe oleiste mazie, ja i tak po nich używam jeszcze jednego szamponu, więc ostateczne rezultaty są bardzo na plus.

Regenerum, regeneracyjne serum do włosów - to serum bardzo fajnie nawilżało, regenerowało moje włosy. Końcówki były w bardzo fajnym stanie, nie były rozdwojone ani zniszczone tak jak zazwyczaj są. Fajny zapach, fajna konsystencja, która idealnie wnika w środek włosów regenerując je od środa. Ja się bardzo polubiłam z tą całą serią.

Eveline, maseczka oczyszczająco-wygładzająca, zielona glinka i ekstrakt z zielonej herbaty - polubiłam się z zielonymi glinkami, pod warunkiem że nie muszę ich sama robić, w sensie mieszać, babrać się, tworzyć jakieś wiązania, proporcje, bo obawiam się, że mi to może nie wyjść. Ta maseczka jest genialna. Super oczyszcza i wygładza skórę, robi dokładnie to, co powinna  ja ją kupuję co chwilę ;). Zastanawia mnie tylko, czego tak jakby znika z twarzy? Też tak macie?

Rapan Beauty, maska do twarzy, mix pleoidów, smocza krew i śluz ślimaka - to jest zdecydowania maseczka grudnia i stycznia. Używałam ją tak często jak tylko mogłam. Śmierdziała to fakt, maskę przed użyciem trzeba było dokładnie wymieszać, żeby wszystko się tam ze sobą wiązało, co mi o dziwo nie przeszkadzało, ale wiadomo dlaczego. Efekty były rewelacyjne. Maska robiła cuda na mojej twarzy, która była wygładzona, oczyszczona, promienna i w stanie idealnym. I na pewno pojawi się o niej wpis, a ja muszę zamówić wszystkie te maski, bo są genialne!

Yves Rocher, Moment de Bonheur, zielona herbata - dostałam te perfumy jakoś kiedyś na święta i jak uwielbiam jeden zapach z Moment de Bonheur, bałam się, że ten może wyjść blado przy tamtym moim zapachu. Nic bardziej mylnego. Zakochałam się w nim identycznie. Jest bardziej świeży, letni, wiosenny, taki orzeźwiający i motywujący do działania. Uwielbiam ten zapach, czego się nie spodziewałam. Ale mogę Wam je bardzo polecić. Zapachy są cudowne, a trwałość jest genialna!

Bielenda, keratynowa maska, nawilżająca, do włosów farbowanych - rzadko kiedy tak bardzo jaram się maskami, ale ta wpadła w moje łapki w idealnym momencie, bo zaraz po keratynowym prostowaniu włosów. Zapach miała obłędny i miała bardzo sztywną konsystencję, kojarzyła mi się trochę z pianką silikonową, ale trzymała się włosów i z niej nie spływała. Pierwszy raz miałam wrażenie, że jakikolwiek produkt pogrubia moje włosy, ona to robiła, dodawała im tekstury, objętości i były takie konkretne.


Yves Rocher, żel pod prysznic i do kąpieli, owoce leśne - wersja świąteczna, którą jarałam się bardzo. Ostatecznie wyszło średnio, nie był to zapach typowo świąteczny, ale pachniał ładnie. Fajnie mył, na maksa się spienił i też w miarę szybko się niestety skończył. Spodziewałam się, że bardziej wprawi mnie w świąteczny nastrój w grudniu, tak się nie stało, więc za rok będę szukać czego innego ;).

Intimea, chusteczki do higieny intymnej - chusteczki, jak chusteczki. Nic specjalnego, spoko pachną, fajnie odświeżają, ale za każdym razem i tak biorę inne.

Ziaja, intima, kremowy płyn do higieny intymnej - jak wyżej, produkt spoko, fajnie myje, dobrze dba o miejsca intymne, est tani, duża pojemność i jest wydajny i spoko. Zazwyczaj biorę go z braku laku, kiedy nie mam ochoty na nic innego, ale nie mam tak, że kupuję go namiętnie.

Garnier, płyn micelarny 3w1 - produkt całkiem fajnie sobie radzi z demakijażem, ładnie pachnie, ale nie jest jakoś zachwycająco wydajny. Płyn, jak płyn, jest spoko, nawet bardziej niż spoko, ale znam już niebo lepsze, które uwielbiam i ciężko jest się przebić.


PROFormula, żel do golenia - zazwyczaj stosuję tylko pianki, trochę się zaskoczyłam, kiedy okazało się, że jest to dziwna maź, która po roztarciu zamienia się w piankę. Bardzo szybko idzie ten produkt. Ja zużyłam go na 3-4 razy, a pod koniec wyciskanie żelu było tak uciążliwe, że w sumie coś tam jeszcze mi go zostało, ale nie dam rady. Bezsensu, zapach też jakiś taki uoo i standardowo się zacinałam, więc jestem na nie.

Rival de Loop, tonik odżywczy do twarzy - wiecie co z jednej strony tonik, jak tonik, on nie ma oczyścić twarzy czy coś, tylko wyrównać pH i lekko ją odświeżyć itd. Ten tonik był dla mnie, jak woda, nie robił totalnie nic. Czułam jakby moja skóra postawiła mur i nie pozwoliła mu wejść do środka (te metafory). Nic nie robił totalnie.

Eveline, slim extreme 4D, diamentowy peeling - masaż myjący - ojezu męczyłam te peelingi strasznie, nawet nie wiem czy one dalej istnieją, ale kiedyś miałam chyba każdą możliwą wersję. Ogólnie one za wiele nie robią według mnie, konsystencja jest zbyt glutowata, żeby mogła to wypeelingować skórę, a żeby wycisnąć produkt z opakowania to trzeba się tak namęczyć, że masakra.

Clean&Clear, peelingujący żel przeciw wągrom - uwielbia tonik z tej serii, który w ogóle zniknął z Rossmanna... :(, ale ten peelingożel niestety za wiele nie robi. te granulki kojarzą mi się niestety z jakimś środkiem do czyszczenia. Bardzo delikatny i chyba za wiele nie robi, nie czułam i nie widziałam jakichś zniewalających efektów.


Za każdym razem mówię sobie, że w końcu uporam się z większością próbek, a wychodzi, jak zwykle, a próbek przybywa. Ale nadejdzie taki dzień, że się więcej zużyje.
*See See, peeling do twarzy - saszetka wystarczyła mi ledwo na raz więc też średnio mam co mówić, ale nie byłam za bardzo zadowolona. Skórę i tak potem musiałam dodatkowo oczyszczać, żeby czuć się w miarę dobrze.
*Vianek, krem do twarzy na noc - stosowałam go bardziej, jako dodatkowe nawilżenie po wieczornym demakijażu, ale nie jako krem na noc. Był fajny, super nawilżał i odżywiał cerę.
*L'biotica biovax, eliksir wygładzająco-nawilżający - stosowałam na wilgotne włosy i okazał się zajebistym serum na końcówki. Jak skończę olejek, jaki mam teraz, na pewno kupię ten, piękny zapach, fajnie nawilżenie, odżywienie, ujarzmienie włosów, dokładnie to, czego potrzebuję, tym bardziej teraz, kiedy powoli wypłukuje mi się keratyna z włosów.

Przy okazji postanowiłam trochę zrewolucjonizować wpisy denkowe i przy okazji pokazywać Wam nowości, co otrzymałam i co kupiłam. Mniej więcej też będę miała pojęcie co i jak często kupuję, bo mam wrażenie, że zdarza mi się czasem kupić coś, co niekoniecznie jest mi niezbędne. W tym miesiącu sama zawitałam kilka razy do drogerii i kupiłam parę rzeczy, ale też byłam na Spotkaniu Blogerek w Ostrowcu Świętokrzyskim i dostałam parę rzeczy.
Jeżeli jesteście ciekawi, co przywiozłam ze spotkania zapraszam na wpis z upominkami tutaj.

Od Ekodrogerii.pl otrzymałam parę rzeczy do testowania, których recenzje będziecie mogli przeczytać już niedługo na blogu:
*Santaverde, aloesowy żel do oczyszczania twarzy
*BioPha nature, pasta do zebów mentolowa
*Bentley Organic, żel pod prysznic
*Nikel, balsam pod oczy i dookoła ust


Marka Resibo jest marką która ciekawiła mnie bardzo od dawna. Jakoś nigdy nie było mi z nią po drodze, ale jak widziałam te cudowne opakowania, design to nie mogłam się napatrzeć i chciałam, żeby wszystko mi tak pięknie wyglądało w łazience. No i mam! Do testowania dostałam płyn micelarny oraz balsam do ust, a także masę próbek, które równie pięknie wyglądają.


No i moje zakupy. Kilka razy wybrałam się do Rossmanna po pierdoły, żeby skorzystać z promocji i tak całkiem szczerze chyba nic nie potrzebowałam za bardzo, a raz nawet zamarzyła mi się kąpiel z prawdziwego zdarzenia i poleciałam specjalnie do Tesco po sole, kule itd. Wydałam ponad stówę, więc chyba bezsensu byłoby dla mnie robić challenge 'przeżyj za 50zł' ;D.



Jak pisałam wcześniej, pojawiło się sporo produktów do kąpieli, których nie posiadałam nigdy, bo ja ogólnie za wanną nie przepadam i zawsze preferowałam szybkie prysznice ;). Dalej kupiłam peelingi, które na pewno mi się przydadzą i je zużyję, ale czekają na swoją kolej, bo chcę najpierw pozbyć się tych zalegających u mnie w szafce. Olejek do włosów już używam, więc ten zakup był najbardziej potrzebny chyba ;D. Szampony z Alterry i odżywki w sprayu z Gliss Kura kupuję zawsze jak są na promocji, a pasta wybielająca to tak mi jakoś wpadła w ręce ;).

Dajcie znać jak Wasze denko i ile nowych rzeczy przybyło Wam w styczniu do testów! :)