denko, listopad 2018r.

29 listopada 2018



Hej! Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku i idealnie, a końcówka listopada jest dla Was dość łaskawa i cieszycie się razem ze mną na grudzień. Ja dzisiaj mam dzień pełen roboty, koniec miesiąca, planowanie wpisów, lekkie sprzątanie i ogarnianie, bo juto jedziemy na weekend w okolice Jeleniej Góry, żeby trochę odpocząć, odetchnąć i fajnie spędzić razem czas. Ale zanim to fajnie - trzeba umyć pędzle, spakować się i zostawić wszystko w odpowiednim stanie. Myślę, że mogę spamować trochę na insta, więc w razie w wpadajcie tam.
A dzisiaj zapraszam Was na denko! Wszystkie denka w tym roku były ogromne i aż przerażało mnie opisywanie ich, bo ilość kosmetyków była zabójcza. Za to w tym miesiącu chill, niewiele nowych rzeczy, niewiele w ogóle produktów, więc będzie na pewno szybko i przyjemnie.


Zaczynamy od stałych bywalców w denku, stałych ulubieńców, bez których nie wyobrażam sobie swojego 'kosmetycznego funkcjonowania'. Bez BeBeauty, płatki kosmetyczne, a także Facelle, chusteczki do higieny intymnej się nie obejdzie. Standard w podstawowej pielęgnacji, najlepsze, najtańsze, najlepiej dostępne i naprawdę świetnie mi się tego używa i nie zamierzam wymieniać ich na nic innego. Jeżeli chodzi o włosy, są one cały czas mocno pielęgnowane i największą uwagę skupiam właśnie na nich. Moje włosy nie wyobrażają sobie już dnia bez obu tych produktów: Schwarzkopf, Gliss Kur, ekspresowa odżywka regeneracyjna - Oil Nutritive jak i Schwarzkopf, Gliss Kur, Fiber Therapy - spray regeneracja w olejku. Cudownie pachną, idealnie nawilżają i odżywiają włosy, nie sklejają ich, nie przetłuszczają i nie obciążają. Ja widzę naprawdę sporą różnicę w stanie moich włosów, końcówki są w miarę nawilżone, nie są tępe ani szorstkie, a gładkie i miękkie. Więc ja jestem super zadowolona. Z kolei do twarzy,najlepszy i najmocniejszy Clean&Clear, głęboko oczyszczająco tonik. Mimo że nie jest to produkt na co dzień, bo strasznie wysusza skórę, ale w dniach kiedy jej stan jest tragiczny to właśnie on sprawia, że wszelkie niedoskonałości znikają szybciej.


  • Organic Shop, mango z Kenii, peeling do ciała - to jest mój pierwszy peeling tej marki i powiem szczerze, że przepadłam maks. Uwielbiam zapach, konsystencję, idealnie gruboziarnisty, wygładza, ujędrnia skórę i fantastycznie ściera martwy naskórek. Ja jestem naprawdę zadowolona. Kręciłam się dookoła tych peelingów już długo i żałuję, że tak późno się na nie skusiłam, b teraz chcę je wszystkie.
  • Mediheal N.M.F.- maska-ampułka nawilżająco-wygładzająca - uwielbiam maski w płachcie, bo jest to najszybsza metoda na nawilżenie skóry i zrelaksowanie się. Nie przepadam za mieszaniem własnych mikstur, nakładaniem masek czy glinek na skórę. Płachta daje mi niesamowitą wygodę, a maski od Mediheal mają świetnie proporcjonalne i skrojone maski, nie spadają z twarzy i dopasowują się do jej kształtu. A jeśli chodzi o działanie to dają mi fajnego odżywczego i nawilżającego kopa. A ten zapach! Obłędny, dawno nie niuchałam nic o tak fantastycznym zapachu. Piękny, kobiecy, kosmetyczny, ale mega. A skóra była w genialnym stanie po zastosowaniu tej maski.
  • Dermacol, Matt Control, fluid matujący - długo mi zajęło zanim przekonałam się do fluidów od Dermacol - zawsze tak mam. Początkowo kolor był jakiś nie do końca, a i tak miałam kilka innych pootwieranych. W końcu użyłam raz i używałam namiętnie codziennie. To, co robił ten fluid z cerą było mega. Co prawda nie powiem, że jest on matujący, bo na mojej skórze był o dziwo efekt rozświetlenia, ale magiczny, bo rozświetlenie było dokładnie w tych miejscach, w których bym sama użyła rozświetlacza. W innych miejscach był w miarę matowy, ale bez pudru by się nie obyło. Idealnie wtapia się w skórę, mimo że odcień był dla mnie trochę za ciemny, ale jakoś bardzo się to nie odznaczało. Na imprezy jak znalazł, nawet te szalone i całonocne. Siedzi na twarzy, nie rusza się z niej i nadaje nam super glam efekt. Ja jestem zachwycona i czekajcie na recenzję!
  • Petal Fresh,odżywka rozjaśniająca, łagodząca z wyciągiem z róży i wiciokrzewu - odżywka okazała się być bardzo fajna, ma ciekawy zapach, fajne połączenie składników, dobrze odżywia i nawilża włosy, po użyciu włosy są idealnie sypkie, gładkie i lśniące. Marka dla mnie jest totalnie nowa, ale jestem bardzo ciekawa innych produktów.


  • Efektima, olejek konopny - byłam zadowolona nawet z tego olejku, bardzo ładnie pachnie, nawilżał włosy, uwielbiam efekt, jaki mi dawał na skórze - ostatecznie bardziej mi to odpowiadało niż na włosach. Skóra była gładka, miękka i pachnąca, natomiast do włosów miałam wrażenie, że coś tam nie do końca. Na początku dostały zastrzyk nawilżenia, ale potem szybko się przyzwyczaiły i przestały reagować. A ja od każdego olejowania wymagam mega efektu.
  • Nivea, black&white invisible, antyperspirant - silky smooth - antyperspirant był bardzo fajny, ładnie pachniał, nadawał skórze takiej aksamitności i była ona bardzo gładka i miękka w dotyku, nie plamił ubrań, co mega mi się podobało, bo nie znoszę tych białych pasków na czarnych ubraniach. Ale pod koniec używania, jak już produkt się kończył sam zapach i 'opary' zaczęły być męczące i duszące, więc nie wiem od czego to zależy.
  • Iwostin, Purritin, aktywny żel do mycia twarzy - ten żel jest naprawdę fajny, super ma działanie, dobrze oczyszcza cerę i radzi sobie z produkcją nadmiar sebum, jak i z niedoskonałościami. Pojawia się w sumie w denku nie pierwszy raz, ale mimo wszystko ten produkt apteczny jest dość drogi, więc nie wszyscy mogą sobie na niego pozwolić, a przy okazji czasem ciężko go dostać.


  • L'Oreal Paris, maska, czysta glinka zielona - produkt na maksa drogi, a z cerą nie robi nic, totalnie nic. A jest to już drug produkt tego rodzaju, który pojawia się w bublach, jakiś czas temu wylądowała tutaj niebieska wersja - szkoda, bo zapowiadały się świetne produkty.

Aż miło się pisze takie krótkie denka. Zobaczymy, jakie będzie zakończenie roku, jak na razie to tyle. Kolejny wpis już w grudniu, a to oznacza, że będzie to wpis świąteczny z serii Blogmas. Ja się nie mogę doczekać, a Wyyy? :))


Zróbmy sobie selfie! Łagodny tonik oczyszczający

27 listopada 2018


Hej! Wyobrażacie sobie, ze już niedługo zaczyna się grudzień? A to wiąże się z otwieraniem kalendarzy adwentowych, blogmasami, vlogmasami i wszystkim, co świąteczne. W sumie już w październiku dotarło do mnie, że 'Wow, coraz bliżej święta' haha poważnie, a tu proszę, w sobotę mamy grudzień, pierwszy Blogmas, a dziś ostatnia recenzja przed świętami i jedna z ostatnich w tym roku tak naprawdę. Tak szybko to wszystko zleciało, że jestem w szoku, ale jaram się niesamowicie, bo nie dość, że ten czas minął rewelacyjnie to w dodatku uwielbiam grudzień, uwielbiam święta i w tym roku będzie to na maksa wyjątkowe i zrobię wszystko, żeby było jeszcze bardziej wyjątkowo. Ale o tym będzie też w Blogmasach, ja jeszcze muszę parę rzeczy do tego przygotować, dlatego lecę do ogarniania,
A Was zapraszam do recenzji toniku oczyszczającego marki Selfie Project! :)


Selfie Project
Łagodny tonik oczyszczający

*no alcohol! SLS i SLES, parabenów i parafiny *bogaty w naturalne, botaniczne składniki aktywne *oczyszcza *antybakteryjny *kontrola sebum *naturalne pH skóry *cynk PCA *kwas migdałowy


Selfie Projekt to kosmetyki stworzone przez specjalistów dla wymagającej młodej cery. Skóra staje się piękniejsza i gładsza, ale jest zawsze gotowa na selfie!
Łagodny tonik oczyszczający błyskawicznie oczyszcza i odświeża skórę twarzy oraz przywraca jej naturalne pH. Ma silne działanie antybakteryjne, dzięki czemu zapobiega powstawaniu nowych niedoskonałości i zaskórników. Poza tym, skutecznie walczy z nadmierną produkcja sebum, zapobiega świeceniu się skóry. Nie posiada alkoholu, więc nie przesusza i nie podrażnia. Dzięki zawartości kwasu migdałowego, tonik przyspiesza regenerację zmian trądzikowych, reguluje pracę gruczołów łojowych, a także delikatnie złuszcza i nawilża. Natomiast Japanese Cherry koi i łagodzi podrażnienia oraz zaczerwienienia .

Skład: Aqua, Glycerin, Prunus Serrulata Flower Extract, Zinc PCA, Mandelic Acid, Panthenol, Allantoin, Maltooligosyl Glucoside, Hydrogenated Starch Hydrolysate, Glycereth-18, Glycereth-18 Ethylhexanoate, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Tetrasodium EDTA, Triethanolamine, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Parfum, Liinalool, Limonene.

Sposób użycia: można rozpylić tonik na wacik, a następnie nanieść go na skórę twarzy lub od razu bezpośrednio rozpylić produkt na nią. Należy pozostawić do wchłonięcia. Stosować rano i wieczorem. Można również spryskiwać twarz w ciągu dnia,w celu odświeżenia skóry.


Ostatnio chyba nie ma już toników, które nie posiadałyby atomizera. Muszę przyznać, że jest to dla mnie rewelacyjna opcja, idealną ilość produktu można rozpylić na wacik albo bezpośrednio na twarz i wacikiem wtedy oczyścić cerę. Atomizer nie zacina się, rozpyta idealna mgiełkę produktu i poza tym nie ma możliwości, żeby coś się gdzieś rozlało czy poleciało nie tam gdzie powinno. Kosmetyki od Selfie Project mają taką zwykłą szatą graficzną, ale mimo wszystko design tych produktów coś w sobie ma. Proste, białe, zwykłe napisy + ewentualnie kolorowy rysunek i tyle. I czasem tyle jest właśnie idealnie. Mamy jeszcze zatyczkę na tonik, więc nie ma opcji żeby rozpylił się gdzieś sam. Wszystkie informacje znajdziemy na opakowaniu.


Konsystencja toniku jest standardowa, wodnista, nie jest tłusta i nie pozostawia po sobie żadnego tłustego filmu na skórze. Nie powoduje też ściągnięcia skóry ani nie podrażnia. Zazwyczaj korzystam z opcji rozpylenia toniku bezpośrednio na twarzy i zmycia go za pomocą wacika, i wydaje mi się, że taki sposób jest najlepszy w przypadku ewentualnego doczyszczenia jeszcze twarzy z wszelkich pozostałych zabrudzeń. Ale, rozpylając na wacik i tak nie będziecie mieć problemu z wydajnością, bo nie wchłania się w niego za bardzo.
Zapach ma bardzo ładny, słodki, owocowy, mi w sumie lekko też pachnie cytrusami, dzięki czemu jest bardzo charakterystyczny. Fajny zapach na jesiennie, zimne poranki, kiedy coś da nam orzeźwiającego kopa. Po toniku nakładamy bardzo dużo innych produktów, więc i tak nie ma mowy o utrzymywaniu się zapachu.


Jeśli chodzi o działanie, to ja używam toniku na kilka różnych sposobów.

  • rano w celu oczyszczenia twarzy po nocy i przygotowania jej do dziennej pielęgnacji - bardzo fajnie się sprawdza przy odświeżeniu cery rano i oczyszczenia jej z kurzu, brudu i sebum. Fajnie też przygotowuje ją na kolejne kroki pielęgnacyjne, dzięki czemu odnoszę wrażenie, że .lepiej wchłaniają się inne produkty. Nie ma uczucia ściągnięcia ani wysuszenia.
  • wieczorem po demakijażu, a także po tłustych i mocno alkoholowych produktach - po demakijażu, w zależności od użytych produktów, mam czasem bardzo tłustą skórę, ja i film na twarzy, co powoduje, że mam wrażenie, że skóra nie do końca została oczyszczona. Wtedy od razu sięgam po ten tonik, żeby się tego pozbyć. Przy okazji tonik doczyści jeszcze twarz z resztek makijażu. Zawsze stosuję też tonik po mocno alkoholowych produktach, które trochę podrażniają moją cerę i przy okazji pozostawiają po sobie uczucie ściągnięcia. Tonik łagodzi ewentualne podrażnienia, a także niweluje mocny alkoholowy zapach. 
  • jako krok demakijażu - głównie, kiedy mi się bardzo śpieszy i nie mam czasu na wszystko, pomijam olejek, peeling i ograniczam się tylko do płynu micelarnego. Wtedy ratuję się tonikiem i tak naprawdę te dwa kroki wystarczą żebym miała dobrze zmyty makijaż.  
  • po peelingu i przed maskami/glinkami - czasami peeling zostawia po sobie resztki ziarenek , których nie udało mi się zmyć wraz z wodą. Całe szczęście tonik to zmywa, a przy okazji łagodzi podrażnienia. Przed maskami i glinkami lubię sobie zwilżyć dodatkowo twarz, a także  jeszcze dodatkowo ją doczyścić.

Nie używałam w ciągu dnia w celu odświeżenia, bo nie zostawiam toniku do wchłonięcia - w tym celu stosuję wodę termalną.


No i powiem Wam, że nie spodziewałam się po nim, że będę z niego aż tak zadowolona. Ostatnio po Evree byłam na maksa zachwycona i myślałam, że niewiele produktów będzie w stanie go przebić. A tu proszę - niespodzianka. Działa bardzo podobnie, jak nie identycznie, ma dużo słodszy zapach, a na pewno jest tańszy niż Evree. I ja wiem, że produkty Selfie Project są przeznaczone dla osób o młodszej cerze ode mnie, które borykają się z problemami skórnymi, więc trochę nie pasuje do grupy docelowej, ale mimo to jestem zadowolona!
Jakie jeszcze produkty od Selfie Project moglibyście mi polecić, bo jestem mega ciekawa pozostałych.


Tydzień z kosmetykami tlenowymi - O2 Skin
odżywczy krem na noc

25 listopada 2018


Dzisiaj mamy zakończenie tygodnia z marką o2 Skin. Musze przyznać, że fajnie wyszło i ciesze się, że udało mi się przedstawić wszystkie te kosmetyki na raz. Dla mnie kosmetyki tlenowe to totalna nowość i nie miałam pojęcia nawet o ich istnieniu. Cała pielęgnacja twarzy wypadła bardzo pozytywnie, a także bardzo na plus, a ja od kiedy używam tych kosmetyków widzę znacząca poprawę w kondycji mojej cery. Zapraszam was bardzo serdecznie na ostatnią recenzję tych produktów (jak na razie) i dawajcie znać, co o nich myślicie! Dzisiaj będziecie mieć opinię na temat bardzo gęstego i treściwego kremu na noc, który na pewno cudownie zadba o Was.


O2 Skin
odżywczy krem na noc

Innowacyjna formuła stworzona na bazie tlenu wielokrotnie wzmacniającego skuteczność składników aktywnych. Wieloletnie badania prowadzone przez firmę o2 Skin pozwoliły na opatentowanie skutecznej metody wprowadzania tlenu do substancji o różnych gęstościach i stężeniach. Produkty z ustabilizowanym tlenem idealnie odtwarzają środowisko normlizujące i stymulujące funkcje skóry. Pobudzają komórki w skórze do samodzielnej produkcji kolagenu, elastyny i melaniny, które z wiekiem maleją. Poza tym, tlen zawarty w kosmetykach wzmocni pory, dzięki czemu skóra się wygładza, uelastycznia oraz ujędrnia oraz poprawia ukrwienie. Pozwala wprowadzić je do głębszych warstw skóry, dzięki czemu kosmetyki są skuteczniejsze, a efekty utrzymują się dłużej. Proces regeneracyjny skóry jest przyspieszony, skóra jest wzmocniony, jak i zostaje stworzona warstwa ochronna przed szkodliwymi czynnikami wewnętrznymi i zewnętrznymi.


Krem na noc ma za zadanie intensywnie i głęboko nawilżyć i odżywić skórę, poprawić jej jędrność i elastyczność, poprawić również jej koloryt, odbudować poszczególne warstwy skóry, a także zapobiec przedwczesnemu starzeniu się. Bogata formuła zapewnia poprawienie natlenienie komórek skóry podczas snu. Olej słonecznikowy z bawełny oraz masło shea zapewniają odpowiedni poziom nawilżenia. Ekstrakt z rumianku, owsa, alantoina i prowitamina B5 łagodzą wszystkie podrażnienia oraz pielęgnuje skórę. Witamina E, elastyna, kolagen i hialuronian sodu mają działanie przeciwzmarszczkowe i przeciwdziałają oznakom starzenia się. Poza tym, produkt zawiera SPF 6.
Idealny do skóry suchej, odwodnionej, podrażnionej, przesuszonej i zmęczonej.

Skład: Aqua, Cetostearyl Alcohol, Glyceryl Stearate SE, Isopropyl Palmitate, Glycerin, Isoamyl Laurate, Butyrospermum Parkii Shea Fruit Butter, Helianthus Annuus Seed Oil, Ceteareth-20, Phenoxyethanol, Isohexadecane, Chamomilla Recutita Flower Extract, Gossypium Herbaceum Seed Oil, Prfum, Tocopheryl Acetate, D-Panthenol, Collagen, Allantoin, Avena Sativa Extract, Hydrolyzed Elastin, Sodium Hyaluronate, BHT, Citric Acid, Ethylhexylglycerin, Imidazolidynyl Urea.

Sposób użycia: należy nanieść krem na oczyszczoną twarz i szyję omijając okolice oczu, wmasować do całkowitego wchłonięcia, stosować codziennie wieczorem.


Nie będę się rozpisywać na temat opakowania, bo jest to dokładnie takie samo, jak w przypadku kremu na dzień. Taki sam słoiczek, zakrętka i kartonik, w którym dostajemy produkt. Tak samo nabieramy krem na palce, więc nic nowego już Wam tutaj nie napiszę. Wszystko gra.
Konsystencja jest już bardziej treściwa, czyli taka jaką właśnie lubię smarować się na noc. Nie jest tłusta, ale da się odczuć że jest cięższa i konkretniejsza od kremu na dzień. Mi bardzo przypomina masło do ciała, przy rozsmarowywaniu też da się odczuć, niewiele potrzeba na posmarowanie się, bo wystarczy dobrze rozsmarować to, co już nakładamy na twarz. A bardzo Wam to polecam, bo inaczej zostanie z białą i tłustą skórą.
I zapach to jego bardzo duży atut. Pachnie wspaniale, bardzo kremowo, idealnie intensywnie, nie przypomina mi znowu niczego konkretnego, ale znowu jest to dość kosmetyczny zapach. Wieczorem kiedy kładę się do łózka gdzieś tam unosi się dookoła mnie i mogę go wyczuć, co jest fajne.


Na wieczór jest idealny tak samo jak i na zimę, kiedy twarz w ciągu dnia mimo wszystko narażona jest na mróz, deszcz, wiatr, a pewnie już niedługo i na śnieg. Bardzo lubię go nakładać wieczorami, nie wchłania się jakoś fantastycznie szybko, ale na noc nam to niepotrzebne. Nie mam uczucia, że coś mam na twarzy tłustego, nie ma też uczucia ściągnięcia, a rano czuć, że cera jest zadbana. Idealnie nawilża i pielęgnuje skórę przez noc i mam wrażenie, że rekompensuje całe to zło, co wydarzyło się w ciągu całego dnia. Fajnie odżywia skórę i łagodzi wszelkie podrażnienia. Mówię o tym, co chwilę, że jestem teraz przeziębiona, ale uwielbiam obecnie go nakładać w ciągu dnia na skórę w okolicach nosa (tak, nawet na makijaż) i czuję niesamowitą ulgę. Widzę też, że skóra szybciej się regeneruje, dzięki czemu nie mam większych problemów z mega zaczerwienioną i schodzącą skórą, jak to zazwyczaj bywa.


Ja jestem zadowolona. Bardzo mi się podoba jego gęsta konsystencja, zapach i to, że przez noc jest w stanie fajnie zregenerować skórę i rano wygląda na naprawdę fajnie zadbaną. Na zimę, na teraz jak znalazł.
Zresztą, jestem zadowolona ze wszystkich kosmetyków tej marki ,z jakimi miałam do czynienia. Krem pod oczy, mimo że trochę przeraża, a piekąca skóra odstrasza, ale działa. Serum fajnie pielęgnuję całą twarz, idealnie ją nawilża, napina i daje fajnego kopa od czasu do czasu. Kremy do twarzy to produkty, których używam najczęściej i w największych ilościach i to one sprawiły, że moja skóra jest teraz super miękka, gładka, odżywiona i nawilżona. Nie miałam pojęcia nawet o istnieniu kosmetyków tlenowych, a tu proszę okazały się być takim sztosem! :)


Tydzień z kosmetykami tlenowymi o2 skin
krem - żel na dzień

23 listopada 2018


Hej! Mroźno, bardzo mroźno i czuć już zimę! Trochę śniegu się pojawia, a u mnie na paznokciach zagościły zimowe paznokcie. I mega się cieszę, bo wiecie, że uwielbiam wszystko, co związane z zimą i śniegiem i świętami, więc ja z dnia na dzień jestem w coraz bardziej świątecznym nastroju. Planuję już powoli Blogmasy, więc tym bardziej żyję świętami, ale ja wiem - do świąt jeszcze miesiąc. Już się uspokajam i wracam do kosmetyków.
Dalej o2 Skin, a teraz przechodzimy do pielęgnacji całej twarzy, krem - żel na dzień, który towarzyszy mi już od dłuższego czasu.


O2 Skin
krem - żel na dzień

Innowacyjna formuła stworzona na bazie tlenu wielokrotnie wzmacniającego skuteczność składników aktywnych. Wieloletnie badania prowadzone przez firmę o2 Skin pozwoliły na opatentowanie skutecznej metody wprowadzania tlenu do substancji o różnych gęstościach i stężeniach. Produkty z ustabilizowanym tlenem idealnie odtwarzają środowisko normlizujące i stymulujące funkcje skóry. Pobudzają komórki w skórze do samodzielnej produkcji kolagenu, elastyny i melaniny, które z wiekiem maleją. Poza tym, tlen zawarty w kosmetykach wzmocni pory, dzięki czemu skóra się wygładza, uelastycznia oraz ujędrnia oraz poprawia ukrwienie. Pozwala wprowadzić je do głębszych warstw skóry, dzięki czemu kosmetyki są skuteczniejsze, a efekty utrzymują się dłużej. Proces regeneracyjny skóry jest przyspieszony, skóra jest wzmocniony, jak i zostaje stworzona warstwa ochronna przed szkodliwymi czynnikami wewnętrznymi i zewnętrznymi.


Krem o lekko żelowej konsystencji ma za zadanie głęboko nawilżyć, wygładzić, ujędrnić i uelastycznić skórę, w tym samym czasie pielęgnując i rozjaśniając ją. Nada skórze efekt 'aksamitnego dotyku', gładkość, a także zdrowy i młody wygląd. Nadaje się idealnie do skory suchej, zmęczonej, a także pozbawionej naturalnego blasku. Ponadto, podrażnienia zostaną złagodzone, a komfort zostanie przywrócony, zmarszczki zostaną spłycone i wygładzone. Krem zapewnia również ochronę przed szkodliwym działaniem promieniowania słonecznego (posiada SPF 6). Dzięki zawartości masła shea, ekstraktu z aloesu, chrząstnicy kędzierzawej ma również silne działanie przeciwzmarszczkowe. 

Skład: Aqua, Isohexadecane, Benzophenone-3, C12-15 Alkyl Benzoate, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyrospermum Parkii Shea Fruit Butter, Cetostearyl Alcohol, Glycerin, Cyclopentasiloxane, Propylene Glycol, Phenxyethanol, Glyceryl Stearate SE, Ceteareth-20, Isoamyl Laurate, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Zinc Oxide, Tocopheryl Acetate, Chondrus Crispus Extract, Parfum, Sodium Hyaluronate, Citric Acid, Disodium EDTA, BHT, Ethylhexylglycerin.

Sposób użycia: należy nanieść krem na oczyszczoną twarz oraz szyję, omijając okolice oczu Wmasować zaczynając od szyi w górę, stosować codziennie rano, idealnie nadaje się pod makijaż.


Krem znajduje się w słoiczku i mimo że ja nie przepadam za takimi opakowaniami produktów, z których trzeba wyciągać kosmetyk bezpośrednio palcami, to mam wrażenie, że teraz większość produktów jest właśnie w takich opakowaniach i jakoś się do nich przyzwyczaiłam. Co nie znaczy, że przestało denerwować mnie nabieranie go na palce, szczególnie przy długich paznokciach. No, ale, opakowanie ogólnie jest bardzo fajne. Wszystko jest utrzymane w typowej tonacji dla marki o2 Skin i fajnie, że została zachowana taka jednolitość. Słoiczek wygodnie się odkręca i zakręca, jest bardzo wytrzymały, nie ma z niczym problemów. Podoba mi się też lustrzana zakrętka, która dodaje kremowi szyku. Krem dostajemy jeszcze w dodatkowym kartoniku, na którym znajdziecie wszystko, co najważniejsze.


Konsystencja kremu jest niesamowicie lekka, bardziej przypomina mi rzadki krem niż żel, więc z żelu ma pewnie w sobie jedynie tą lekkość i ewentualnie łatwość w rozprowadzaniu. Niewiele produktu potrzeba żeby nałożyć na twarz, szyję i dekolt. Zapach ma też dosyć ciekawy i ładny, nie przypomina mi nic konkretnego jest bardzo kosmetyczny, ale ładny. Co prawda, nie utrzymuje się na skórze więc nie będziecie w stanie go wyczuć.
Musze przyznać, że krem nawet fajnie odświeża skórę rano, działa na nią tak zaskakująco energetyzująco, że ja od razu jestem nie dość, że w lepszym nastroju, ale i bardziej rozbudzona niż wcześniej. Ten efekt bardzo mi się podoba. Poza tym, krem jest idealny na lat ze względu na swoją lekkość. Jeżeli na zimę wolicie coś bardziej nawilżającego i cięższego to nie będziecie zadowoleni. Ja nawet zimą nie sięgam po ciężkie produkty, bo na tym skupiam się wieczorem, więc dla mnie jest okej. Krem szybko się wchłania, więc idealnie nadaje się na twarz przed nakładaniem makijażu. Nie zmienia właściwości produktów.


Muszę przyznać, że moja skóra jest naprawdę super nawilżona. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej moja skóra była w takim stanie. W ostatnim czasie nie zmieniła się za bardzo moja pielęgnacja, więc to na pewno zasługa tego kremu, bo jeżeli już pomijam jakieś etapy pielęgnacji to wieczorem, rano zawsze używam kremu. Skóra jest odżywiona, nawilżona, miękka i niesamowicie gładka. Rewelacja. Fajnie i natychmiastowo łagodzi podrażnienia, pomaga zregenerować skórę, daje takiego nawilżającego kopna, co teraz przy przeziębieniu dużo mi daje.
Ja jestem super zadowolona, bo dawno nie miałam tak nawilżonej cery, więc wow! Nie mam się do czego przyczepić, krem cudownie współpracuje z moją skórą, która jest w świetnym stanie.

tydzień z kosmetykami tlenowymi - O2 Skin kosmetyki
rozświetlający krem - żel pod oczy

21 listopada 2018


Dzień dobry! Co słychać, jak się trzymacie? Na zewnątrz panuje zima, a u mnie panuje przeziębienie czyli standard, ale nie poddajemy się, działamy i udajemy, że wszystko jest okej - mój najlepszy sposób na chorobę nie pozwolić jej zawładnąć moim dniem. Tak się zastanawiam, czy tylko ja zaczęłam już robić zakupy świąteczne?  Przyznajcie się, kto już kupił prezenty prezenty? :)
Ostatnio ogłosiłam na blogu tydzień z marką o2 Skin. Pojawiła się już recenzja pierwszego produktu -  mocno skoncentrowane serum do twarzy. Dzisiaj przyszedł czas na najciekawszą recenzję, bo właśnie najbardziej nie mogłam się doczekać dzisiejszego produktu z całej czwórki. W trakcie konferencji przedstawiciele merki o2 Skin wspominali, że ten produkt jest uwielbiany, ale i nienawidzony przez klientki. Wiedziałam, że chodzi o piekącą skórę w okolicach oczu, ale nie wiedziałam, jak bardzo będzie piekło i jak ja t będę odczuwać. Dlatego niewielkie ostrzeżenie dla oczu się przyda, ale zapraszam do pełnej recenzji ;).

o2 Skin
Rozświetlający krem - żel pod oczy

Innowacyjna formuła stworzona na bazie tlenu wielokrotnie wzmacniającego skuteczność składników aktywnych. Wieloletnie badania prowadzone przez firmę o2 Skin pozwoliły na opatentowanie skutecznej metody wprowadzania tlenu do substancji o różnych gęstościach i stężeniach. Produkty z ustabilizowanym tlenem idealnie odtwarzają środowisko normlizujące i stymulujące funkcje skóry. Pobudzają komórki w skórze do samodzielnej produkcji kolagenu, elastyny i melaniny, które z wiekiem maleją. Poza tym, tlen zawarty w kosmetykach wzmocni pory, dzięki czemu skóra się wygładza, uelastycznia oraz ujędrnia oraz poprawia ukrwienie. Pozwala wprowadzić je do głębszych warstw skóry, dzięki czemu kosmetyki są skuteczniejsze, a efekty utrzymują się dłużej. Proces regeneracyjny skóry jest przyspieszony, skóra jest wzmocniony, jak i zostaje stworzona warstwa ochronna przed szkodliwymi czynnikami wewnętrznymi i zewnętrznymi.


Krem pod oczy posiada lekko kremowo - żelową konsystencję, która doskonale pielęgnuje skórę wokół oczu. Zawarte w kremie ekstrakty z owsa i świetlika, a także olej z bawełny zapewniają długotrwałe nawilżenie. Poza tym, kofeina, witamina E i hialuronian sodu działają przeciwzmarszczkowo i odżywczo, zarazem rozjaśniając skórę pod oczami. Olej z nasion bawełny utrzyma naturalną barierę ochronną skóry, dzięki obecności fitosteroliraz tokoferoli działa antyoksydacyjnie, odżywczo, zmiękczająco i łagodzi podrażnienia. Wyciąg z ziarna owsa uspokoi skórę, działa regenerująco i łagodząco.

Skład: Aqua, Glycerin,Gossypium Herbaceum Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Phenoxyethannol, Ethylhexyl Stearate, Sorbitan Laurate, Polyglyceryl 4-Laurate, Dilauryl Citrate, Avena Sativa Extract, Euphrasia Rostkoviana Officinalis Extract, Mica, Titanium Dioxide, Carbomer, Caffeine, Triethanolamine, Tocopheryl Acetate, Sodium Hyaluronate, Ethylhexylglycerin.

Sposób użycia: należy nanieść krem - żel wokół oczu i na powieki, następnie delikatnie wklepać opuszkami palców, do stosowania rano i wieczorem.


Krem pod oczy znajduje się w szklanej małej buteleczce o pojemności 15 ml. Krem posiada pompkę, która dozuje dość sporą ilość produktu, więc nie ma sensu dociskania jej do końca,bo uwierzcie mi na słowo, tyle nie nałożycie na skórę pod oczami. Zdarzyło mi się raz, że pompka się zacięła i musiałam tam trochę pokombinować, ale udało mi się ja odblokować i teraz znowu działa bez zarzutu. Poza tym, krem posiada zakrętkę, która mogłaby być trochę bardziej solidna. Gdzieś tam czasem sama schodzi z kremu i ginie mi w kosmetyczce. Poza tym, buteleczka jest przeźroczysta, więc widzimy ilość ubywającego produktu, a wszelkie informacje znajdują się na kartoniku, w którym dostajemy krem.


Konsystencja kremu jest rzeczywiście kremowa, żelowa i niesamowicie lekka. Bardzo łatwo rozprowadza się go na skrze pod oczami. Nie ma jakiegoś konkretnego zapachu, ja nie jestem w stanie nic wyczuć, a węch mam dobry. Dosyć szybo się wchłania, nie pozostawia po sobie żadnego tłustego filmu i nie ma różnicy między nakładaniem go rano czy wieczorem. Nie wpływa w żaden sposób na makijaż, nie sprawia, że coś zaczyna nam wchodzić w załamania i się rolować. Zazwyczaj na noc nakładam grubszą warstwę kremu, ale przy tym tego pożałowałam. Dlaczego?
Za pierwszym razem nałożyłam krem wieczorem, standardowo grubszą warstwę po to, żebym po chwili cała zalana łzami go starła. Chyba jeszcze nigdy mnie nic aż tak nie piekło i nie kuło, jak wtedy. Myślę, że fakt, że krem nakładamy właśnie w okolice oczu potęguje te odczucia. Mimo że nie mogłam wytrzymać to nie pojawiło się na skórze żadne widoczne podrażnienie ani zaczerwienienie, skóra po prostu piekła niemiłosiernie, ale wizualnie nic się z nią nie zadziało. No i nie dziwię się, że niektórzy go nie znoszą .Mimo że trwa to chwilę i bardzo szybko przechodzi, to ciężko to wytrzymać. Aczkolwiek czytałam sporo jego recenzji i należy nadmienić, że każdy to uczucie opisuje i odczuwa inaczej. Ja się nauczyłam nakładać jego idealną ilość na skórę pod oczami, nie za wiele, bo krem i tak się dobrze rozprowadza i będzie tam gdzie ma być. Przy cienkiej warstwie da się odczuć jedynie mrowienie, lekkie pieczenie, ale już nie tak silne i powodujące łzy. Teraz po dłuższym czasie stosowania i po nakładaniu cieńszej warstwy przyzwyczaiłam się do tego i nie odczuwam praktycznie nic. Chyba że nałożę przez przypadek za dużą warstwę kremu lub zbyt blisko oczu - wtedy coś mnie tam bardziej popiecze, ale nie tak intensywnie, jak na początku.
Jestem osobą, która uważa, że jak coś piecze, szczypie czy boli to oznacza, że działa, dlatego nie poddałam się i używałam tego produktu cały czas;).


Jakie efekty zauważyłam? Skóra wokół oczu była rozjaśniona i dobrze nawilżona. Nie było problemów z cieniami ani workami pod oczami. Nawet po ciężkiej nocy - oczy ciągle wyglądały jakoś tak lepiej, a spojrzenie było ładniejsze. Na szczęście, nie mam jeszcze problemu ze zmarszczkami, ale mam wrażenie, że skóra została lekko wygładzona. Zastanawia mnie najbardziej fakt, jak produkt wywołujący pieczenie, przy dużych ilościach, ma łagodzić podrażnienia? Nie wiem, ale nałożyłam z ciekawości na maksa minimalną ilość kremu w okolice nosa, który ze względu na katar jest podrażniony i szczypało nie do wytrzymania.
Ostatecznie ja jestem mega zadowolona. Cienie zostały zniwelowane,spojrzenie jest ładniejsze, skóra wokół oczu jest nie tylko dobrze nawodniona i odżywiona,ale też wygładzona i napięta. Wiadomo spektakularne efekty nie pojawiają się od razu, ale widzę po dłuższym czasie, że jest coraz lepiej. Mimo wszystko, przestrzegam osoby z wrażliwą i podrażnioną skórą przed nim, bo może być nieciekawie albo stosujcie mniejszą ilość.


Tydzień z kosmetykami tlenowymi - O2 Skin
mocno skoncentrowane serum

19 listopada 2018


Dzień dobry! W social media i wszędzie indziej - śnieg. U mnie śnieg pada, ale od razu znika, więc nie mam się czym jarać, ale mimo to odczuwam już trochę bardziej zimowy i świąteczny klimat. Świąteczne kosmetyki zamówione, a ja mam ochotę na jeszcze jeden kalendarz adwentowy. A co! Dajcie znać, jakie kalendarze adwentowe możecie mi polecić, a może się skuszę na więcej!
Jak wspominałam ostatnio na moich social media rozpoczynam tydzień z marką O2 Skin. Markę poznałam w tym roku na konferencji Meet Beauty i zostałam zauroczona wysoką zawartością tlenu - 30%, w tych produktach. Nie miałam wcześniej z nimi styczności, a powiem wam, że bardzo mnie przekonała szczerość dziewczyn testujących te produkty, jak i przedstawicieli firmy. Mówili wprost, że nie każdy kosmetyk każdemu pasuje, więc nie było zachwytów, że kosmetyki są rewelacyjne, zobaczycie, odejmą Wam 20 lat.Więc, tym bardziej chętnie je testowałam i zaczynamy tydzień z O2 Skin!

o2 Skin
Mocno skoncentrowane serum

Innowacyjna formuła stworzona na bazie tlenu wielokrotnie wzmacniającego skuteczność składników aktywnych. Wieloletnie badania prowadzone przez firmę o2 Skin pozwoliły na opatentowanie skutecznej metody wprowadzania tlenu do substancji o różnych gęstościach i stężeniach. Produkty z ustabilizowanym tlenem idealnie odtwarzają środowisko normlizujące i stymulujące funkcje skóry. Pobudzają komórki w skórze do samodzielnej produkcji kolagenu, elastyny i melaniny, które z wiekiem maleją. Poza tym, tlen zawarty w kosmetykach wzmocni pory, dzięki czemu skóra się wygładza, uelastycznia oraz ujędrnia oraz poprawia ukrwienie. Pozwala wprowadzić je do głębszych warstw skóry, dzięki czemu kosmetyki są skuteczniejsze, a efekty utrzymują się dłużej. Proces regeneracyjny skóry jest przyspieszony, skóra jest wzmocniony, jak i zostaje stworzona warstwa ochronna przed szkodliwymi czynnikami wewnętrznymi i zewnętrznymi.

O2 Skin mocno skoncentrowane serum

Mocno skoncentrowane serum tlenowe zawiera aż 30% tlenu z maksymalną dawką Hialuronianu Sodu i kolagenu. Wysokie stężenie tlenu w serum ma za zadanie poprawić koloryt skóry, a także dzięki regularnemu stosowaniu poprawić nawilżenie i elastyczność skóry. Poza tym, skóra zostanie intensywnie i głęboko nawilżona na poziomie komórkowym, a także gęstość, jędrność i sprężystość zostanie zwiększona. A przy skórze młodej serum przeciwdziała procesom przedwczesnego starzenia się skóry, zapobiega utracie wody w naskórku, spadku napięcia i elastyczności skóry, przy czym doskonale ją nawilża i odżywia.

Skład: Aqua, Glycerin, Sodium Hialuronate, Collagen, Hydroxyethylcellulose, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, Elastin.

Sposób użycia: należy nabrać niewielką ilość serum pipetą i rozprowadzić delikatnie na skórze, pozostawić do wchłonięcia. Serum również nadaje się pod makijaż.

O2 Skin mocno skoncentrowane serum
Serum znajduje się w fajnej szklanej buteleczce z pipetą. Buteleczka jest niewielka i ma 30 ml pojemności. Poza tym, design jest bardzo nowoczesny. Jeśli chcecie wciągnąć serum w pipetę należy nacisnąć przycisk na górze - tak samo jest z wydobywaniem serum z pipety. Początkowo myślałam, że ilość serum, jaką wyciskamy na raz jest za mała, ale oczywiście się myliłam. Idealnie pokrywa całą twarz i jeszcze zostanie trochę na szyję. Czasem się zdarza, że pipeta mi się zacina, nie zawsze udaje mi się wycisnąć z niej serum, nie wiem od czego to zależy, bo zdarza się to czasem. Poza tym, bardzo dobrze się zakręca buteleczkę, poczujecie na końcu 'przeskoczenie/ i będziecie mieć pewność, że jest na pewno dobrze domknięte.
Jeżeli chodzi o opakowanie, to wszystkie produkty O2 Skin znajdują się dodatkowo w kartonikach, na których znajdują się wszystkie najważniejsze informacje. Przy przygotowywaniu się do recenzji miałam niewielki mindfuck, bo zauważyłam, że skład serum różni się od tego, jaki jest na buteleczce. Odezwałam się do firmy i w razie czego skład znajdujący się na kartoniku jest prawidłowy.

O2 Skin mocno skoncentrowane serum
Serum jest wodniste, ma bardzo lekką, ale zaraz treściwą konsystencję i przypomina mi coś pomiędzy żelem, a takich puszystym kremem. Zapach jest bardzo słabo wyczuwalny. Bardzo trzeba się wwąchać, żeby coś wyczuć. Z czego się cieszę, bo zapach mi się nie podoba, jest taki trochę duszący i przypomina mi jakieś stare pomieszczenie - dziwne, ale nieważne. Dobrze, że generalnie go nie czuć.
Po rozsmarowaniu serum na twarzy ma się wrażenie, jakby nałożyło się maskę, bo serum 'siedzi' na twarzy, a dopiero po chwili zaczyna w nią wnikać i się wchłaniać W trakcie wchłaniania da się odczuć lekkie chłodzenie, które po pewnym czasie znika tak samo, jak serum. Nie pozostawia po sobie śladu; żadnego filmu, ani uczucia ściągnięcia - nic. Za to skóra jest jakby bardziej rozświetlona i promienna.

O2 Skin mocno skoncentrowane serum
Jestem osobą, która za bardzo nie ogarnia jeszcze wszystkich kosmetyków, więc serum nakładam na twarz różnie i nie jestem pewna, czy robię to dobrze. Raz codziennie, raz tylko 2-3 razy w tygodniu, a czasami mam dłuższą przerwę w stosowaniu. Przy większych podrażnieniach albo po mocnych alkoholowych kosmetykach od razu sięgam po to serum, bo daje mi natychmiastowe uczucie ulgi. Przed maskami, czy glinkami tez sięgam po to serum, jak i czasem, po wyjazdach, w trakcie których mam słabą pielęgnację i pomijam sporo kroków, wtedy ratuje się właśnie serum.

O2 Skin mocno skoncentrowane serum
Co zauważyłam? Skóra zaraz po nałożeniu staje się promienna i rozświetlona, o czym już wspomniałam. Poza tym, od razu da się odczuć mocne nawilżenie i odżywienie skóry. Sprawdzałam też efekt na dłoniach, których pielęgnowanie wychodzi mi najgorzej. Muszę przyznać, że efekty dało się zauważyć natychmiast. Dłonie były gładsze, wygładzone, miękkie - i oczywiście nawilżone i odżywione, dlatego od czasu do czasu będę ratować skórę dłoni i tym serum. Skóra również na twarzy zyskuje naprawdę świetny poziom nawilżenia. Przy okazji jest też fajnie przygotowana na kolejne kroki pielęgnacyjne. Mam wrażenie, że potęguje działanie innych produktów i działa też już zapobiegawczo przed jakimikolwiek podrażnieniami. Aczkolwiek, teraz w chorobie wiem, że nie ma co nakładać na miejsca już podrażnione, okolice nosa itp., bo skóra będzie piec i szczypać. Nie próbowałam stosowania serum pod makijaż, bo jakoś serum mi się bardzo kojarzy z wieczorną pielęgnacją ;).
Ja jestem bardzo zadowolona z działania tego serum. Zresztą w kryzysowych sytuacjach sięgam po serum przy pielęgnacji dłoni, a także, kiedy moja pielęgnacja woła o pomstę do nieba. A serum momentalnie ratuje moją skórę, nawilża i wygładza. Także - super!


Stay tunned, bo w następnym wpisie opowiem Wam o kremie pod oczy, który jest uwielbiany przez wiele osób, ale zarazem nienawidzony przez kolejne 'wiele'.


Encanto do Brasil - keratynowe prostowanie włosów

17 listopada 2018


Większość z Was na pewno nie zna historii moich włosów, która jest dosyć mocno zawiła. Zawsze miałam bardziej proste włosy i wtedy marzyłam o kręconych. O ironio, włosy nagle zaczęły się mocno kręcić, a ja wtedy znowu zapragnęłam mieć proste włosy, więc wzięłam się za prostownice. Co poskutkowało tym, że zrobiły się zniszczone, słabe, wysuszone i same najgorsze rzeczy. O włosy zaczęłam bardzo mocno dbać, żeby jako tako wyglądały i z efektów jestem bardzo zadowolona, ale to jeszcze nie to, tym bardziej, że zaczęłam włosy rozjaśniać, a to im się nie podoba. Z pomocą przyszła mi keratyna, do której podchodziłam już kilka razy i jestem mega zadowolona, że w końcu się zdecydowałam. Dzisiaj opowiem Wam więcej na temat keratynowego prostowanie włosów, bo ma to swoje plusy, ale i spore minusy. Przygotujcie się na dość długi wpis.


Nie będę Wam opisywać poszczególnych produktów, podawać składów, jak to zazwyczaj robię, bo jest to dla mnie bezsensu i chyba nawet nie chcę wiedzieć, co tam tak naprawdę jest. Chyba każdy zdaje sobie sprawę, że jeżeli te produkty są w stanie wyprostować Wasze włosy na dłużej i efekt utrzymuje się do kilku miesięcy, to to musi być magicznie działający syf, sama chemia, szkodliwe substancje, które nie tylko podrażniają skórę, ale mogą wywołać problemy z oddychaniem. Nie bez powodu keratynowe prostowanie włosów przeprowadza się w rękawiczkach, masce i w dobrze wentylowanym pomieszczeniu. Keratynę miałam już robioną 3 razy, a sama robiłam zabieg na innych osobach z kilkanaście, więc uwierzcie  opłakałam i okaszlałam się dużo nad tymi włosami.
No to przechodzę do szczegółów!
Po pierwsze, kosmetyki kupuję na allegro i zawsze są to przelewane produkty. Macie parę różnych możliwości zakupu, kilka pojemności i różne zestawy, wszystko zależy od Waszych osobistych potrzeb. Ja za 100 ml zazwyczaj płacę około 60-70zł. Po drugie, naprawdę musicie przygotować odpowiednio pokój do robienia keratynowego prostowania. Otwarte okno, balkon, a nawet wiatrak okażą się bardzo przydatne. Po trzecie, maska i kilka par rękawiczek to też jest must have. Po czwarte, pamiętajcie o przeprowadzeniu testu, czy produkty Was nie uczulą.


SZAMPON OCZYSZCZAJĄCY. Nie ma sensu używać wcześniej innych szamponów, bo ten szampon jest na maksa oczyszczający. Przekonacie się o tym, jak tylko dotkniecie włosów w trakcie mycia. Ja myję nim włosy 3 razy, bo nakładam bardzo dużo produktów bez spłukiwania na włosy. Za 3 razem włosy są tępe, szorstkie i wtedy wiem, że nic już na nich nie ma. Nie osuszajcie dokładnie włosów, najważniejsze to żeby nie ciekła z nich woda. Jeżeli Wasze włosy szybko schną to koniecznie przygotujcie sobie jakąś butelkę z atomizerem i napełnijcie ją wodą, bo w trakcie nakładania keratyny włosy muszą być wilgotne.
Szampon nie pachnie, ma normalną konsystencję i rewelacyjnie się pieni. Szampon nie powinien Was podrażnić, chyba że będziecie go używać przez kilka dni po przeprowadzonej już keratynie (nie róbcie tego) to możecie spodziewać się łuszczenia się skóry na głowie, łupieżu itp. Ja tak robiłam ze względu na mega ulizane włosy, a liczyłam na to, że część keratyny przy skórze głowy się wypłuka, a włosy będą normalniejsze. Nie pomogło, a nawet zaszkodziło.


PREPARAT PROSTUJĄCY - KERATYNA. Przed użyciem wstrząśnijcie buteleczką i wylejcie ją do jakiejś miseczki, przygotujcie też pędzelek (taki do nakładania farby), ręczniki papierowe albo zwykłe, chusteczki, rękawiczki i nakładamy keratynę na wilgotne włosy, dokładnie tak jak farbę. Nie nakładajcie produktu na skórę głowy, pilnujcie tego odstępu 1-2 cm, bo skóra potrafi mega piec, być zaczerwieniona i ja ostatnio męczyłam się ze strasznym łuszczeniem się skóry, pieczeniem i swędzeniem, na szczęście to mija. Nawet jeśli Wasze włosy kręcą się już u nasady to i tak nie warto. Keratynę również wmasowujemy we włosy, a jak całość jest już nałożona to czekamy 15 minut. Na tym etapie zazwyczaj nie ma problemu ani z zapachem czy łzawiącymi oczami
Męka zaczyna się przy suszeniu. I naprawdę mega ciężko jest wysuszyć włosy pokryte keratyną, jeszcze chłodnym lub średnim powietrzem. Na początku wydaje się to niemożliwe. Oczywiście da się, ale trwa to jakąś niecałą godzinę. Kiedy włosy są już idealnie suche zaczynamy je prostować.
Na tym etapie bez maski się nie obejdzie, a osoba, której robimy keratynę musi mieć przy sobie najlepiej wilgotny ręcznik przyłożony do twarzy, bo inaczej utonie we własnych łzach. Prostujemy niewielkie pasma, po 6-7 razy każde, a keratyna razem z parą unosi się w całym pomieszczeniu. Ten moment jest najgorszy. I czekamy pół godziny. Zapach sam w sobie nie jest drażniący, jest charakterystyczny i dosyć intensywny, ale te opary oddziałują na nas najbardziej.
W instrukcji napisane jest, że jeśli nie chcemy mieć ulizanych włosów to należy prostować je i unosić ku górze. Ale z własnego doświadczenia wiem, że to za wiele nie daje. Po odczekaniu 30 minut myjemy włosy szamponem oczyszczającym i znowu osuszamy włosy delikatnie ręcznikiem i do kolejnego kroku muszą być cały czas wilgotne.


ODŻYWKA PO KERATYNOWYM PROSTOWANIU. Wydaje mi się, że ten krok jest zazwyczaj pomijany w większości, jak nie wszystkich salonach fryzjerskich, ale mogę się mylić. Produkt nakładamy na włosy dokładnie w taki sam sposób, jak preparat prostujący. Czekamy 15 minut i zmywamy, ale nie całość. Według instrukcji powinniśmy zostawić ok. 50% odżywki - zawsze się zastanawiam, jak niby mamy to zrobić, więc nie przywiązuję do tego większej wagi. Odżywkę zmywam wodą, nie robię tego za bardzo dokładnie, wierząc, że coś tam na nich zostaje. Suszymy włosy chłodnym lub średnim powietrzem i prostujemy włosy ponownie, znowu cienkie pasma po 6-7 razy każde. Ten etap nie jest już drażniący, a cieszy, bo to jest ostatni etap, więc wiemy, że po kilku godzinach to już koniec.

Całość może potrwać od 4 do 8 godzin. W zależności od ilości i długości włosów. Włosy można umyć już tego samego dnia, ja keratynę robię do późnych godzin nocnych, więc myję włosy od razu następnego dnia rano ze względu na to, że są strasznie oklapnięte i wyglądają niefajnie. Według producenta, należy też pamiętać o odpowiednich szamponach bez SLS i SLES, ale ja na to też nie patrzę, a efekty utrzymują się na moich włosach bardzo długo, a nawet mam wrażenie, że keratyna w nich zostaje na stałe.


Jakie są moje odczucia?
Włosy są super proste, odżywione, gładkie, lśniące, wyglądają na maksa zdrowo, wszystkie ubytki są uzupełnione, więc wizualnie - rewelacja. Wygoda jest też we współpracy z tymi włosami. Nie trzeba nakładać maski, odżywek, nie trzeba ich układać, bo wszystko jest idealne. Ale czy na pewno?

Wszystko zależy od włosów. Po pierwszej keratynie miałam mega ulizane włosy, z którymi męczyłam się jakiś miesiąc. Za drugim razem, efekt już nie był aż tak ulizany, ale pojawiło się lekkie podrażnienie skóry głowy. A za trzecim razem, włosy miałam już fajnie puszyste i uniesione od nasady po jakichś niecałych dwóch tygodniach, ale za to skóra głowy łuściła mi się okropnie, co pojawiło się po jakimś tygodniu od zrobienia keratyny i męczyłam się z tym ok. 2 tygodnie. Wszystko minęło, ale skóra została podrażniona, była zaczerwieniona, piekła i swędziała. Poza tym, jak wykonuję komuś zabieg keratynowego prostowania to przy prostowaniu włosów rzadko kiedy nakładam rękawiczki, bo jest to po prostu niewygodne, a to wiąże się z tym, że skóra na dłoniach i opuszkach palców pęka i też lekko schodzi. Więc keratyna to nie tylko łzawienie i kaszlenie podczas przeprowadzania zabiegu. Musze za to przyznać, że kosmetyki nie niszczą ubrań ani dywanów, zdarza się ze coś tam poleci, ale wszystko fajnie się spiera i nie ma po tym śladu.

Jak jest z włosami po kilku miesiącach od przeprowadzenia zabiegu?
Moje włosy ostatnio szybko rosną, więc po keratynie wyglądają mega śmiesznie. Połowa włosów od nasady się kręci i to tak pięknie się kręci, a od połowy do końców są hiper proste. Staram się wtedy ich mimo wszystko nie prostować, więc suszę włosy, żeby wyglądały jakoś. A wiadomo przy większym i ważniejszym wyjściu włosy wyprostuję. Jak wspominałam wcześniej, nie patrzę na składy i używam kosmetyków z SLS'em, ale nie widzę, żeby keratyna wypłukiwała się z włosów.
Zdarza mi się,że włosy kręcę na prostownicę. I w miarę fryzura utrzymuje się na takich keratynowych włosach. Nie jest to efekt całonocny, ale i tak jest w porządku. Mimo wszystko, ja  jak na razie do keratyny nie wrócę, bo za niecały rok biorę ślub, a wolę mieć fajnie podatne włosy na układanie moich fantazji ślubnych, niż włosy śliskie, z których za dużo nie będzie się dało zrobić.

Słyszałam, ze włosy po keratynowym prostowaniu się niszczą...
Według mnie jest to jeden wielki bullshit. Włosy po keratynie są odżywione, gładkie, nawilżone i mięciutkie w dotyku, dlatego przestajemy o nie dbać. Nie czujemy potrzeby nakładania odżywek, masek, oleju i innych produktów, które zazwyczaj aplikowałyśmy na włosy. Po wypłukaniu się keratyny, nagle wychodzą na wierzch wszystkie ubytki i włosy są w strasznym stanie, bo o nie nie dbałyśmy - proste.
Mnie keratyna ratuje, bo zachciało mi się je nagle rozjaśnić. Do rozjaśniania miałam dwa podejścia. Pierwsze skończyło się ścięciem włosów do ramion, a za drugim razem miałam już zrobioną keratynę, więc włosy były wzmocnione i przetrwały! Jak coś to ja najpierw robię keratynę, a po minimum dwóch tygodniach idę rozjaśniać włosy. Poza tym, moje włosy powoli odżywają. Te co odrastają pięknie się zaczynają kręcić, są miękkie i zdrowe, co jest na maksa fajne, ale to zasługa tego, że ich nie prostuję, nie katuję niczym innym i nie zapominam o regularnym dbaniu o nie. Dalej olejuję włosy, używam odzywek, masek i kolejnych odzywek bez spłukiwania, tak samo, jak olejków na końcówki. Moja pielęgnacja włosów się nie zmieniła.

Keratyna w domu, a w salonie fryzjerskim.
Nie zrozumcie mnie źle, ale nigdy nie poszłabym na keratynowe prostowanie włosów do salonu fryzjerskiego. Zdaje sobie sprawę z tego, że produkty u fryzjera są pewnie bezpieczniejsze, zabieg jest wykonany w 100% prawidłowo, ale kosztuje kilkaset złotych, siedzicie u fryzjera kilka godzin i marnujecie czas, czego ja nie znoszę. Poza tym, byłoby mi szkoda męczyć fryzjerki, żeby stały i robiły tą keratynę, a z koleżankami w domu to co innego. Wydacie mniej pieniędzy, będziecie w domu, więc w między czasie możecie coś zrobić, a to sprzątać, pranie, obiad, zjeść coś normalnego i nie marnujecie bezsensu czasu. Co więcej z koleżankami możecie się napić, nagadać, spędzicie razem czas, a na to zazwyczaj nie ma czasu, więc 2w1. Sam zabieg nie jest aż tak skomplikowany i na pewno dacie radę zrobić ją komuś innemu. Słyszałam o przypadkach osób, które robiły keratynę same sobie. Podziwiam i szanuje ,bo ja sobie nie dałabym rady tego zrobić ;).

Czy warto się tak męczyć, żeby mieć proste włosy..?
To już zależy od Was. Opisując wszystko krok po kroku miałam wrażenie, że opisuję jakieś tortury i zastanawiałam się po, co ja to w ogóle robiłam. Łzy, kaszel, podrażnienie, oklapnięte i ulizane włosy, trwa to strasznie długo i te produkty mogą być naprawdę niebezpieczne dla naszego organizmu. Ale to jest tylko chwila przy kilku miesiącach spokoju. Wystarczy uważać, słuchać się zaleceń, a efekty będą bardzo długotrwałe. W tym czasie spokoju, kiedy włosy wyglądają zdrowo, są nawilżone i odżywione możemy skupić się na ich pielęgnacji, na dbaniu o te, które nam odrastają, więc może to być fajna opcja na czas przejściowy, kiedy nie chcemy ścinać włosów, bo szkoda nam długości albo źle się czujemy w krótkich.

Obecnie jestem po jakichś 3 tygodniach od ostatniej keratyny i jest to moja ostatnia keratyna, jak na razie. Włosy będę rozjaśniać na różnych podkładach typu ola-plex, więc wierzę, że nie ulegną zniszczeniu. Standardowo, jak to na kobietę przystało, obecnie marzę o powrocie do kręconych włosów, co się pewnie zmieni w między czasie tysiąc razy. Na chwilę obecną inspiruje i motywuje mnie Magda z bloga Curly Madeleine, czyli jak pokochać kręcone włosy? Jej włosy są rewelacyjne, poza tym, dziewczyna zna się na rzeczy i wie co mówi. Jej blog i kanał na youtube to kompleksowa encyklopedia dla kręconowłosych, więc jeśli ktoś z was nie lubi swoich fal czy loków i zastanawia się nad keratyną to okej - możecie spróbować i na pewno będziecie zadowolone z efektów końcowych. Ale najpierw może akurat polubicie swoje włosy, nauczycie się wydobyć z nich to, co najlepsze i nie będziecie musiały się truć? Blog Magdy na pewno Wam w tym pomoże.

Mam nadzieję, że wspomniałam dzisiaj o najważniejszych rzeczach związanych z keratynowym prostowaniem włosów. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania to dajcie znać w komentarzach, a przygotuję drugą część związaną już z Waszymi pytaniami, a'la Q&A.


Gąbeczkowe love - lovenue, loveblender

15 listopada 2018


Cześć! Jesień przyszła już do nas chyba na dobre; zimno, deszcz i wiatr, to coś co lubię,tym bardziej kiedy siedzę w domu  mogę się grzać za pomocą herbaty z rumem i zaświecić wszystkie światełka, jakie mam i jest super! U mnie standardowo - korepetycje i skupiam się na blogu, tak żeby się ze wszystkim super fajnie wyrobić. Dzisiaj mam dla Was recenzję gąbeczki do makijażu, którą dostałam już dawno na Spotkaniu Blogerek w styczniu, ale jakoś ciężko jest mi się czasem przekonywać do nowych rzeczy. Gąbeczka ma charakterystyczny kształt i ja nią nakładam głównie korektor. Pamiętam czasy, jak do nakladania makijażu używałam po prostu palców i pędzelków dodanych do kosmetyków, kto by wtedy pomyślał, że teraz będę miała kilka różnych gąbeczek i kilkadziesiąt pędzli, i że jeszcze w miarę będę umiała się nimi posługiwać! No to zapraszam do zapoznania się z moją opinią na temat serduszkowych blenderów.

Lovenue, LOVEblender
gąbka do makijażu


LOVEblender jest bezpieczny dla skóry i przyjazny dla środowiska. Została wykorzystana technologia 'natural oil layer protection', która ma za zadanie zapewnić odpowiedni poziom nawilżenia skóry i chronić ją przed utratą warstwy lilpidowej. Ponadto, gąbeczka została wzbogacona witaminą E, nazywaną 'witaminą młodości', która jako silny przeciwutleniacz chroni skórę przed stresem oksydacyjnym i uszkodzeniem komórek. 
Gąbeczka posiada idealną gęstość oraz miękkość, dzięki zastosowaniu najwyższej jakości hydrofilowego poliuretanu, czyli materiału, który wykorzystuje się w medycynie. Aplikowanie kosmetyków przy użyciu blendera zapewnia zdrowy wygląd skóry. Rozprowadzanie w newralgicznych miejscach, takich jak na brodzie, w okolicach kącików ust i skrzydełek nosa przestanie być problematyczne. Używając gąbeczki perfekcyjnie przygotujemy skórę i wykończymy makijaż bez nieestetycznych smug i zacieków po fluidzie.

Sposób użycia: LOVEblendera nie należy używać suchego, a w zależności od rodzaju kosmetyku; mokrego do fluidu, rozświetlacza w płynie i bronzera, a wilgotnego do pudru i kremu.


Gąbeczka LOVEblender już na pierwszy rzut oka wyróżnia się od innych gąbeczek, a musi, bo na rynku mamy obecnie dostępnych bardzo dużo różnych kształtów beautyblender'ów. Do wyboru do koloru okrągłe, spiczaste, z płaską jedną częścią albo kompletnie powydziwiany kształt. LOVEblender to mega słodkie, różowe serduszko z mocno wyciętą górą, przez co nakładanie produktów w newralgicznych miejscach rzeczywiście jest dużo prostsze niż przy okazji zwykłej okrągłej gąbeczki. Gąbeczka jest niesamowicie miękka i sprężysta, tak jak producent obiecuje idealną gęstość i miękkość, tak według mnie zostaje to spełnione. Aczkolwiek wecie pod uwagę to,ze mówi to osoba, która na profesjonalnym makijażu się nie zna, nie wiem, jak to powinno być, ale taki laik, jak ja jest zadowolony, a to właśnie takich laików jest najwięcej :). Zresztą zobaczcie poniższy filmik.


Głównie używam gąbeczki do nakładania korektora pod oczami, a także tam, gdzie chce żeby moja cera została rozświetlona i czasem doklepuję sobie nią fluid, tak dla pewności, że wszystko jest idealnie przyklepane. Nakładałam nią też fluid, żeby zobaczyć, jak to działa i móc się wypowiedzieć na ten temat. Po pierwsze, producent nie zaleca używania suchej gąbeczki, a ja jakoś dalej uparta, jak osioł nie mogę przestawić się na moczenia jej, wydaje mi się, że to ze względu na lenistwo i nic więcej, bo przy okazji testowania tej gąbeczki, również zdarzyło mi się ją zmoczyć dla porównania.
Sucha gąbeczka nie wchłania jakichś ogromnych ilości korektora, nie ma z tym problemu, idealnie wklepuje produkt już znajdujący się na skórze i rozprowadza tam, gdzie chcę. Nic się nie rozmazuje, a wszystko znajduje się na swoim miejscu. Nie ma też najmniejszego problemu przy rozprowadzaniu produktu blisko przy oczach, wszystko jest idealnie precyzyjne. Poza tym, korektor jest idealnie rozprowadzony, nie wchodzi w załamania. Jeżeli chodzi o fluid, to w tym przypadku używałam zazwyczaj wilgotnej gąbeczki, bo mimo wszystko beautyblendery szybciej piją fluid. Ale muszę przyznać, że byłam zadowolona, fluid został idealnie rozprowadzony w mega naturalny sposób, zużyłam mniej fluidu niż zazwyczaj, a cera była gładka i koloryt wyrównany, i wszystko było naprawdę super. Jestem na razie na etapie pędzla typu flat top, ale myślę, że to głównie kwestia przyzwyczajenia i kiedyś nadejdzie dzień, że do fluidu będę używać tylko gąbeczek.
Nie wypowiem się na temat innych produktów, bo brak mi umiejętności do nakładania np. mokrych produktów do konturowania.


Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z tego jak współpracuje ze mną to serduszkowe cudo. Jest idealnie miękka, bardzo wygodnie się nią operuje w newralgicznych miejscach i polubiłam nakładanie nią fluidu! A nawet przekonałam się trochę bardziej do stosowania jej w wilgotnej wersji. A myślałam, że u mnie to nigdy nie nastąpi. Makijaż jest idealnie wykończony, baza - dla mnie najważniejsza, jest nałożona perfekcyjnie, nic nie wchodzi w załamania, nic się nie ciastkuje - rewelacja. Efekt jest naturalny, ale krycie jest naprawdę mocne, a makijaż wygląda bardzo estetycznie. Gąbeczki bardzo wygodnie się utrzymuje w czystości, dobrze się je czyści i wszystko jest bardzo na plus! Nie tylko gąbeczka działa świetnie, ale i wygląda naprawdę fajnie, robi wrażenie. Nie tylko się nadaje do wykonywania makijażu, ale i do zdjęć - 2w1.


Jak widzicie LOVEblender to nie tylko duża gąbeczka, ale i wersja mini - przesłodka, tak samo różowa i tak samo serduszkowa. Co prawda tutaj zarysowane serce jest mniej widocznej niż w dużej wersji, ale wiadomo, że nie jest to na pewno łatwe. Mimo wszystko gąbeczka jest przeurocza Sprawdza się również przy nakładaniu korektora. Kiedy używam dużej gąbeczki do fluidu albo jadę gdzieś na wyjazd i mam ograniczony bagaż - biorę wersje mini i świetnie się sprawdza, jako zamiennik standardowej wielkości! Fajny pomysł, kiedy naprawdę chcemy wziąć jak najmniej rzeczy. Poza tym, jest też bardziej precyzyjna niż duża wersja, więc świetnie się sprawdza w newralgicznych miejscach. Bardzo fajne rozwiązanie!
Znacie te serduszka? :)

#32 Kinomaniak, czyli ostatnie filmy, jakie oglądałam

13 listopada 2018



Dzień dobry!Mam jednak lekkie opóźnienie, bo wyszła kryzysowa sytuacja, więc z zaplanowanymi recenzjami muszę trochę poczekać, ale mam nadzieję, że sprawa się szybko wyjaśni i będę mogła Wam wszystko opisać, jak najszybciej. W związku z tym trzeba sobie jakoś radzić, a że wieczory coraz dłuższe, milsze i przytulniejsze no to filmy! Idealny czas na oglądanie filmów, nadrabianie wszystkich zaległości i po prostu odpoczywanie. Tym razem, widać wpływ narzeczonego na tego kinomaniaka, zazwyczaj nie przepadam za oglądaniem innych filmów niż angielskich, jakoś tak źle mi się je oglądało, ale przekonał mnie do komedii francuskich! I koniecznie się zapoznajcie z nimi, bo są warte obejrzenia - zapraszam!

Miasto 44 (2014) dramat, wojenny

Lubię dramaty,czasem lubię filmy wojenne, a w sumie o Miasto 44 było dosyć głośno przez długi czas, więc stwierdziłam, że czas obejrzeć. I w sumie to się zawiodłam. Film ogólnie spoko, historia pokazana w filmie też fajna, dobór aktorów, zwroty akcji - wszystko mi się podobało. Ale wstawki rodem z jakiegoś dziwnego kina Hollywod,czy Bollywood czy nie wiem z czego, zwolnione tempo, nagle inna muzyka,, efekty specjalne; wiecie płomień, iskry no po co to? Dla mnie totalnie niepotrzebne. Jak już oglądałam film o dosyć ważnej tematyce, to fajnie by było gdyby wszystko było utrzymane w doniosłym klimacie. Tutaj nie wiedziałam, co ja oglądami czy to nie jest jakiś żart. Dodatki zepsuły oglądanie tego filmu

Facet na miarę (2016) 'Un homme a la hauteur' komedia romantyczna

O tej komedii też dosyć sporo słyszałam, a mam wrażenie, że dalej widzę jej reklamy w różnych miejscach. Fajny pomysł, całkiem inna historia, która nie tylko pokazuje prawdę o ludziach, ale też sprawia, że człowiek zaczyna myśleć; 'A co ja bym zrobiła na jej miejscu?' I trochę pokazuje prawdę  o nas samych. Pokazuje, że wszystko siedzi w nas i zależy od nas, i nie powinno nas interesować zdanie innych. Najważniejsza rzecz, jeśli my nie mamy z czymś problemu to inni też nie. Proste, a takie trudne do wprowadzenia w życie. Komedia bardzo przyjemna,miło się ogląda i bardzo polecam!

Kopciuszek (2015) 'Cinderella' familijny, fantasy, romans

Przy okazji jednego kinomaniaka wspomniałam, że mam ochotę obejrzeć ekranizacje filmowe znanych mi bajek z dzieciństwa i nie tylko. I tak też się dzieje. Na szczęście w telewizji puszczają sporo takich filmów ostatnio, więc nawet nie trzeba jakoś się wysilać i szukać. Kopciuszek był bardzo przyjemny, nie odbiega tematycznie od standardowej historii, którą wszyscy znamy, główna aktorka jest przerozkoszna, więc też polecam. Super jest sobie poprzypominać, co się kiedyś oglądało, a w trochę poważniejszej wersji.

Królewna Śnieżka i Łowca (2012) 'Snow White and the Huntsman' fantasy, przygodowy

I teraz z tą ekranizacją nie jest tak, jak z Kopciuszkiem. Ogólnie główna myśl i fabuła są zachowane, wiadomo o co chodzi i można się w miarę łatwo połapać. Ale sam film jest creepy! Lekko przerażający i straszny, czego się totalnie nie spodziewałam po w sumie bajce. Na pewno znajdzie swoich fanów, bo coś to ma w sobie, ale ja nie przepadam za horrorami. Mimo że ja jakoś nie polubiłam tego filmu, to jest to na maksa ciekawa i dobra interpretacja! Warto się z nią zapoznać, ale ostrzegam nie będzie zbyt przyjemne, słodko i kolorowo.

Za jakie grzechy, dobry Boże? (2014) 'Qu'est-ce qu'on a fait au Bon Dieu?' komedia

I lecimy dalej z komedią romantyczną! Ta jest przegenialna, zajebista i na maksa Wam ją polecam. Nie znam osoby, której mogłaby ona nie podpasować. Historia, pomysł, realizacja są genialne. Zwykła rodzina, córki i każda z nich wybiera obcokrajowca za męża, mieszanka kulturowa, przyzwyczajeń i tradycji, co daje naprawdę niezłe combo. A fakt, że kolejna córka, już ostatnia, w której pokładane są wszelkie nadzieje, też dała czadu, ale tego się na pewno nie spodziewacie, kogo wybierze za męża. Więc włączcie sobie koniecznie, bo warto. Uśmiejecie się.

Miłość aż po ślub (2017) 'Jour J' komedia

Kolejna komedia francuska - godna polecenia. Zaczyna się świetnie, co prawda trochę przewidywalnie, bo wiadomo łączą się drogi dwóch osób, które fajnie by było jakby były razem, ale oczywiście jedna osoba już ma w planach ślub i bach. Ale wiadomo wszystko dobrze się kończy, a po drodze jest masa świetnych zwrotów akcji, historii trochę niemożliwych, ale śmiesznych, które genialnie się ogląda. No i najważniejsze, że wszystko dobrze się kończy, a takie filmy uwielbiam;)


Muszę przyznać, że moja druga połówka dobrze wiedziała, co robi chcąc obejrzeć ze mną te filmy. Pokochałam francuskie komedie i chcę ich więcej, są świetne, robią mega wrażenie i pokazują takie historie, których brakuje trochę w anglojęzycznych filmach więc czad!Jeżeli też lubicie francuskie komedie, piszcie w komentarzach tytuły, które powinnam obejrzeć, a a pewno niedługo przeczytacie w kinomaniaku moją opinie na ich temat :).


Dermacol, transparentny puder - idealne wykończenie makijażu

10 listopada 2018


Heloł! Co tam działacie?My dzisiaj załatwiamy trochę spraw,ale ogólnie chill, chill i jeszcze raz chill. Zbliżają sie święta, więc intensywny czas, a przyszły rok to już w ogóle będzie się działo, więc przy każdej okazji, kiedy możemy odpocząć - trzeba z tego korzystać. A mi z tym cudownie, bo zazwyczaj latałam na pełnych obrotach 24/7, 12 miesięcy w roku, a teraz jakoś tak bardziej na luzie i powoli. I tak jest fajnie, polecam wszystkim. Poza tym, byliśmy wczoraj na Planecie Singli 2 i tak samo  polecam, jeżeli spodobała Wam się 1 to warto się wybrać do kina ;).
Dzisiaj mam dla Was produkt marki Dermacol. Markę poznałam jakiś rok temu i się w niej zakochałam, na pewno kojarzycie moje zachwyty winogronowymi produktami do ciała, które pachną obłędnie, a dzisiaj mam dla Was produkt do makijażu. Jak myślicie, również będę się zachwycać?

Dermacol, invisible fixing powder
transparentny puder


*Doceniony przez Związek Czeskich Makijażystów*
Puder transparentny idealnie uwydatni Twój makijaż satynowym wykończeniem, a także pozostawi skórę gładką oraz zmatowioną. Puder w ciągu dnia będzie absorbował nadmiar wydzielającego się sebum, nie wysuszając przy tym skóry. Zapobiega powstawaniu uczucia lepkiej i tłustej skóry w ciągu dnia. Makijaż jest utrwalony i powinien utrzymać się cały dzień.

Skład: Talc, Zinc Stearate, Magnesium Carbonate Hydroxide.

Sposób użycia: należy nałożyć produkt na twarz wykorzystując gąbeczkę.


Puder transparentny od marki Dermacol znajduje się w standardowym dla tego typu produktów opakowaniu. Jest przezroczyste, a ilość otworów jest idealna do wysypywania pudru na wieczko. Wystarczy jedno 'wysypanie' i mamy idealną ilość na utrwalenie dziennego makijażu, a w przypadku mocniejszych i cięższych makijaży na jakieś eventy, wtedy wysypuję sobie na dwa razy i jest idealnie.
Puder jest bardzo jasny, lekko zabarwiony na beżowo. Posiadam wersję light, więc jest taka pośrednia -najbardziej neutralna dla wszystkich. Ewentualnie jest jeszcze możliwość wyboru między kolorem white i natural. Zapach jest niewyczuwalny. Jedyne na co trzeba uważać, to przy nałożeniu większej ilości produktu na puszek puder może trochę pylić, ale tak jak mówię tylko w sytuacji, kiedy nabierzemy bardzo dużo.


Uwielbiam to jak puder współpracuje z innymi produktami do makijażu. Z każdym fluidem fajnie współgra, nie tylko z tymi od Dermacol. Ani nie wybiela twarzy, ani nie nadaje jej jakiegoś konkretnego odcienia. Fajnie fiksuje makijaż, utrwala fluid, korektor, a także matuje cerę. Nie ma też później problemu z nakładaniem kolejnych produktów, różu czy bronzera. Wszystko super się trzyma, kolory są tak samo intensywne, więc nie wpływa w żaden sposób na działanie innych kosmetyków.
A jeżeli chodzi o to, jak wygląda na twarzy cały dzień, to ja naprawdę jestem zadowolona. Produkt utrwala makijaż, nic nie schodzi, nic się nie roluje nie waży ani nie ciastkuje w ciągu dnia. Nie mam problemów z cerą, więc też nie muszę się poprawiać, co godzinę. Jedyne, co to wiadomo w okolicach nosa od okularów, czy kiedy mam katar - skóra się bardziej tłuści, Wtedy warto co jakiś czas spojrzeć w lustro i użyć bibułki matującej albo trochę się poprawić. Ale kiedy jestem na imprezie, na weselu to puder na bieżąco absorbuje pot i nadmiar sebum, więc jeżeli już się poprawiam to chyba tylko dla swojego psychicznego komfortu, bo nie ma takiej potrzeby.


W internecie kupicie go od 20 do 30 zł,w zależności od drogerii, a pojemność wynosi 13 gram. Dla mnie produkt jest mega wydajny, co prawda nie używam go codziennie kiedy siedzę w domu, ale od kilku miesięcy na pewno go stosuję na wyjazdach, jak już gdzieś wychodzę, czy na imprezy i jakoś nie widzę większego zużycia,. Na pewno Wam go polecam. Dla mnie działa rewelacyjnie, cudownie matuje skórę, a także utrwala makijaż. Wiadomo w ciągu dnia w kryzysowych sytuacjach trzeba coś tam poprawić, ale nie są to dramatyczne poprawki i przeżyłabym bez. Więc ja jestem znowu zachwycona i jaram się, że jest marka, którą uwielbiam ze względu na pielęgnację, a i teraz zaczynam uwielbiać jej produktu kolorowe i do makijażu.


Lirene, duo płyn micelarny, który nie tylko zmyje makijaż, ale i wzmocni rzęsy

08 listopada 2018


Dzień dobry! Co tam, jak tam? Jestem i mam już rozpisany wpisowy plan na listopad i mam nadzieję, że uda mi się tego trzymać i zrobić wszystko tak, jak sobie to założyłam. A wypadałoby się ze wszystkim wyrobić, bo w grudniu wracamy z blogmasami! W tamtym roku udało mi się codziennie wrzucać świąteczne posty, a w tym wiem, że może to być trochę utrudnione, więc muszę zacząć pisać je wcześniej, żeby potem na pewno się ze wszystkim wyrobić. Macie jakieś pomysły na świąteczny klimat na blogu albo o czym konkretnie chcielibyście poczytać? Dajcie znać, bo obecnie zbieram inspiracje i pomysły i na pewno niedługo zacznę już działać.
Dzisiaj mam dla Was recenzję duo płynu micelarnego dwufazowego marki Lirene, który nie tylko ma zmyć Wasz makijaż, ale również wzmocnić rzęsy. Jak myślicie, jest to możliwe?

Lirene, DUO płyn micelarny
z olejkiem rycynowym


Duo płyn micelarny zawiera unikalną technologię MICEL PURE&NUTRI z olejkiem rycynowym, który został stworzony przez zespół ekspertek Laboratorium Naukowego Lirene. Została oparta na synergii działania składników oczyszczających oraz intensywnie odżywczych. Płyn micelarny ma za zadanie usunąć makijaż i zanieczyszczenia, uelastycznić, odżywić i nawilżyć skórę, a także poprawić kondycję rzęs sprawiając, że staną się silniejsze i piękniejsze. Przy okazji, płyn micelarny wygładzi skórę, wspomoże warstwę hydrolipidową naskórka, zapobiegając nadmiernemu przesuszeniu. Formuła została również wzbogacona o HydroComplex, który zapewnia głębokie nawilżenie i ukojenie skóry, ograniczając utratę wody przez naskórek. Ponadto nadaje się do każdego typu cery, jest bezzapachowy i ma optymalną tolerancję.
Potwierdzone rezultaty: *82% skuteczne oczyszczenie i demakijaż *58% zregenerowane rzęsy *59% odżywiona skóra.

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Glycerin, Isohexadecane, Cyclohexasiloxane, Isopropyl, Isostearate, Caprylic/Capric Triglyceride, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Zea Mays (Corn) Oil, Tocopherol, Sodium Chloride, Panthenol, Calcium Gluconate, Sodium Cocoamphoacetate, Lauryl Glucoside, Sodium Lauryl Glucose Carboxylate, Sodium Cocoyl Glucamate, Gluconolactone, Sodium Benzoate, Cl 40800.

Sposób użycia: Płyn należy nanieść na wacik, rozprowadzić oczyszczając skórę twarzy i skórę wokół oczu. Powtarzać, aż wacik będzie czysty.


Płyn micelarny znajduje się w dużej i przeźroczystej buteleczce, o pojemności 400 ml. Opakowanie jest wygodne w użytkowaniu, mimo że jest dosyć spore. Na opakowaniu znajdują się wszystkie informacje, a i widzimy ilość zużycia. Zamknięcie jest typowe, na zatrzask, które jest bardzo solidne. Czasem ciężko jest mi je otworzyć, ale to dobrze, bo ostatnio często jeżdżę i przynajmniej nie mam obaw zabierać go ze sobą i wkładać do torby. Produkt też dobrze się wylewa na wacik, więc wszystko jest w porządku.
Płyn micelarny składa się z dwóch konsystencji, które po zmieszaniu tworzą lekko tłusty płyn, którym zmywamy makijaż. Dobrze się miesza i na dosyć długi czas, ale na wszelki wypadek warto przed każdym użyciem wstrząsnąć buteleczką. Wydaje mi się, że obie konsystencje kończą się w miarę równomiernie, ale to wyjdzie tak naprawdę przy samej końcówce. Produkt ma być bezzapachowy, ale ja jestem w stanie wyczuć coś dziwnego, taki słaby, ale duszący zapach, który mi nie pasował i byłam w stanie go wyczuć potem na skórze, ale na szczęście tonik, czy inny produkt go niweluje.


Płyn micelarny nie rozmazuje makijażu, tylko od razu go sprawnie zmywa, nie tylko makijaż twarzy, ale i oczu. Do cięższych i mocniejszych makijaży oczu wolę używać specjalnego produktu, ale jak czasem nie mam nic pod ręką, czy mi się spieszy i chcę zmyć wszystko na raz, to ten duo płyn micelarny i tak w miarę daje sobie radę. Zmywa powierzchnie makijaż, nie podrażnia oczu i świetnie radzi sobie z tuszem do rzęs i ewentualnie różnymi cieniami. Mimo wszystko, płyn micelarny nie domywa wszystkiego dogłębnie. Po użyciu zostawia na skórze lekko tłusty film, przez co ja dalej czuję, że coś tam jeszcze mam, ale standardowo używam potem peelingu, czy toniku czy innego produktu i mam wtedy pewność, że wszystko jest dobrze czyszczone. Płyn jest fajny do takiego pierwszego oczyszczania twarzy z wierzchniej warstwy, ale potem i tak trzeba czegoś jeszcze użyć, więc osoby ograniczające produkty w pielęgnacji do minimum mogą być niezadowolone.


Ja mimo wszystko jestem całkiem zadowolona z działania, ale są rzeczy, które mi nie podpasowały. Lubię płyny micelarne, które fajnie rozpuszczają każdy makijaż. Nie podrażnia oczu, nie uczulił ani nie zapchał mojej skóry, więc to jest na plus. Nie jestem pewna, czy nawilża i odżywia skórę, bo od tego mam inne produkty, ale na pewno jej nie wysuszył. Nie przeszkadza mi fakt, że po i tak muszę czegoś jeszcze użyć, bo i tak to robię, więc nie jest to dla mnie problem, ale musicie to wziąć pod uwagę. Bardziej irytuje mnie zapach, którego miało nie być w ogóle, a trochę mi przeszkadza, tak samo jak film na twarzy, nie lubię tego uczucia. Wydaje mi się też, że o dziwo wzmacnia rzęsy Zazwyczaj po odstawieniu odżywek do rzęs, zaczynają mi one nadmiernie wypadać, a teraz tego nie zauważyłam, więc fajnie! Koszt tego produktu to 20zł, niby nie dużo, ale też nie jakoś super mało.
Nie będzie to mój demakijażowy hit, ale myślę, że będę do niego wracać w momentach, kiedy robię przerwę od odżywek do rzęs.