Co warto kupić w perfumerii Douglas?

20 lipca 2019


Halo, halo! Co u Was słychać? Mam nadzieję, że wszystko jest w jak najlepszym porządku! Dzisiaj bez zbędnego gadania, przejdziemy od razu do sedna tego wpisu! Zabierałam się do niego już jakiś czas, bo od dwóch lat kupuję kalendarz adwentowy z kosmetykami własnie z perfumerii Douglas. Osoby z instagrama na pewno kojarzą moje codzienne otwieranie okienek w różnych sytuacjach. Ale dzięki temu mam sporo kosmetyków przetestowanych, jestem w stanie wyrazić swoją opinię, bo mimo że niektóre z nich są niepełnowymiarowymi produktami i/lub miniaturkami, to trochę ich mogłam poużywać. Ale i nie oszukujmy się, w niektórych zakochałam się od pierwszego użycia! Dlatego dzisiaj mam dla Was opinie na temat produktów, jakie znajdziecie w perfumerii Douglas, ale nie tylko tych z kalendarzy, bo wiele produktów też miałam poza nimi.
Let's do this!

Wiecie, że ja bardzo lubię jak mi pachnie. Więc perfumy w kalendarzach adwentowych były dla mnie genialne, tym bardziej, że niektóre zapachy stały się moimi ulubieńcami.
[1] Ariana Grande, Ari oraz Moonlight. Oba zapachy są cudownie świeże, pachnące, kobiece i zapadają w pamięć. Czuć w nich mocne i piękne kwiaty, dużo owoców, ale są też do siebie bardzo zbliżone. Aczkolwiek Ari jest zdecydowanie tym słodszym i cukierkowym zapachem, ale nie przesłodzonym. Na pewno je pokochacie.
[2] Abercrombie & Fitch, First Instinct jest zapachem mocnym, intensywnym, zadymionym, ale nie nachalnym i irytującym. Ja go nadużywam i zawsze sporo na siebie wylewam z miłości do tego zapachu, to i tak nie ma przesytu. Pachnie radośnie, ale i zmysłowo i kobieco. Towarzyszy mi na większości ważniejszych wydarzeń, bo jest dla mnie wyjątkowy, tak jak okazje, na jakie go używam.
[3] Marc Jacobs, Daisy Dream; Sunshine i Forever. Ja uwielbiam wszystkie te zapachy. Nie dość, że buteleczki są przeurocze i aż chce się mieć na półce, to jeszcze pachną zniewalająco. Owocowo, kwiatowo, świeżo i tak energicznie. Zawsze mi się kojarzą z działaniem i aktywnością.

I znalazłam też zapachy męskie, które są obłędne! Dawidoff Cool Water [4], a także Abercrombie & Fitch, Fierce [5] to zapachy męskie i jedyne w sowim rodzaju. Na pewno każda kobieta chciałaby, żebyście faceci tak pachnieli - gwarantuję Wam! Ten drugi zapach jest niestety bardzo słabo dostępny i co jakiś czas go tylko widzę na stronie Douglas, ale i tak, musiałam o nim wspomnieć.

Zaczynając pielęgnację od twarzy! Eos, balsamy do ust [4] zadbają o nie najlepiej na świecie. Cudownie nawilżają i odżywiają, pozostawiają wargi miękkie, gładkie, a także zostaje na nich lekka warstwa ochronna (nieklejąca!). Co ma się wchłonąć to się wchłania, z kolei cała reszta zostaje na ustach i dba o nie cały czas.
Z kolei SeeSee, nawilżający krem do twarzy [6] ma nie tylko wspaniały, cytrusowy i charakterystyczny zapach, ale super nawilża skórę, wygładza ją, odżywia, regeneruje i idealnie nadaje się pod makijaż! Marka dość mało znana, a powinna być rozchwytywana.
Daytox, maska peel-off [2] zadba o głębokie oczyszczenie twarzy, wchłonie sebum i zadziała też na zaskórniki. Jest ekstra! Jak i cała marka. Mam jeszcze miniaturowy krem do twarzy, i jest tak samo - wow!
Jeśli chcecie zmyć makijaż to polecam: Resibo, olejek do demakijażu [7]. Obecnie nie wyobrażam sobie używać czegokolwiek innego. Zero wacików, maksymalnie dwie pompki i cały makijaż jest zmyty, od mocnego tuszu, po brokaty i mocniejsze konturowanie. Pisałam Wam o nim niedawno i na pewno do niego wrócę, bo to jest szał!
No i ciało! Moje ulubione gruboziarniste peelingi: Organique, Eternal Gold peeling cukrowy [5], jak i Organique, Shea Butter, peeling solny [3] to wspaniałe mocne peelingi, które wygładzą i ujędrnią Waszą skórę. Przy okazji pachną cudownie, można się rozmarzyć i zapomnieć o wszystkim.
I dla mnie totalnie nowa marka, której nie znałam wcześniej: Annayake, 24h Hydration, żel pod prysznic [1]. Zużyłam go dość szybko, bo miałam bardzo małą miniaturkę, ale używałam po basenie, więc zależało mi na tym, żeby żel był chociaż trochę nawilżający. I ten od Annayake właśnie taki był, skóra nie była spięta, ani ściągnięta, tylko super nawilżona, miękka i pachnąca!

Jak na kalendarze przystało, miałam możliwość sprawdzenia wielu produktów marki perfumerii Douglas Collection i nie spodziewałabym się, że w tych produktach zakocham się praktycznie od razu.
Douglas Home Spa pianka pod prysznic, kukui oil & noni fruit, a także acai berry & maracuja oil [1]. Pierwszy raz miałam do czynienia z piankami i pozytywnie się zaskoczyłam. Formuła mega lekka, miła, przyjemna i zawsze coś nowego, niespotykanego. W dodatku te zapachy. O matko, można się rozpłynąć. Jak pierwszy raz powąchałam tę różową wersję przepadłam!
Poza tym, zawsze staram się mieć przy sobie jakiekolwiek mokre chusteczki. Travel cleansing wipes, chusteczki do demakijażu [2] to kolejny strzał w 10, tym bardziej na wakacjach. Zawsze oczyścicie twarz z powierzchownych zabrudzeń, domyjecie makijaż, ewentualnie odświeżycie sobie cerę o każdej porze dnia. Kolejna rewelacja, a te naprawdę fajnie domywają cały makijaż i pachną pięknie!
Kolejny żel pod prysznic, travel shower cream [3], to produkt, który zużyłam po basenie. Podobnie do Annayake, nawilżał, odżywiał, wygładzał i ratował natychmiastowo skórę, po wcześniejszej kąpieli w chlorze.
No i na koniec, Gentle Eye Make-Up Remover, płyn do demakijażu oczu i ust [4], który jest dwufazowy, czyli dla mnie idealnie tłusty i zarazem wodnisty, który zmyje wszystko! Mocniejsze makijaże; brokaty, eyelinery oraz niezmywalne i trwałe pomadki, z którymi czasami mam największy problem. Idealna pojemność też i na podróże, bardzo polecam.

Co prawda na dłoniach królują hybrydy, ale na stopach dalej lecę z normalnymi lakierami. Ograniczyłam swoją kolekcję i najbardziej lubię lakier z Douglas Collection [1]. Idealny pędzelek, intensywny odcień, no i ta trwałość. Dla mnie naprawdę super! Podobnie będzie z lakierami Orly [2]. Tak samo będziecie zadowolone.
I Heart Revolution, bronzer, Summer of Love  [4] jest wypiekanym produktem do konturowania, o mocnej pigmentacji, ma ciepłą kolorystykę, a dzięki temu nadaje cerze super efekt opalonej skóry. Design również świetnie wygląda! Tak samo będzie z paletką do oczu I Heart Revolution, Elixir [5]. Wszystkie cienie są fajnie napigmentowane, znajdziecie tu trochę matu i trochę błysku, więc możecie zmalować na oczach wszystko, co chcecie. A kolorystyka - idealnie moja.
Wypiekany cień z Make Up Factory [3], posiadam odcień fioletowy. I jest cudowny. Mega opalizujący, fajnie odbijający światło i nadający spojrzeniu mega blask. Makijaż wygląda promiennie, świeżo i szok, że jeden taki cień może odmienić nawet najzwyklejszy makijaż.
Przechodząc do ust (!) NYX, Soft Matte Lip Cream [6]; w odcieniu London, to od zawsze mój odcień 'go to'. Uwielbiam malować sobie oczy i zawsze na nich się skupiam, więc usta staram się zostawić dosyć neutralne. Ta pomadka jest aksamitnie matowa, nie wysuszy waszych ust na wiór, ale będzie delikatną wisienką na torcie! Mimo że nie będzie się rzucać w oczy, to i tak fajnie wykończy makijaż.
A jak lubicie zaszaleć to ja bardzo polecam pomadkę w płynie, Karl Lagerfeld + ModelCo [7]. Ja ją kupiłam na prezent i żałuję, że nie ma za bardzo koloru, który mi by podpasował w 100%, ale koleżanka jest zadowolona! Pomadki mają dobrą pigmentację, kolory są intensywne i mocne, są trwałe, no i design! Pomadka ma nie tylko wbudowane lusterko, ale i światełka, więc będziecie mogły użyć jej wszędzie! To jest dopiero szał!

W perfumerii Douglas dostaniecie również piękne zapachy, które sprawią, że od razu lepiej będzie Wam się spędzać czas w domu. Yankee Candle [1], jak i Kringle Candle [2] to dwie najlepszy według mnie opcje, posiadające najróżniejsze zapachy. Obie marki robią trwałe produkty i tworzą wspaniałe kompozycje.
A do włosów zawsze przydadzą się gumki, ja polecam Invisible Boobble [4], nie wyrywają wam włosów, nie odgniotą ich, a w przypadku moich kręconych włosów też fajnie się sprawdzają, bo ich nie niszczą. Może się wydawać, że ciężko jest je ściągnąć, ale tak się tylko wydaje, na pewno nie poplączą Wam włosów. Z kolei przy maskach zawsze przyda Wam się Double Dare, WOW opaska do włosów [3]. Nie tylko ochroni Wasze włosy przed kosmetykami, ale wygląda tak szałowo, że aż się chce nakładać kolejne maski, a to motywuje!
Zostając w temacie włosów, Batiste, suche szampony [5] to kolejne produkty, które uznałabym za 'must have' na różne okazje. Jak nosiłam proste włosy to często z nich korzystałam i ratowały mi życie w niejednej sytuacji. Batiste oferuje nie tylko różne zapachy, ale i wersje do różnych kolorów włosów.
A jak już dbamy o włosy, to polecam skusić się na Douglas Collection, proteinową maskę do włosów [6]. Ja na proteiny uważam, ale chyba za bardzo, bo aż je ograniczam do minimum, więc raz na jakiś czas, właśnie taki zastrzyk tych składników jest dla moich włosów zbawieniem!


W porównaniu do ilości różnych produktów, jakie perfumeria Douglas oferuje, przedstawiłam Wam jedynie malutką część z tego wszystkiego, co możecie tam znaleźć. Marek jest bardzo dużo, produktów jeszcze więcej, znajdziecie tam wszystko do pielęgnacji, jak i makijażu. Ja się bardzo cieszę, że kalendarze mi pozwoliły na takie testowanie i że miałam szczęście do zapachów. Niewiele mi nie pasowało pod tym względem. Ale jeszcze wiele testowania i próbowania przede mną, więc koniecznie dajcie mi znać, jakie jeszcze produkty jesteście w stanie mi polecić z Douglas!


Jak wydobyć skręt włosów?
The Curl Company, krem do loków

17 lipca 2019


Dzień dobry! Uwierzycie, że połowa lipca już za nami? Ja nie wiem, kiedyś do mnie nie docierało to, jak ten czas szybko ucieka, a teraz? Nim się nie obejrzę, a kolejny miesiąc mija. Szok. Ostatnie weekendy na wariackich papierowych bardzo udane. Pierwszy spędzony w Lublinie, drugi w Krakowie, a wczoraj jeszcze na dodatek byłam w Rzeszowie, ale dzieje się! Dużo ogarniania, trochę więcej jeżdżenia i załatwiania, ale jest fajnie. Przechodzimy do recenzji, która miała pojawić się wczoraj, ale to całe zamieszanie mnie trochę wytrąciło z blogowania.
I w końcu po długiej przerwie mamy pierwszy produkt do kręconych włosów! Wiecie, że miałam robione keratynowe prostowanie włosów i ciężko było mi wrócić do kręconych włosów. Przyzwyczaiłam się do prostych, bo z nimi nie ma aż tyle roboty, co z kręconymi. Aczkolwiek, nie miałam wyjścia na chwilę obecną i działam tak, żeby wydobyć skręt i wyglądać, jak człowiek, a na głowie nie mieć gniazda. Łatwo nie jest, bo kręcone włosy proste w życiu nie są, ale próbujemy!

The Curl Company
Krem do loków


Krem do włosów udoskonalający loki zawiera wyjątkową, profesjonalną formułę wzmacniającą i udoskonalającą loki i fale - PRO CURL COMPLEX stanowiącą połączenie olejku moringo [10] i nasion meadowfoam [9] (łąkowa piana). Zawiera olejek z pestek moreli [2], glicerynę [3], a także hydrolizowaną skrobię kukurydzianą [15].

Skład: Aqua, Prunus Armeniaca Kernel Oil [2], Glycerin, Dimethicone, Caprylic/Capric Triglyceride, Petrolatum, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Limnanthes Alba Seed Oil [9], Moringa Oleifera Seed Oil [10], PEG-100 Stearate, Parfum, Carbomer, Polyquaternium-70, Hydroxypropyltrimonium Hydrolyzed Corn Starch [15], Xanthan Gum, Dipropylene Glycol, Sodium Hydroxide, Benzophenone-4, Disodium EDTA, Sodium Chloride, BHT, Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol, Linalool, Alpha-Isomethyl Ionone, Limonene, Eugenol.

Sposób użycia: Należy delikatnie wmasować w suche lub wilgotne włosy, a następnie wymodelować.


Krem do loków znajduje się w dość poręcznej tubce, mimo sporej pojemności (200 ml). Nie widać, ile produktu zostało do końca, ale na opakowaniu mamy wszystkie najważniejsze informacje + bardzo dobrze widać skład. Zamknięcie jest super mocne i trwałe, na zatrzask, więc mamy pewność, że wszystko jest dobrze zamknięte i nie otworzy nam się gdzieś przypadkiem. Tubka stoi 'na głowie', dzięki czemu nie mamy problemu z wydobyciem kremu z opakowania.
Konsystencja kremu jest dosyć gęsta, zbita i klejąca się, ale większość stylizatorów i kremów do loków właśnie takie są. Nie rozlewa się, nie spływa z włosów, ale fajnie ich się trzyma. Wiadomo nie ma co przesadzać z ilością, bo może trochę spowodować strączki zamiast fajnie uwydatnionych loków. Dzięki temu, że niewiele kremu wystarczy, żeby uzyskać dość fajny efekt, wydajność jest dosyć spora i na długo ten krem nam wystarczy. Co prawda, ja za wiele włosów nie mam, są też średniej długości, więc to musimy dopasować do swoich włosów, ale na pewno nie skończy wam się po kilku użyciach.
Zapach ma intensywny, trochę jakby cytrusowy, owocowy, ale nie jest nachalny i mi nie przeszkadza, a tak naprawdę z włosów też się szybko ulatnia i jest niewyczuwalny.



Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Paulina (@beautifulduty.pl)

Efekty są! Już od pierwszego razu krem sobie dał z nimi radę. A wiadomo z mycia na mycie włosy są coraz lepsze. Po keratynie dosyć długo suszyłam włosy na szczotce, żeby były jak najbardziej proste, trochę keratyny jeszcze w tych włosach na pewno zostało, głównie na końcówkach, więc temat nie jest prosty. Tak samo włosy, na pewno musiały na nowo nauczyć się kręcić i same jakoś układać.
Za pierwszym trochę przesadziłam z ilością i miałam lekko posklejane włosy. Ale teraz już po dobrych kilkunastu myciach włosy kręcą/falują się coraz bardziej i efekt jest coraz bardziej konkretny. Czad! Krem genialnie wydobywa skręt, który jest zdefiniowany, a pierwszego dnia po myciu efekty są cudowne. Krem fajnie utrwala włosy i loki utrzymują się cały dzień.
Mam tylko wrażenie, że krem potem zaczyna się z włosów 'wykruszać', więc każdego kolejnego dnia te włosy są mniej skręcone, trochę bardziej spuszone i nie wyglądają już tak super, i tak samo loki nie są tak idealnie zdefiniowane, jak na początku. Aczkolwiek wiem, że na to też ma wpływ cała pielęgnacja, kręcone włosy proste w obsłudze nie są. Może być to kwestia innych produktów albo tego, że związuje włosy nisko do spania, przez co efekt zanika, ale wszystko jest kwestią wypracowania.
Najważniejsze, że ten krem do loków zdecydowanie ułatwił mi powrót do kręconych włosów po keratynie.


Ja jestem zadowolona! Wiadomo, że na cały wygląd włosów nie składa się jeden magiczny kosmetyk, to by było zbyt piękne. I jeśli chodzi o pozostałe dni, jeszcze sporo testowania przede mną, żeby drugie, trzeci dzień były równie satysfakcjonujące, jak pierwszy po myciu. Mimo wszystko, ten krem do loków daje radę i sprawił, że loki po keratynie nabrały kształtu, przypomniały sobie, jak mają wyglądać i jest czad. Kosmetyk jest dostępny w Hebe, cenowo kosztuje ok. 30 zł, więc w porównaniu do innych stylizatorów jest jednym z tańszych, ale jest turbo wydajny. Więc na pewno starczy nam na długo.

Dajcie znać, jakimi stylizatorami Wy wydobywacie skręt i jakie inne stylizatory możecie mi polecić? Będę testować i recenzować! :)


#39 Kinomaniak, czyli ostatnie filmy jakie oglądałam

13 lipca 2019


Kinomaniak! Kolejna część serii związanej z filmami, oglądaniem i w końcu przyszedł czas na filmy, które obejrzałam jakoś w tym roku. Ostatnio nie oglądamy za dużo filmów, a jak już to korzystamy głównie z Netflixa, który jest rewelacyjny! Subskrypcja była naszą najlepszą decyzją - poważnie. W internecie ciężko teraz znaleźć jakiś film, a my i tak nie mam za dużo czasu na to, więc muszę zwolnić z kinomaniakiem, bo nie będzie o czym pisać. Ale na razie mamy o czym i zapraszam! 

Planeta Singli 3 (2019) komedia romantyczna

Mi się na maksa podobała ta część! Często jest tak, że te następne części są nie do końca trafione, coś nam nie pasuje i czuć, że jest to po prostu przeciąganie na siłę. Tutaj nie miałam czegoś takiego. Dla mnie seria świetna, część rewelacyjna. Znajdziecie tutaj dosłownie wszystkie momenty: rozkoszne, słodkie, sentymentalna, ale i zabawne, śmieszne, czy lekko wkurzające. I o to chodzi w kinie. Dla mnie genialna i cóż. Mam tylko nadzieję, że jak najmniej wesel kończy się tak dramatycznie jak w Planecie Singli. Ale, miłość zawsze wygrywa i są rzeczy ważniejsze.

Nie otwieraj oczu (2018) 'Bird Box' thriller, sci-fi

To jest tak rozkminony film, że ja nie mogłam wyjść z podziwu. Nie przepadam za takim rodzajem filmów i na pewno bym go nie wybrała, gdyby nie fakt, że gra w nim moja ulubiona Sandra Bullock. Film trzyma w napięciu cały czas, są chwile grozy, stresu i naprawdę można się wkręcić w ten film. Jest niesamowity, niesamowicie poruszający. Poza tym, jedyny w swoim rodzaju, nie widziałam jeszcze podobnego motywu ani podobnej fabuły, coś niesamowitego! Ja bardzo Wam go polecam, bo jest to coś, co warto obejrzeć. Dużo zaufania, dużo ostrożności, a czasem dzieją się rzeczy, na które nie mamy wpływu, ale zawsze można sobie jakoś poradzić. Wiadomo sceny z filmu nie wydarzą się w życiu realnym, ale i tak szok.

Kluseczka (2018) 'Dumplin'' dramat, komedia, musical

Tak wiem, Jen Aniston, więc chyba nie ma zdziwienia, że obejrzałam ten film. Kluseczka jest rozkoszna, słodka i pulchniutka. Bierze udział w konkursie piękności, bo powinna mieć to we krwi, skoro jej mama je organizuje.  Dosyć zabawny, trochę też dramatyczny, ale przepełniony samoakceptacją, a to mi się podoba. Ten film pokaże Wam ogromną wolę walki i siłę przyjaźni. Ludzie cały czas muszą coś innym udowadniać, tak jak tutaj. Nie jest to górnolotny film, który sprawi, że przez tydzień nie będziecie mogli spać, ale jest okej na nudne popołudnia.
Nie wiem dlaczego został oznaczony, jako musical, ale no dobra, coś tam śpiewają, ale nie jest to typowy musical.

Weselny tydzień (2018) 'The Week Of' komedia

Kolejny weselny film mi się tutaj wkradł, ale to akurat za sprawą Adama Sandlera. Film jest okej, bez szału, nie pamiętam z niego za wiele, a to oznacza, że albo przysypiałam albo jest po prostu jak każdy inny. Ojcowie chcą zawsze, jak najlepiej dla swoich dzieci i nawet jeśli nie mają pewnych możliwości to chcą pomóc, po risottu. I to jest rozkoszne, ale nie odpuszczają i działają za wszelką cenę. Ale ostatecznie wszystko kończy się dobrze, a to jest najważniejsze. Z braku laku można obejrzeć, ale jest dużo więcej lepszych filmów. 

Trzynaście powodów (2017 -) 'Thirteen Reasons Why' dramat

Na pewno wszyscy słyszeliście o tym serialu. Ja się do niego zabierałam kilka razy, bo dramaty mnie strasznie poruszają, szczególnie takie, które tyczą się bezpośrednio młodego życia. Warto go obejrzeć, na maksa. Pierwsza seria jest dużo lepsza niż kolejna, więc ja bym nawet na pierwszej się mogła zatrzymać. Serial porusza, niesamowicie bardzo, sprawia, że się o nim myśli, bo na maksa zapada w pamięć. Pokazuje wiele problemów młodzieńczego życia i na pewno dotknie część z Was. Nie oszukujmy się takie rzeczy się dzieją, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, co siedzi w większości z naszych znajomych. Serial genialny i powinien być przestrogą i zarazem wskazówką dla wszystkich, którzy pracują z młodzieżą.

Misz Masz czyli Kogel Mogel 3 (2019) komedia obyczajowa

Matko, nawet nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że od kiedy była dzieckiem nienawidziłam żadnej części Kogel Mogel. Nie rozumiem, co ludzie widzą w tych filmach i za co lubią główną bohaterkę Kasię. No po prostu nie. Poszłam na trzecią część, bo trailer wydawał mi się tak zajebisty, że pomyślałam sobie, 'O! Zmienię zdanie'. Zmieniłam, ale na temat pierwszych dwóch części. Trzecia jest według mnie tak beznadziejna, że aż polubiłam trochę bardziej pierwsze dwie. Uwielbiam Marlenkę, żonę Piotrusia, tak pozytywna postać, tak kochana i ciepła, że naprawdę. Gdyby nie to, to meh. Ogólnie nuda, beznadziejna historia, naciągana do granic możliwości, a finał jeszcze gorszy i masakra.
Jedyne co mi się podoba to to, że zatrzymali tych samych aktorów, no jakoś to wzbudziło we mnie taki fajny sentyment. Aczkolwiek Kasia w dalszym ciągu ma tak samą beznadziejną manierę mówienia. 


Złuszczający peeling do ciała w mydle, Hemp Care

10 lipca 2019


Halo, halo! Dzień dobry. Co tam, jak tam? Ja ostatnio latam, ogarniam, ostatni weekend w Lublinie spędziliśmy rewelacyjnie. Powiem szczerze, że dawno nie spędziłam tam, tak zajebistego czasu! Poważnie! Kolejny weekend zapowiada się tym razem w Krakowie z moją świadkową, więc się jaram. Mamy co robić, a narzeczony do nas dojedzie i spędzimy na pewno mega czas. Już się nie mogę doczekać. Poza tym, dalej ogarniamy i czas ucieka - czad!
Dzisiaj mam dla Was wpis zapowiadany już w ostatniej recenzji Kremu do ciała, będzie to kolejny produkt marki Hemp Care, ale tym razem będzie to peeling w innej formie niż wszystkie moje peelingi, które dotąd miałam okazję używać.

Hemp Care, Złuszczający peeling do ciała
z organicznym włoskim olejkiem konopnym


Pożądany zabieg dla odnowy naskórka z kombinacją łagodnych i naturalnych substancji złuszczających, pozyskanych z jojoby oraz Polinezyjskiego Tamanu. Zawarty w peelingu wysokiej jakości Organiczny Włoski Olej Konopny odżywia Twoją skórę sprawiając, że jest miękka i promienna.

Skład: Sodium Palmate, Sodium Palm Kernelate, Aqua, Parfum, Cannabis Sativa Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Shell Powder, Corylus Avellana Shell Powder, Palm Kernel Acid, Glycerin, Sodium Chloride, Tetrasodium EDTA, Tetrasodium Etidronate, Limonene, Linalool.

Sposób użycia: masuj kulistymi ruchami, skupiając się na najbardziej suchych i szorstkich miejscach, pozostaw na kilka minut, a potem zmyj letnią wodą. By uzyskać najlepsze rezultaty powinno się używać 2-3 razy w tygodniu.


Peeling dostajemy w kartoniku, na którym znajdują się najważniejsze informacje, a sam peeling zabezpieczony jest papierem, które jest dobrze zaklejone. Jak widzicie nie jest to zwykły standardowy peeling w tubce czy słoiku, o czym już wspominałam, a mamy tutaj produkt, który nie potrzebuje znajdować się dodatkowo w plastikowym opakowaniu - fani eco powinni być na maksa zadowoleni.
Nie będzie to zaskoczeniem dla nikogo, jak powiem, że zapach od początku jest cudownie wyczuwalny i pachnie tak samo, jak Krem do ciała - czyli obłędnie! Ja jestem tak zakochana w tym zapachu, że naprawdę - przepadam za każdym razem, jak wącham. Przydymiony, migdałowy, konopny zapach, typowy dla tej marki - cudo.
Konsystencja jest oczywiście stała, więc tutaj za dużo nie powiem. Początkowo mydełko jest gładkie, ale przy pierwszym używaniu wierzchnia warstwa się ściera i mamy drobinki, mocne i gruboziarniste, co mnie zaskoczyło, bo tego się nie spodziewałam. Mogę też powiedzieć, że pod wpływem wody mydełko się nie ciapie, ani nie rozpuszcza, nie zauważyłam też, żeby większe kawałki peelingu od niego odpadały, a u mnie znajduje się cały czas w pobliżu prysznica, więc jest dość narażone na wilgoć, ale nic się tutaj nie dzieje.


Stosowanie nie było dla mnie proste początkowo. Nie jestem przyzwyczajona do używania jakichkolwiek mydeł i mam wrażenie, że dalej robię to trochę dość nieudolnie - ale na szczęście wszystko jest kwestią wprawy. Mam wrażenie, że peeling mógłby być odrobinę większy, wtedy lepiej leżałby w dłoni, bo tak cały czas zastanawiam się, czy nie wyleci mi zaraz z dłoni. Chociaż pod wpływem używania i tak by zmniejszył swoją wielkość, więc trzeba się przyzwyczaić i znaleźć swój najlepszy sposób na używanie, bo warto (!). Ogólnie fajnie peelingiem masuje się po ciele, czuć dość mocne drobinki, grubsze ziarenka, coś co lubię - no i mamy przy okazji super masaż na ciało. Mam wrażenie, że peeling pozostawia po sobie lekki film, ale nie przeszkadza mi w żaden sposób. A uwierzcie mi, że zazwyczaj zmywam wszystko, jak najszybciej, bo się kleję. Tutaj nie mam takiego problemu.
Muszę przyznać, że od razu po użyciu skóra jest niesamowicie miękka, gładka i cudownie miła w dotyku. Czuć, że pozbyłyśmy się martwego naskórka i skóra dużo fajnie wchłaniała balsam, ale nie miałam uczucia, że jest taka potrzeba tak naprawdę. Ciało jest idealnie wygładzone, nawilżone, odżywione, a do tego wypeelingowane. Poza tym, kształt i masowanie takim mydełkiem idealnie wpływa na jędrność i elastyczność skóry, która po takim masażu na pewno będzie wyglądała lepiej i również wspomoże redukcję cellulitu. Skóra nie jest w ogóle podrażniona. O zapachu nie muszę wspominać, bo pod prysznicem unosi się jeszcze bardziej i czaruje.


Kształt peelingu jest dla mnie zdecydowanie czymś nowym, ale idzie się przyzwyczaić i szybko dochodzimy do wprawy. Fajne jest to, że w takiej formie nie ma szans, że jakaś ilość produktu nam się zmarnuje, bo np. za dużo wyciśniemy z tubki. Poza tym, to jest bardzo wydajne! Używam namiętnie i nie widzę praktycznie żadnych zmian. Często po jakimkolwiek peelingu mam gładką skórę, ale wymaga ona nawilżenia, po tym peelingu skóra jest miękka, nawilżona i odżywiona. Balsamu używam z przyzwyczajenia.
Skóra jest fantastycznie nawilżona, odżywiona, do tego wygładzona. Sam masaż dodatkowo uelastycznia i ujędrnia ciało, a w połączeniu z drobinkami jeszcze lepiej działa na skórę. Ja jestem bardzo zadowolona. Produkt wydajny, działający i cudownie pachnący. Idealnie też sprawdzi się na wyjeździe. Bardzo polecam!



Cudownie pachnący krem do ciała, hemp care

07 lipca 2019


Dzień dobry! U mnie ostatnio sporo zmian, sporo się działo, a to za sprawą mojego starego laptopa, który w końcu po kilku latach postanowił wyzionąć ducha. Nie miałam nawet parcia, żeby go naprawiać, bo i tak znowu by padł po jakimś czasie, więc postanowiłam zainwestować w nowy sprzęt. Na szczęście udało mi się go dostać wcześniej niż było to planowane, więc już piszę do Was z mojego nowego cacka, z którego po dwóch dniach jestem turbo zadowolona! Ale, nie znam się na komputerach, więc nie będę tutaj nic więcej mówić, czas przejść do tematu, na którym się bardziej znam!


Marka Hemp Care jest mi znana już od dłuższego czasu, korzystałam z produktów do włosów, a teraz było mi dane przetestować kosmetyki do ciała, mamy tutaj peeling i krem do ciała. I właśnie na temat drugiego produktu będzie dzisiejszy wpis.


Hemp Care
Odżywczy krem do ciała 
z organicznym włoskim olejem konopnym


Odżywczy krem do ciała szybko się wchłania, pozostawiając skórę miękką. Poza tym, przynosi ulgę suchej skórze, łagodzi stany zapalne, nawilża i pobudza zmysły. Dostarcza substancji odżywczych i dzięki obecności wysokiej jakości olejku konopnego jest idealny do pielęgnacji i odświeżenia skóry.  Przywraca skórze blask, jędrność, głęboko ją regeneruje, a także wyrównuje jej koloryt. Kwasy Omega 3 i Omega 6 mają bezpośredni, dobroczynny wpływ na kondycję skóry oraz przeciwdziałają przedwczesnemu starzeniu się. Dzięki temu, zostaje poprawiona funkcja ochronna naskórka, a także zostaje on uelastyczniony. Organiczny Ekstrakt z Owsa pomaga przywrócić barierę ochronną, poprawiając szybko stan suchej skóry.
W przypadku alergików łagodzi świąd oraz wspomaga leczenie stanów zapalnych, takich jak łuszczyca, egzema i atopowe zapalenie skóry. Bez PEG, parabenów, produktów ropopochodnych, olejów mineralnych, SLS,, SLES i barwników.

Skład: Aqua, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Parfum, Ceteareth-20, Cannabis Sativa Seed Oil, Avena Sativa Bran Extract, Cetyl Alcohol, Sorbitan Stearate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Glucoside, Citric Acid, Tocopherol, Phenoxyethanol, Potassium Sorbate, Benzyl Alcohol, Limonene, Linalool, Hexyl Cinnamal, Coumarin.

Sposób użycia: Należy nanieść odpowiednią ilość kremu na całe ciało i masować skórę delikatnymi ruchami kołowymi, aby pomóc we wchłonięciu się produktu.


Balsam znajduje się w dość niepozornej tubce, estetycznie wszystko tutaj gra, bardzo mi się podoba i jest to już dla mnie typowo w stylu marki Hemp Care, co bardzo mi się podoba. Mówię, że opakowanie jest niepozorne, bo nie myślałam, że mamy tutaj pojemność aż 150 ml, ale fajnie, bo tubka ma fajny kształt, nie jest jakaś ogromna, dzięki czemu chętnie bym zabierała ją ze sobą na wyjazdy, nawet zamiast próbek czy niepełnowymiarowych produktów. Na opakowaniu mamy wszystkie najważniejsze informacje. 
Powiem Wam, że zapach jest wyczuwalny nawet przy zamkniętej tubce, czad! Poza tym, jest obłędny, dość przydymiony, lekko ciężki, ale jest po prostu rewelacyjny! Jest to zapach też typowy dla produktów marki Hemp Care z olejkiem konopnym; wszystkie pachną podobnie. Bardzo poproszę o perfumy, które pachną dokładnie tak samo. Uwielbiam się nim smarować, tym bardziej że ten zapach utrzymuje się dość długo na skórze! No mega! Posmaruję się nim rano i w ciągu dnia w dalszym ciągu jest on wyczuwalny, ja jestem zachwycona.
Konsystencja jest dość kremowa, nie za rzadka, nie za gęsta, idealna i w sam raz. Fajnie się rozsmarowuje po ciele i niewiele potrzeba, żeby nałożyć wszędzie. I naprawdę bardzo szybko się wchłania! Ledwo po zastosowaniu, można się ubierać bez obaw, że się pokleimy czy coś, co szczególnie rano jest dla mnie mega ważne.


No i jeśli chodzi o działanie. Nie mam się do czego przyczepić. Skóra od razu po zastosowaniu jest mega miękka, gładka i miła w dotyku (i oczywiście pachnąca!). Po jakimś czasie zauważyłam, że skóra rzeczywiście jest wygładzona, ujędrniona, nawilżona, zregenerowana i zadbana. Dużo fajniej wygląda, ale zdaję sobie sprawę z tego, że na to ma wpływ też wiele innych czynników, ale ten krem na pewno dodał swoje trzy i więcej groszy do tych efektów. Poza tym, krem też od razu działa na opaleniznę. Wiadomo, po ostrym opaleniu się używam najpierw produktów stricte po opalaniu, ale po dwóch dniach używam już regularnego balsamu do ciała. I obecnie mogę Wam powiedzieć, że wspomaga on utrzymywanie się opalenizny. Fakt, schodzi mi obecnie lekko skóra, ale opalenizna zostaje. Ciało jest nawilżone, odżywione, a przy okazji podrażnienia spowodowane przez promienie słoneczne są złagodzone - ekstra. 
Mam wrażenie, że co jakiś czas w lato mam problemy z egzemą, trochę swędzi mnie skóra bez żadnego powodu, ale od kiedy używam tego balsamu problem został praktycznie zażegnany i zniknął. Daje ulgę, łagodzi, odżywia, nawilża, no i pachnie. Ja jestem naprawdę bardzo zadowolona i zachwycona!


No i wow! Co tu więcej mam dodać? Dla mnie balsam idealny, zapach ma tak oszałamiający, który w dodatku się nie ulatnia, działanie jest mega wspaniałe, szybko się wchłania i naprawdę sprawił, że moja skóra na lato jest zdrowa i zadbana. W Internecie znajdziecie go w różnych cenach; od 50 do nawet 80 zł. Nie jest to niska cena w porównaniu z innymi produktami, ale ja za dobre, wydajne  i tak pachnące rzeczy jestem w stanie zapłacić i nie jest mi wtedy szkoda i na pewno będę do niego wracać!
Stay tunned, bo niedługo też pojawi się druga recenzja, tym razem będzie to peeling w mydle, który pachnie tak samo obłędnie!


Kwiatowo-piżmowy obłęd zapachowy, NOU Cherry Blossom

04 lipca 2019


Dzień dobry! Co tam, jak tam? U mnie ostatnio sporo ogarniania, sprzątam, wyrzucam nagromadzone i niepotrzebne rzeczy z całego roku - czyli standard w wakacje. Mam więcej czasu, więc w końcu będę mogła sobie wszystko na spokojnie uporządkować, i mega! Działamy mimo upałów, skupiamy się na tym co fajne, i tak jest najlepiej. 
Ostatnio pisałam Wam o wodzie perfumowanej od Yves Rocher, Moment de Bonheur, która swoim świeżym zapachem fajnie wprowadza nas w wiosenno-letni stan. A dzisiaj mam dla Was równie letni zapach, ale odrobinę cięższy od tamtego, ale tak samo idealnego na wakacje! To była zdecydowanie miłość od pierwszego poniuchania.


NOU, Cherry Blossom


'Romantyczny spacer zaczyna się pośród ogromnych peonii i soczystych brzoskwini, wśród których słychać łopot delikatnych skrzydeł motyli. Ogarnia Cię spokój. Idziesz dalej kwiatowo-owocową aleją, rozkoszując się zachwycającym widokiem. Wydaje się, że za chwilę ogród się skończy, tymczasem odkrywasz nową ścieżkę. Tym razem delikatny powiew wiatru przynosi piękne zapachy kwitnących wiśni, jaśminu, róż i fiołków. A gdy ucichnie, poczujesz jeszcze piżmo i intrygujący zapach drewna.' [http://noupoland.pl/]

Nuty głowy: peonia, brzoskwinia
Nuty serca: kwitnąca wiśnia, jaśmin, róża, fiołek
Nuty bazy: piżmo, drzewo


Perfumy znajdują się w kartoniku, na którym znajdziemy część podstawowych informacji. Natomiast same perfumy dostajemy w szklanym flakoniku, z dość grubego szkła, więc nie ma obawy, że przy pierwszym lepszym upadku coś nam się może stłuc. Flakonik ma bardzo elegancką zatyczkę,ale całość jest utrzymana w dość prostym i minimalistycznym stylu, co dla mnie jest super rozwiązaniem. Przynajmniej wszędzie mi pasuje, a i ja nie przepadam za przekombinowanymi pakowaniami. Poza tym, sam flakonik jest niewielki o pojemności 50 ml, ale tez dość zgrabny, dobrze leży w dłoni i wygodnie się go używa.
Mgiełka jaką rozpylamy jest idealnie rozproszona i w równomierny sposób pokrywa nasze ciało. Ja standardowo spryskuję nadgarstki, okolice dekoltu i szyi, a i czasem też spryskuję sobie włosy, bo one najfajniej roznoszą zapach. Przy okazji, pamiętajcie żeby nie rozcierać perfum na nadgarstkach, bo to sprawia, że cała kompozycja nut zostaje zaburzona i zapach nie będzie tak trwały, jakby mógł. Po więcej szczegółów zapraszam do Oli na Malowane Oczy.


Ja jestem zakochana w tym zapachu od pierwszego niuchnięcia. Jak tylko dostałam te perfumy, spodziewałam się bardziej delikatnej i lekkiej mgiełki, która będzie po prostu ładnie pachnieć. Ale jak tylko rozpyliłam je po raz pierwszy, przepadłam i nie mogłam mu się oprzeć.
Zapach jest dość mocny i intensywny, za czym z pewnością stoi piżmo, ale nie na tyle, żeby miał nam przeszkadzać czy irytować,a czasem też robi się coraz delikatniejszy. Początkowo mocno czuć obłędne i smakowite połączenie kwiatów i owoców. Od razu jakoś tak czuję się lepiej i pewniej siebie. Ale nie jest to zapach słodki, owocowy i infantylny, tylko na maksa kobiecy i elegancki. Po jakimś czasie, pojawia się zapach wiśni i róży, co już w ogóle dla mnie Elegancja Francja. Nawet nie wiedziałam, że takie combo może tak fantastycznie pachnieć.
Nou Cherry Blossom jest jednym z niewielu zapachów, w którym rzeczywiście czuję konkretne nuty zapachowe. Zazwyczaj wszystko zlewa mi się w jedno i nie jestem w stanie wyłapać nic konkretnego. Tutaj są zapachy mocniejsze inne słabsze, ale niektóre składniki naprawdę da się wyczuć - rewelacja. 


Zapach wprowadza mnie w genialny nastrój, idealny na romantyczne wieczory, spacery, randki z ukochaną osobą. Gwarantuję Wam, że Wasz seksapil w połączeniu z tym zapachem będzie oszałamiający. Sam opis ze strony producenta jest dla mnie strzałem w 10, bo ja czuję się dosłownie tak samo, kiedy otulam się NOU Cherry Blossom. Lubię ciężkie zapachy, ale nie są to drażniące zapachy. W dalszym ciągu jest wyczuwalny, ale w idealnie wyważony i subtelny sposób. 
Ale nie jest to dla mnie zapach jedynie na wieczory. Uwielbiam używać go też w ciągu dnia, kiedy mam coś do załatwienia, czy mam dość nieformalny plan dnia. Cherry Blossom jest idealny po prostu na każdą okazje i na pewno będę do niego wracać.
Poza tym, jest bardzo trwały, nie znika po kilku minutach, a na ubraniach jest wyczuwalny przez dłuższy czas. Dla mnie spokojnie zapach mógłby stanąć na jednej półce wśród ekskluzywnych i drogich marek, a te perfumy dostaniecie w Rossmannie za ok. 70 zł. Obecnie Cherry Blossom jest na promocji za 50 zł. I naprawdę warto, bo zapach jest genialny.


Denko, czerwiec 2019r.!

01 lipca 2019


Dzień dobry! Kolejny miesiąc za nami. Wyobrażacie sobie, że już zaczął się lipiec? Ten czas tak leci nieubłaganie, że ja aż tak do końca w to nie wierze, szał! Dobrze, że jest to denko, bo inaczej nie miałabym jak odmierzać czasu i bym się obudziła gdzieś w październiku, wielce zaskoczona! Ale fajnie, niech leci, niech się dzieje, bo dużo przed nami! No i czad! Dzisiejsze denko będzie trochę mniejsze w porównaniu do poprzednich, więc nawet mnie to cieszy,bo by mi się nie chciało pisać tyle, co zawsze. Zużywam próbki, produkty, które mi leżą w łazience kilka miesięcy i czuje się dzięki temu lżej, bardzo mało też kupuję, także same sukcesy w tym miesiącu!


Jak na standardowo zdenkowane produkty, nie ma w tym miesiącu szału. Jestem w szoku, że nie zużyłam wacików, ale tak to jest jak się używa olejku do demakijażu i  ściereczek z mikrofibry. Czad. Co zużyłam? A no Facelle, chusteczki do higieny intymnej, bez tego ani rusz, i jeśli jeszcze ich nie znacie to naprawdę musicie! Są najlepsze, najtańsze, a bardzo fajnie działają. Poza tym, Isana, delikatne mydło - święto kwiatów, nie zrozumiem nigdy wydawania milion monet na zwykłe mydło, a to z Isany jest genialne, ładnie pachnie i nie wysusza dłoni, i mamy bardzo dużo wersji zapachowych! I oczywiście, Schwarzkopf, Gliss Kur, ekspresowa odżywka regeneracyjna, fiber therapy, odzywki najlepsze na świecie, zawsze mi odżywiają i nawilżają włosy, mogę ich używać cały czas, a włosy nie są ani przetłuszczone ani obciążane. Szał. Udało mi się tez zużyć ulubiony Hean, slim no limit, peeling owocowe SPA do ciała [jagoda acai i wiśnia japońska], peelingi są mocno gruboziarniste, super oczyszczają, wygładzają i zmiękczają skórę całego ciała. Pachną tez obłędnie, więc mega. I Catrice, liquid camuflage, korektor high coverage, nie ma lepszego i zawsze będę do niego wracać, nic złego mi nie robi, a super kryje i sprawia, że wyglądam zawsze świeżo i na wyspaną.

  • Vitapil, suplement diety,mocne lśniące włosy - widzę, że recenzja, do której odsyłam nie jest zbyt pozytywna, ale tym razem mogę powiedzieć, że tabletki mi pomagają, do wielkości tabletki się przyzwyczaiłam (wtedy miałam ogromną awersję do wszystkich tabletek). Teraz zauważyłam, że paznokcie rosną jak szalone, w końcu przy hybrydach widać odrost, włosy też są coraz dłuższe i coraz fajniejsze, więc nie narzekam. Lubię i będę się suplementować.
  • Efektima, konopne masło do ciała z oliwą z oliwek - jak ja uwielbiam konopne kosmetyki, ja nie wiem ale ten zapach jest dla mnie genialny. Masło cudownie nawilża, zmiękcza i wygładza ciało. Szybko się wchłania, ale widać genialne efekty na skórze i długotrwałe. Konsystencja masła nie należy do moich ulubionych, ale tutaj bardzo super mi się z nim współpracowało.
  • Be Beauty, maska na tkaninie, nawilżenie - czarna owca - miałam inną wersję i była beznadziejna i kminiłam, że tutaj tez może być słabo, ale zaskoczyłam się! Maska świetnie nawilża skórę, sprawia, że jest gładka i elastyczna. Po masce miałam jeszcze nałożyć sobie żelowe płatki od oczy, ale nie były mi potrzebne! Skóra pod oczami była wygłodzona, nawilżona i super napięta, także wow!
  • Eveline, multifunkcyjny podkład CC - ten podkład jest fajny, jest lekki, wystarczy niewielka ilość, żeby nadać skórze promienny i ładny wygląd. Mimo wszystko fajnie kryje przy mniejszych problemach, będziecie zadowolone na pewno. Jedyny jego minus to to, że strasznie paćka mi pędzel i skleja go okropnie, bo wchodzi we wszystkie możliwe zakamarki, ale to mamy motywację do częstszego prania pędzli.

  • Efektima, myjący mus do ciała, ekstrakt z maliny i olej ryżowy - ten mus robi genialne pierwsze wrażenie, mamy genialną piankową konsystencję, fajny malinowy zapach i czad. Ale poza tym, to jest to już zwykły produkt do kąpieli czy pod prysznic, który niestety bardzo szybko się kończy. Ale i tak jest to świetna odskocznia od standardowych produktów pod prysznic.
  • Efektima, peeling kokosowy - za tymi peelingami za bardzo nie przepadam, bo są drobnoziarniste, za bardzo kremowe, ja zdecydowanie wolę gruboziarniste, mocne peelingi. Ale poza tym, nie mam się do czego przyczepić. Zapach mają fajny, wygodne na wyjazdy i ewentualnie do używania po depilacja na podrażnioną skórę w moim przypadku.
  • Schwarzkopf, essence ultime, omega repair szampon - nawet nie chce wiedzieć, jak długo miałam ten szampon, ale w końcu udało się go zużyć. Szampon, jak szampon, lubię go, bo dziwnym trafem kojarzy mi się z bożym narodzeniem. Dobrze oczyszczał włosy, nie przetłuszczał ich ani nie obciążał, nie podrażnił mi też skalpu. Ale wchodząc ponownie w temat kręconych włosów, raczej bym go nie wzięła ponownie.
  • Biopha Organic, naturalna wybielająca pasta do zębów - Początkowo byłam mega zadowolona z tej pasty, jarałam się, że coś nowego, coś oryginalnego, coś turbo wydajnego, ale wyrzucam niezużytą do końca. Strasznie mnie męczyło używanie jej na dłuższą metę, ciężko było mi ją potem wycisnąć z opakowania i jednak wolę pieniące się pasty. Ta ogólnie działa, oczyszcza zęby, daje świeży mentolowy oddech i przywraca naturalny odcień zębów Ja też wolę jednak coś turbo wybielającego.


  • Optimaplus, Naturalny olej ze słodkich migdałów - oj po prostu nie. Pierwsze użycie, efekt był wow i cudowny, każde kolejne było coraz słabsze, w sumie może niekoniecznie olej powinien lądować w bublach, bo nie nadaje się po prostu do mojego rodzaju włosów, ale no tak wyszło, haha.
  • Marion, chusteczki nawilżane szkolne - kolejna rzecz, która przeleżała w mojej szafce i wyrzucam nieużyte do końca Wyschły po prostu, a powiem szczerze, że ja lubię tego typu produkty, ale tych balonowy zapach mi tak nie podpasował, że nie używałam. Ogólnie w użyciu były spoko, jak już użyłam, bo odświeżały, ewentualnie oczyszczały z jakichś tam zabrudzeń, ale ten zapach przekreśla cały produkt.


Próbek nie za wiele, ale zawsze coś. Ja nawet nie zawalam sobie sprawy, że próbki np. kremu do twarzy starczają na tak długo! Zazwyczaj jak brałam je ze sobą na wyjazdy to już nie zabierałam ich z powrotem, tylko wyrzucałam nieważne ile produktu zostało do końca. A szkoda, bo musiałam zmarnować sporo kremów. No, ale udało mi się zużyć Equilibra, dermo-żel aloesowy, który fajnie i mocno nawilżał i przynosił ukojenie podrażnionej skórze. Poza tym, Vianek, łagodzący krem BB, SPF 15 użyłam raz i byłam dość zadowolona, ale to było tak na chillu w dzień, kiedy nie miałam parcia na mocny makijaż, musiałabym więcej użyć, żeby ocenić.W końcu się też zabrałam za stopy! I tak oto zużyłam AA, oil essence, zadbane stopy, dwuetapowy zabieg, który okazał się być u mnie strzałem w 10! Fajny mocny peeling, piękny zapach i mocno nawilżająca maska to coś, co moje stopy lubią. No i kremy do twarzy: Resibo, krem ultranawilżający był w porządku, bardzo się polubiłam z tymi kremami i na pewno kupię pełnowymiarowe. Podobnie sprawa wygląda z See See, mineralny krem nawilżający na dzień. Też fajnie nawilża, rozświetla cerę, jest lekki i mega fajny na lato.

I ot, całe denko! Dawajcie koniecznie zna, jak Wam poszło!


bezpieczna ochrona na lato

28 czerwca 2019



Mamy lato! Już w sumie od jakiegoś czasu pogoda rozpieszcza nas naprawdę afrykańskimi temperaturami. Ciężko znoszę upały, o czym Wam ostatnio trochę już pisałam, ale nie ma co narzekać, bo jest fajnie - mimo wszystko! Opalać się nie lubię, tak samo mnie irytuje leżenie plackiem na plaży i smażenie się w słońcu - zestarzałam się chyba, bo kiedyś potrafiłam smarować się oliwką i leżeć w największym słońcu godzinami - wiem, to była okropna głupota! 
Obecnie marzę o fajnej opaleniźnie, a mój narzeczony ma w planach mnie ładnie opalić, ale staram się zrobić to tak, żeby opalenizna się utrzymała, a skóra zachowała zdrowy stan. Zazwyczaj kończyło się to spaleniem na raka, a potem skóra schodziła i nic po tym nie zostawało. W tym roku już jest trochę inaczej i widzę fajne, choć powolne efekty. Ale myślę, że warto i jeśli ktoś miał ten sam problem co ja, to koniecznie poczytajcie, bo się da!


Nie ma co tu kryć, o produktach do opalania z wysokimi SPF zapominałam najczęściej. Bo w końcu chciałam się opalić, a jak się opalę smarując 50? Nigdy nie byłam w stanie tego zrozumieć i nie przejmowałam się niczym. Wybierałam oliwkę dla dzieci, ewentualnie produkty z jak najmniejsza ochroną 3 lub 5. Teraz jestem starsza, zdaję sobie sprawę z problemów, jakie może spowodować nadmierna ekspozycja na słońce bez odpowiedniej ochrony i się po prostu boję.
Teraz to wygląda trochę inaczej, staram się zawsze mieć przy sobie wysoki filtr na plaży, nie mam aż takiego parcia bycia czekoladką. Ale w dalszym ciągu zapominam. Idę na miasto, idę na rower, pamiętam tylko o tym, żeby posmarować sobie tatuaż, a o reszcie ciała nie myślę. To nawet nie jest kwestia tego, że zapominam, bo się spieszę, ja po prostu nie myślę. Dlatego zdarza się, że kończę nagle ze spalonymi rękami, ale od tego są już produkty po opalaniu. 
A na razie skupmy się na tych przed opalaniem!

KOLASTYNA, emulsja do opalania, SPF 50
Zapewnia: *ochronę przed 4 głównymi rodzajami promieniowania (UVA, UVB, VL, IR) zapobiegając poparzeniom skóry, fotostarzeniu skóry oraz powstawaniu wolnych rodników *obniżenie ryzyka pojawienia się przebarwień *pobudzenie własnego systemu obronnego skóry *nawilżenie skóry *przyjemną aplikację.

Skład: Aqua, Homosalate, Octocrylene, Ethylhexyl Salicylate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, C12-15 Alkyl Benzoate, Ethylhexyl Isononanoate, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Phenylbenzimidazole Sulfonie Acid, Glycerin, Potassium Cetyl Phosphate, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Butylene Glycol, Undecane, Hydrogenated Palm Glycerides, Arginine, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Nonanoate, Mauritia Flexuosa Fuit Oil, Allantoin, Arachis Hypogaea Oil, Ascorbyl Palmitate, Beta-Carotene, Betaine, Caprylic/Capric Triglyceride, Caprylyl Glycol, Carnosine, Citric Acid, Daucus Carota Sativa Extract, Decylene Glycol, Ethylhexylglycerin, Glyceryl Oleate, Glyceryl Stearate, Helianthus Annuus Seed Oil, Isopropyl Myristate, Lecithin, Lycopene, Panthenol, Parfum, Polyacrylate Crosspolymer-6, Sodium Cetearyl Sulfate, Sodium Chloride, Sodium Hydroxide, Sodium Sulfate, Solanum Lycopersicum Seed Oil, t-Butyl Alcohol, Tocopherol, Tocopheryl Acetate, Tridecane, Vaccinium Macrocarpon Seed Oil, Xanthan Gum, BHT, Phenoxyethanol, Tetrasodium EDTA, Coumarin, Eugenol.

Ta emulsja ma bardzo ładny zapach, dość delikatny, neutralny, ale ładny. Konsystencja jest jak mleczko, rzadsza i bardzo kremowa, ale wygodnie się rozsmarowuje na ciele. Nie zauważyłam, żeby się nadmiernie kleił, według producenta jest też wodoodporny, więc tu wszystko gra.
Efekty są widoczne, emulsja cudownie chroni skórę i tatuaże. Smaruje tylko tatuaż przed każdym wyjściem i zazwyczaj jakaś ilość kremu odbija mi się na bicepsie (tatuaż na przedramieniu) i tak. Mam dwa nieopalone i jasne kwadraty na skórze. Nie jest tak, że skóra w tym miejscu nie jest w ogóle opalona, ale widzę po tatuażu, że nic się z nim nie dzieje i wszystko gra. A mam jeden tatuaż, o który nie dbałam za bardzo w upały i mi się rozlał, więc mam idealne porównanie. 
Jeżeli potrzebujecie bardzo mocnej ochrony, to jak najbardziej będziecie zadowoleni.

LIRENE, jaśminowy olejek do opalania, SPF 30
Zapewnia: *ochronę przed promieniami UVA i UVB *gwarancję zdrowej, złocistej i pięknej opalenizny *przyspieszone opalanie *delikatną, gładką i aksamitną w dotyku skórę, dzięki witaminie F i olejkom słonecznikowego i jaśminowego *nawilżenie i ochronę przeciwstarzeniową skóry

Skład: Paraffinum Liquidum, Caprylic/Capric Triglyceride, Isopropyl Myristate, Octocrylene, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Helianthus Annuus Seed Oil, Jasminum Officinale Flower Extract, Parfum, VP/Hexadecene Copolymer, Carthamus Tinctorius Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Tocopheryl Acetate, Ascorbyl Palmitate, Daucus Carota Sativa Root Extract, Daucus Carota Sativa Seed Oil, Beta-Carotene, Linoleic Acid, BHT, PEG-8, Tocopherol, Ascorbic Acid, Citric Acid, Benzyl Benzoate.

Ten olejek znajduję się w bardzo wygodnym opakowaniu z aerozolem, psikamy produkt bezpośrednio na skórę wszędzie tam, gdzie chcemy i następnie rozsmarowujemy - czad. Pachnie ładnie, jaśminowo i cudownie. Z kolei konsystencja jest typowo olejkowata, nie wchłania się w skórę, nie ma też uczucia, że skóra jest lepka i klejąca. Aczkolwiek niewielki dyskomfort jest, bo cały czas widzimy, że coś tam mamy na tej skórze.
Tego produktu używałam najczęściej na plaży i smarowałam się nim, kiedy szłam gdzieś na miasto i akurat pomyślałam o ochronie. Fakt faktem, po depilacji woskiem miałam strasznie podrażnione nogi, więc potrzebowałam czegoś, co przy okazji je fajnie nawilży i znalazłam.
Olejek też chroni skórę przed opaleniem, ale jest to mniejszy efekt niż przy 50. Skóra jest leciutko opalona, tak naprawdę ciężko zauważyć efekt i różnice, ale jak ktoś chce to zobaczy. Nie ma ochrony przed wszystkimi promieniami słonecznymi, ale wierze, że przed najgorszymi chroni i powiem Wam, że bardzo spoko się u mnie sprawdza. Czuję,że coś tam się opalam, ale też widzę te ochronę. Lubię produkty, które zarazem zadbają o skórę i pozostawią ją nawilżoną i gładką, nie tylko ochronią przed słońcem

DERMACOL, krem do opalania do twarzy z balsamem do ust, SPF 30
Zapewnia: *kompleksową pielęgnację twarzy oraz ust *ochronę przed szkodliwym promieniowaniem UVA i UVB *brak uszkodzeń skóry *przedwczesnemu starzeniu *działanie antyoksydacyjne i przeciwstarzeniowe *nawilżenie *maksymalną regenerację, ukojenie ust *piękno podczas ekspozycji słonecznch

Skład [krem]: Aqua, C12-15 Alkyl Benzoate, Octocrylene, Glycine Soja Oil, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Glyceryl Stearate Citrate, Phenylbenzimidazole Sulfonic Acid, Cetearyl Alcohol, VP/Eicosene Copolymer, Disodium Cetearyl Sulfosucinnate, Glycerin, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Sodium Hydroxide, Panthenol, Allantoin, Tocopheryl Acetate, Carbomer, Xanthan Gum, Bisabolol, Parfum.
Skład [balsam]: Caprylic/Capric Triglyceride, Ricinus Communis Seed Oil, Copernicia Cerifera Cera, Cera Alba, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Octocrylene, Butyloctyl Salicylate, Olus Oil, Dimethyl Capramide, Tocopherol, Glycine Soja Oil, Daucus Carota Sativa Root Extract, Beta-Carotene, Aroma, Parfum.

Uwielbiam kompleksowe produkty które dają mi więcej niż jeden produkt. Tutaj dostajemy krem do opalania do twarzy, jak i balsam do ust, co dla mnie jest genialnym rozwiązaniem na plaży i wyjazdach, czy wyjazdach, bo wiem, że nie zapomęe dwóch najważniejszych rzeczy. Krem dostajemy w niewielkiej tubce, ale do twarzy nie potrzebujemy chorych ilości, więc jest jak znalazł. Zapach ma ładny i typowy dla produktów do opalania, a konsystencja nie wyróżnia się niczym. Zwykły krem, którym fajnie rozsmarowuje się po twarzy.
Używam go i na plaży, kiedy już czuję, że powinnam nałożyć kolejną warstwę, ale i w normalne dni, kiedy wybieram się na miasto, na rower i nakładam go pod makijaż. W obu przypadkach sprawdza się genialnie. Skóra twarzy nie jest spalona, powoli nabiera fajnego, ciemniejszego koloru, nie ma wysuszonych miejsc, ani przebarwień, do których mam skłonności, więc ja jestem bardzo zadowolona!
Balsam do ust, jak to balsam. Wygodnie odkręca się tubkę na końcu i smaruje usta. Powierzchnia jest dość spora, więc szybko się go używa. Produkt momentalnie je nawilża, odżywia i regeneruje, dzięki czemu są miękkie i gładkie przez długi czas. Poza tym, podoba mi się też to, że czasem mam problemy ze znalezieniem balsamu od ust w torbie pełnej różności, a mimo wszystko ten produkt jest większy i od razu wpada w ręce.
Bardzo polecam ten produkt!

BIELENDA, kokosowa mgiełka do opalania, twarz + włosy, SPF 15
Zapewnia: *nawilżenie, poprawę jędrności i elastyczności skóry *wygodną aplikację *obniżenie ryzyka podrażnień i poparzeń słonecznych skóry *zmniejszenie destrukcyjnego wpływu promieni słonecznych na włosy *zmniejszenie ryzyka powstawaniu przebarwień *ochronę skóry przed starzeniem i fotostarzeniem *ochronę przed promieniami UVA i UVB, a także IR-A *trwałe działanie nawet w wodzie i chlorze

Skład: Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Citrus Aurantium Dulcis Fruit Extract, Alcohol Denat., Propylene Glycol, Butyl Methodibenzoylmethane, Tocopheryl Acetate, Sodium Hyaluronate, Methylparaben, DMDM Hydantoin, Parfum, Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.

Bardzo długo szukałam produktu, który będzie w stanie chronić moje rozjaśnione i obecnie kręcone włosy. Jak wiecie obecnie bardzo o nie dbam i chce ochronić je przed wszystkim, dosłownie. Najlepsza byłaby czapka, ale ich nie lubię, więc ratuję się produktami. Na basen już od dawna olejuję włosy, ale szukałam czegoś na plażę. Nie naolejuję włosów do ludzi, bo będę wyglądać strasznie, więc potrzebowałam fajnej mgiełki, którą wygodnie będzie rozpylić na włosach.
Mgiełka ma bardzo mocno kokosowy zapach, ale nie jest wyczuwalny po jakimś czasie i nie przeszkadza. Konsystencja jest bardzo tłusta i w sumie nie powinnam nazywać tego mgiełką, bo nie jest to idealnie rozpylona mgiełka, ale nie mam do czego tego przyrównać. 
Powiem Wam, że na włosy daje rade. Fajnie je nawilża, chroni, jest takim jakby czepkiem chroniącym. Wydaje mi się, że spryskując włosy nie jestem w stanie dojść do wszystkich partii, ale do większości na pewno się udaje. Nie mam wrażenia, żeby włosy były w gorszym stanie po plażowaniu czy po basenie, końcówki nie są suche ani poszarpane czy spuszone, tylko widać, że zostały wcześnie wypielęgnowane. Bardzo mi się to podoba. Aczkolwiek nie wiem ile tutaj SPF daje, bo przecież włosy są martwe, więc co mi się z nimi stanie, przecież się nie spalą. Ten sam efekt uzyskałabym prawdopodobnie normalnym olejkiem, ale tutaj wygrywa możliwość wygodnej aplikacji. Nie wyobrażam sobie olejować włosów na plaży w standardowy sposób, jak w domu, a produkt rozpylić mogę w każdej chwili  Poza tym, mgiełka przy okazji opada na ramiona, dekolt i plecy, więc zrazem mam jakąś ochronę na bieżąco na pozostałych partach ciała, niewielką bo tylko SPF 15, ale dodatkowa warstwa jest, więc spoko.


I nadszedł czas na produkty po opalaniu, które zazwyczaj ratują mi dupę, w przenośni i dosłownie. Tak, jak mówiłam zdarza mi się spiec na raka bez żadnej ochrony, a potem cierpię dniami i nocami - na szczęście spotyka mnie to coraz rzadziej. Tak było w tamtym roku, wydawało mi się, że się posmarowałam, ale coś niedokładnie, zagadałam się, wyłączyłam myślenie i nawet nie chcecie wiedzieć w jakim stanie wróciłam do domu. Na plaży nic nie czułam, dopiero w domu wszystko zaczęło mnie piec i była tragedia. Z pomocą przyszły mi produkty po opalaniu, kojące, regenerujące i nawilżające, a także mój najwspanialszy narzeczony, który dzielnie, cierpliwie i regularnie co chwilę wsmarowywał we mnie kolejne kremy, bo moja skóra wtedy przyjmowała i wchłaniała je w sekundę.
Ja tych produktów używałam na zmianę, niektórych częściej, innych mniej, ale cały czas się starałam, żeby skóra dostawała wielu różnych składników.

ZIAJA, 10% D-panthenolu, krem łagodzący dla dzieci i dorosłych
Zapewnia: *złagodzenie podrażnień skóry narażonej na wysychanie i pękanie, jak i po nadmiernej ekspozycji na promienie UV

Skład: Aqua, Panthenol, Isopropyl Myristate, Butylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Propylene Glycol, Glyceryl Stearate Citrate Cetearyl Glucoside, Cetearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Hydrogenated Coco-Glycerides, Lanolin, Stearyl Alcohol, Sodium Polyacrylate, DMDM Hydantoin, Methylparaben, Ethylparaben.

Produkt znajduje się w niewielkim opakowaniu, co jest wygodne na wyjazdy i można mieć go zawsze pod ręką, ale jak na domowe warunki wolę mieć większe pojemności, bo takich kremów przy poparzeniach słonecznych idzie nam naprawdę sporo.
Krem nie ma jakiegoś konkretnego zapachu, konsystencja jest zwykła, jak krem do rąk, czy lżejszy balsam do ciała. Bardzo szybko się wchłania i wydaje ni się, że tutaj nie ma co oszczędzać, im więcej produktu na skórze tym lepiej. Ale fajne jest to, że zaraz po nałożeniu czuć lekkie ochłodzenie skóry i od razu jest ona ukojona. Taki efekt po jakimś czasie mija jeśli nałożymy bardzo niewiele produktu. I jest to i tak krem, który daje dość doraźny efekt i ulgę. Nie sprawi, że nasza opalenizna zostanie w idealnym stanie na dłużej i następnego dnia będziemy się cieszyć brązową skórą. Ale uważam, że jako pierwsza pomoc i np. jako baza pod pozostałe kosmetyki zdaje fajnie egzamin i tworzy z nimi fajne combo zwiększając ich działanie.

ZIAJA, nawilżające mleczko utrwalające opaleniznę
Zapewnia: *utrwalenie opalenizny pogłębiając jej piękny brązowy odcień *odpowiedni poziom nawilżenia oraz odżywienie skóry *ukojenie podrażnień i zapobieganie ich powstawaniu *złagodzenie efektów negatywnego wpływu środowiska *doskonale gładką i elastyczna skórę

Skład: Aqua Isopropyl Myristate, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Glycerin, Glyceryl Stearate Citrate, Dimethicone, Dihydroxyacetone, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate 80, Stearyl Alcohol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylene Glycol, Diazolidinyl Urea, Parfum, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Limonene, Linlool, Benzyl Benzoate, Geraniol, Benzyl Alcohol, Citric Acid.

Kolejny produkt mark Ziaja Tym razem większa pojemność, charakterystyczny zapach mojego dzieciństwa, kiedy rodzice smarowali mnie, kiedy się spaliłam, mocny, intensywny, ale kojarzy mi się mega z latem. Konsystencja taka sama jak balsam, bardziej treściwy niż poprzedni krem. Po nałożeniu również czujemy uczucie chłodzenia i ukojenia i jest ono dużo dłuższe. 
Produkt szybko się wchłania, ale pozostawia skórę idealnie nawilżoną, miękką i bardzo gładką, aksamitną w dotyku. Pomaga w utrzymaniu opalenizny i przedłuża jej trwałość. Łagodzi wszelkie podrażnienia, jak i ból, który czasem może nam towarzyszyć. Bardzo fajne jest to, że produkt nawilża i odżywia skórę na bieżąco. Mimo że skóra jest w tragicznym stanie, to to mleczko potrafi jej pomóc.
Przyczepię się jedynie do zawartości parafiny w składzie i to już na trzecim miejscu. Wyczytałam, że na poparzenia słoneczne powinno się jej unikać w kosmetykach. Ja się nie znam, mi się nic nie stało, mleczko mi pomogło, ale musicie mieć to na uwadze.

DERMACOL, regenerujący i nawilżający balsam po opalaniu
Zapewnia: *pielęgnację, wygładzenie, intensywnie nawilżenie i odżywienie *ukojenie i regenerację skóry po opalaniu *skórę aksamitnie miękką w dotyku *ochronę młodzieńczego wyglądu

Skład: Aqua, Glycine Soja Oil, Panthenol, Glycerin, Glyceryl Stearate Citrate, Ethylhexyl Stearate, Caprylic/Capric Triglyceride, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Ethylhexylglycerin, Propylene Glycol, Cetearyl Alcohol, Tocopheryl Acetate, Carbomer, Sodium Hydroxide, Citric Acid, Beta-Carotene, Tocopherol, Zea Mays Oil, Parfum.

I to jest zdecydowanie najfajniejszy produkt z całej trójki, którego używam najczęściej, bo zdecydowanie działa najlepiej. Wydaje mi się, że ma najfajniejszy skład i robi wszystko, co powinien, a nawet więcej.
Balsam jest dość rzadki i przypomina mi mleczko, ale jest też nawet treściwy i super rozsmarowuje się go po ciele. 'Pierwszy' zapach ma dziwny, nie jest taki, że wdycham go, jak uzależniona, ale po jakimś czasie intensywne coś na szczęście się ulatnia i zostaje fajny, olejny i migdałowy, orzechowy zapach, który ma w sobie taką esencje, że też mi się kojarzy z latem i wypoczywaniem nad wodą. 
Balsam super się wchłania, ale pozostawia skórę jakby lekko mokrą i nawilżoną. Pozostawia po sobie lekki film, ale nie przeszkadza on w niczym, nie klei się ani ciało nie pozostawia po sobie żadnych śladów np. na meblach. Zaraz po nałożeniu balsamu czuć lekkie chłodzenie i ukojenie. Poza tym, skóra jest gładka i miękka w dotyku. Skóra jest też mocno nawilżona i odżywiona i da się to odczuć, bo przynosi ulgę na długo. Idealny po prysznicu, idealny na noc, przez całą noc nie znika tylko cały czas chroni i działa na skórę. 
Przy regularnym i ciągłym stosowaniu, już następnego dnia skóra jest w dużo lepszym stanie. Nabiera ładnego odcienia, jest opalona, ale nie przesuszona i cierpiąca - czad! A! Przy okazji balsam znajduje się też w większym opakowaniu z pompką, co jeszcze bardziej ułatwia i uprzyjemnia aplikację.


Jak wspominałam w tamtym roku spaliłam się strasznie, byłam cała czerwona i wszystko mnie piekło. Narzeczony mnie co chwilę smarował, a ja już następnego dnia czułam się lepiej. Po mieszance wszystkich produktów, skupiając się na Dermacolu, który zdecydowanie podpasował mi najbardziej, mogłam cieszyć się lekką opalenizną. Skóra mi oczywiście zeszła, bo chyba nie dało rady inaczej, ale przetrwałam i to bez smarowania się kefirami czy maślankami.


Poza tym, w tym roku jest inaczej. Mam fajniejsze balsamy nawilżające, których używam codziennie przez cały rok i widzę, że dzięki temu, że skóra jest nawilżana regularnie to lepiej znosi opalanie i nawet bez filtrów nie jest to mocny rak, a i szybko się regeneruje i zamienia w fajną lekką brązową opaleniznę. Więc musimy o tym pamiętać cały rok, a w lato skóra nam za to podziękuje. Przy okazji, staram się pić bardzo dużo wody i nie pozwalam odwodnić się organizmowi. Mam też zawsze pod ręką wodę termalną. Obecnie jest to woda termalna La Roche Posay, która przynosi mi ulgę na zewnątrz, jak i w domu, kiedy jest duszno i gorąco. Chłodzi skórę twarzy i mocno orzeźwia. Mamy też mały patent, który ostatnio okazał się być rewelacyjny na plaży, a mianowicie wzięliśmy ze sobą wodę w spryskiwaczu, więc w trakcie opalania możemy się cali schłodzić bez konieczności wchodzenia do wody,  to daje sporą ulgę! Przy okazji, narzeczony wpadł ostatnio na genialny pomysł i bardzo polecamy włożenie wody mineralnej do zamrażalki na noc dzień przed plażowaniem, woda zamarznie, ale gwarantuje to Wam zimną wodę przez cały dzień, bo tak szybko się nie rozmrozi :).

Dajcie znać, jakie Wy macie top produkty przed i po opalaniu, jak radzicie sobie z upałami i czy walczycie o piękną czekoladową opaleniznę?