#39 Kinomaniak, czyli ostatnie filmy jakie oglądałam

13 lipca 2019


Kinomaniak! Kolejna część serii związanej z filmami, oglądaniem i w końcu przyszedł czas na filmy, które obejrzałam jakoś w tym roku. Ostatnio nie oglądamy za dużo filmów, a jak już to korzystamy głównie z Netflixa, który jest rewelacyjny! Subskrypcja była naszą najlepszą decyzją - poważnie. W internecie ciężko teraz znaleźć jakiś film, a my i tak nie mam za dużo czasu na to, więc muszę zwolnić z kinomaniakiem, bo nie będzie o czym pisać. Ale na razie mamy o czym i zapraszam! 

Planeta Singli 3 (2019) komedia romantyczna

Mi się na maksa podobała ta część! Często jest tak, że te następne części są nie do końca trafione, coś nam nie pasuje i czuć, że jest to po prostu przeciąganie na siłę. Tutaj nie miałam czegoś takiego. Dla mnie seria świetna, część rewelacyjna. Znajdziecie tutaj dosłownie wszystkie momenty: rozkoszne, słodkie, sentymentalna, ale i zabawne, śmieszne, czy lekko wkurzające. I o to chodzi w kinie. Dla mnie genialna i cóż. Mam tylko nadzieję, że jak najmniej wesel kończy się tak dramatycznie jak w Planecie Singli. Ale, miłość zawsze wygrywa i są rzeczy ważniejsze.

Nie otwieraj oczu (2018) 'Bird Box' thriller, sci-fi

To jest tak rozkminony film, że ja nie mogłam wyjść z podziwu. Nie przepadam za takim rodzajem filmów i na pewno bym go nie wybrała, gdyby nie fakt, że gra w nim moja ulubiona Sandra Bullock. Film trzyma w napięciu cały czas, są chwile grozy, stresu i naprawdę można się wkręcić w ten film. Jest niesamowity, niesamowicie poruszający. Poza tym, jedyny w swoim rodzaju, nie widziałam jeszcze podobnego motywu ani podobnej fabuły, coś niesamowitego! Ja bardzo Wam go polecam, bo jest to coś, co warto obejrzeć. Dużo zaufania, dużo ostrożności, a czasem dzieją się rzeczy, na które nie mamy wpływu, ale zawsze można sobie jakoś poradzić. Wiadomo sceny z filmu nie wydarzą się w życiu realnym, ale i tak szok.

Kluseczka (2018) 'Dumplin'' dramat, komedia, musical

Tak wiem, Jen Aniston, więc chyba nie ma zdziwienia, że obejrzałam ten film. Kluseczka jest rozkoszna, słodka i pulchniutka. Bierze udział w konkursie piękności, bo powinna mieć to we krwi, skoro jej mama je organizuje.  Dosyć zabawny, trochę też dramatyczny, ale przepełniony samoakceptacją, a to mi się podoba. Ten film pokaże Wam ogromną wolę walki i siłę przyjaźni. Ludzie cały czas muszą coś innym udowadniać, tak jak tutaj. Nie jest to górnolotny film, który sprawi, że przez tydzień nie będziecie mogli spać, ale jest okej na nudne popołudnia.
Nie wiem dlaczego został oznaczony, jako musical, ale no dobra, coś tam śpiewają, ale nie jest to typowy musical.

Weselny tydzień (2018) 'The Week Of' komedia

Kolejny weselny film mi się tutaj wkradł, ale to akurat za sprawą Adama Sandlera. Film jest okej, bez szału, nie pamiętam z niego za wiele, a to oznacza, że albo przysypiałam albo jest po prostu jak każdy inny. Ojcowie chcą zawsze, jak najlepiej dla swoich dzieci i nawet jeśli nie mają pewnych możliwości to chcą pomóc, po risottu. I to jest rozkoszne, ale nie odpuszczają i działają za wszelką cenę. Ale ostatecznie wszystko kończy się dobrze, a to jest najważniejsze. Z braku laku można obejrzeć, ale jest dużo więcej lepszych filmów. 

Trzynaście powodów (2017 -) 'Thirteen Reasons Why' dramat

Na pewno wszyscy słyszeliście o tym serialu. Ja się do niego zabierałam kilka razy, bo dramaty mnie strasznie poruszają, szczególnie takie, które tyczą się bezpośrednio młodego życia. Warto go obejrzeć, na maksa. Pierwsza seria jest dużo lepsza niż kolejna, więc ja bym nawet na pierwszej się mogła zatrzymać. Serial porusza, niesamowicie bardzo, sprawia, że się o nim myśli, bo na maksa zapada w pamięć. Pokazuje wiele problemów młodzieńczego życia i na pewno dotknie część z Was. Nie oszukujmy się takie rzeczy się dzieją, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, co siedzi w większości z naszych znajomych. Serial genialny i powinien być przestrogą i zarazem wskazówką dla wszystkich, którzy pracują z młodzieżą.

Misz Masz czyli Kogel Mogel 3 (2019) komedia obyczajowa

Matko, nawet nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że od kiedy była dzieckiem nienawidziłam żadnej części Kogel Mogel. Nie rozumiem, co ludzie widzą w tych filmach i za co lubią główną bohaterkę Kasię. No po prostu nie. Poszłam na trzecią część, bo trailer wydawał mi się tak zajebisty, że pomyślałam sobie, 'O! Zmienię zdanie'. Zmieniłam, ale na temat pierwszych dwóch części. Trzecia jest według mnie tak beznadziejna, że aż polubiłam trochę bardziej pierwsze dwie. Uwielbiam Marlenkę, żonę Piotrusia, tak pozytywna postać, tak kochana i ciepła, że naprawdę. Gdyby nie to, to meh. Ogólnie nuda, beznadziejna historia, naciągana do granic możliwości, a finał jeszcze gorszy i masakra.
Jedyne co mi się podoba to to, że zatrzymali tych samych aktorów, no jakoś to wzbudziło we mnie taki fajny sentyment. Aczkolwiek Kasia w dalszym ciągu ma tak samą beznadziejną manierę mówienia. 


Złuszczający peeling do ciała w mydle, Hemp Care

10 lipca 2019


Halo, halo! Dzień dobry. Co tam, jak tam? Ja ostatnio latam, ogarniam, ostatni weekend w Lublinie spędziliśmy rewelacyjnie. Powiem szczerze, że dawno nie spędziłam tam, tak zajebistego czasu! Poważnie! Kolejny weekend zapowiada się tym razem w Krakowie z moją świadkową, więc się jaram. Mamy co robić, a narzeczony do nas dojedzie i spędzimy na pewno mega czas. Już się nie mogę doczekać. Poza tym, dalej ogarniamy i czas ucieka - czad!
Dzisiaj mam dla Was wpis zapowiadany już w ostatniej recenzji Kremu do ciała, będzie to kolejny produkt marki Hemp Care, ale tym razem będzie to peeling w innej formie niż wszystkie moje peelingi, które dotąd miałam okazję używać.

Hemp Care, Złuszczający peeling do ciała
z organicznym włoskim olejkiem konopnym


Pożądany zabieg dla odnowy naskórka z kombinacją łagodnych i naturalnych substancji złuszczających, pozyskanych z jojoby oraz Polinezyjskiego Tamanu. Zawarty w peelingu wysokiej jakości Organiczny Włoski Olej Konopny odżywia Twoją skórę sprawiając, że jest miękka i promienna.

Skład: Sodium Palmate, Sodium Palm Kernelate, Aqua, Parfum, Cannabis Sativa Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Shell Powder, Corylus Avellana Shell Powder, Palm Kernel Acid, Glycerin, Sodium Chloride, Tetrasodium EDTA, Tetrasodium Etidronate, Limonene, Linalool.

Sposób użycia: masuj kulistymi ruchami, skupiając się na najbardziej suchych i szorstkich miejscach, pozostaw na kilka minut, a potem zmyj letnią wodą. By uzyskać najlepsze rezultaty powinno się używać 2-3 razy w tygodniu.


Peeling dostajemy w kartoniku, na którym znajdują się najważniejsze informacje, a sam peeling zabezpieczony jest papierem, które jest dobrze zaklejone. Jak widzicie nie jest to zwykły standardowy peeling w tubce czy słoiku, o czym już wspominałam, a mamy tutaj produkt, który nie potrzebuje znajdować się dodatkowo w plastikowym opakowaniu - fani eco powinni być na maksa zadowoleni.
Nie będzie to zaskoczeniem dla nikogo, jak powiem, że zapach od początku jest cudownie wyczuwalny i pachnie tak samo, jak Krem do ciała - czyli obłędnie! Ja jestem tak zakochana w tym zapachu, że naprawdę - przepadam za każdym razem, jak wącham. Przydymiony, migdałowy, konopny zapach, typowy dla tej marki - cudo.
Konsystencja jest oczywiście stała, więc tutaj za dużo nie powiem. Początkowo mydełko jest gładkie, ale przy pierwszym używaniu wierzchnia warstwa się ściera i mamy drobinki, mocne i gruboziarniste, co mnie zaskoczyło, bo tego się nie spodziewałam. Mogę też powiedzieć, że pod wpływem wody mydełko się nie ciapie, ani nie rozpuszcza, nie zauważyłam też, żeby większe kawałki peelingu od niego odpadały, a u mnie znajduje się cały czas w pobliżu prysznica, więc jest dość narażone na wilgoć, ale nic się tutaj nie dzieje.


Stosowanie nie było dla mnie proste początkowo. Nie jestem przyzwyczajona do używania jakichkolwiek mydeł i mam wrażenie, że dalej robię to trochę dość nieudolnie - ale na szczęście wszystko jest kwestią wprawy. Mam wrażenie, że peeling mógłby być odrobinę większy, wtedy lepiej leżałby w dłoni, bo tak cały czas zastanawiam się, czy nie wyleci mi zaraz z dłoni. Chociaż pod wpływem używania i tak by zmniejszył swoją wielkość, więc trzeba się przyzwyczaić i znaleźć swój najlepszy sposób na używanie, bo warto (!). Ogólnie fajnie peelingiem masuje się po ciele, czuć dość mocne drobinki, grubsze ziarenka, coś co lubię - no i mamy przy okazji super masaż na ciało. Mam wrażenie, że peeling pozostawia po sobie lekki film, ale nie przeszkadza mi w żaden sposób. A uwierzcie mi, że zazwyczaj zmywam wszystko, jak najszybciej, bo się kleję. Tutaj nie mam takiego problemu.
Muszę przyznać, że od razu po użyciu skóra jest niesamowicie miękka, gładka i cudownie miła w dotyku. Czuć, że pozbyłyśmy się martwego naskórka i skóra dużo fajnie wchłaniała balsam, ale nie miałam uczucia, że jest taka potrzeba tak naprawdę. Ciało jest idealnie wygładzone, nawilżone, odżywione, a do tego wypeelingowane. Poza tym, kształt i masowanie takim mydełkiem idealnie wpływa na jędrność i elastyczność skóry, która po takim masażu na pewno będzie wyglądała lepiej i również wspomoże redukcję cellulitu. Skóra nie jest w ogóle podrażniona. O zapachu nie muszę wspominać, bo pod prysznicem unosi się jeszcze bardziej i czaruje.


Kształt peelingu jest dla mnie zdecydowanie czymś nowym, ale idzie się przyzwyczaić i szybko dochodzimy do wprawy. Fajne jest to, że w takiej formie nie ma szans, że jakaś ilość produktu nam się zmarnuje, bo np. za dużo wyciśniemy z tubki. Poza tym, to jest bardzo wydajne! Używam namiętnie i nie widzę praktycznie żadnych zmian. Często po jakimkolwiek peelingu mam gładką skórę, ale wymaga ona nawilżenia, po tym peelingu skóra jest miękka, nawilżona i odżywiona. Balsamu używam z przyzwyczajenia.
Skóra jest fantastycznie nawilżona, odżywiona, do tego wygładzona. Sam masaż dodatkowo uelastycznia i ujędrnia ciało, a w połączeniu z drobinkami jeszcze lepiej działa na skórę. Ja jestem bardzo zadowolona. Produkt wydajny, działający i cudownie pachnący. Idealnie też sprawdzi się na wyjeździe. Bardzo polecam!



Cudownie pachnący krem do ciała, hemp care

07 lipca 2019


Dzień dobry! U mnie ostatnio sporo zmian, sporo się działo, a to za sprawą mojego starego laptopa, który w końcu po kilku latach postanowił wyzionąć ducha. Nie miałam nawet parcia, żeby go naprawiać, bo i tak znowu by padł po jakimś czasie, więc postanowiłam zainwestować w nowy sprzęt. Na szczęście udało mi się go dostać wcześniej niż było to planowane, więc już piszę do Was z mojego nowego cacka, z którego po dwóch dniach jestem turbo zadowolona! Ale, nie znam się na komputerach, więc nie będę tutaj nic więcej mówić, czas przejść do tematu, na którym się bardziej znam!


Marka Hemp Care jest mi znana już od dłuższego czasu, korzystałam z produktów do włosów, a teraz było mi dane przetestować kosmetyki do ciała, mamy tutaj peeling i krem do ciała. I właśnie na temat drugiego produktu będzie dzisiejszy wpis.


Hemp Care
Odżywczy krem do ciała 
z organicznym włoskim olejem konopnym


Odżywczy krem do ciała szybko się wchłania, pozostawiając skórę miękką. Poza tym, przynosi ulgę suchej skórze, łagodzi stany zapalne, nawilża i pobudza zmysły. Dostarcza substancji odżywczych i dzięki obecności wysokiej jakości olejku konopnego jest idealny do pielęgnacji i odświeżenia skóry.  Przywraca skórze blask, jędrność, głęboko ją regeneruje, a także wyrównuje jej koloryt. Kwasy Omega 3 i Omega 6 mają bezpośredni, dobroczynny wpływ na kondycję skóry oraz przeciwdziałają przedwczesnemu starzeniu się. Dzięki temu, zostaje poprawiona funkcja ochronna naskórka, a także zostaje on uelastyczniony. Organiczny Ekstrakt z Owsa pomaga przywrócić barierę ochronną, poprawiając szybko stan suchej skóry.
W przypadku alergików łagodzi świąd oraz wspomaga leczenie stanów zapalnych, takich jak łuszczyca, egzema i atopowe zapalenie skóry. Bez PEG, parabenów, produktów ropopochodnych, olejów mineralnych, SLS,, SLES i barwników.

Skład: Aqua, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Parfum, Ceteareth-20, Cannabis Sativa Seed Oil, Avena Sativa Bran Extract, Cetyl Alcohol, Sorbitan Stearate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Glucoside, Citric Acid, Tocopherol, Phenoxyethanol, Potassium Sorbate, Benzyl Alcohol, Limonene, Linalool, Hexyl Cinnamal, Coumarin.

Sposób użycia: Należy nanieść odpowiednią ilość kremu na całe ciało i masować skórę delikatnymi ruchami kołowymi, aby pomóc we wchłonięciu się produktu.


Balsam znajduje się w dość niepozornej tubce, estetycznie wszystko tutaj gra, bardzo mi się podoba i jest to już dla mnie typowo w stylu marki Hemp Care, co bardzo mi się podoba. Mówię, że opakowanie jest niepozorne, bo nie myślałam, że mamy tutaj pojemność aż 150 ml, ale fajnie, bo tubka ma fajny kształt, nie jest jakaś ogromna, dzięki czemu chętnie bym zabierała ją ze sobą na wyjazdy, nawet zamiast próbek czy niepełnowymiarowych produktów. Na opakowaniu mamy wszystkie najważniejsze informacje. 
Powiem Wam, że zapach jest wyczuwalny nawet przy zamkniętej tubce, czad! Poza tym, jest obłędny, dość przydymiony, lekko ciężki, ale jest po prostu rewelacyjny! Jest to zapach też typowy dla produktów marki Hemp Care z olejkiem konopnym; wszystkie pachną podobnie. Bardzo poproszę o perfumy, które pachną dokładnie tak samo. Uwielbiam się nim smarować, tym bardziej że ten zapach utrzymuje się dość długo na skórze! No mega! Posmaruję się nim rano i w ciągu dnia w dalszym ciągu jest on wyczuwalny, ja jestem zachwycona.
Konsystencja jest dość kremowa, nie za rzadka, nie za gęsta, idealna i w sam raz. Fajnie się rozsmarowuje po ciele i niewiele potrzeba, żeby nałożyć wszędzie. I naprawdę bardzo szybko się wchłania! Ledwo po zastosowaniu, można się ubierać bez obaw, że się pokleimy czy coś, co szczególnie rano jest dla mnie mega ważne.


No i jeśli chodzi o działanie. Nie mam się do czego przyczepić. Skóra od razu po zastosowaniu jest mega miękka, gładka i miła w dotyku (i oczywiście pachnąca!). Po jakimś czasie zauważyłam, że skóra rzeczywiście jest wygładzona, ujędrniona, nawilżona, zregenerowana i zadbana. Dużo fajniej wygląda, ale zdaję sobie sprawę z tego, że na to ma wpływ też wiele innych czynników, ale ten krem na pewno dodał swoje trzy i więcej groszy do tych efektów. Poza tym, krem też od razu działa na opaleniznę. Wiadomo, po ostrym opaleniu się używam najpierw produktów stricte po opalaniu, ale po dwóch dniach używam już regularnego balsamu do ciała. I obecnie mogę Wam powiedzieć, że wspomaga on utrzymywanie się opalenizny. Fakt, schodzi mi obecnie lekko skóra, ale opalenizna zostaje. Ciało jest nawilżone, odżywione, a przy okazji podrażnienia spowodowane przez promienie słoneczne są złagodzone - ekstra. 
Mam wrażenie, że co jakiś czas w lato mam problemy z egzemą, trochę swędzi mnie skóra bez żadnego powodu, ale od kiedy używam tego balsamu problem został praktycznie zażegnany i zniknął. Daje ulgę, łagodzi, odżywia, nawilża, no i pachnie. Ja jestem naprawdę bardzo zadowolona i zachwycona!


No i wow! Co tu więcej mam dodać? Dla mnie balsam idealny, zapach ma tak oszałamiający, który w dodatku się nie ulatnia, działanie jest mega wspaniałe, szybko się wchłania i naprawdę sprawił, że moja skóra na lato jest zdrowa i zadbana. W Internecie znajdziecie go w różnych cenach; od 50 do nawet 80 zł. Nie jest to niska cena w porównaniu z innymi produktami, ale ja za dobre, wydajne  i tak pachnące rzeczy jestem w stanie zapłacić i nie jest mi wtedy szkoda i na pewno będę do niego wracać!
Stay tunned, bo niedługo też pojawi się druga recenzja, tym razem będzie to peeling w mydle, który pachnie tak samo obłędnie!


Kwiatowo-piżmowy obłęd zapachowy, NOU Cherry Blossom

04 lipca 2019


Dzień dobry! Co tam, jak tam? U mnie ostatnio sporo ogarniania, sprzątam, wyrzucam nagromadzone i niepotrzebne rzeczy z całego roku - czyli standard w wakacje. Mam więcej czasu, więc w końcu będę mogła sobie wszystko na spokojnie uporządkować, i mega! Działamy mimo upałów, skupiamy się na tym co fajne, i tak jest najlepiej. 
Ostatnio pisałam Wam o wodzie perfumowanej od Yves Rocher, Moment de Bonheur, która swoim świeżym zapachem fajnie wprowadza nas w wiosenno-letni stan. A dzisiaj mam dla Was równie letni zapach, ale odrobinę cięższy od tamtego, ale tak samo idealnego na wakacje! To była zdecydowanie miłość od pierwszego poniuchania.


NOU, Cherry Blossom


'Romantyczny spacer zaczyna się pośród ogromnych peonii i soczystych brzoskwini, wśród których słychać łopot delikatnych skrzydeł motyli. Ogarnia Cię spokój. Idziesz dalej kwiatowo-owocową aleją, rozkoszując się zachwycającym widokiem. Wydaje się, że za chwilę ogród się skończy, tymczasem odkrywasz nową ścieżkę. Tym razem delikatny powiew wiatru przynosi piękne zapachy kwitnących wiśni, jaśminu, róż i fiołków. A gdy ucichnie, poczujesz jeszcze piżmo i intrygujący zapach drewna.' [http://noupoland.pl/]

Nuty głowy: peonia, brzoskwinia
Nuty serca: kwitnąca wiśnia, jaśmin, róża, fiołek
Nuty bazy: piżmo, drzewo


Perfumy znajdują się w kartoniku, na którym znajdziemy część podstawowych informacji. Natomiast same perfumy dostajemy w szklanym flakoniku, z dość grubego szkła, więc nie ma obawy, że przy pierwszym lepszym upadku coś nam się może stłuc. Flakonik ma bardzo elegancką zatyczkę,ale całość jest utrzymana w dość prostym i minimalistycznym stylu, co dla mnie jest super rozwiązaniem. Przynajmniej wszędzie mi pasuje, a i ja nie przepadam za przekombinowanymi pakowaniami. Poza tym, sam flakonik jest niewielki o pojemności 50 ml, ale tez dość zgrabny, dobrze leży w dłoni i wygodnie się go używa.
Mgiełka jaką rozpylamy jest idealnie rozproszona i w równomierny sposób pokrywa nasze ciało. Ja standardowo spryskuję nadgarstki, okolice dekoltu i szyi, a i czasem też spryskuję sobie włosy, bo one najfajniej roznoszą zapach. Przy okazji, pamiętajcie żeby nie rozcierać perfum na nadgarstkach, bo to sprawia, że cała kompozycja nut zostaje zaburzona i zapach nie będzie tak trwały, jakby mógł. Po więcej szczegółów zapraszam do Oli na Malowane Oczy.


Ja jestem zakochana w tym zapachu od pierwszego niuchnięcia. Jak tylko dostałam te perfumy, spodziewałam się bardziej delikatnej i lekkiej mgiełki, która będzie po prostu ładnie pachnieć. Ale jak tylko rozpyliłam je po raz pierwszy, przepadłam i nie mogłam mu się oprzeć.
Zapach jest dość mocny i intensywny, za czym z pewnością stoi piżmo, ale nie na tyle, żeby miał nam przeszkadzać czy irytować,a czasem też robi się coraz delikatniejszy. Początkowo mocno czuć obłędne i smakowite połączenie kwiatów i owoców. Od razu jakoś tak czuję się lepiej i pewniej siebie. Ale nie jest to zapach słodki, owocowy i infantylny, tylko na maksa kobiecy i elegancki. Po jakimś czasie, pojawia się zapach wiśni i róży, co już w ogóle dla mnie Elegancja Francja. Nawet nie wiedziałam, że takie combo może tak fantastycznie pachnieć.
Nou Cherry Blossom jest jednym z niewielu zapachów, w którym rzeczywiście czuję konkretne nuty zapachowe. Zazwyczaj wszystko zlewa mi się w jedno i nie jestem w stanie wyłapać nic konkretnego. Tutaj są zapachy mocniejsze inne słabsze, ale niektóre składniki naprawdę da się wyczuć - rewelacja. 


Zapach wprowadza mnie w genialny nastrój, idealny na romantyczne wieczory, spacery, randki z ukochaną osobą. Gwarantuję Wam, że Wasz seksapil w połączeniu z tym zapachem będzie oszałamiający. Sam opis ze strony producenta jest dla mnie strzałem w 10, bo ja czuję się dosłownie tak samo, kiedy otulam się NOU Cherry Blossom. Lubię ciężkie zapachy, ale nie są to drażniące zapachy. W dalszym ciągu jest wyczuwalny, ale w idealnie wyważony i subtelny sposób. 
Ale nie jest to dla mnie zapach jedynie na wieczory. Uwielbiam używać go też w ciągu dnia, kiedy mam coś do załatwienia, czy mam dość nieformalny plan dnia. Cherry Blossom jest idealny po prostu na każdą okazje i na pewno będę do niego wracać.
Poza tym, jest bardzo trwały, nie znika po kilku minutach, a na ubraniach jest wyczuwalny przez dłuższy czas. Dla mnie spokojnie zapach mógłby stanąć na jednej półce wśród ekskluzywnych i drogich marek, a te perfumy dostaniecie w Rossmannie za ok. 70 zł. Obecnie Cherry Blossom jest na promocji za 50 zł. I naprawdę warto, bo zapach jest genialny.


Denko, czerwiec 2019r.!

01 lipca 2019


Dzień dobry! Kolejny miesiąc za nami. Wyobrażacie sobie, że już zaczął się lipiec? Ten czas tak leci nieubłaganie, że ja aż tak do końca w to nie wierze, szał! Dobrze, że jest to denko, bo inaczej nie miałabym jak odmierzać czasu i bym się obudziła gdzieś w październiku, wielce zaskoczona! Ale fajnie, niech leci, niech się dzieje, bo dużo przed nami! No i czad! Dzisiejsze denko będzie trochę mniejsze w porównaniu do poprzednich, więc nawet mnie to cieszy,bo by mi się nie chciało pisać tyle, co zawsze. Zużywam próbki, produkty, które mi leżą w łazience kilka miesięcy i czuje się dzięki temu lżej, bardzo mało też kupuję, także same sukcesy w tym miesiącu!


Jak na standardowo zdenkowane produkty, nie ma w tym miesiącu szału. Jestem w szoku, że nie zużyłam wacików, ale tak to jest jak się używa olejku do demakijażu i  ściereczek z mikrofibry. Czad. Co zużyłam? A no Facelle, chusteczki do higieny intymnej, bez tego ani rusz, i jeśli jeszcze ich nie znacie to naprawdę musicie! Są najlepsze, najtańsze, a bardzo fajnie działają. Poza tym, Isana, delikatne mydło - święto kwiatów, nie zrozumiem nigdy wydawania milion monet na zwykłe mydło, a to z Isany jest genialne, ładnie pachnie i nie wysusza dłoni, i mamy bardzo dużo wersji zapachowych! I oczywiście, Schwarzkopf, Gliss Kur, ekspresowa odżywka regeneracyjna, fiber therapy, odzywki najlepsze na świecie, zawsze mi odżywiają i nawilżają włosy, mogę ich używać cały czas, a włosy nie są ani przetłuszczone ani obciążane. Szał. Udało mi się tez zużyć ulubiony Hean, slim no limit, peeling owocowe SPA do ciała [jagoda acai i wiśnia japońska], peelingi są mocno gruboziarniste, super oczyszczają, wygładzają i zmiękczają skórę całego ciała. Pachną tez obłędnie, więc mega. I Catrice, liquid camuflage, korektor high coverage, nie ma lepszego i zawsze będę do niego wracać, nic złego mi nie robi, a super kryje i sprawia, że wyglądam zawsze świeżo i na wyspaną.

  • Vitapil, suplement diety,mocne lśniące włosy - widzę, że recenzja, do której odsyłam nie jest zbyt pozytywna, ale tym razem mogę powiedzieć, że tabletki mi pomagają, do wielkości tabletki się przyzwyczaiłam (wtedy miałam ogromną awersję do wszystkich tabletek). Teraz zauważyłam, że paznokcie rosną jak szalone, w końcu przy hybrydach widać odrost, włosy też są coraz dłuższe i coraz fajniejsze, więc nie narzekam. Lubię i będę się suplementować.
  • Efektima, konopne masło do ciała z oliwą z oliwek - jak ja uwielbiam konopne kosmetyki, ja nie wiem ale ten zapach jest dla mnie genialny. Masło cudownie nawilża, zmiękcza i wygładza ciało. Szybko się wchłania, ale widać genialne efekty na skórze i długotrwałe. Konsystencja masła nie należy do moich ulubionych, ale tutaj bardzo super mi się z nim współpracowało.
  • Be Beauty, maska na tkaninie, nawilżenie - czarna owca - miałam inną wersję i była beznadziejna i kminiłam, że tutaj tez może być słabo, ale zaskoczyłam się! Maska świetnie nawilża skórę, sprawia, że jest gładka i elastyczna. Po masce miałam jeszcze nałożyć sobie żelowe płatki od oczy, ale nie były mi potrzebne! Skóra pod oczami była wygłodzona, nawilżona i super napięta, także wow!
  • Eveline, multifunkcyjny podkład CC - ten podkład jest fajny, jest lekki, wystarczy niewielka ilość, żeby nadać skórze promienny i ładny wygląd. Mimo wszystko fajnie kryje przy mniejszych problemach, będziecie zadowolone na pewno. Jedyny jego minus to to, że strasznie paćka mi pędzel i skleja go okropnie, bo wchodzi we wszystkie możliwe zakamarki, ale to mamy motywację do częstszego prania pędzli.

  • Efektima, myjący mus do ciała, ekstrakt z maliny i olej ryżowy - ten mus robi genialne pierwsze wrażenie, mamy genialną piankową konsystencję, fajny malinowy zapach i czad. Ale poza tym, to jest to już zwykły produkt do kąpieli czy pod prysznic, który niestety bardzo szybko się kończy. Ale i tak jest to świetna odskocznia od standardowych produktów pod prysznic.
  • Efektima, peeling kokosowy - za tymi peelingami za bardzo nie przepadam, bo są drobnoziarniste, za bardzo kremowe, ja zdecydowanie wolę gruboziarniste, mocne peelingi. Ale poza tym, nie mam się do czego przyczepić. Zapach mają fajny, wygodne na wyjazdy i ewentualnie do używania po depilacja na podrażnioną skórę w moim przypadku.
  • Schwarzkopf, essence ultime, omega repair szampon - nawet nie chce wiedzieć, jak długo miałam ten szampon, ale w końcu udało się go zużyć. Szampon, jak szampon, lubię go, bo dziwnym trafem kojarzy mi się z bożym narodzeniem. Dobrze oczyszczał włosy, nie przetłuszczał ich ani nie obciążał, nie podrażnił mi też skalpu. Ale wchodząc ponownie w temat kręconych włosów, raczej bym go nie wzięła ponownie.
  • Biopha Organic, naturalna wybielająca pasta do zębów - Początkowo byłam mega zadowolona z tej pasty, jarałam się, że coś nowego, coś oryginalnego, coś turbo wydajnego, ale wyrzucam niezużytą do końca. Strasznie mnie męczyło używanie jej na dłuższą metę, ciężko było mi ją potem wycisnąć z opakowania i jednak wolę pieniące się pasty. Ta ogólnie działa, oczyszcza zęby, daje świeży mentolowy oddech i przywraca naturalny odcień zębów Ja też wolę jednak coś turbo wybielającego.


  • Optimaplus, Naturalny olej ze słodkich migdałów - oj po prostu nie. Pierwsze użycie, efekt był wow i cudowny, każde kolejne było coraz słabsze, w sumie może niekoniecznie olej powinien lądować w bublach, bo nie nadaje się po prostu do mojego rodzaju włosów, ale no tak wyszło, haha.
  • Marion, chusteczki nawilżane szkolne - kolejna rzecz, która przeleżała w mojej szafce i wyrzucam nieużyte do końca Wyschły po prostu, a powiem szczerze, że ja lubię tego typu produkty, ale tych balonowy zapach mi tak nie podpasował, że nie używałam. Ogólnie w użyciu były spoko, jak już użyłam, bo odświeżały, ewentualnie oczyszczały z jakichś tam zabrudzeń, ale ten zapach przekreśla cały produkt.


Próbek nie za wiele, ale zawsze coś. Ja nawet nie zawalam sobie sprawy, że próbki np. kremu do twarzy starczają na tak długo! Zazwyczaj jak brałam je ze sobą na wyjazdy to już nie zabierałam ich z powrotem, tylko wyrzucałam nieważne ile produktu zostało do końca. A szkoda, bo musiałam zmarnować sporo kremów. No, ale udało mi się zużyć Equilibra, dermo-żel aloesowy, który fajnie i mocno nawilżał i przynosił ukojenie podrażnionej skórze. Poza tym, Vianek, łagodzący krem BB, SPF 15 użyłam raz i byłam dość zadowolona, ale to było tak na chillu w dzień, kiedy nie miałam parcia na mocny makijaż, musiałabym więcej użyć, żeby ocenić.W końcu się też zabrałam za stopy! I tak oto zużyłam AA, oil essence, zadbane stopy, dwuetapowy zabieg, który okazał się być u mnie strzałem w 10! Fajny mocny peeling, piękny zapach i mocno nawilżająca maska to coś, co moje stopy lubią. No i kremy do twarzy: Resibo, krem ultranawilżający był w porządku, bardzo się polubiłam z tymi kremami i na pewno kupię pełnowymiarowe. Podobnie sprawa wygląda z See See, mineralny krem nawilżający na dzień. Też fajnie nawilża, rozświetla cerę, jest lekki i mega fajny na lato.

I ot, całe denko! Dawajcie koniecznie zna, jak Wam poszło!