Moje Baby Shower! czyli polskie bociankowe

26 kwietnia 2021

 

Hej! Jestem, cała i zdrowa, i co najważniejsze szczęśliwa! Jak Wam pisałam ostatnio i widzieliście może na instagramie, to w sobotę miałam z moją mała niunią pierwsza imprezę, czyli Baby Shower! Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć, filmików to zapraszam na mój instagram - na wyróżnioną relację - babsy shower ;). Ja już jedną taką imprezę organizowałam, więc jeśli jesteście ciekawi, jak wygląda organizacja Baby Shower to oczywiście zapraszam. A dzisiaj będę pisać ten wpis z punktu widzenia przyszłej mamy. 
Muszę przyznać, że moja przyjaciółka i wszystkie dziewczyny stanęły na wysokości zadania i naprawdę dały takiego czadu, że wow! Mam wrażenie, że wszystko było dograne i dopięte na ostatni guzik, mimo że wiecie nie brałam udziału w organizacji, wiedziałam tyle ile musiałam, ale dało się odczuć, że wszystko gra, wszystko jest ogarniane i nie muszę się stresować, co było super, bo ja bardzo lubię mieć wszystko pod kontrolą i to mnie przerażało, że coś się dzieje poza mną. 
Patrzcie, jakie mam super dziewczyny wokół mnie!



Co wiedziałam o Baby Shower, jako przyszła mama?

Wiedziałam oczywiście kto będzie, kiedy będzie i gdzie będzie. Baby Shower było u mnie w mieszkaniu, więc były takie rzeczy, które też musiałam wiedzieć; o której będą poszczególne dziewczyny, jakie dekoracje będą, jak to skomponować w salonie, że trzeba będzie zrobić miejsce na słodki stół, na ściankę, jak ustawić stół, co wywalić z pokoju, co przynieść, co załatwić, co mi potrzeba z kuchennych rzeczy itp. Na bieżąco dostawałam najważniejsze informacje, które po prostu musiałam wiedzieć, ale i dla własnego spokoju - chciałam wiedzieć. Tak jak pisałam, nie lubię jak coś się dzieje poza mną i nie mam nad czymś żadnej kontroli, a to dawało mi przynajmniej minimalne poczucie kontroli - wystarczyło mi ;)



Dekoracje na Baby Shower

Tutaj po prostu wielkie brawa dla mojej przyjaciółki i męża. Oczywiście pomagałam im trochę haha, pompowałam balony, instruowałam, jak i co będzie mi się najbardziej podobać, ale mimo wszystko moja psiapsia wymyśliła girlandę z balonów i ogarnęła całą resztę dekoracji. Z kolei mój mąż nam to wszystko tak idealnie przymocował do ściany, że spokojnie trzymałoby się to bardzo długo, ale niestety w poniedziałek trzeba było posprzątać.
*Jak coś to wszystkie dekoracje zakupiła na allegro, a girlandę z balonów zrobiłyśmy na specjalnej taśmie z dziurkami, do których wkłada się balony i wszystko gra. Hel nie był do niej potrzebny, a wszystko trzymało się u nas na dwustronnej taśmie klejącej! Bomba!

Był też Słodki Stół! Przyjaciółka zrobiły deserki, w tym też i wersja fit dla mnie, były muffiny, było moje ulubione fit ciasto z FitCake i wafelki, jak i ciacho - co prawda część rzeczy na stałe schowałam do lodówki, bo nie było miejsca nigdzie na stole, a potem o nich zapomniałam, ale to ja ameba jestem haha.


Przydatne rzeczy

Lampa pierścieniowa! Jeśli tylko któraś z Was posiada to weźcie ją ze sobą! Moja przyjaciółka ją ma i wiem, że to jest mój kolejny zakup, Świetnie sprawdziła się do zdjęć grupowych, do boomernagów, do zdjęć we dwójkę, trójkę i po prostu do wszystkich zdjęć sprawdziła się rewelacyjnie! Opcje nasilenia i odcienia światła, dodatkowy pilot do cykania - no rewelacja, bardzo polecam!
Jeśli Wasza przyszła mama jest taką amebą, jak ja to pamiętajcie, że musicie też myśleć i za nią haha. Moja głowa w tym momencie nie funkcjonuje tak, jak zawsze, sam fakt, że schowałam ciasta do lodówki, bo nie było dla nich miejsca na stole i ich nie wyciągnęłam potem to jest hit. Dodatkowo jeśli traficie na 'słodką mamę' z cukrzycą ciążową, która nie jest perfekcyjną panią domu to też. Ja obecnie jestem tak przyzwyczajona do mojej diety, że zapominam o rzeczach, których nie jem i nie piję, w taki sposób wszystkie chipsy dalej leżą w szafce, tak samo, jak i napoje gazowane i soki owocowe. Mi nie wolno tego spożywać, więc automatycznie zapominam o ich istnieniu i po prostu nie pomyślałam, żeby wyciągnąć to na stół, haha. Z tego, co wiem każda mama ma 'swoje', słyszałam, że niektóre mają problem z koncentracją, inne z podejmowaniem decyzji, a jeszcze inne z pamięcią, więc warto myśleć za ciężarne.

Prezenty na Baby Shower - co dostałam?

Nie chwali post, ale wydaje mi się, że jak ktoś organizuje baby shower i zastanawia się, co można kupić, to przyda się Wam i ta część, a nawet bardzo może się przydać! Prezenty były i dla mnie, jak i dla naszej córy, więc też milusio. Uważam, że wszystkie prezenty są na maksa przydatne i wiem, że u nas się sprawdzą!

Mata edukacyjna dla małej
Uwielbiam takie rozwiązania, wiem że ma to dobry wpływ na dziecko no i na pewno się przydaje w codziennej opiece, a i będzie przydatne dla mniejszego, jak i większego bąbelka, więc nic tylko się cieszyć. Na pewno będzie korzystać. I nie powiem, zamierzałam sobie taką kupić, więc wyszło idealnie.



Mięciutki album z imieniem
Dziewczyny wiedzą, że jestem sentymentalna i uwielbiam takie rzeczy! Oczywiście, dzięki temu mała ma już swój album, a ja czekam aż zbiorę wszystkie zdjęcia i wywołam jej do albumu też i z baby shower ze wszystkimi ciociami! Nasz album jest podpisany imieniem córy, zrobiony z miękkiego materiału, zawiązywany, no jest mega! I nie mogę się doczekać, aż będę mogła go uzupełniać zdjęciami już jej samej. A znając mnie, to chyba szybko go zapełnię, haha.


Ładna koszula nocna do karmienia
Słowo ładna mogłabym napisać drukowanymi literami. Dostałam piękna koszulę nocną, z lekką koronką, z miłego materiału, w której wiem, że będę czuć się sexi, kobieco i elegancko pomimo połogu, karmienia i wszystkiego. Nie przechodziłam nigdy przez to, coś tam słyszałam, ale domyślam się, że połóg nie jest lekki, nie jest przyjemny i kobiety bardzo różnie go przeżywają, więc taka koszula będzie takie światełkiem w tunelu w tym ciężkim czasie.


Organizer do torebki
Nie miałam bladego pojęcia, co wyciągam z torby, ale od razu dostałam porady, co gdzie i jak, co prawda nic nie pamiętam, więc będę jeszcze na pewno pytać, co mam gdzie powkładać, haha. Ekstra sprawa, można włożyć pampersy, chusteczki, przypiąć smoczek i mieć wszystkie najważniejsze rzeczy dla dziecia w jednym miejscu, bardzo przydatne! Uwielbiam takie rozwiązania, tym bardziej, że staram się być zorganizowana i poukładana, to mega mnie to cieszy, że będę mieć porządek w torebce, zamiast walnięte wszystko wszędzie.


Moja niespodzianka dla dziewczyn!

Kto mnie zna ten wie, że ja zawsze muszę coś wymyśleć. Tak, jak Wam pisałam, nie lubię kiedy coś mnie omija, kiedy organizacja czegoś dzieje się poza mną, więc zajęłam się zorganizowaniem atrakcji dla dziewczyn i drobnego upominku dla każdej z ciotek!
Wpadłam na pomysł, żeby każda uzupełniła dla mnie coś jakby ankietę (śmiałam się, że robię im kartkówkę), w niej znajdowały się pytania, np: 'Jak uniknąć przewijania kupy?', 'Jak zmusić męża do wstawania w nocy?', czy 'Sposoby na relaks'. Pytań było oczywiście więcej, ale możecie sobie spokojnie dopasować te pytania pod siebie i swoje koleżanki. Najbardziej podobała mi się część ze Zgaduj zgadulą, którą widać poniżej. Nie mogę się doczekać, aż będziemy mieć możliwość sprawdzenia, czy któraś trafiła albo kto był najbliżej!


W nagrodę za 'sprawdzian' był Dyplom Super Cioci upoważniający m.in. do odwiedzania, noszenia i przewijania małej, do dostawania tysiąca filmików i zdjęć dziennie i do ratowania mnie w każdej potrzebie. Dodatkowo wszystkie Ciocie dostały (i jeszcze dostaną te, których nie było) bransoletkę z koniczynką na szczęście. Też taką mam, więc osobiście uważam, że powstał najlepszy Dream Team dla naszej małej ;). A ja uwielbiam takie rzeczy i mam nadzieję, że jest to fajna pamiątka dla wszystkich dziewczyn!


Jeśli chodzi o samo Baby Shower, wiem że impreza nie jest u nas jeszcze aż tak popularna i w sumie rzadko kiedy się ją robi, ale ja jestem mega szczęśliwa, że dziewczyny mi zorganizowały taką imprezkę. Powiem Wam, że był to dla mnie taki przełomowy moment, w którym dopiero dotarło do mnie, że ja rzeczywiście będę mieć dziecko.. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, ale dzień po Baby Shower przeglądałam zdjęcia i się rozwyłam, jak małe dziecko, byłam turbo emocjonalna i wszystko mnie wzruszało, więc tak mi się wydaje, że był to taki idealny moment, który uświadomił mi "Hej, będziesz mamą!' <3 I za to najbardziej dziękuję wszystkim dziewczynom!
Jakby któraś się zastanawiała to ja na Baby Shower byłam w 33/34 tygodniu ciąży. Nie uważam, żeby to było za późno, ale nie narzekam na samopoczucie w ciąży, nic mi nie dolega, czuję się ekstra i jestem w dalszym ciągu dosyć aktywna. A nawet muszę przyznać, że po imprezie nabrałam jeszcze więcej energii i bardziej ogarniam niż przed, więc chyba nasz cudowny Dream Team przelał na mnie same positive vibes. I teraz mam najlepszy humor do dopinania wszystkiego na ostatni guzik, torba do szpitala, wózek, komoda, pranie, układanie i ostatnie zakupy ;)

A jeżeli macie ochotę na podarowanie przyszłej mamie dodatkowych wrażeń, emocji i niesamowitego doświadczenia albo spokojnego relaksu i odpoczynku, to możecie też skorzystać z oferty znajdującej się na prezentmarzen.com Tam znajdziecie od szalonych po wyciszające opcje, więc na pewno coś wybierzecie!

Co myślicie o baby Shower? Warto robić taką imprezę, czy jest raczej niepotrzebna? :)



Wyjątkowa ponadczasowość z butami marki APIA

22 kwietnia 2021

 
Hej! Jak się macie, jesteście gotowi na wiosnę? Ja wiem, że pogoda nas nie rozpieszcza i w sumie na chwilę obecną sama jestem skołowana i nie wiem, co mamy za oknem, bo co jakiś czas widzę wszystkie możliwe pory roku. Ale to nic to nic - damy radę, mimo wszystko na każdy kolejny sezon trzeba się jakoś przygotować, a ja mam dla Was świetne propozycje od marki APIA.


Zacznijmy od tego, że buty APIA to buty najwyższej jakości i produkowane z najlepszych materiałów. Te buty charakteryzują się tym, że są bardzo eleganckie, ale i uniwersalne. Nie są w żaden sposób dziwne, specyficzne, czy tylko dla wybrańców. One są tak zrobione, że będą dla każdego, wszyscy znajdziecie coś dla siebie. Tym bardziej, że można zrobić tam kompleksowe zakupy, na stronie znajduje się oferta dla kobiet, mężczyzn, jak i dla dzieci. Dodatkowo macie też sekcję z torbami i akcesoriami. Więc na raz można zaopatrzyć wszystkich :).
Apia ma nie tylko sklep online, ale i parę sklepów stacjonarnych; w Warszawie, Katowicach, Poznaniu, Gdyni oraz Gdańsku. 


Idealne na obecną pogodę byłyby damskie sztyblety, które sprawdzą się i w deszcz, i w lekki chłód i nawet cieplejszy dzień. Moje ulubione, bo uniwersalne i na dodatek szybko się je zakłada i można wychodzić. Uważam, że pasują do większości stylizacji i nadają się na teraz perfecto! Uwielbiam łączyć sztyblety, jak i botki z eleganckimi kreacjami, ze spodniami, ale i ze zwiewnymi, wiosennymi sukienkami. Mam wrażenie, że takie buty dodają charakteru stylizacjom, sprawiają, że nie jest to zwykły outfit, tylko taki wow, wyróżniający się i wyjątkowy. Sztyblety na obcasie są naprawdę zgrabne i kobiece, a noga jest długa, wyszczuplona i wygląda genialnie. Więc, wielkie TAK dla sztybletów! Co prawda pokazuję wam jedynie czarne opcje, ale to dlatego, że takie ja preferuję, ale znajdziecie na stronie również opcje np. brązowe, granatowe czy beżowe.


Ale, jestem naprawdę zachwycona też szpilkami, czółenkami - kobiecymi, eleganckimi butami na wyjścia i na imprezy. Zbliżają się komunie, wesela i oczywiście wierzymy, że we wszystkim weźmiemy udział, a na takie chwile buty na obcasie są idealne. Marka APIA ma w swojej ofercie eleganckie, jak i uniwersalne szpilki, o różnym kształcie, w różnych kolorach, z różną wysokością obcasa, więc kolejne wow! Już się widzę w tych butach w pracy, na eleganckim przyjęciu czy innej uroczystości. A czasem taka prostota i nieprzekombinowanie jest najlepszą opcją, bo te buty mnie w sobie rozkochały i nie mogę się im oprzeć.



A jako, że niedługo rodzę postanowiłam z ciekawości przejrzeć ofertę dziecięcą, to już jest chyba silniejsze ode mnie, że zawsze zerkam na dziecięce rzeczy. Co prawda są to buty dla większych dzieci i moja mała będzie musiała trochę poczekać, aż takie założy, ale nie mogę się powstrzymać, żeby Wam nie pokazać niektórych egzemplarzy! Widać, że te buciki są dobrze zrobione i nie będą miały negatywnego wpływu na dziecięcą stopę. A dodatkowo są przesłodkie ;).




To, jak? Zakupy na nadchodzący sezon zrobione? Dajcie znać, jakie buty są Waszymi ulubionymi. A przy okazji na pierwsze zakupy w sklepie APIA macie 10% zniżki, a także darmową dostawę od 100zł, warto skorzystać ;)

Glamour Wakacje w łazience z marką Dermacol

17 kwietnia 2021

 
Hej! Co tam u Was słychać? Dajcie znać, bo powiem szczerze, że mnie ta pogoda już po prostu dobija, to co się dzieje to przechodzi wszelkie pojęcia, a ja nie wierzę, że jest koniec kwietnia, bo czuję jakby był co najmniej listopad/grudzień... Brakuje mi tylko grzańca i choinki, haha! No, ale dzisiaj wielki dzień - kto ciekawy to zapraszam na instagram - beautifulduty.pl


No, ale ja się nie poddaję, jak widać po tytule, ostatnio było o fajnej opcji na wyjazd, a dzisiaj będzie o kolejnych produktach, które przenoszą mnie w ciepłe kraje, w miejsce otulone słońcem, gdzie jest kolorowo, zielono i cudownie! I właśnie dziś będzie o dwóch produktach do ciała, do codziennej pielęgnacji od marki Dermacol.

Dermacol, Aroma Ritual
żel pod prysznic, Happy Summer

Odświeżający żel pod prysznic, ze słodką nutą wanilii oraz moreli, delikatnie zadba o Twoją skórę. Czarujący zapach zamieni codzienną pielęgnację ciała w przyjemne doświadczenie. Doskonale oczyści skórę i uelastyczni skórę. *Również nadaje się dla dzieci od lat 3. 

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Glycerin, Cocamide DEA, Cocamidopropyl Betaine, Parfum, Polyquaternium-7, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Lactic Acid, Citric Acid, Tocopherol, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, PEG-120 Methyl  Glucose Dioleate, Sodium Chloride, Styrene/Acrylates Copolymer, Benzoic Acid, Phenoxyethanol, Sodium Benzoate, Limonene, Benzyl Salicylate, Cl 16035.

Na początek lecimy z żelem pod prysznic. Opakowanie bardzo wakacyjne, różowe z flamingiem, więc jest turbo w moim stylu, nie da się ukryć! Mnie można kupić flamingami, ale to chyba wiecie! Jest wygodne w użyciu, zamknięcie na zatrzask dość solidne i wszystko jest dobrze wykonane. Nie zdarzyło mi się, żeby samo się gdzieś otworzyło, na opakowaniu znajdują się podstawowe informacje w języku angielskim no i skład.
I tutaj zaczynam zachwyty, bo ten żel pod prysznic pachnie tak obłędnie, że staje się super żelem! Nie jest to tak intensywny zapach, jak się spodziewałam po serii Aroma Ritual (naprawdę niektóre zapachy są mega mocne!), ale jest idealny w punkt, idealnie słodki, trochę kwiatowy, lekko perfumowany, ale to dodaje mu wyjątkowości, ale co najważniejsze jest iście wakacyjny i na maksa uzależniający, mogłabym go wąchać cały czas! Uwielbiam zaczynać i kończyć z nim dzień, jakoś tak poprawia mi humor i sprawia, że przenoszę się do słonecznego sadu i się rozkoszuję ciepłem i pysznościami, no magia ;). Aż mi żal, że ta pogoda za oknem jest taka beznadziejna. Poza tym, konsystencja jest bardzo okej, używany z myjką super się pieni i dzięki temu jest dosyć wydajny. Dla mnie bomba.
Żel pod prysznic dla mnie w głównej mierze ma pachnieć i nie wysuszać skóry, wiadomo znajduje się na niej tylko chwilę, więc nie potrzebuję żadnych dodatkowych cudownych właściwości żelu pod prysznic. To, co on mi daje jest idealne, mogę dodatkowo powiedzieć, że nie ma dramatu jak się nie użyje balsamu po prysznicu, skóra nie będzie sucha na wiór, ale będzie miękka, gładka i super miła w dotyku ;). Żel też nie jest drogi. Kosztuje ok 9zł za 250ml, a muszę przyznać, że jest naprawdę wydajny, więc super cena ;)
Ja jestem bardzo zadowolona, zapach bardzo na plus, konsystencja idealna, super się go używa i ja na pewno bardzo często będę wracać do tego, jak i do innych żeli od Dermacol :).


Dermacol, Glamour
Balsam do ciała

Nawilżający balsam do ciała z lekkim złotym połyskiem regeneruje i odżywia Twoją skórę. Po użyciu Twoja skóra będzie miękka oraz gładka oraz pozostawia po sobie subtelne złote drobinki.

Skład: Aqua, Olea Europaea Fruit Oil, Glycerin, Ethylhexyl Stearate, Glyceryl Stearate Citrate, Cetearyl Alcohol, Panthenol, Persea Gratissima Oil, Tocopheryl Acetate, Carbomer, Vitis Vinifera Seed Extract, Butyrospermum Parkii Butter, Sodium Hydroxide, Citric Acid, Propylene Glycol, Synthetic Fluorphlogopite, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, potassium Sorbate, Parfum, Cl 77891.

A po prysznicu, oczywiście przychodzi czas na balsam! Obawiałam się tego balsamu od samego początku właśnie ze względu na złote drobinki, średnio za tym przepadam, nie lubię się chamsko błyszczeć i świecić, dlatego ten balsam tak sobie czekał i czekał, aż w końcu postanowiłam dać mu szansę, i co?
I opakowanie jest standardowe, jak widzicie nie różni się nawet od żelu pod prysznic, ale mi to nie przeszkadza, bo najważniejsze to, że dobrze mi się go używa. Tak samo, jak w przypadku żelu pod prysznic, nic się nie zacina, nic się samo nie otwiera, zamknięcie jest bardzo solidne. No i nigdy nie miałam problemów z wyciśnięciem balsamu, co w ciąży potrafi zirytować. Informacje znajdujące się na opakowaniu są tak samo minimalne, ale i wystarczające.
Od razu po otwarciu czuć cudowny zapach, jest taki trochę migdałowy, lekko ciężki i mocny, ale nie tak intensywny, że miałby mi przeszkadzać czy irytować. Genialne jest to, że ten zapach utrzymuje się na skórze bardzo długo! Dla mnie to jest świetne, wieczorem jak się wniucham w skórę to jestem w stanie wyczuć te cudną nutę. Szkoda, że nie umiem wam opisać tego zapachu, ale gwarantuje, że jest mega i idealny na lato! Balsam ma też fajną konsystencję, dosyć lekką, ale nie za rzadką, nie przelewa się przez palce, a i fajnie się go rozsmarowuje. Nawet szybko się wchłania, nie pozostawia po sobie tłustego filmu tylko fajnie miękką i nawilżoną skórę.
Jeśli chodzi o te drobinki, to one są bardzo delikatne i subtelne! Jak dla mnie nawet niewidoczne tak na dobrą sprawę, nie rzucają się w oczy, co jest super, kiedy i tak większość czasu spędzam w domu i nie chciałabym połyskiwać, jak nie powiem co. Oczywiście pod światło, czy w pełnym słońcu stają się one widoczne, ale nie nachalne, dają taki cudowny i subtelny efekt rozświetlenia, 
Muszę przyznać, że balsam cudownie nawilża i odżywia - poważnie! Pozostawia skórę miękką, gładką i w tak ekstra stanie, że wow - jestem pod wrażeniem. Nie spodziewałabym się aż tak świetnego efektu, więc jestem pozytywnie zaskoczona! Pięknie pachnie, super dba o ciało, a w wakacje może nadać mu piękne i idealne rozświetlenie. Co prawda, z tego, co widzę to balsam jest na chwilę obecną średnio dostępny w Internecie, ale mam nadzieję, że to się zmieni, bo mega warto!


A u Was jaka pogoda? Ratujecie się wakacyjnymi kosmetykami, czy cierpliwie czekacie na wyższe temperatury :)


#4 Becoming Tatrylover - Giewont, czy jest dla każdego?

14 kwietnia 2021

 
Hi! Jak tam ludzie? Co ciekawego słychać? Mam nadzieję, że wszystko standardowo w porządku! Dzisiaj lecimy z wpisami wakacyjnymi, z górskimi i będziemy nawiązywać do moich ukochanych Tatr! Mam nadzieję, że nikogo tym nie wkurzę, ale ja wierzę, że jest szansa na normalne wakacje, a ja też oczywiście planuję wyjazdy w góry we trójkę, to jakoś tak mnie wzięło na powrót do tej serii Tatrylover
Będzie o trasach, o samym Zakopanem, o noclegach, o knajpach i o wszystkim, co może się Wam kojarzyć i o wszystkim, co Was też będzie ciekawić - dawajcie znać w komentarzach, o czym chcecie czytać, chętnie się zainspiruję i napiszę, co wiem.


Zaczniemy od szczytu, który początkowo był dla mnie najbardziej ciekawy, a jednocześnie czułam, że jest on najbardziej w zasięgu mojej ręki - Giewont! Tajemniczy śpiący rycerz, który tylko czeka, żeby powstać i ochronić nasz kraj. Legenda, legendą, ale jednak Giewont jest jednym z najbardziej kojarzonych i znanych szczytów i sama byłam nim zafascynowana i jak kilkanaście lat temu pojawił się pomysł, żeby go zdobyć to byłam na maksa podjarana. Ale właśnie dlatego jest on też najbardziej obleganym szczytem, niby łatwy, a na pewno efektowny, niby proste i krótkie podejście, a jednak zdarzają się wypadki.

Na Giewoncie byłam aż szalone dwa razy, za pierwszym razem weszłam z rodziną w sierpniu 2011r., a za drugim razem pod koniec kwietnia 2018r. z obecnym mężem. Za pierwszym razem było lato, mega ciepło i dużo ludzi, natomiast za drugim ulepiłam bałwana po drodze i byłam przeziębiona, ale że nie było dużo ludzi to mogłam się czołgać swoim tempem, a wiedziałam, że warto tam wejść!

GIEWONT - CO MUSISZ WIEDZIEĆ?

Mam wrażenie, że ja zawsze wspominam o tym czasie, ale i w górach uważam, że im wcześniej tym lepiej. Giewont jest oblegany, więc te kolejki ze zdjęć to żadna ściema, tylko tam naprawdę tak bywa. Za pierwszym razem wchodziliśmy ok 12 i już było tłoczno, ale to tez był sierpień. Wchodziliśmy jeden za drugim i nie było takiego luzu, jaki zawsze się przydaje. Z kolei za drugim razem na szczycie byliśmy już po 10, a że był koniec kwietnia to byliśmy my i kilkoro innych osób. 
Poza tym, na szczycie jest bardzo mało miejsca i to trzeba brać pod uwagę. Jeśli traficie na porę tłoku, to wejdziecie na górę, obejdziecie krzyż i już będzie zejście drugą stroną, dookoła oczywiście same przepaście, więc nie ma pola manewru. Jeśli chcecie coś zjeść, chcecie dobre zdjęcie, chcecie odpocząć na górze to w sezonie w południe będzie ciężko.
Na Giewoncie spotkałam się z moimi pierwszymi łańcuchami ever i mimo że teraz mam porównanie do Rysów to uwierzcie, że wtedy było to dla mnie mega przeżycie; są krótkie odcinki trasy takie, że ściana jest prawie pionowa, a wy macie do dyspozycji łańcuchy i otwory na nogi. 

CZY CIĘŻKO JEST WEJŚC NA GIEWONT?

Nie jest, uważam, że jeśli macie głowę na karku to spokojnie można iść. Wszędzie trzeba uważać, nogę można skręcić na chodniku - to się wie - a także trzeba mierzyć siły na zamiary i nie robić nic ponad wszystko. Nie poszłabym nigdy na szczyt z ogromnym metalowym krzyżem wiedząc, że zbliża się burza, nie biegłabym na rekord, bo wiem że ja się do tego nie nadaję, nie puściłabym łańcucha, bo wiem, że nie złapałabym odpowiedniej równowagi, nie wybrałabym się też zimą, bo lubię ciepełko, a marznięcie nie jest dla mnie. Każdy wie na ile go stać.
Trasy nie są ciężkie, nie ma turbo mocnych podejść w górę, które trwają pół godziny, a łańcuchy też nie ciągną się godzinami. Dlatego jeśli tylko warunki są sprzyjające, a Wy zachowujecie ostrożność, to na chillu - polecam, satysfakcja gwarantowana ;).


Tak, to ja 11 lat temu haha, ale patrzcie na te widoki i odległości, które pokonuje się tak naprawdę moment ;) Magia! I uwielbiam ;)

OPCJE PODEJŚCIA NA GIEWONT

Wejść na Giewont można na parę różnych sposobów.
Za pierwszym razem zaczęliśmy od Kasprowego Wierchu, na który wjechaliśmy pierwszą możliwą kolejką i udaliśmy się w kierunku Kopy Kondrackiej, Ta trasa ma jakieś 4km i trzeba na nią liczyć ok. 1,5h. Z tego co pamiętam to tutaj się idzie bardzo przyjemnie, fajny spacer, piękne widoki po drodze, więc mega polecam. Parę podejść w górę będzie, ale na luzie. Z Kopy Kondrackiej kierujemy się już na Giewont przez Przełęcz Kondracką oraz Kondracką Przełęcz Wyżnię, czyli kolejne niecałe 2km przed Wami, na które trzeba liczyć ok. 1h. Jeśli ktoś nie czuje się na siłę to na Kondrackiej Przełęczy Wyżnie macie super miejsce na odpoczynek, na przystanek, możecie tam poczekać na znajomych, którzy na Giewont pójdą ;). Jeśli dobrze pamiętam, schodziliśmy potem do Kuźnic i do domku.


Za drugim razem szliśmy z Kuźnic. Cała trasa to jest ok. 6,5km i zajmuje ponad 3h. Idziemy przez Polanę Kalatówki oraz Halę Kondratową, a jak już dojdziemy na Przełęcz Kondracką to mamy takie samo podejście na Giewont, jak w pierwszej opcji. Jeśli chodzi o zejście to tutaj polecam schodzenie inną trasą, np. Doliną Małej Łąki lub Doliną Strążyską obie opcje to ok. 6km - ok. 2,5h. Zawsze to inna trasa, nowe widoki, więc zobaczycie i przejdziecie, więc naprawdę warto.
My schodziliśmy tą samą trasą, kompletnie nie przemyśleliśmy tego pod kątem logicznym, ale nie ma się co dziwić. Nie dość, że ja nie czułam się najlepiej, to właśnie wtedy mój ukochany mi się oświadczył :) więc mówiłam, że wiedziałam po co tam idę mimo przeziębienia (!) A to wszystko praktycznie 3 lata temu :)


GIEWONT, CZY JEST DLA KAŻDEGO?

Tak, jak pisałam już wcześniej, uważam, że zachowując wszelkie środki ostrożności, jak najbardziej jest dla każdego. Tak, ja też widziałam osoby wchodzące w klapkach, japonkach, sandałkach na Giewont, nie mi to oceniać, nie lubię komentować takich rzeczy, bo po co. Ale wracając do samego Giewontu, nie ma tego złego, tym bardziej na początek to jest naprawdę świetna opcja na wypróbowanie łańcuchów, nawet chwilowych i sprawdzenie siebie w takiej sytuacji. Bo jeśli Giewont nas przerośnie to mamy pewność, że nie ma sensu iść gdzieś wyżej, Wszystko jest dla ludzi, a góry tym bardziej, dla wszystkich bez wyjątku, ale nie można czuć się w nich zbyt pewnie, nigdy ;)


Czy Nivea pozwoli skórze oddychać? - płyn micelarny

10 kwietnia 2021

 
Dzień dobry! Czy to już? Czy można powiedzieć, że wiosna do nas zawitała? Wiecie co, ten śnieg w tamtym tygodniu to mnie tak zaskoczył, że szok... Jakkolwiek słyszałam, że ma padać to jak wstałam i zobaczyłam biel za oknem to mimo wszystko się zszokowałam, ale jak patrzę teraz za okno to jestem dobrej myśli, wierzę że ta pogoda już z nami zostanie i nic niespodziewanego się nie wydarzy. Czekamy na wiosnę, na piękną pogodę i na całą resztę!
A dzisiaj mam dla Was płyn micelarny marki Nivea, który ma być w sumie od wszystkiego, więc ciekawe, jak to ostatecznie wyjdzie ;).


Nivea, płyn micelarny
twarz, oczy, usta


Płyn micelarny idealnie nadaje się do skóry normalnej i mieszanej. Ma właściwości formuły 3w1 z witaminą E. Ma za zadanie efektywnie usunąć makijaż, łagodnie i skutecznie oczyścić oraz odświeżyć, a to wszystko bez pocierania! Płyn sprawi, że skóra będzie idealnie czysta, bez żadnych pozostałości makijażu oraz tłustego filmu, dzięki czemu skóra będzie mogła wyglądać zdrowo i będzie oddychać.
W płynie micelarnym znajdują się cząsteczki działające jak magnes, skutecznie usuwają makijaż, zanieczyszczenia oraz sebum. Jest bezzapachowy i nie trzeba go spłukiwać. 

Skład: Aqua, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Tocopheryl Acetate, Glycerin, Sorbitol, Panthenol, Poloxamer 124, Decyl Glucoside, Glyceryl Glucoside, Disodium Cocoyl Glutamate, Citric Acid, Polyquaternium-10, Sodium Chloride, Sodium Acetate, Propylene Glycol, 1,2-Hexanediol, Trisodium EDTA, Phenoxyethanol.

Sposób użycia: Należy nanieść płyn na wacik i delikatnie oczyścić skórę twarzy, oczy oraz usta.
*Test konsumencki przeprowadzony na grupie 100 kobiet, 92% z nich potwierdza działanie. 


Opakowanie jest bardzo standardowe i typowe. Niczym się nie wyróżnia, chociaż ja bardzo przepadam za prześwitującymi butelkami, kiedy dokładnie widzę ile produktu zostało mi do końca, ile już zużyłam itd. Nie mam żadnych problemów z zatyczką, bardzo dobrze się otwiera, ale jest też solidna i wiem, że sama z siebie nie otworzy nigdzie, i nie otworzyła jak ją zabierałam gdzieś ze sobą, więc za to ogromny plus. Bardzo dobrze też dozuje płyn na wacik, nie wylewa się nigdzie, ale też nie trzeba się za bardzo namęczyć, żeby móc używać.
Konsystencja jest typowo płynna i wodnista, jak płyny micelarne, więc nie ma tutaj nic dziwnego, nie jest też tłusty ani klejący, więc to jest fajne. Jeśli chodzi o zapach, to jest bardzo słabo wyczuwalny trzeba się wwąchać i skupić, żeby coś wyczuć, a wtedy pachnie bardzo kosmetycznie i niekonkretnie.


Najważniejsze, czyli działanie. Płyn micelarny zmywa makijaż, ale nie robi tego jakoś super, ekstra, szybko i cudownie, znam płyny które robią to efektywniej (np. te dwufazowe). Co prawda mój dzienny makijaż i tak jest dość bogaty w produkty, więc nie powinnam się dziwić, że trochę z tym schodzi. Na pewno fajnie by sobie poradził z takim lekkim makijażem, bardzo podstawowym, ale ja jakoś nie potrafię się ograniczyć do trzech produktów. No, ale wracając do działania płynu. Nie będzie to super demakijaż trwający minutę i nie będzie to demakijaż, który sprawi, że NIC kompletnie na twarzy nie zostanie. Z mocniejszym makijażem mogłoby być jeszcze gorzej. Lubię używać tego płynu, jako dodatek do całego makijażu, coś ta zmyje, coś tam rozpuści, coś tam doczyści, ale i tak preferuję wieloetapowe oczyszczanie twarzy.
Producent pisze, że tego płynu nie trzeba zmywać, ale pamiętamy, jak to wygląda, zmywamy płyn micelarny z twarzy. Ja nie wyobrażam sobie nie użyć nic po płynie micelarnym, bo i tak wiem, że gdzieś jeszcze jakieś resztki makijażu są.


Aczkolwiek, na plus jest to, że ten płyn micelarny nie robi nic złego z moją twarzą. Nie powoduje pieczenia, zaczerwień czy podrażnień, a to jest ważne. Nie powoduje też, że moje oczy łzawią, co ostatnio się często zdarzało po niektórych produktach, a tutaj wszystko jest okej. Rzęsy też przestały mi wypadać i powoli powoli rosną i są coraz dłuższe, więc już jestem prawie pewna, że to jak mi leciały to była wina prawdopodobnie jednego produktu. 
Nie stosowałam też tego produktu do odświeżenia czy do ogólnego oczyszczenia, tak jak mówiłam nie zostawiłabym tego produktu na twarzy, zawsze go zmywam, kiedykolwiek go nie użyję, ale to się sprawdza, pomaga utrzymać twarz i skórę w ryzach, ale sam by tak naprawdę niewiele zdziałał.


Jakkolwiek płyn pomaga w demakijażu to jest to dla mnie spory średniaczek i to w kierunku tych jeszcze słabszych. Niektóre średniaki są takie, że jeszcze z braku laku można ich używać, z kolei do tego ja raczej na pewno nie wrócę. Jakkolwiek w domu mogę się bawić i używać miliona produktów, żeby w końcu mieć pewność, że skóra jest oczyszczona, co też nie jest aż tak przyjemne. Tak jak już gdzieś jadę to potrzebuję czegoś, co zadziała szybko i skutecznie. 
Nie wiem, mam mieszane odczucia z tego względu, że nie jest tragiczny, ale też nie jest cudowny. Aczkolwiek jako, że ostatni płyn micelarny mi zmasakrował rzęsy, to jakoś łaskawiej patrzę na ten i cieszę się, że ten jest delikatniejszy ;).


A może ktoś z Was go miał i ma podobne albo całkiem inne odczucia niż ja? Koniecznie dajcie znać!


Ciekawe propozycje na wiosnę lato od Newchic

07 kwietnia 2021

 
Hej, co tam u Was słychać? Jak po świętach? Mam nadzieję, że jesteście tak samo zadowoleni, jak i ja i jesteście tak samo wypoczęci, jak i ja! Bo dla mnie święta były naprawdę super czasem i aż szkoda, że one tak krótko trwały, ale to nic! Na razie mamy totalną mieszankę pogodową, przynajmniej w Rzeszowie ;) U was też jest taki misz-masz? Raz słońce, raz śnieg, za chwilę jakby jesień, a później wiosna. 

No, ale najwyższy czas przywołać wiosnę, mimo że taka pogoda ma się utrzymać u nas przez parę dni, to ja wierzę, że już niedługo będzie wiosna, będzie lato, więc chciałabym Wam pokazać, co można znaleźć w sklepie internetowym Newchic!

Po pierwsze obecnie trwa Newchic Spring Summer Sale 2021 ! Czyli jeśli macie na coś ochotę to możecie to zakupić z rabatem, a rabaty i promocje to jest zdecydowanie coś, co lubimy! Poza tym na stronie znajdziecie masę różnych rzeczy, coś dla kobiet, dla mężczyzn, dodatki i bielizna, więc zdecydowanie jest w czym przebierać.

Takie legginsy to jest, co uwielbiam! Tym bardziej że po porodzie zamierzam wrócić do formy, zamierzam ćwiczyć, tak żeby czuć się w swoim ciele, jak najlepiej. A i czasem mam tak, że nawet siedząc całymi dniami w domu lubię po prostu dobrze wyglądać i czuć się sexy, więc why not? Powiem Wam, że i cenowo prezentują się podobnie, 


Czyli wygodne staniki! Coś, co dla mnie jest teraz na wagę złota, ale nie powiem, że mam super stanik, bo mój rozmiar obecnie zmienia się z dnia na dzień i mam wrażenie, że po porodzie może być jeszcze inaczej, więc mam wielki problem, jak kupić nawet stanik do karmienia! Jak macie, jakieś protipy to dawajcie znać ;) Ale osobiście uważam, że nawet staniki do karmienia i wygodne staniki mogą być po prostu ładne, co widać poniżej ;)


No i na koniec takie tam szaleństwo! Mam nadzieję, że nie tylko organizm, ale i pandemia pozwoli wrócić na basen, żeby móc się wytaplać w wodzie. A ostatnio takie szalone printy są turbo w modzie. Co prawda nie są dla mnie, ja bym się czuła za bardzo rzucająca się w oczy i za bardzo na wierzchu, ale są i takie motywy, które spokojnie bym założyła i czułabym się w nich świetnie!



Poza tymi oczywiście w sklepie znajdziecie masę innych produktów, to są jedynie moje przykłady, które mogłyby Was zainteresować. Dla odważnych możecie też zajrzeć do kategorii hot sexy lingerie, tam znajdziecie bardzo intrygujące stroje, które pokazuje się tylko wybrańcom!


Czy L'Oreal Tecni.Art zadba o naszą fryzurę?

04 kwietnia 2021

 
Dzień dobry! I jak tam święta? Co robicie, co robiliście ciekawego i jakie macie plany na jeszcze końcówkę świąt? U nas jak zawsze wyjazdowo, jak zawsze coś się dzieje, ale bez tego przecież byłoby za nudno, a my nudy nie lubimy, a tym bardziej nie umiemy usiedzieć na miejscu. Ale fajnie, fajnie - czekamy aż pojawi się na świecie nasza mała kruszyna to wtedy już w ogóle będziemy jeździć - przynajmniej takie są plany i nadzieje, a jak wyjdzie w praniu - wiadomo, może być różnie.


Dzisiaj działamy w temacie włosów. A przyznam się szczerze, że w ciąży ogarnianie moich włosów to zdecydowanie najbardziej męcząca czynność, jaką muszę wykonywać - na szczęście od czasu do czasu. W ciąży włosy są dla mnie łaskawe i mogę je myć nawet raz w tygodniu, więc nie powinnam narzekać. Ale uwierzcie, że każde mycie włosów to jest potem odpoczynek, jak po maratonie haha. Ale żeby włosy utrzymywały się, jak najdłużej najładniej potrzebne są fajne kosmetyki, które na dodatek nie obciążą naszych włosach. No to zapraszam na dwa produkty z L'Oreal!

L'Oreal Professionnel, Tecni.Art,
Thermo-modelling spray
Spray do włosów poddanych działaniu ciepła

Skład: Aqua, Alcohol Denat, VA/Crotonates Copolymer, Isopropyl Alcohol, VP/VA Copolymer, Cetrimonium Chloride, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Aminomethyl Propanol, Linalool, Benzyl Salicylate, Benzyl Alcohol, Amyl Cinnamal, Exyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Citronellol, Alpha-Isomethyl Ionone, Geraniol, Limonene, Eugenol, Isoeugenol, Parfum.

Produkt aktywuje się pod wpływem wysokiej temperatury, stworzy loki lub fale na Twoich włosach. Do stosowania podczas stylizacji z użyciem ciepła, zapewnia fryzurę lekkie utrwalenie i zwiększoną objętość.

Używałam tego produktu przed każdym suszeniem włosów i ewentualnie przed użyciem prostownicy. mimo że ograniczam prostownicę, to czasem się zdarzało, a kiedy zależało mi na prostych włosach to przed suszeniem obowiązkowo psikałam włosy tym sprayem. 
Samo opakowania jest super jakości, wygląda bardzo profesjonalnie i tak fryzjersko. Aczkolwiek bardzo dobrze trzyma się je w dłoni i nie ma problemu z samym używaniem. Atomizer bardzo dobrze działa, nie zacina się i nie psika strumienia produktu, tylko rozpyla idealną mgiełkę, która fajnie pokrywa włosy,  Jak widzicie sam ten sprzęt do rozpylania też wygląda dość profesjonalnie i jak obawiałam się, że będzie mi trochę niewygodnie to na szczęście nie było takiego problemu. Zapach, jak się możecie spodziewać, też jest dość fryzjerski i kosmetyczny, ale ładny,


Zacznę od tego, że produkt nie wpływa negatywnie na włosy, nie skleja ich, nie obciążą, nie sprawia, że się szybciej przetłuszczają. Aczkolwiek da się odczuć zaraz po aplikacji, że lekko je usztywnia, są takie dosyć twarde, ale to tylko w momencie, kiedy są mokre, do wysuszenia. 
Produkt dobrze chroni włosy przed działaniem wysokiej temperatury. Bardzo wygodnie się je suszy, że nie przedłuża, ale też nie skraca suszenia, ale najważniejsze jest dla mnie to, że włosy nie są bardziej zniszczone czy wysuszone przez ciągłe suszenie. Co prawda, nie powiedziałabym, że produkt wygładza włosy, ale też trzeba pamiętać, że ja mam mocno kręcone, ale mimo wszystko dzięki niemu są prostsze i bardziej ujarzmione niż bez użycia tego sprayu, a dla mnie to już coś. 
Używałam też tego produktu przed użyciem prostownicy na suche włosy, ale wtedy zawsze ograniczam ilość produktu, bo mam wrażenie, że wtedy nic dobrego nie przyniesie, a i nie ma w sumie takiej potrzeby. Włosy dobrze się prostuje, czy tam kręci, w dalszym ciągu da się zauważyć, że nie niszczą się pod wpływem już wyższej temperatury niż przy użyciu suszarki, więc fajnie, fajnie! Ja jestem zadowolona. Nie powiem, żeby utrwalał włosy jakoś fantastycznie, ale w sumie w obecnych czasach to nie jest mi potrzebne i nawet nie mam za bardzo, jak tego sprawdzić, bo nie przeszkadza mi rozwalenie się fryzury po dniu ;).


L'Oreal Professionnel, Tecni.Art
Volume Lift Sprat Mousse
Pianka w sprayu unosząca włosy u nasady

Skład: Aqua, Dimethyl Ether, Alcohol Denat., Isobutane, Polyquaternium-11, Butyl Ester of PVM/MA Copolymer, Triethanolamine, Amodimethicone, Polyquaternium-4, Polysorbate 20, Hydroxypropyl Guar, Cetrimonium Chloride, Trideceth-15, Trideceth-3, Linalool, Benzyl Salicylate, Benzyl Benzoate, Benzyl Alcohol, Phenoxyethanol, Citronellol, Limonene, Acetic Acid, Parfum.

Bestseller wśród produktów do zwiększenia objętości włosów. Produkt nada gęstość i uniesie nawet najcieńsze i najdelikatniejsze pasma. Kilka ruchów wystarczy by proste i przyklapnięte kosmyki zyskały objętość i zachwycającą gęstość. Pianka w sprayu idealnie nadaje się do każdego rodzaju włosów, a w szczególności do cienkich, delikatnych i niepodatnych na układanie. Należy aplikować bezpośrednio na wilgotne lub suche włosy.

A drugim produktem, z jakim miałam do czynienia to pianka do włosów, nazwana pięknie musem, która ma unieść nasze włosy. Nie będę oszukiwać, nie umiałam nigdy używać pianek, a nawet zawsze się bałam ich używać. Nie wiedziałam, jak ja mam to za bardzo ogarnąć, od czego zacząć i na czym skończyć. Miałam wrażenie, że posklejam sobie włosy i skończę z turbo sianem na głowie. Ale od jakiegoś już czasu próbuję wrócić do kręconych włosów albo bardziej wydobyć skręt, więc pianka jak najbardziej się przydaje.
Do opakowania znowu się nie przyczepię, wygląda super, jest dość fryzjerskie i profesjonalne, tak samo, jak i zapach i cała reszta. I tutaj zwracam honor do samego nazwania pianki musem, bo ta pianka jaka wydobywa się z opakowania to jest taka miękka chmurka, taka treściwa i gęsta, ale taka milusia, że jak najbardziej zasługuje na miano musu, co jest bardzo na plus tutaj, bo jakoś tak łatwiej się jej używa, przynajmniej tak mi się wydaje.


Działanie pianki jest jak najbardziej poprawne, ale nie fantastyczne. Ogólnie co najważniejsze to to, że nie przetłuszcza i nie obciąża włosów, czego obawiałam się najbardziej. Nie robi z nimi nic złego i nie sprawia, że muszę myć je jakoś częściej. Bardzo wygodnie wgniata się piankę we włosy, nie ma problemu z dotarciem do różnych pasm włosów i cały zabieg przebiega dość szybko i sprawnie.
Jeśli chodzi o objętość to pianka działa nawet plus, włosy są uniesione u nasady, wydaje się, że jest ich jakoś tak dużo dużo więcej, ale to też jest kwestia kręconych włosów samych w sobie. Ale sam ten efekt nie jest jakiś turbo powalający i nie utrzymuje się długo. Aczkolwiek to jest i tak tyle, co można wymagać od tej pianki, nie utrwala loków, nie sprawia, że włosy są lepiej pokręcone, nie wpływa na nie wcale, a wcale. Jak włosy moje się jeszcze licho kręcą, to w sumie drugiego dnia końce są już turbo wyprostowane, co mnie mega dziwi, bo zazwyczaj było tak, że wszystkie pianki w jakikolwiek sposób pozytywnie oddziaływały na skręcenie włosów. Ale to też może być jeszcze kwestia tego, że trochę keratyny mi we włosach zostało i ciężko im samym sobie.

Piankę, jako tako zużyję, zapewne przy kręconych włosach, na pewno nie zaszkodzi, ale zapewne najwięcej opinii będę mogła wydać przy denku, jak zużyję całą, a na razie bym powiedziała, że jest jako taka. Spray jako ochronę przed wysoką temperaturą to używam regularnie ;).
Znacie te produkty? Co używacie, jako ochronę przed wysoką temperaturą, a co żeby wydobyć skręt? Czekam na Wasze polecajki, bo mi się przyda teraz wszystko! :) Trzymajcie się!


Marcowe denko 2021r.!

01 kwietnia 2021

 
Hej! No i co tam u Was słychać? Koniec miesiąca, święta i szalony czas z lockdownem. Mam nadzieję, że mimo wszystko macie się dobrze i że wszystko jest u Was, jak najbardziej w porządku! Ja się cieszę, bo zbliża się czas odpoczynku, czas spędzony z najbliższymi i mam nadzieję, że będzie to high quality time! Chociaż wiaodmo, safety first i będziemy uważać, ale cieszę się na ten odpoczynek, na wolne cokolwiek ni będziemy robić ;).


Ale zanim wejdziemy w te święta to mam jeszcze dla Was denko i to ogromne denko. Wiedziałam, że jak ostatnie denka były dosyć liche to w końcu zdarzy się tak, że zużyję wszystko na raz i tak właśnie było w tym miesiącu. Szok, a jak się zaczęłam za opisywanie tych produktów to kolejny szok... Dawno nie zużyłam takiej ilości produktów. Ale, nie tylko zużyłam, a i wyrzuciłam przeterminowane, zepsute (!) i posprzątałam (!) i jestem zadowolona! W dalszym ciągu mam z tyłu głowy kolorówkę, która mnie na maksa dręczy, bo mam jej zdecydowanie za dużo, ale może to ogarnę na kolejne denko ;).


A z ulubieńców i sprawdzonych produktów zużyłam tym razem stosunkowo niewiele: Ziaja, Intima, kremowy płyn do higieny intymnej dla mnie jest najlepszy, najtańszy, najłatwiej dostępny, a co najważniejsze dobry w działaniu, Nie podrażnia i nic złego nie robi i nawet, jak mam ochotę wypróbować coś nowego to i tak wracam do tego produktu do higieny intymnej, bo po co przepłacać? A pozostając w temacie to oczywiście ApteCare, chusteczki do higieny intymnej, one są bardzo w porządku i bardzo je lubię i chyba to wiecie, bo co denko mam zużytych średnio ze 2 opakowania. Poza tym, jakimś cudem zużyłam Venus, nawilżająca pianka do golenia, ona jest najlepsza, najfajniejsza i po prostu naj, ale uwierzcie mi, golenie się w ciąży to nie lada wyzwanie, dlatego jestem sama pod wrażeniem, że zużyłam tę piankę haha. Hean, slim no limit, peeling cukrowy do ciała, limonka, żeń-szeń ja po prostu uwielbiam te peelingi, są ekstra, ale ja bardzo lubię peelingi gruboziarniste, takie, że naprawdę czuć to tarcie drobinek na skórze. I od razu powiem, że ta wersja jest mocniejsza od tej fioletowej, ale mi to nie przeszkadza, bo super pachnie no i ekstra działa, skóra jest gładka i hiper oczyszczona. W końcu też zużyłam kolejne opakowanie Alterra, Naturkosmetik, szampon nawilżający, bio-owoc granatu & bio-aloes. W ciąży jakoś mega rzadko myję włosy, więc i te produkty zużywam bardzo powoli, ale nie narzekam na ten fakt. Ale ja uwielbiam te szampony, są po prostu najlepsze, nie są turbo mocne, a super oczyszczają. 


  • Kolastyna, emulsja do opalania SPF20 oraz SPF10  - ja bardzo lubię wszystkie te produkty do opalania od Kolastyny, mieliśmy je w Kenii i zawsze ich używamy gdziekolwiek byśmy nie wychodzili na słońce, więc dla mnie są klasa! Ładnie pachną, nie kleją się, nie są tłuste, do tego są wodoodporne, więc nie trzeba smarować się, co chwilę (ale i tak warto po każdym wyjściu z wody). 20 to i tak jest słaba ochrona, tym bardziej w Kenii, więc tutaj ciężko porównywać, ale ja lubię i mąż też był zadowolony.
  • Bath&Body Works, Pretty as a peach, balsam do ciała - oj, jak ja uwielbiam ten balsam! W konsystencji był dość gęsty, ale bardzo łatwo rozprowadzało się go po ciele i dzięki temu też był nawet wydajny! Poza tym, zapach to jest coś najlepszego i najwspanialszego! piękny, brzoskwiniowy, owocowy, letni no po prostu świetny! Aż mi już szkoda, że się skończył, więc naprawdę warto.
  • Bielenda, Botanic Formula, mleczko do demakijażu, olej z granatu + amarantus, twarz i oczy - oczywiście jest to kwestia upodobań, mi jakoś mleczka nie podchodzą i zawsze się z nimi męczę. To mleczko zaskakująco super się u mnie sprawdzało i jestem z niego naprawdę zadowolona, bo i zapach fajny, i konsystencja i zmywał ten makijaż, ale po prostu tyle ile to trwa z użyciem mleczek to nie dla mnie, zdecydowanie wolę olejki, które robią to w moment. Więc jeśli ktoś lubi ten rytuał demakijażu mleczkami to będzie mega zadowolony. 
  • L'biotica Biowax, regenerująca maska do włosów suchych i zniszczonych, japońska wiśnia i mleko migdałowe - z tej maski jestem bardzo zadowolona! Opakowanie jest super solidne i konkretne, na pewno nigdzie się samo nie otworzy, a dodatkowo dobrze chroni maskę i produkt sam w sobie. Maska ma super konsystencję, która nie spływa z włosów. No i to jak ona działa na włosach to jest bajka, naprawdę, super nawilża, ekstra odżywia, włosy po użyciu są miękkie, gładki, lśniące i po prostu w super stanie! Ja jestem mega zadowolona, więc bardzo polecam!
  • Ariana Grande, Moonlight, żel pod prysznic - ojeny, jak ja tęsknie za tymi produktami już, ten zapach pod prysznicem, tak piękny i tak mega luksusowy. Ekstra konsystencja, super się pienił, nie podrażnił, nie wysuszył, no a pachniał, a u mnie zapach to podstawa! No i świetnie się sprawdziła ta tubka na wyjazdach, nie jest to pełnowymiarowy produkt, ale na paręnaście pobytów poza domem wystarczył :).
  • LaQ, pralinkowy żel pod prysznic - ja jestem w szoku, używałam tego żelu naprawdę ponad 3 miesiące i za każdym użyciem nie wierzyłam, że on jeszcze jest! Tak wydajny, że wow! Jak na początku narzekałam trochę na cenę, bo jest wyższa od typowych żeli pod prysznic, ale te tańsze zużywa się zazwyczaj w 2-3 tygodnie, a te starczają na dużo dłużej, więc bomba! Na pewno będę do nich wracać.
  • Constance Carroll, bambusowy puder do twarzy z jedwabiem, transparentny - on jest taki mega niepozorny, taki w sumie zwykły, ale ostatnio też użyłam taki zwykły i w porównaniu do tego to ten jest niezwykły i bardzo dobry! Super się sprawdzał w sumie, jak na takiego niepozorniaka. Matowi bardzo ładnie, super się go nakłada, nie tworzy ciasta na twarzy i nie bieli jej. Ale trochę szkoda, że jest mało trwały i nie utrzymuje makijażu w ryzach przez długi dzień, tutaj raczej poprawki by się przydały dość częste, ale czasem to mi wystarczy, tak na co dzień bez spiny, jest idealny, bo lekki i naturalny:)
  • The Body Shop, rozświetlająca maska do twarzy w płachcie z witaminą C - mój zdecydowany ulubieniec z całej trójki, świetny zapach no i super efekt na twarzy. Skóra była rozświetlona, promienna, gładka, a przy okazji mocno nawilżona i odżywiona! Dla mnie bomba! Gdyby tylko one nie kosztowały aż dwóch dyszek za sztukę to już bym miała grube zapasy.
  • The Body Shop, łagodząca maska do twarzy w płachcie z witaminą E - ta też się u mnie świetnie sprawdziła, uwielbiam ją! Zapach był ekstra, no i działanie tak samo ekstra jak tutaj wyżej. Ja nigdy nie widzę większej różnicy między tymi wersjami poza zapachem, więc dla mnie super.
  • The Body Shop, nawadniająca maska do twarzy w płachcie z wodorostami - kolejny super produkt. Tutaj zapach nie był jakiś super, ekstra porywający, ale działanie było sztosem. Skóra była w super stanie, więc czad!
  • Aqua Advanced, nawilżająca maska w płachcie - maski w płachcie, jak widać, uwielbiam wszystkie i one dla mnie wszystko swoimi właściwościami się za bardzo nie różnią według mnie. Ale ta maska to był jeden wielki glut! Poważnie, ja byłam w szoku, wyciągnęłam maskę z opakowania i skminiłam, że to jest jakaś maska żelowa i kminiłam jak ją założyć, ale sam produkt był takiej dziwnej konsystencji, że nie wiedziałam co robić. Aczkolwiek! Maska sama w sobie jest super! Nie spływała z twarzy, ani płachta ani ten produkt, zapach był okej, ale nie był jakoś mocno wyczuwalny, za to twarz była w świetnym stanie! nawilżona, odżywiona i taka turbo zadbana! Bardzo świetna!

  • Bielenda, Bikini, kokosowa mgiełka do opalania, twarz + włosy SPF15 - kupiłam to z myślą o włosach oczywiście, nie ma nic w sklepach, co mogłoby chronić nasze włosy przed słońcem, temperaturą, ale i chlorem na basenie. A ja z moimi rozjaśnianymi, zmęczonymi włosami się bardzo bawię i bardzo dbam o nie zawsze. Ten produkt idzie do średniaków, bo w sumie nie wiem czy coś dał rzeczywiście - w Kenii byłam zaraz po keratynowym prostowaniu włosów, więc to też była swojego rodzaju 'ochrona', ale nie zauważyłam, żeby ta mgiełka im jakoś tubo mega pomogła, ale też nie zaszkodziła i jak na Kenię to nie było dramatu z włosami po powrocie, dlatego średniak.
  • Semi DiLino, odżywczy olejek do włosów - zamówiłam go kiedyś kiedyś mega przy okazji, bo mi brakowało do smarta na allegro - wiadomix. Tak leżał, leżał aż w końcu stwierdziłam, że ok sprawdzę w ogóle co to jest no i okazał się być olejkiem do włosów. Co prawda miał być na raz, ale mi spokojnie wystarczył praktycznie na 4 razy, co jest na plus, Ale niestety nie widziałam jakichś ekstra super efektów, jakich się spodziewałam. Zazwyczaj przy zmianie olejku do olejowania jest super efekt, a tutaj ten olejek był taki jak zawsze, bez szału.
  • Schwarzkopf, Glilss Kur, bio-tech restore, maska do włosów - wiecie co ta maska jest dla mnie dziwna, bo ogólnie działanie ma dość poprawne i na plus, fajnie wnika we włosy, odżywia je i sprawdza się na różnych płaszczyznach, jako odżywka, maska, czy nawet podkład pod olej jest super. Aczkolwiek wiecie co, ona ma tak dziwną konsystencję, bardzo gęstą i zbitą i dodatkowo taką śliską, że aż mi było niekomfortowo jej używać - poważnie. Dłonie się ślizgały, wszystko mi z rak wypadało, więc mega dziwne to było, na tyle że ja już nie chcę.
  • Yves Rocher, pomadka do ust, czerwone jabłuszko - tak zużywam teraz masę starych produktów i ta pomadka jest jedną z nich. Bardzo lubiłam te konsystencję, nie była taka tępa i sztuczna na ustach, tylko fajnie w nie wnikała, zapach też był super, no i działanie też było poprawne. Usta były ładnie nawilżona, ale nie był to efekt wow. Zdarzały się suche skórki i pewne niedociągnięcia, a np. po pomadkach z Alterra mam usta rewelacyjne, więc średnio, mogłoby być lepiej!

  • Avon, Naturals, body spray, mgiełka do ciała - oczywiście, co kto lubi, ja akurat za mgiełkami nie przepadałam nigdy, ale tak naprawdę dopiero teraz trafiłam na zajebiste mgiełki, a kiedyś męczyłam się z takimi jak te. Czyli słaby zapach, który na dodatek mega szybko się ulatniał, bardzo sztuczny i męczyłam się z nim okropnie.
  • Cien, płatki kosmetyczne, delikatne - niech was to nie zastanawia, ja w dalszym ciągu dostaję jakiegoś dziwnego zaćmienia i zmieniam moje ulubione waciki na jakieś dziwne i podejrzane. No te w niczym im nie dorównały, rozdwajały się, wkurzały w dotyku i o. 

PRZETERMINOWANE


Ostatnio przejrzałam jeszcze część rzeczy i wyrzucam parę produktów, które przeterminowały się już wieki temu albo nie nadają się do użycia. Jak np.: Kolastyna, odżywczy olejek do opalania SPF30, który praktycznie nie został użyty, ale nie ma się co dziwić, bo akurat produktów do opalania mamy w heja. Bielenda, MakeUp Academia, magic base, nawilżająca baza pod makijaż - użyłam parę razy, a niestety ostatnio jak chciałam to się na maksa zmieniła jej konsystencja, kolor i wszystko, więc niestety kosz. A i masę pomadek! Resibo, kojący balsam do ust, Eos, balsam do ust oraz Tisane, fresh balsam do ust. I mega żałuję, bo akurat wszystkie te produkty znam i lubię, a Eos to już w ogóle dla mnie jest mistrzem! Ale tak to jest, jak się ma 500 pomadek, niektóre rzuci się gdzieś w kąt i się o nich zapomina, dlatego żałuję bardzo! Ale wyobraźcie sobie, że tyle wyrzucam, a ja dalej mam kilka do zużycia... Jak to się stało? Nie wiem. 


Ale i parę próbek się jeszcze trafiło: Synchroline kremy do twarzy, nawilżające, odżywcze z SPF i koloryzujące - przeterminowały się, więc czas wyrzucić. Podobnie jest z Dermacol, mleczko do opalania dla dzieci wodoodporne SPF50 oraz krem ochronny do opalania SPF50 - przeoczyłam. Parę dni temu wyciągnęłam jest z torby z Kenii (nie pytajcie, to są tajemnice bez rozwiązania) i żałuję, że ich nie sprawdziłam, ale już nic nie zrobię. A Bielenda, krem przeciwzmarszczkowy liftingująca radiofrekwencja RF to już w ogóle srogo przeterminowany, nie wiem jak to możliwe, że tak długo u mnie przeleżał. Z kolei Mokosh, brązujący balsam do ciała i twarzy wyrzucam, nie dość, że prawie przeterminowany to ja go nie użyję, bo nie lubię nic co brązujące.

INNE UŻYCIE


Poza tym, wywalam też produkty, które u mnie już stały, leżały, a  mnie wkurzało to, że ich nie używam, że zapominam albo w  ogóle są bezsensu. Część była w koszyczkach ratunkowych jeszcze na weselu i tak je trzymam. Ale zużyłam! Co prawda trochę inaczej niż powinnam, ale zużyłam. Dokładniej to przecierałam nimi kurze, umywalkę, krany, prysznic i cokolwiek wpadło mi do rąk. I fajnie! Nie wyrzucam zmarnowanych, a trochę czyściej było, dzięki Isana, 3w1łagodne chusteczki oczyszczające, Cleanic, antybakteryjne chusteczki nawilżające (mieliśmy do tatuaży) i Cleanic, dezodorant w chusteczce 2w1.

W dalszym ciągu muszę powalczyć jeszcze z kolorówką i jej się głównie pozbyć, ale mam nadzieję, że już niedługo to ogarnę ;). A jak Wasze zużycia w marcu? :)