Denko listopad 2020r.

01 grudnia 2020

 
Witamy w grudniu! Szok i niedowierzanie, tym bardziej, że pierwszy śnieg za nami, choinka już stoi od piątki, więc idealnie się wyrobiliśmy w czasie, że ja już zdążyłam poczuć ten zimowy i świąteczny czas. No, ale właśnie świąteczny czas, blogmas, a ja tu denko wrzucam. W tym roku czas na przerwę, może i stałą może i tylko w tym roku, ale jakoś nie mam weny, nie mam sił i wiem, że nie będę w stanie powyrabiać się ze wszystkimi świątecznymi wpisami na czas, więc nie dokładam sobie roboty, bo po co mam się stresować i wkurzać ;). Tym bardziej, że w tym roku sytuacja wygląda całkiem inaczej, a ja nawet nie wiem czy będzie mi dane spróbować chociaż jednego piernika, więc niet! Ale na instagramie będzie świątecznie i tam zapraszam wszystkich świątecznych freaków, od świąt się nie odcinam!


A tym razem zapraszam na denko, dość niewielkie, dość konkretne, ale jest. Mam wrażenie, że w grudniu będę mieć czas, żeby znowu przejrzeć wszystkie swoje kosmetyki i pozbędę się kilku rzeczy, ale to tak żeby na Nowy Rok nie wchodzić ze śmieciami - zawsze tak robię! Ale wybiegam za bardzo do przodu, na razie zapraszam Was na zużycia listopadowe!


Ze stałych ulubieńców pojawiły się dla mnie takie bardzo kultowe i standardowe produkty. Jak np, Schwarzkopf, GlissKur, ultimate repair, ekspresowa odżywka regeneracyjna - one zawsze będą moim numerem jeden, zawsze i wszędzie i na każdą okazję. Tak samo, jak i niezawodne BeBeauty, płatki kosmetyczne, które na dodatek są najtańsze, najłatwiej dostępne i zdecydowanie najlepsze. I po niewypale z Facelle w końcu znalazłam idealny zamiennik, czyli ApteoCare, chusteczki do higieny intymnej, co prawda szkoda, że tylko przez Internet, ale zamawiam większe ilości przy okazji witamin i też jest okej, więc nie ma tego złego. A są naprawdę super i zdają egzamin na takim samym poziomie, co właśnie pierwotna wersja chusteczek od Facelle :) I Alterra, pomadka ochronna, mimo że ja pomadek używam rzadko w okresie nie zimowym to teraz już mi szkoda, że się skończyła akurat tak na początku. Nie chcę jej kupować, bo mam masę innych, których muszę się w końcu pozbyć. Ale jak tylko zużyję to co mam to na pewno kupię dobry zapas pomadek z Alterra. 


Holika Holika, Pure Essence Mask Sheet, Lemon - zapomniałam o niej totalnie, a że zrobiłam sobie beauty day to z wielką chęcią z niej skorzystałam i efekt był świetny. Sama płachta jest super nasączona produktem, nie spadała mi z twarzy, bardzo fajnie na niej 'siedziała', zapach był lekko cytrynowy, ale był, jak najbardziej w porządku. Skóra po się nie kleiła, za to była super wypielęgnowana, rozjaśniona i nawilżona - dla mnie ekstra!
Natura Siberica, rokitnikowy spray-kondycjoner odżywczy do włosów - miałam problem z atomizerem, który sikał mi tą odżywką na włosy mocnym skoncentrowanym strumieniem, miałam chwilowy mindfuck, ale wystarczyło psikać sobie na dłonie i potem nałożyć delikatnie na włosy, efekt był świetny. A i w ten sposób mam wrażenie, że odżywka była bardzo wydajna i starczyła mi bardzo na długo. Używałam jedynie na mokre włosy zaraz po myciu i da się zauważyć, że teraz od kiedy nie mam tej odżywki, czegoś mi brakuje w pielęgnacji :).
Vianek, odżywczy krem pod oczy z ekstraktem z szyszek chmielu - krem jest bardzo okej, nie mam się do czego przyczepić, ma fajną konsystencję, nienachalny zapach, do tego wygodnie się rozsmarowuje, super aplikacja, opakowanie i widać, że pielęgnuje skórę pod oczami, więc ja jestem jak najbardziej na tak ;).
Dermedic, Hydrain3 Hialuro, płyn micelarny - kolejny super produkt, z którego ja jestem bardzo zadowolony. Genialnie zmywał makijaż, genialnie doczyszczał twarz po zastosowaniu olejku czy mleczka do demakijażu, a i tak samo super oczyszczał twarz rano po nocy. Dodatkowo wydajny, fajnie pachniał, wygodna butelka, która jest spora, ale wygodnie mi się ją używało, więc dla mnie bomba!


Hean, paletka do konturowania - nie mogę się aż tak do niej przyczepić, bo bronzer zużyłam cały, co jakiś czas używałam też róż i rozświetlacz i prawda jest taka, że gdyby nie to, że mam tego teraz za dużo, to pewnie zużyłabym całą paletkę, ale że mam po prostu produkty fajniejsze, które bardziej mi odpowiadają kolorem, opakowaniem, marką itd. to ta paletka poszła w odstawkę. No gdyby była genialna to na bank bym ją zużyła, według mnie jest średnia, jak najbardziej ok.
Zielone Laboratorium, odżywka wygładzająca, olej migdałowy + len - lubiłam tę odżywkę, miała bardzo lekką konsystencję, ale da mnie zdecydowanie za lekką, czegoś mi w niej brakowało, szkoda że nie był treściwsza, troszkę bardziej gęsta i wtedy byłabym super zadowolona. Trochę za bardzo spływała i znikała z włosów, zapach lekko podrażniał moje oczy co było dziwne, ale dało się do tego przyzwyczaić. Mimo wszystko, czegoś mi w niej brakowało jednak.


Noname, pomadka ochronna - ja nawet nie wiem skąd mam tę pomadkę, na opakowaniu jest napisane tylko 'mamanadiecie' i żadnej innej dodatkowej informacji, obstawiam, że leży u mnie już z 10 lat i tak ją przewalam z miejsca w miejsce, ale idzie do bubli, bo wiem że powinnam ją wywalić dużo wcześniej. Jej konsystencja jest taka mdła i roztapiająca się, taka że 'siedzi' na ustach jak wosk i wcale to nie jest przyjemne. Więc dziwię się, że tak długo wierzyłam w to, że się zmieni.
Yves Rocher, woda perfumowana, Tropicale Tentation - co prawda po próbce ciężko mi w 100% się określić, ale zapach mi się bardzo nie podobał! Za bardzo cytrusowy i po prostu brzydki, bleh i nie. A szkoda, bo po samej nazwie wydawałoby się, że będzie czad!


I o! Na denko grudniowe mam duże plany i mam nadzieję, że uda mi się zrobić porządki w kosmetykach do pielęgnacji i w kolorówce, pozużywać masę próbek i wyczyścić szafę na 2021r. Tym bardziej, że w kalendarzu adwentowym liczę na same cudeńka, które chętnie będę używać <3
A jak Wasze denka? :)


#ślubmarzeń zawartość koszyczków ratunkowych

28 listopada 2020


Kolejny wpis z serii #ślubmarzeń będzie dotyczyć łazienek i ostatnio bardzo popularnych koszyczków ratunkowych. Pamiętam czasy, że zabierałam na wesela całą torebkę z kosmetykami, rajstopami, innymi sukienkami, butami, grzebieniem, lekami, podpaskami i masą innych rzeczy, którą zazwyczaj kitrałam pod stołem, żeby była pod ręką lub w aucie. No dramat. I szacun dla osoby, która jako pierwsza wpadła na pomysł koszyczków ratunkowych. Na początku trochę się zastanawiałam, czy jest sens, czy sobie dodawać roboty i wydatków, ale potem stwierdziłam, że spoko, co się nie zużyje to wezmę do domu dla nas i będę mieć w razie w, nic się przecież nie zmarnuje.


I zaskoczyło mnie na maksa to, że jak weszłam do łazienki już jakoś na początku naszego wesela i w damskim koszyczku praktycznie wszystko było napoczęte, więc jak najbardziej polecam tworzenie takich koszyczków i pomyślenie o swoich gościach w trakcie wesela. Znajdziecie w Internecie gotowe koszyczki ratunkowe, ale warto zrobić swoje, będziecie mieć kontrolę nad zawartością, markami, datami ważności. 

W internecie znajdziecie masę różnych list, w co warto się zaopatrzyć i niektóre są tak rozbudowane, że mąż się ze mnie śmiał, jak zaczęłam wspominać, ze jeszcze warto kupić to i tamto. Dlatego ostatecznie, chciałabym Wam pokazać naszą zawartość koszyczków.


Nie chciałam się powielać i na każdej liście pisać to samo, dlatego pierwsza lista jest na maksa ogólna, która przyda się paniom oraz panom, a i wygodniej jest robić zakupy wiedząc od razu, że tej konkretnej rzeczy warto kupić dwie sztuki. Nic bym nie zmieniła w tej liście, wydaje mi się, że wszystko może się mega przydać w trakcie wesela i nie tylko. A i żadna z tych rzeczy nam się nie zmarnowała, co jest mega! Nie napisałam konkretnie jakie tabletki warto kupić, bo myślę, że każdy zakupi swoje produkty, ale mogę wyróżnić na pewno coś na ból głowy, na problemy żołądkowe i przeciwalergiczne. A przy okazji, zamiast kupować dezodorantu w sprayu możecie też kupić dezodorant w chusteczkach ;)


Dodatkowo, co warto przygotować dla Pań?  Myślę, że większość z tych rzeczy jest w pełni zrozumiała. Nie bawiłam się w pudry, błyszczyki czy inne produkty do makijażu, bo musiałabym wtedy też ogarniać jednorazowe aplikatory, a jakoś stwierdziłam, że takie kosmetyki biorę i tak zawsze ze sobą. Przynajmniej wiem, że i kolor będzie mi pasował i produkt mnie nie uczula. Mimo wszystko, dokupiłabym więcej rajstop! Mam wrażenie, że i tak kupiłam ich całkiem sporo (myślę, że ok. 5-6 par), a już na początku wesela ich nie było w koszyczku. Czy ktoś sobie wziął na wszelki wypadek, czy rzeczywiście potrzebował - tego nie wiem, ale akurat najłatwiej jest podrzeć rajstopy, więc mnie to nie zdziwiło :). 


Dla Panów ciężko coś dodać tak naprawdę. Można ewentualnie pomyśleć, czy niektórych produktów z listy ogólnej nie wypadałoby kupić więcej, jak np. dezodorantów. Nie jestem też fanką dodawania prezerwatyw do tych koszyczków, wiadomo, że wszystko jest dla ludzi, ale jak ktoś się chce tak bawić, niech sam zadba o siebie ;).

Ja z koszyczków jestem naprawdę zadowolona. Nie dość, że się przydały, to spokojnie używaliśmy tego, co zostało. Ja się cieszę, bo przynajmniej mamy nożyczki, mini zestaw do szycia, rolki do ubrań itp., które zawsze kmini się kupić, a i tak się zapomina. Poza tym, same koszyczki się nie zmarnowały, stoją w  naszej łazience i trzymam w nich kosmetyki, suszarkę, szczotki itd., więc gwarantuję Wam, że żadna rzecz z tych koszyczków się nie zmarnowała.
Przy okazji zakupów do koszyczków, korzystałam z wielu promocji w drogeriach czy na stronie internetowej, więc koszt takich koszyczków nie jest wcale kosmiczny, a gwarantuję Wam, że się one przydają ;).


A Wy? Korzystacie z tych koszyczków? Uratowały Wam kiedyś 'życie' na weselu? :)


Nowa odsłona mojego makijażu z Topestetic
+ Vita Liberata oraz SAY Makeup

22 listopada 2020

 
Hej! Co tam, jak tam? U nas jak zawsze dużo się dzieje, pełno zmian, ale jak najbardziej pozytywnych, więc super, a to dopiero początek tych zmian, więc soon, soon będzie się działo coraz więcej! Zmiany też i na blogu i dzisiaj w końcu pierwszy wpis związany z tymi zmianami, a mianowicie wpisy makijażowe! Mniej lub bardziej makijażowe, mniej lub bardziej profesjonalne (bardziej mniej), ale jednak ruszamy i z tymi wpisami. mam bardzo dużo wszystkiego i mimo że teraz przez covid znowu się nie maluję ta często, jak kiedyś, ale aż mi szkoda, że wyrzucam coraz więcej produktów do makijażu nawet nie otwartych, więc czas to pozużywać w jakimś stopniu.



A sprawcą całego zamieszania dzisiaj jest topestetic.pl i dwa produkty, które są nowością dla mnie, czyli Vita Liberata rozświetlacz w płynie, a także SAY matowa pomadka do ust w płynie. Obecna sytuacja ma też swoje plusy, bo dużo łatwiej jest sprawdzić teraz ścieralność produktów kosmetycznych za pomocą maseczek. A myślę, że każdemu przyda się jakaś odmiana w nakładaniu makijażu, bo dla mnie takie nowości sprawiły, że aż nie mogłam się doczekać, aż w końcu się pomaluję!

Vita Liberata, kremowy rozświetlacz w płynie,
do twarzy i ciała | odcień: róż


Najwyższy czas żeby błyszczeć! Ten innowacyjny rozświeltacz do twarzy i ciała nada pięknie lekko różowe rozświetlenie i promienny blask na Twojej skórze, w tym samym czasie dbając o nawilżenie, odżywienie i ochronę Twojej skóry. Formuła zawierając perłowe pigmenty idealnie rozprasza światło, dzięki czemu skóra jest rozświetlona i gładka. Rozświetlacz nadaje promienny blask na kościach policzkowych i pod łukiem brwiowym. Polecane jest również wypróbowanie na kościach obojczykowych, ramionach i przedramionach oraz wierzchu nóg.
Posiada organiczny aloes, dzięki czemu działa nawilżająco dla potrzebującej skóry. A także dzięki zawartości masła shea nawilża, wygładza oraz odżywia.

Skład: Aqua, Homosalate, Propanediol, Squalane, Glycerin, Octoacrylene, Ethylhexyl Salicylate, Dimethicone, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Juice Powder, Hyaluronic Acid, Carbomer, Tocopheryl Acetate, Ceteareth-20, Neopentyl Glycol Siheptanoate, Isohexadecane, Isododecane, Xanthan Gum, Caprylyl Glycol, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Panthenol, Hydrolised Pea Protein, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Cl 77861 (Tin Oxide), Cl 77891 (titanium Dioxide), Cl 77019 (Mica), Cl 75470 (Camines).

Sposób użycia: należy aplikować niewielkie krople i wklepać opuszkami palców lub za pomocą pędzla. 


Po pierwsze muszę przyznać, że był to pierwszy mój rozświetlacz w innej konsystencji niż w kamieniu i jak zawsze bałam się używać takich, tak tutaj stwierdziłam, dobra - lecimy i działamy! 
Opakowanie jest dla mnie na maksa ekskluzywne, po prostu ładne, bardzo kobiece i zarazem eleganckie. Bardzo mi się podoba i idealnie wpasowuje się w to mój gust ;). Aplikacja jest wygodna, mamy tutaj pompkę, która pomaga nam dozować produkt, ale nie naciskajmy z całej siły, bo im mniej tym lepiej i zdecydowanie łatwiej jest nałożyć produkt na twarz. Ogólnie nic się nie zacina, wszystko tutaj fajnie działa. Konsystencja jest kremowa, nie rozlewa na boki, jest zdecydowanie jak lekki krem. Zapach jest niewyczuwalny na szczęście, bo jak już się wwąchałam to czułam nieładny zapach samoopalaczy sprzed kilkunastu lat, ale tak jak mówię normalnie go nie czuć, więc klasa ;).



Najbardziej cieszy mnie to, że pomimo moich 'zdolności' makijażowych udało mi się pomalować i nałożyć ten rozświetlacz tak, że efekt jest widoczny nawet na zdjęciach (chociaż na żywo glow jest większe). Ale nakładanie produktu jest bardzo łatwo, tak jak pisałam wcześniej mi bardzo pomogło delikatne dozowanie produktu i nakładanie mniejszych ilości, delikatne wklepywanie palcami i od samego początku się zakochałam. Nałożenie rozświetlacza pod koniec nie sprawiło, że część makijażu się starła. Nie miałam problemu z nałożeniem go na miejsca, na które zawsze nakładam, czyli kości policzkowe łuk brwiowy, łuk kupidyna i odrobinę na nos. Aplikacja bardzo wygodna i efekt na maksa mi się podoba!
Uwierzcie mi na słowo, że na żywo efekt był mocniejszy (ja lubię mocne glow!). Jak ruszałam głową, to pięknie się prezentował ten rozświetlacz wszędzie tam, gdzie go dałam. Efekt był bardzo ładny, Odcień rozświetlacza jest lekko perłowy, delikatnie różowy, wcale nie za mocny i fajnie będzie współgrał z każdym makijażem, mocniejszym na imprezę, czy takim na co dzien.


I muszę przyznać, że Vita Liberata kremowy rozświetlacz w płynie zrobił na mnie ogromne wrażenie! Cena jest dość wysoka - 135zł, ale biorąc pod uwagę fakt, że jest on w kremie, ma pojemność aż 30ml i naprawdę wystarczy niewielka ilość tak na co dzień, to myślę, że będzie ze mną bardzo długo. Efekt mi się bardzo podoba, można nim uzyskać delikatny efekt, ale i dowalić sobie mocnego glow na wieczór - szkoda tylko, że musi poczekać na lepsze czasy! Nie mogę się doczekać aż będę mogła wyjść na jakąś imprezę/wesele i użyć tego rozświetlacza na obojczyki, ramiona, żeby dodać sobie total pięknego, promiennego looku. A już teraz jestem pewna, że efekt będzie oszałamiający - na pewno Wam pokażę! Poza tym, nie ściera się pod maseczką! Dlatego, dla mnie bomba!


SAY Makeup,
matowa pomadka do ust w płynie


Odmień swój look w kilka sekund z matową pomadką SAY Makeup! Jej intensywnie napigmentowana formuła lekko rozprowadza się na ustach  nadając jej subtelne, aksamitne i welurowo-satynowe wykończenie - bez uczucia lepkości, a jednocześnie nadając komfort i naturalny wygląd ust. Pomadka została wzbogacona witaminą E ochroni wargi przed wysuszeniem i nada im  miękkości. Zapomnij o poprawkach w ciągu dnia i ciesz się intensywnym kolorem nawet do 18 godzin. Twoje usta będą wyglądać oszałamiająco. A dzięki precyzyjnemu aplikatorowi można bardzo łatwo i szybko wyrysować odpowiedni kształt ust bez użycia konturówki. 

Skład: Isododecane, Cyclohexasiloxane, Cyclopentasiloxane, Trimethylsiloxysilicate, Kaolin, Hydrogenated Polyisobutene, Synthetic Beeswax, Silica DImethyl Silylate, Disteardimonium Hectorite, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Aroma, Phenoxyethanol, Propylene Carbonate, Tocopheryl Acetate, Ethylhexylglycerin, [+/- Cl77891, Cl 77491, Cl 77492, Cl 77499, Cl 77007, Cl 77742, Cl 73360, Cl15850, Cl 15985, Cl 15880, Cl 45430, Cl 45410, Cl 45380, Cl 58000, Cl 12085, Cl 19140]

Sposób użycia: należy nałożyć cienką warstwę pomadki na usta, nie należy łączyć warg aż do ich pełnego wyschnięcia (ok 1-2 minuty), i gotowe!



Dalej mamy produkt do ust! Matową pomadkę w płynie w pięknym burgundowym, ciemnym odcieniu - nr 1. Uwielbiam takie kolory tym bardziej na jesień i zimę, aczkolwiek przyznaję się bez bicia, że ja rzadko kiedy maluję usta, najczęściej używam pomadki ochronną, bo zawsze wszystkie mi się rozmazują, nierówno ścierają, a mnie denerwuje ciągłe poprawianie makijażu. Ale tylko krowa nie zmienia zdania, więc chciałam sprawdzić i tę pomadkę, co prawda w warunkach domowych, ale zawsze coś.
Pomadka znajduje się w dość zwykłym opakowaniu, które w dalszym ciągu jest utrzymane  estetycznej formie. Nie ma tutaj niczego wow, ale też nie mam do czego się przyczepić. Widzimy dokładnie zużycie pomadki, wygodnie się ją odkręca, nic się tutaj nie pasuje, nie zacina, wszystko ładnie z nami współpracuje. Bardzo mi się podoba aplikator! Jest miękki, miły i wymiarowy, dzięki czemu można coś obrysować, coś dorysować, a gdzieś uzupełnić niewielką część ust - mega.
Konsystencja jest niesamowita, aksamitna, taka gładka i smooth, że aż się chce malować i malować. Zapach posiada, ciężko jest mi go jakoś konkretnie zdefiniować, ale coś jakby trochę śliwkowo, wiśniowo, czuję też i lekką sztuczność, ale ogólnie podoba mi się!. Co prawda zapach nie jest wyczuwalny już na ustach.


A jak już się pomalowałam to oszalałam. Bardzo podoba mi się kolor, bardzo podoba mi się efekt i bardzo podoba mi się wszystko. Ale zanim przejdę do full podniecania się, to jeszcze parę uwag i wskazówek.
Warto ściągnąć część pomadki z aplikatora, bo taka ilość jest nam zupełnie niepotrzebna, o czym przekonałam się przy pierwszej aplikacji. Potem już zawsze nakładałam mniej i nie dość, że było to łatwiejsze to i ładniejsze. Nie miałam problemu z obrysowaniem rus, z dodaniem pomadki w niektóre miejsca, z dociągnięciami w kącikach ust, wszystko było tak, jak ma być, a ja nawet nie wiedziałam, że tak potrafię! Pomadka zasycha w przystępnym tempie, ja i tak zawsze za pomocą chusteczki odciskam sobie nadmiar i wtedy czuję się bezpieczniej. Pomadkę da się jeszcze w miarę poprawić, jeśli szybko zareagujemy, potem może być ciężko. I kwestia, która bardzo cieszy, pomadka podbija biel zębów, uwierzcie mi na słowo, że aż tak białych zębów to ja nie posiadam, więc tym bardziej mega.
Ale jestem zachwycona. Aż nie mogłam zrozumieć, czego ja tak rzadko maluję usta, od razu twarz nabiera innego koloru, jest jakaś taka ciekawsza, konkretniejsza i fajniejsza, a ja czułam się w niej jak petarda, mimo że przesiedziałam cały dzień w domu. Zdarzyło mi się, że się odbiła na szklance, ale to tylko na początku, poza tym nie rozmazywała się, tylko lekko się ścierała na środku ust, ale to jest dla mnie normalne i akceptowalne. Poza tym, trwałość tak dobra, że się trochę męczyłam ze zmyciem jej, ale to też poszło nawet sprawnie.


Matowa pomadka w płynie Say Makeup to chyba moje odkrycie tego roku, mam ochotę na więcej odcieni, bo trwałość, konsystencja, nakładanie i piękny, lekko satynowy, ale w dalszym ciągu matowy efekt na ustach to coś co bardzo mi się podoba. Nie odważyłabym się w niej nigdzie pójść jeśli chodzi o maseczkę, wydaje mi się, że jednak materiał, częste pocieranie, oddychanie w tej masce może powodować różne dziwne rzeczy, a po ściągnięciu maski może być katastrofa. Aczkolwiek, jak tylko moje wyjście w trakcie pandemii nie będzie się wiązało z założeniem maski, to jak najbardziej idę w tę pomadkę! 


I fajnie tak się pomalować 'od święta', nawet jak się siedzi w domu. Myślę, że wyjdzie to nie tylko mi na dobre, ale mężowi też, bo jak już makeup zrobiony to i ciuchy też jakieś takie lepsze wybieram ;). A jak u Was wygląda ta kwestia? Podczas pandemii nie malujecie się, czy mimo wszystko robicie full makeup każdego dnia? No i najciekawsza kwestia, Malujecie usta pod maseczki? Dajcie znać!


Przegląd moich miniatur perfum!

18 listopada 2020

 
Hej, hej, hej! Zbliżają święta już wielkimi krokami, ja od paru dni codziennie namawiam męża, żeby wyciągnąć choinkę wcześniej (ale z jakiegoś dziwnego powodu się nie zgadza..), część prezentów nawet już mam, część zamówiona, część jest w planach, ale mam nadzieję, że ze wszystkim się wyrobimy, a święta będą jak najbardziej normalne i tym bardziej cudowne. 


Przy tej właśnie okazji, pomyślałam sobie, że fajnie byłoby zrobić wpis na temat moich perfum, mam sporo miniaturek, których używam od czasu do czasu, a że perfumy to idealny pomysł na prezent, więc myślę, że i Was może zainspiruję! Chociaż nie będę się tutaj tylko zachwycać.
W ostatnim czasie podostawałam dość sporo miniaturek, głównie pozgarniałam je z kalendarzy adwentowych, więc będzie idealny przegląd ;)

Abercrombie&Fitch, First Instinct

Nuty głowy: passiflora, magnolia, grejpfrut 
Nuty serca: kwiat pomarańczy, orchidea 
Nuty bazy: bursztyn, fasola tonka

Byłam bardzo ciekawa tych perfum, tym bardziej, że mojego męża ulubione perfumy są tez tej samej marki, więc chciałam sprawdzić damskie wersje i jak widać - zakochałam się. Uwielbiam ten zapach, jest dokładnie taki, jak ja lubię - dosyć ciężki, intensywny, taki zadymiony, ale nie jest za mocny czy przeszkadzający albo duszący. Dla mnie jest idealny w punkt. Używam zawsze na większe wyjścia, na jakieś imprezy, gdzie chcę się czuć idealnie pod każdym względem. Ale jest to dla mnie bardziej jesienny i zimowy zapach, na lato jest już za ciężki. Taka miniaturka też jest dla mnie świetna, dzięki temu, że ma normalny atomizer, mogę włożyć do każdej torebki i cisnąć w świat, pachnąca i na maksa pewna siebie! 

Ariana Grande, Moonlight

Nuty głowy: czarna porzeczka, śliwa
Nuty serca: marshmallow, piwonia
Nuty bazy: wanilia, bursztyn, drzewo sandałowe

Kolejny zapach, który skradł moje serce. Tez jest ciężki, intensywny i lekko zadymiony, ale zaraz idealnie słodki i magiczny. Nie lubię słodkich zapachów, ale ten jest naprawdę super wyważony. Jest dla mnie lekko bardziej szalony i zwariowany niż Abercrombie. Poza tym, zapach się cudownie unosi i otula wszystko dookoła. Wystarczy ruszyć lekko ręką, żeby zapach był wyczuwalny, a naprawdę pachnie fantastycznie. Da się tu wyczuć piwonie, jakkolwiek jestem cienka w opisywaniu i czuciu tych nut zapachowych, tak tutaj piwonie i piękne kwiaty jestem w stanie poczuć, ohh cudowny! Idealny zapach dla mnie na każdą porę roku, niezależnie czy jest ciepło, czy zimowo i mroźno - pasuje na każdą okazję. Szkoda mi tylko, że te buteleczki są na wylewanie, niewygodnie się tego używa, ale na pewno kupię pełnowymiarowe wersje! 

Ariana Grande, Ari

Nuty głowy: gruszka, malina
Nuty serca: róża, konwalia, orchidea
Nuty bazy: piżmo, marshmallow, nuty drzew

Ta opcja jest z kolei dla mnie zbyt słodka i zbyt owocowa, i nawet zbyt infantylna. Kojarzy mi się zapach bardziej za nastolatkami, które wylewają na siebie cokolwiek, tylko żeby jakaś woń się za nimi unosiła. Dla mnie, nie. Ale muszę przyznać, że te nuty bazowe, które się tak nieśmiało wychylają na tą malinę i gruszkę są intrygujące, ale jednak pierwsze skrzypce grają słodkie nuty i głównie je czuję. Ale, dla osób, które lubią takie słodkie zapachy, możecie je poniuchać przy jakiejś okazji - może akurat się zakochacie ;).

DKNY, Be Desired

Nuty głowy: czarna porzeczka, pomarańcza, liście fiołka
Buty serca: czarna porzeczka, róża, jaśmin
Nuty bazy: kaszmir, miazga, cedr

To są perfumy, na punkcie których szalałam, wariowałam i były moim marzeniem. Miałam taką manię, że byłam w stanie z daleka wyczuć dziewczyny, które mają te perfumy i za każdym razem zachwycałam się tak samo. Nigdy nie kupiłam sobie pełnowymiarowej buteleczki, bo chyba było mi szkoda. mam taką miniaturkę już od dawna i nie po dodrze mi z ich używaniem, głównie ze względu na to, że je trzeba wylać. I jakkolwiek mam sentyment do tych perfum, tak teraz są dla mnie takie nie do końca. Bardzo słodkie, owocowe, intensywne, i zdecydowanie jest to opcja na lato lub wiosnę, na słoneczne dni, kiedy jesteśmy na wakajkach i świat czeka na nas. I chyba jak teraz niucham je za każdym razem, to za każdym razem podobają mi się coraz mniej, chyba z nich po prostu wyrosłam - ale biorę też pod uwagę, że moja opcja może być już na tyle ;stara', że zapach nie jest taki jak powinien.

Toni Gard, My Honey

Nuty głowy: owoce, miód, lima
Nuty serca: lotos, magnolia, jaśmin
Nuty bazy: malina, piżmo, białe drewna

To są perfumy z kalendarza adwentowego i z tej samej serii miałam jeszcze żel pod prysznic, który nie tylko był brokatowy, ale pachniał obłędnie i fenomenalnie. I te perfumy pachną baaaradzo podobnie. Jest to zapach turbo słodki, owocowy i taki dość intensywny. Jak przy żelu pod prysznic było to dla mnie okej, tak przy perfumach nie chciałabym się okalać takim zamachem na cały dzień. Jednak jest za słodki. Aczkolwiek, jeśli będzie ciepło, będzie wiosna, będą wakajki to tak na dzień, na zwykły dzień jak najbardziej będą okej. Są też dosyć świeże i takie energetyzujące, więc myślę, że na cieplejsze dni bez większych planów, będą super ;). Tym bardziej, że ta słodycz bardzo fajnie się ulatnia i zamienia w naprawdę ładny zapach.

Douglas, Jazzy Dreams

Nuty głowy: bergamotka, akord zielony jabłka, liście fiołka
Nuty serca: białe kwiaty, róża, ylang-ylang, fiołek
Nuty bazy: drzewo sandałowe, mech dębowy, vetiver, piżmo

Na koniec mam dla Was małego śmierdziucha. Nie wiem, czy to te dziwne nuty, których nazw totalnie nie rozumiem, ale nie czuję potrzeby nawet ich rozszyfrowywania. Zapach od początku mi się nie widzi, jest dziwny, zbyt ostry, nieprzyjemny, nawet nie wiem co w nim tak brzydko pachnie, że mi się po prostu nie podoba. Nie mam pojooo.


Taki mini przegląd! Jeśli jesteście ciekawi innych moich recenzji perfum, również tych pełnowymiarowych to zapraszam do etykiety:

A i pytanie do Was. jakimi pefumami dziś pachniesz?


#49 Kinomaniak, czyli ostatnie 6 filmów, które oglądałam

14 listopada 2020

 
Hej! Jak tam, co tam? U mnie już zimowo w pełni, mroźno, zimno i powoli robi się coraz bardziej klimatycznie. No i fajnie, mi się podoba i ja bardzo lubię. Chociaż na chwilę obecną nie mogę się doczekać wszystkiego, co nas czeka to i tak czekam na grudzień! Co prawda, nie planuję robić blogmasów, ale i tak planuję wprowadzić w mieszkanie i w życie na maksa świąteczny vibe i klimat, i żeby po prostu było fajnie i przyjemnie! Dajcie znać, czy też już oczekujecie grudnia tak samo, jak i ja? Macie plany na świąteczny wystrój? Czy jakoś ten rok 2020 Was tak przybił, że odpuszczacie? :)


Co prawda świątecznie jeszcze nie jest, ale już oglądałam pierwszy świąteczny film w tym sezonie i mega mi to poprawiło humor! Co prawda świąteczne filmy przedstawię Wam niedługo, dzisiaj jeszcze będzie dość neutralnie ;). No to zaczynamy!

Miłość na zamówienie (2006) 'Failure to Launch' komedia romantyczna


Kolejna komedia romantyczna, która ma dość utarty schemat, zakończenie nikogo nie powinno dziwić, ale tak jak zawsze powtarzam takie filmy też są potrzebne. Parę zwrotów akcji, które śmieszą, które dodają komedii swojego charakteru i mimo wszystko muszę też przyznać, że sam zamysł na fabułę dla mnie był czymś nowym. Nie znałam i nie kojarzę, żebym oglądała coś podobnego, a to jest na duży plus. Bardzo przyjemny film, ciekawy, ale no oczywiście wszystko dobrze się kończy i wiadome to jst od samego początku, ale tak czasem musi być ;). Dlatego jak najbardziej polecam na długi jesienny wieczór Miłość na zamówienie wejdzie fajnie.

Żółtodzioby (2017) 'The Yellow Birds' dramat, wojenny


Co prawda nie oglądam takich filmów za często, ale jak najbardziej polecam Wam ten film. Jest genialny, cudownie przejmujący, pełen skrajnych emocji, pełen różnych sytuacji, porównuje też dwa różne scenariusze, jak pewna sytuacja może się obrócić. A tak naprawdę nigdy tego nie wiemy, czy aby na pewno wszystko będzie super na końcu. Uwielbiam dramaty, i te wojenne też, mam wrażenie, że one uczą i pokazują na swój sposób pewne realia, o których normalnie moglibyśmy nie mieć pojęcia. Dlatego ja bardzo polecam, za emocje, za historię, za wciągnięcie i za wszystko.

Anatomia zemsty (2013) 'Life of Crime' komedia kryminalna


Kolejny bardzo ciekawy film, nie wszystkie komedie kryminalne mi podchodzą, ale tak jak najbardziej wpasowała się w mój filmowy gust i oglądałam ją z mega zaciekawieniem, tym bardziej, że gra w nim moja Top Favourite Jennifer Aniston. Bardzo ciekawa fabuła, taka inna, dodatkowo mamy tutaj kryzys małżeński, który naprawdę jest w stanie obrócić zaistniałą sytuację do góry nogami, i są momenty, których ja bym się nie spodziewała, są też takie przewidujące, ale suma summarum, dla mnie super - bardzo fajny film.

The Kissing Booth (2018) komedia romantyczna, dla młodzieży || The Kissing Booth 2 (2020) komedia romantyczna


Nie zwracajcie uwagi na mój wiek, ale ja bardzo lubię i bardzo często oglądam nie tylko bajki, ale i takie głupkowate filmy dla młodzieży, które za bardzo nic nie wniosą do mojego życia, nie zmienią mojego światopoglądu, ale w sumie czemu by nie obejrzeć? I obie części podobały mi się tak samo mimo że główna aktorka mnie trochę irytowała, ale i tak obie części warto obejrzeć, mimo że pierwsza jest zdecydowanie ciekawsza, pod takim kątem, że jest to totalna nowość, poznajemy bohaterów, widzimy jak się rozwija sytuacja, druga część zawsze jest wymyślana trochę na siłę, żeby jednak coś się działo, żeby pojawiła się jakaś drama i żeby trzymała mnie w napięciu. Druga część jest już bardziej dorosła, ale nie sprawia, że jest lepsza. Aczkolwiek i tak polecam, bo do obejrzenia - fajna sprawa.

Dylemat społeczny (2020) 'The Social Dilemma' dokumentalny


Na ten film był na maksa bum, każdy na instagramie wrzucał info, że musimy go obejrzeć, że ma bardzo ważne przesłanie. No ok, zgadzam się z tym, ale czy zmieni coś w naszym życiu, czy sprawi, że nagle człowiek przestanie używać social media? Że postanowi trochę zwolnić i stać się bardziej anonimowy? Nie wydaje mi się, dokument bardziej nas uświadamia jak to wszystko działa, jak działają algorytmy i o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Bo nie chodzi o super strony, na których możemy się dzielić swoimi przeżyciami, wszystko jest po coś i nic się nie dzieje bez przyczyny. Mimo wszystko, zgadzam się z tym jak najbardziej, że każdy powinien go obejrzeć, bo wydaje mi się, że w dalszym ciągu jest sporo nieświadomych osób, głównie starszych, więc warto!

Gwiezdny pył (2007) 'Stardust' fantasy, przygodowy


Co prawda ja nie jestem fanem filmów fantastycznych, ale leciał w telewizji, a tytuł jakoś tak mnie zaciekawił, więc obejrzałam, żeby zobaczyć. Musze przyznać, że był bardzo przyzwoity. Taki magiczny, bardzo oczywiście niemożliwy, pojawiają się tam czarownice, spadające gwiazdy w postaci pięknych, młodych kobiet i inne magiczne motywy, ale oglądało mi się fajnie ten film. Zupełnie coś innego, coś nowego, coś do czego nie jestem przyzwyczajona i właśnie dlatego mi się on podobał! Jak ktoś lubi taką tematykę to bardzo polecam, dodatkowo macie tutaj trochę dramatu, trochę miłości i romansu, trochę komedii - trochę wszystkiego, więc super!


Dajcie znać, co Wy ostatnio oglądaliście i co mi polecacie? Nawet mogą być jakieś nowe świąteczne filmy! :)


TopEstetic i płyn micelarny z naturalnymi micelami: algi, aloes oraz arnika od KOI

11 listopada 2020

 
Dzień dobry! Jestem, jestem, miałam być więcej, częściej, a tu znowu klops z tego wychodzi, ale to nic ;). Mam nadzieję, że nadrobię moją nieobecność fajnymi recenzjami i produktami, które Was mogą zainteresować! A że mam sporo do nadrobienia w tym temacie, to będzie się działo, jak już tylko będę miała tyle czasu na pisanie ile mi trzeba! 
Zacznę od płynu micelarnego marki KOI, który otrzymałam od Topestetic. Trochę czekał na swoją premierę tutaj, ale gwarantuję Wam, że warto było czekać, już sam skład mnie na maksa zaciekawił, a jakkolwiek się na nich nie znam to taka ilość ekstraktów i składników aktywnych mnie w pełni zadowala. Ale przechodzę do pełnej recenzji!

KOI, rich cosmetics
algi | aloes | arnika


Płyn micelarny, bogaty w składniki nawilżające i łagodzące podrażnienia, zapewnia dokładne oczyszczenie i demakijaż skóry. Oczyszczające działanie miceli oparte jest na szczególnych właściwościach cząsteczek, które usuwają zanieczyszczenia i makijaż z twarzy nie naruszając przy tym jej delikatnej struktury. Micele zbierają ze skóry zanieczyszczenia, które pochodzą zarówno z zewnątrz, jak i te, które są naturalnie wydzielane przez skórę.
Dzięki zastosowaniu naturalnych miceli, produkt nie wymaga spłukiwania, co pozwala zachować naturalną barierę hydrolipidową skóry.

Skład: Aqua, Polyglyceryl-4 Caprate, Glycerin Propanediol, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Citric Acid, Enteromorpha Compressa Extract, Silybum Marianum Fruit Extract, Ocimum Sanctum Leaf Extract, Salvia Sclarea Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Arnica Montana Flower Extract, Calendula Officinalis Flower Extract, Chamomilla Recutita Flower Extract, Glycyrrhiza Glabra Root Extract, Lavandula Angustifolia Flower Extract, Camella Sinensis Leaf Extract, Vanilla Planifolia Fruit Extract, Dipteryx Odorata Seed Extract, Citrus Aurantium Bergamia Fruit Extract, Cinnamomum Zeylanicum Bark Extract, Thymus Vulgaris Flower/Leaf Extract, Eugenia Caryophyllus Flower Extract, Citrus Aurantifolia Peel Extract, Jasminum Officinalis Flower/Leaf Extract, Rosa Damascena Flower Extract, Caprylic?Capric Triglyceride, Potassium Sorbate, Eugenol Gluconate, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Sodium Benzoate, Dehydroacetic Ac. eugenol.
Składniki aktywne: algi, arnika, aloes, lukrecja, szałwia muszkatołowa, nagietek, rumianek

Sposób użycia: należy nasączyć wacik niewielką ilością produktu i delikatnymi ruchami oczyścić skórę twarzy i dekoltu. W przypadku demakijażu oka, należy przyłożyć wilgotny wacik do powieki i poczekać aż makijaż się rozpuści i ściągnąć wacik w kierunku rzęs. 


Zacznę od początku, czyli od samego opakowania. Płyn micelarny znajduje się w ciemnej, szklanej buteleczce, co pozytywnie wpływa na właściwości produktu. Czarne etykiety, na których wszystko fajnie i elegancko widać bardzo mi się podobają. Prostota, elegancja, a jednak jest w tym coś, co mnie urzeka, Wszystko też dobrze i dokładnie widać, więc bomba. Butelka ma zakrętkę, która ja początkowo wiernie odkręcałam. Dopiero potem odkryłam, że mamy tutaj zamknięcie na zatrzask, przez które można również wydobyć płyn na wacik. Ale to rozwiązanie jest dla mnie niewygodne. Przez ten otwór wylatuje za mało płynu micelarnego i mimo że niewiele potrzeba na jeden wacik, ale ja wolę konkretnie. Więc zostałam przy odkręcaniu butelki.
Konsystencja jest bardzo wodnista, a płyn ma lekko rudawy kolor. Zapach jest dla mnie niesamowicie świąteczny, goździkowy, owocowy, mi zapach kojarzy się z idealnie doprawionym grzańcem z wina. Często mam alkoholowe skojarzenia zapachowe, ale naprawdę ten zapach ma w sobie coś niezwykłego. Poza tym, nie jest zbyt intensywny ani duszący, więc spokojnie można używać.


Płyn micelarny, mimo tego że zawiera naturalne micele, jest bardzo mocny. nie spodziewałam się tego, bo zazwyczaj przy płynach micelarnych zużywam kilka/kilkanaście wacików, a i tak mam wrażenie, że muszę jeszcze czymś doczyścić skórę - najlepiej jakimś mocnym peelingiem. W tym przypadku płyn tak fantastycznie i dokładnie oczyszcza skórę, że jestem pod wrażeniem! Nie potrzebujemy niezliczonej ilości wacików, nie ma opcji, że coś gdzieś zostanie niedomyte, każdy rodzaj makijażu, lekki, mocniejszy, tapeta czy brokatowy makijaż oczu z 3 różnymi tuszami do rzęs - wszystko pięknie jest zmyte w szybkim tempie. Nie podrażnia też oczu, nie powoduje łzawienia ani zaczerwienienia.
Ale! Mimo tego, że jest mocny, nie mam wrażenie, że aż zżera mi skórę, nie podrażnia, nie powoduje przesuszeń ani ściągnięcia. Nie czuję późniejszej potrzeby nałożenia czegokolwiek, żeby sobie ulżyć, więc to jest fajne.



I tym oto sposobem jestem w stanie uplasować ten płyn micelarny wśród moich najlepszych płynów do demakijażu. Naprawdę robi to wyśmienicie, sprawnie i konkretnie. Dodatkowo ten zapach mnie urzekł i wszystko mi tutaj gra. Powiem też, że ja miałam wrażenie, że bardzo dużo zużyłam na jeden demakijaż i za każdym razem sprawdzałam zużycie, a zużycie jest minimalne! Więc on mi wystarczy na bardzo długo! Na stronie topestetic.pl Koi płyn micelarny kosztuje około 55zł, co jest mniej niż na stronie producenta. Dlatego ja polecam, warto się przyjrzeć tym kosmetykom, a ja już muszę sprawdzić pozostałe produkty :))


Denko, październik 2020!

08 listopada 2020

 

Dzień dobry! Poza tym, że myślałam, że w listopadzie będę bardziej zorganizowana pod kątem blogowym to wszystko jest okej, a już z pierwszym wpisem jestem w plecy i tak to wygląda. Ale nie ma się co załamywać, tylko po prostu działamy tak jak się da! Nie pozostaje mi nic innego, jak dalej naiwnie wierzyć, że w końcu się ogarnę i będzie lepiej. 
A na razie! Zapraszam Was na październikowe denko, które jest dość spore, a to z tego względu, że postanowiłam też pozbyć się niektórych produktów, które się przeterminowały albo po prostu nie będę ich już używać, a niekoniecznie są zdenkowane. Ale lubię robić takie porządki, bo od razu jakoś tak lepiej się robi i w łazience i w szafie. Więc enjoy! Będzie tego sporo!


Ulubieńców mamy o dziwo niewiele. Zazwyczaj ta grupa jest u mnie bardzo rozbudowana, ale jakoś tak wyszło. W obecnym czasie mam wrażenie, że nie mam na nic wpływu. No, ale wyrzuciłam kolejną myjkę z Rossmanna, które dla mnie są zdecydowanie najlepsze. Wrzucam je rzadko, a zmieniam oczywiście częściej, ale teraz, że wymiana nastąpiła pod koniec miesiąca postanowiłam zostawić. Bardzo je polecam, bo są tanie, a mega! Dodatkowo Isana, żel pod prysznic, yoghurt&fruit jest świetny. Nie wyróżniam konkretnych żeli, bo co chwilę mam inne, ale one są naprawdę super. Nie wysuszają skóry, nie powodują nic złego, a fajnie pachnie, super myje, pieni się, są tanie i wydajne, więc czad. W kwestii włosów zużyłam kolejną buteleczkę mojego ulubionego Natura Siberica, rokitnikowy kompleks olejków, on jest dla mnie najlepszy. Pięknie pachnie i na maksa pielęgnuje włosy! Poza tym, zużyłam też w końcu Dermacol, intensywnie liftingująca maska i ona też jest fajna, fajny zapach i super działanie, więc ideolo. I kolejna rzecz to BeBeauty, płatki kosmetyczne - mega mi one pasują i są zdecydowanie najlepsze, najtańsze, nie rozwarstwiają się i nie denerwują, więc rewelka! 


Czas na cuda, których jest sporo!
  • Neutrogena, Skin Detox, oczyszczająca maska 2w1 - ta maska jest naprawdę super! Jak tylko miałam jakieś zmiany skórne od razu brałam tę maskę i się smarowałam. Ona miała naprawdę wielopoziomowe działanie. Każda zmiana, wyprysk znikały dużo szybciej niż bez użycia tej maski, ona świetnie oczyszczała i łagodziła jakiekolwiek podejrzane stany, ale nie wysuszała przy okazji dramatycznie. Zapach dość mentolowe, ma lekko działanie chłodzące, ale to wszystko było na maksa przyjemne, więc dla mnie produkt sztos!
  • Panthenol spray - nie muszę mówić, że dla mnie panthenol to produkt pierwsza klasa. Zawsze opalam się na czerwono, czy tego chcę czy nie - a zazwyczaj nie lubię nawet siedzieć na słońcu, ale ten panthenol super łagodził sparzoną skórę i pomagał w jej zagojeniu.
  • Dermaquest, Universal Cleansing Oil, olejek do mycia twarzy i oczu - olejek zużyłam, był na maksa wydajny, wystarczył mi na bardzo długo, a zmywał makijaż rewelacyjnie. Każdy, makijaż oczu, mocne konturowanie i tzw. moją tapetę, więc bomba. Poza tym, nie podrażniał, nie powodował zamglenia oczu - a o to właśnie chodzi ;).
  • Kerabione, serum do rzęs - z jednej strony serum, jak serum, mam wrażenie, że większość działa zdecydowanie tak samo, ale ta wersja jest o tyle fajna, że jest w naprawdę przystępnej cenie, dodatkowo 'do kompletu' można kupić suplementy, co wspomoże efekt. Mi się podobało, bo rzęsy były dłuższe i mocniejsze, a o to chodzi.
  • Ziaja, żel myjący normalizujący na dzień/na noc - nie chcę mówić, jak długo go używałam, ale jest super. Ekstra oczyszczał skórę rano, była w super stanie, może lekko czasem ściągnięta, ale tonik załatwiał potem sprawę. Produkt jest tani, łatwo dostępny, fajnie się pienił, ale nie podrażniał, więc ja byłam zadowolona.
  • Mugga - ja musiałam powiedzieć o tym produkcie, jeśli tylko wybieracie się do Afryki albo lubicie łowić ryby, czy przesiadywać na ogniskach wieczorami to ten produkt jest genialny! Produkt jest mocny i trzeba trochę na niego uważać, ale naprawdę działa, odstrasza komary na dobre, tak że nawet żadne nie latają i nie wkurzają. 
  • Shecell, dermoaktywny krem do skóry z przebarwieniami - kolejny fajny krem, który ładnie zadziałał na moją skórę, nawilżył ją, a także lekko podziałał na przebarwienia. Cudów nie ma co oczekiwać aż tak, ale naprawdę efekt jest zadowalający. A przy okazji, te kremy mają dodatkowe inne zalety, o których piszę na blogu w recenzji!
  • Jantar, szampon z wyciągiem z bursztynu, do włosów zniszczonych - dla mnie to są świetne szampony w ramach alternatywy dla moich ulubieńców z Alterry. Są fajne, są tanie i ogólnodostępne, super oczyszczają włosy, nie plączą ich i nie wysuszają. Dobrze też oczyszczają włosy z olejków i innych produktów kosmetycznych. Więc polecam ;)


Średniaki, nie wiem jak to się stało, że znalazły się tu same produkty z BingoSpa, ale to jest totalny przypadek. Co prawda nie wszystkie produkty są zupełnie zdenkowane, ale już mnie męczyła ich obecność - haha.
  • BingoSpa, peeling błotny z kwasem mlekowym i kwasami AHA - peeling był nawet w porządku, trochę mnie męczył swoją konsystencją. W pewnym momencie miałam problemy z wyciśnięciem go z opakowania, tym bardziej jak ubywało go coraz bardziej. Ogólnie nie był zły, ale ostatecznie stwierdzam, że wolę trochę mocniejsze produkty.
  • BingoSpa, balsam brzoskwiniowy do dłoni - ja jestem ogólnie beznadziejna w kosmetykach do dłoni i kremy u mnie zawsze stoją spokojnie minimum kilkanaście miesięcy. Nic na to nie poradzę, a stwierdziłam, że ten mi się już znudził, męczyłam go na pewno ponad rok. Ładnie pachniał i naprawdę fajnie działał na dłonie, ale mnie tak wymęczył, że aż mi zbrzydł.
  • BingoSpa, maska do twarzy, kompleks algowy - maska, ja bardzo lubię takie maski wielokrotnego użytku, bo to się bardziej opłaca. Ta też była w porządku, fajne działanie, ładne nawilżenie skóry i spoko zapach, ale czegoś mi tam brakowało, żebym była zachwycona. 


  • Intimelle, chusteczki do higieny intymnej - nie wiem, nie pytajcie jak ja mogłam zużyć całe trzy opakowanie w jeden miesiąc, ale one były tak beznadziejne, że bardzo się z tego cieszę. Bardzo słabo nasączone, materiał też był średni, bardzo łatwo się rwał i dziurawił, więc ja jestem na nie. Ale pochwalę się już teraz, że mam już produkty, które mi się podobają.


I produkty, które poszły do kosza, mimo że nie zostały zużyte, niektóre nawet nieotwarte, niektóre nie wiem na co czekały tak szczerze, powinnam wywalić je już dawno temu. Aczkolwiek, Dermaquest C Infusion, serum przeciwstarzeniowe  z witaminą C i retinolem musiałam się pozbyć ze względu na skład, są tam składniki, których obecnie nie wolno mi używać. Mokosh, mydło cedrowe, Perfecta, lekki krem koktajl normalizujący i nawilżający i Mamas, krem do pielęgnacji biustu to są produkty, które leżały i leżały. Nie mam pojęcia na co czekały, ale cóż. Niektóre leżały u mnie naprawdę kilka lat i pewnie aż się nawet wstyd przyznać ile. O suplemencie diety, Terra Nova Nuitrition - Jagody Wam pisałam, że dostaliśmy go dość późno i już był na wylocie. Tołpa mocny turbo krem antycellulitowy chciałam użyć, ale nie było mi po drodze, a teraz się przeterminował i tak o poszło. Avon, planet Spa, Beauty Sleep maseczka do twarzy z lawendą i rumiankiem to produkt, który lubiłam i fajnie mi się go używało, ale niestety się przeterminował i tak o - a nawet nie kminiłąm, że ma tak krótką datę ważności ;). I z kolorówki stwierdziłam, że czas na out dla tuszy do rzęs od Essence i Maybelline, a także Eveline odżywcza do rzęs SOS


Jak ja się cieszę, że w końcu udało mi się przez to przebrnąć! 

Tym razem, to już moje 28. urodziny!

01 listopada 2020


Od czterech lat, co roku piszę jakiś urodzinowy wpis, zawsze mam jakiś pomysł, mam jakieś przemyślenia, rozkminy, którymi chcę się podzielić, bo uważam, że są takie turbo mądre, haha. W tym roku myślałam o tym już od ponad tygodnia i w głowie miałam pustkę. 

Obecnie w Polsce panuje tak stresująca sytuacja, że na mnie się ona dosyć mocno odbija. Nie wiem, ale przeraża mnie to wszystko. Strajk Kobiet, to zaangażowanie wielu kobiet, takie samozaparcie, niektóre akcje, które mnie przerastają, ale szanuję, podziwiam. Inna kwestia, to ta koronawirusowa pandemia, która utrudnia mi na chwilę obecną sporo rzeczy. Bardzo długo bagatelizowałam tę sprawę, ale teraz już trzeba uważać... Tym bardziej, że przez covid są to moje pierwsze urodziny, których nie spędzę ze swoją rodziną u babci (taka tradycja). I mimo, że kończę 28 lat, więc może się wydawać, że jestem dorosła, stara dupa, to jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. Ale safety first, wiem że sobie to odbijemy i nadrobimy jak już będzie można. 

 

Ale mimo wszystko, jakoś dzisiaj rano poprawił mi się humor. Mąż załatwił mi balony z helem (on wie co mi sprawia największą radość haha), wiadomości od bliższych i dalszych osób i jakoś tak kminię, że nie może być aż tak źle. A nawet biorąc pod uwagę inne okoliczności - jest bardzo dobrze! Zaczęłam też kurs na księgową I stopnia, więc znowu się uczę, robię notatki i mogę poużywać wszystkie swoje mazaki, długopisy i zeszyty, które co roku kupuję przed rozpoczęciem roku szkolnego! Także klasa!

A jak macie ochotę na jakieś głębsze przemyślenia to zapraszam na bardziej ambitne posty z poprzednich lat:

A dzisiaj, trzymajcie się ciepło, uśmiechajcie się i dużo miłości i dobrego dla Was! <3

Goodies --> Yankee Candle warm cashmere

26 października 2020

 
Dzień dobry! Jak się macie w tym nowym tygodniu? mam nadzieję, że ten będzie dużo lepszy od poprzedniego, a przynajmniej od tej końcówki. No niestety świat się wali, wszystko się wali, a ja tak na maksa nie ogarniam, że szok. Dawno nie miałam takiego miesiąca blogowego, jak październik, ale wierzę, że zrozumiecie, a ja liczę na to, że kolejny czas będzie dużo lepszy i łaskawszy ;). Dajcie znać, co tam, jak żyjecie ;)
A dzisiaj będzie inaczej, ale powiem szczerze, że w związku z jesienią zaczęłam na nowo kupować coraz to kolejne świece, woski i tarty, bo jesień to idealna pora właśnie na taki mega chill i zrobienie przytulnej atmosfery w domu. No to go! Jak zawsze świece i samplery z goodies ;)

Yankee Candle
warm cashmere


Nuty górne: nasłoneczniona pomarańcza
Nuty środkowe: drzewo kaszmirowe, złoty bursztyn, kardamon
Nuty dolne: kremowe drzewo sandałowe, piżmo, biała paczula, francuska wanilia


Nasza wersja warm cashmere to sampler, ale i tak wystarcza nam na jakiś czas, tym bardziej że teraz mieszamy i co jakiś czas zapalamy inne opcje. Sampler w opakowaniu ma taki dość waniliowy, taki trochę orzechowy, nie wiem do końca jak wytłumaczyć. Zapach jest nawet ciężki, ale na maksa otulający, ale nie nachalny i irytujący. Mi się bardzo podoba i liczyłam na idealny jesienny zapach, który będzie u mnie często gościł.


Po zapaleniu samplera nie czuję nic... kompletnie nic. I choćbym machała rękami, żeby zapach się 'rozwiał' albo nawet bym stała nad nim i wdychała wszystko to co leci z niego - nie czuję nic. I mogę wchodzić do pokoju po dłuższej przerwie, dalej nic. No chyba, że obok leży opakowanie po tym samplerze to dalej czuję ten fajny klimatyczny, orzechowo-waniliowych zapach. Ale, wystarczy wyrzucić opakowanie i dalej nic, poważnie - zero zapachu.

Dajcie znać, czy znacie tę wersję i czy u Was też tak jest, że nie czujecie nic ;).
Trzymajcie się!


KENIA | Czy warto było polecieć do Afryki i za ile?

21 października 2020


No i na zakończenie wszystkich wpisów o Kenii czas na podsumowanie. Ile kosztowało i czy ostatecznie jesteśmy zadowoleni. Chociaż odciągałam ten moment w nieskończoność, jakoś nie chciałam kończyć tej serii, ale już nie mam więcej pomysłów na wpisy! Jeśli macie jakieś dodatkowe pytania to oczywiście czekam - może akurat dałoby się utworzyć jakiś dodatkowy wpis ;).
Ale myślę, że po tych wszystkich wpisach raczej nie będzie to niespodzianką, że jak najbardziej warto się wybrać na taką wycieczkę! Jak najbardziej się cieszymy i było na maksa super. A ja jak wybierałam zdjęcia do tego wpisu, to aż było mi smutno i chętnie wsiadłabym w samolot i poleciała. A minął prawie rok od wylotu! Ale od początku.


Jak planowaliśmy podróż poślubną biorąc ślub we wrześnio nie braliśmy pod uwagę tego, że kończy się sezon, a ciepło jest już jedynie w dość egzotycznych miejscach. Początkowo planowaliśmy wydać ok. 5-6 tysięcy złotych za całą podróż, bo przecież szkoda wydawać kasę, nie wiadomo czy nam się potem nie przyda, to nie jest to nasza ostatnia wycieczka itp. Spoko. W biurach podróży oferowali nam Dominikanę, Kanary, Azję no i Kenię. Kiedy usłyszeliśmy, że w Kenii można pojechać na Safari nie było wyjścia, i co w końcu z naszymi założeniami?


Podróż poślubna jest tylko jedna
Powiem szczerze, że mi nie było za bardzo szkoda pieniędzy akurat na tę podróż. Podróż poślubna jest tylko jedna, a po weselu każda para ma dość spory zastrzyk gotówki, - wiadomo. Ja do tego podchodziłam tak, że trochę te pieniądze jakby nie były nasze, więc czemu by nie skorzystać? Brałam pod uwagę to, że może to być nasza ostatnia szansa, kiedy nie będzie nam szkoda większych pieniędzy na taki wyjazd - bo nikt nie wie, jak będzie wyglądać przyszłość. Chociaż wierzę, że na Afryce się nie skończy. Poza tym, zaoferowane Kanary nie kosztowały jakoś dużo mniej od Kenii (pewnie ze względu na to, że podróż poślubna), a tak naprawdę na Kanary można polecieć w każdej chwili. A Afryka? No nie wiem.



Czy jesteśmy zadowoleni?
BARDZO! Ja uwielbiam podróże i zawsze wierzyłam, że na podróżach się nie oszczędza, to jest inwestycja w wiedzę, doświadczenie, przeżycia i wspomnienia. Poznaliśmy totalnie inną kulturę, mogliśmy spędzić 2 tygodnie w całkiem innym świecie, jeść inne rzeczy i doświadczać tego, co w Europie by nas nie spotkało. Poznaliśmy wielu miejscowych, specyficznych i tych mniej. Widzieliśmy piękne plaże, które niestety w Polsce i nie wiem czy w Europie istnieją (a widziałam dość sporo). Safari, i to morskie i to dzikie - rewelacja. Ja wiem, zwierzęta można podziwiać w zoo, ale to nie to samo. Zdecydowanie inaczej jest widzieć żyrafy, lwy na wolności, niż w klatkach, kiedy te zwierzęta są po prostu tym wszystkim zmęczone.
Ja wiem, że opisywałam rzeczy, które mogły dać Wam wrażenie, że narzekam, ale to nie o to chodziło, Chciałam przedstawić Wam różnice i inną kulturę i właśnie o to doświadczenie chodzi. Nie zawsze wszystko nam się podoba, to jest przecież niemożliwe, a ja każdą sytuację życiową odbieram jako lekcję, jako naukę, jako coś, co na pewno da mi coś na przyszłość.
Widziałam ten świat na własne oczy i mogę potwierdzić, że to co widzicie czasem w programach to jest prawda, ja jakoś nigdy w to nie chciałam wierzyć, że ludzie serio mieszkają w tych glinianych chatkach. A tu proszę, rzeczywiście tak było.




No to ile w końcu wydaliśmy?!
Sam hotel kosztował nas ponad 9 tysięcy za dwie osoby, razem ze wszystkimi możliwymi ubezpieczeniami itp. Do tego trzeba doliczyć Safari, które kosztowało niecałe 3 tysięcy za dwie osoby. No i to co wydaliśmy na miejscu. jakieś ponad 100$ w sumie za pamiątki, coś tam za kartki no i napiwki, których dawaliśmy dosyć sporo i tego nie da się zliczyć, ale myślę, że spokojnie z 30$ poszło.  A wiadomo przed wyjazdem też kupowaliśmy pewnie jakieś ubrania, kapelusze, kremy z filtrami, muggę na komary, żele antybakteryjne i masę innych rzeczy, o których już nie pamiętam. Więc podsumowując 13-14 tysięcy nas to kosztowało na pewno. Żadnych pieniędzy nie żałuję. To była cudowna podróż, przygoda naszego życia, i pierwsza taka nasza wycieczka jako mąż i żona. Zawsze będę to wspominać i każdemu to polecam w miarę możliwości, czy na podróż poślubną czy jakąś inną.




Wierzę, że jeszcze niejedno miejsce razem zwiedzimy, ale Kenia jak na początek to muszę przyznać, że udany trip! Nikt mi nie odbierze wspomnień, przemyśleń i przeżyć, a to jest cudowne ;). I mam nadzielę, że jeszcze wrócę i zobaczę te słonie! Bo się uparłam.

Dajcie znać co myślicie, jaka jest Wasza podróż marzeń? I czy wydalibyście takie kwoty na podróże? A może nawet i większe? :)