#4 Becoming Tatrylover - Giewont, czy jest dla każdego?

14 kwietnia 2021

 
Hi! Jak tam ludzie? Co ciekawego słychać? Mam nadzieję, że wszystko standardowo w porządku! Dzisiaj lecimy z wpisami wakacyjnymi, z górskimi i będziemy nawiązywać do moich ukochanych Tatr! Mam nadzieję, że nikogo tym nie wkurzę, ale ja wierzę, że jest szansa na normalne wakacje, a ja też oczywiście planuję wyjazdy w góry we trójkę, to jakoś tak mnie wzięło na powrót do tej serii Tatrylover
Będzie o trasach, o samym Zakopanem, o noclegach, o knajpach i o wszystkim, co może się Wam kojarzyć i o wszystkim, co Was też będzie ciekawić - dawajcie znać w komentarzach, o czym chcecie czytać, chętnie się zainspiruję i napiszę, co wiem.


Zaczniemy od szczytu, który początkowo był dla mnie najbardziej ciekawy, a jednocześnie czułam, że jest on najbardziej w zasięgu mojej ręki - Giewont! Tajemniczy śpiący rycerz, który tylko czeka, żeby powstać i ochronić nasz kraj. Legenda, legendą, ale jednak Giewont jest jednym z najbardziej kojarzonych i znanych szczytów i sama byłam nim zafascynowana i jak kilkanaście lat temu pojawił się pomysł, żeby go zdobyć to byłam na maksa podjarana. Ale właśnie dlatego jest on też najbardziej obleganym szczytem, niby łatwy, a na pewno efektowny, niby proste i krótkie podejście, a jednak zdarzają się wypadki.

Na Giewoncie byłam aż szalone dwa razy, za pierwszym razem weszłam z rodziną w sierpniu 2011r., a za drugim razem pod koniec kwietnia 2018r. z obecnym mężem. Za pierwszym razem było lato, mega ciepło i dużo ludzi, natomiast za drugim ulepiłam bałwana po drodze i byłam przeziębiona, ale że nie było dużo ludzi to mogłam się czołgać swoim tempem, a wiedziałam, że warto tam wejść!

GIEWONT - CO MUSISZ WIEDZIEĆ?

Mam wrażenie, że ja zawsze wspominam o tym czasie, ale i w górach uważam, że im wcześniej tym lepiej. Giewont jest oblegany, więc te kolejki ze zdjęć to żadna ściema, tylko tam naprawdę tak bywa. Za pierwszym razem wchodziliśmy ok 12 i już było tłoczno, ale to tez był sierpień. Wchodziliśmy jeden za drugim i nie było takiego luzu, jaki zawsze się przydaje. Z kolei za drugim razem na szczycie byliśmy już po 10, a że był koniec kwietnia to byliśmy my i kilkoro innych osób. 
Poza tym, na szczycie jest bardzo mało miejsca i to trzeba brać pod uwagę. Jeśli traficie na porę tłoku, to wejdziecie na górę, obejdziecie krzyż i już będzie zejście drugą stroną, dookoła oczywiście same przepaście, więc nie ma pola manewru. Jeśli chcecie coś zjeść, chcecie dobre zdjęcie, chcecie odpocząć na górze to w sezonie w południe będzie ciężko.
Na Giewoncie spotkałam się z moimi pierwszymi łańcuchami ever i mimo że teraz mam porównanie do Rysów to uwierzcie, że wtedy było to dla mnie mega przeżycie; są krótkie odcinki trasy takie, że ściana jest prawie pionowa, a wy macie do dyspozycji łańcuchy i otwory na nogi. 

CZY CIĘŻKO JEST WEJŚC NA GIEWONT?

Nie jest, uważam, że jeśli macie głowę na karku to spokojnie można iść. Wszędzie trzeba uważać, nogę można skręcić na chodniku - to się wie - a także trzeba mierzyć siły na zamiary i nie robić nic ponad wszystko. Nie poszłabym nigdy na szczyt z ogromnym metalowym krzyżem wiedząc, że zbliża się burza, nie biegłabym na rekord, bo wiem że ja się do tego nie nadaję, nie puściłabym łańcucha, bo wiem, że nie złapałabym odpowiedniej równowagi, nie wybrałabym się też zimą, bo lubię ciepełko, a marznięcie nie jest dla mnie. Każdy wie na ile go stać.
Trasy nie są ciężkie, nie ma turbo mocnych podejść w górę, które trwają pół godziny, a łańcuchy też nie ciągną się godzinami. Dlatego jeśli tylko warunki są sprzyjające, a Wy zachowujecie ostrożność, to na chillu - polecam, satysfakcja gwarantowana ;).


Tak, to ja 11 lat temu haha, ale patrzcie na te widoki i odległości, które pokonuje się tak naprawdę moment ;) Magia! I uwielbiam ;)

OPCJE PODEJŚCIA NA GIEWONT

Wejść na Giewont można na parę różnych sposobów.
Za pierwszym razem zaczęliśmy od Kasprowego Wierchu, na który wjechaliśmy pierwszą możliwą kolejką i udaliśmy się w kierunku Kopy Kondrackiej, Ta trasa ma jakieś 4km i trzeba na nią liczyć ok. 1,5h. Z tego co pamiętam to tutaj się idzie bardzo przyjemnie, fajny spacer, piękne widoki po drodze, więc mega polecam. Parę podejść w górę będzie, ale na luzie. Z Kopy Kondrackiej kierujemy się już na Giewont przez Przełęcz Kondracką oraz Kondracką Przełęcz Wyżnię, czyli kolejne niecałe 2km przed Wami, na które trzeba liczyć ok. 1h. Jeśli ktoś nie czuje się na siłę to na Kondrackiej Przełęczy Wyżnie macie super miejsce na odpoczynek, na przystanek, możecie tam poczekać na znajomych, którzy na Giewont pójdą ;). Jeśli dobrze pamiętam, schodziliśmy potem do Kuźnic i do domku.


Za drugim razem szliśmy z Kuźnic. Cała trasa to jest ok. 6,5km i zajmuje ponad 3h. Idziemy przez Polanę Kalatówki oraz Halę Kondratową, a jak już dojdziemy na Przełęcz Kondracką to mamy takie samo podejście na Giewont, jak w pierwszej opcji. Jeśli chodzi o zejście to tutaj polecam schodzenie inną trasą, np. Doliną Małej Łąki lub Doliną Strążyską obie opcje to ok. 6km - ok. 2,5h. Zawsze to inna trasa, nowe widoki, więc zobaczycie i przejdziecie, więc naprawdę warto.
My schodziliśmy tą samą trasą, kompletnie nie przemyśleliśmy tego pod kątem logicznym, ale nie ma się co dziwić. Nie dość, że ja nie czułam się najlepiej, to właśnie wtedy mój ukochany mi się oświadczył :) więc mówiłam, że wiedziałam po co tam idę mimo przeziębienia (!) A to wszystko praktycznie 3 lata temu :)


GIEWONT, CZY JEST DLA KAŻDEGO?

Tak, jak pisałam już wcześniej, uważam, że zachowując wszelkie środki ostrożności, jak najbardziej jest dla każdego. Tak, ja też widziałam osoby wchodzące w klapkach, japonkach, sandałkach na Giewont, nie mi to oceniać, nie lubię komentować takich rzeczy, bo po co. Ale wracając do samego Giewontu, nie ma tego złego, tym bardziej na początek to jest naprawdę świetna opcja na wypróbowanie łańcuchów, nawet chwilowych i sprawdzenie siebie w takiej sytuacji. Bo jeśli Giewont nas przerośnie to mamy pewność, że nie ma sensu iść gdzieś wyżej, Wszystko jest dla ludzi, a góry tym bardziej, dla wszystkich bez wyjątku, ale nie można czuć się w nich zbyt pewnie, nigdy ;)


Czy Nivea pozwoli skórze oddychać? - płyn micelarny

10 kwietnia 2021

 
Dzień dobry! Czy to już? Czy można powiedzieć, że wiosna do nas zawitała? Wiecie co, ten śnieg w tamtym tygodniu to mnie tak zaskoczył, że szok... Jakkolwiek słyszałam, że ma padać to jak wstałam i zobaczyłam biel za oknem to mimo wszystko się zszokowałam, ale jak patrzę teraz za okno to jestem dobrej myśli, wierzę że ta pogoda już z nami zostanie i nic niespodziewanego się nie wydarzy. Czekamy na wiosnę, na piękną pogodę i na całą resztę!
A dzisiaj mam dla Was płyn micelarny marki Nivea, który ma być w sumie od wszystkiego, więc ciekawe, jak to ostatecznie wyjdzie ;).


Nivea, płyn micelarny
twarz, oczy, usta


Płyn micelarny idealnie nadaje się do skóry normalnej i mieszanej. Ma właściwości formuły 3w1 z witaminą E. Ma za zadanie efektywnie usunąć makijaż, łagodnie i skutecznie oczyścić oraz odświeżyć, a to wszystko bez pocierania! Płyn sprawi, że skóra będzie idealnie czysta, bez żadnych pozostałości makijażu oraz tłustego filmu, dzięki czemu skóra będzie mogła wyglądać zdrowo i będzie oddychać.
W płynie micelarnym znajdują się cząsteczki działające jak magnes, skutecznie usuwają makijaż, zanieczyszczenia oraz sebum. Jest bezzapachowy i nie trzeba go spłukiwać. 

Skład: Aqua, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Tocopheryl Acetate, Glycerin, Sorbitol, Panthenol, Poloxamer 124, Decyl Glucoside, Glyceryl Glucoside, Disodium Cocoyl Glutamate, Citric Acid, Polyquaternium-10, Sodium Chloride, Sodium Acetate, Propylene Glycol, 1,2-Hexanediol, Trisodium EDTA, Phenoxyethanol.

Sposób użycia: Należy nanieść płyn na wacik i delikatnie oczyścić skórę twarzy, oczy oraz usta.
*Test konsumencki przeprowadzony na grupie 100 kobiet, 92% z nich potwierdza działanie. 


Opakowanie jest bardzo standardowe i typowe. Niczym się nie wyróżnia, chociaż ja bardzo przepadam za prześwitującymi butelkami, kiedy dokładnie widzę ile produktu zostało mi do końca, ile już zużyłam itd. Nie mam żadnych problemów z zatyczką, bardzo dobrze się otwiera, ale jest też solidna i wiem, że sama z siebie nie otworzy nigdzie, i nie otworzyła jak ją zabierałam gdzieś ze sobą, więc za to ogromny plus. Bardzo dobrze też dozuje płyn na wacik, nie wylewa się nigdzie, ale też nie trzeba się za bardzo namęczyć, żeby móc używać.
Konsystencja jest typowo płynna i wodnista, jak płyny micelarne, więc nie ma tutaj nic dziwnego, nie jest też tłusty ani klejący, więc to jest fajne. Jeśli chodzi o zapach, to jest bardzo słabo wyczuwalny trzeba się wwąchać i skupić, żeby coś wyczuć, a wtedy pachnie bardzo kosmetycznie i niekonkretnie.


Najważniejsze, czyli działanie. Płyn micelarny zmywa makijaż, ale nie robi tego jakoś super, ekstra, szybko i cudownie, znam płyny które robią to efektywniej (np. te dwufazowe). Co prawda mój dzienny makijaż i tak jest dość bogaty w produkty, więc nie powinnam się dziwić, że trochę z tym schodzi. Na pewno fajnie by sobie poradził z takim lekkim makijażem, bardzo podstawowym, ale ja jakoś nie potrafię się ograniczyć do trzech produktów. No, ale wracając do działania płynu. Nie będzie to super demakijaż trwający minutę i nie będzie to demakijaż, który sprawi, że NIC kompletnie na twarzy nie zostanie. Z mocniejszym makijażem mogłoby być jeszcze gorzej. Lubię używać tego płynu, jako dodatek do całego makijażu, coś ta zmyje, coś tam rozpuści, coś tam doczyści, ale i tak preferuję wieloetapowe oczyszczanie twarzy.
Producent pisze, że tego płynu nie trzeba zmywać, ale pamiętamy, jak to wygląda, zmywamy płyn micelarny z twarzy. Ja nie wyobrażam sobie nie użyć nic po płynie micelarnym, bo i tak wiem, że gdzieś jeszcze jakieś resztki makijażu są.


Aczkolwiek, na plus jest to, że ten płyn micelarny nie robi nic złego z moją twarzą. Nie powoduje pieczenia, zaczerwień czy podrażnień, a to jest ważne. Nie powoduje też, że moje oczy łzawią, co ostatnio się często zdarzało po niektórych produktach, a tutaj wszystko jest okej. Rzęsy też przestały mi wypadać i powoli powoli rosną i są coraz dłuższe, więc już jestem prawie pewna, że to jak mi leciały to była wina prawdopodobnie jednego produktu. 
Nie stosowałam też tego produktu do odświeżenia czy do ogólnego oczyszczenia, tak jak mówiłam nie zostawiłabym tego produktu na twarzy, zawsze go zmywam, kiedykolwiek go nie użyję, ale to się sprawdza, pomaga utrzymać twarz i skórę w ryzach, ale sam by tak naprawdę niewiele zdziałał.


Jakkolwiek płyn pomaga w demakijażu to jest to dla mnie spory średniaczek i to w kierunku tych jeszcze słabszych. Niektóre średniaki są takie, że jeszcze z braku laku można ich używać, z kolei do tego ja raczej na pewno nie wrócę. Jakkolwiek w domu mogę się bawić i używać miliona produktów, żeby w końcu mieć pewność, że skóra jest oczyszczona, co też nie jest aż tak przyjemne. Tak jak już gdzieś jadę to potrzebuję czegoś, co zadziała szybko i skutecznie. 
Nie wiem, mam mieszane odczucia z tego względu, że nie jest tragiczny, ale też nie jest cudowny. Aczkolwiek jako, że ostatni płyn micelarny mi zmasakrował rzęsy, to jakoś łaskawiej patrzę na ten i cieszę się, że ten jest delikatniejszy ;).


A może ktoś z Was go miał i ma podobne albo całkiem inne odczucia niż ja? Koniecznie dajcie znać!


Ciekawe propozycje na wiosnę lato od Newchic

07 kwietnia 2021

 
Hej, co tam u Was słychać? Jak po świętach? Mam nadzieję, że jesteście tak samo zadowoleni, jak i ja i jesteście tak samo wypoczęci, jak i ja! Bo dla mnie święta były naprawdę super czasem i aż szkoda, że one tak krótko trwały, ale to nic! Na razie mamy totalną mieszankę pogodową, przynajmniej w Rzeszowie ;) U was też jest taki misz-masz? Raz słońce, raz śnieg, za chwilę jakby jesień, a później wiosna. 

No, ale najwyższy czas przywołać wiosnę, mimo że taka pogoda ma się utrzymać u nas przez parę dni, to ja wierzę, że już niedługo będzie wiosna, będzie lato, więc chciałabym Wam pokazać, co można znaleźć w sklepie internetowym Newchic!

Po pierwsze obecnie trwa Newchic Spring Summer Sale 2021 ! Czyli jeśli macie na coś ochotę to możecie to zakupić z rabatem, a rabaty i promocje to jest zdecydowanie coś, co lubimy! Poza tym na stronie znajdziecie masę różnych rzeczy, coś dla kobiet, dla mężczyzn, dodatki i bielizna, więc zdecydowanie jest w czym przebierać.

Takie legginsy to jest, co uwielbiam! Tym bardziej że po porodzie zamierzam wrócić do formy, zamierzam ćwiczyć, tak żeby czuć się w swoim ciele, jak najlepiej. A i czasem mam tak, że nawet siedząc całymi dniami w domu lubię po prostu dobrze wyglądać i czuć się sexy, więc why not? Powiem Wam, że i cenowo prezentują się podobnie, 


Czyli wygodne staniki! Coś, co dla mnie jest teraz na wagę złota, ale nie powiem, że mam super stanik, bo mój rozmiar obecnie zmienia się z dnia na dzień i mam wrażenie, że po porodzie może być jeszcze inaczej, więc mam wielki problem, jak kupić nawet stanik do karmienia! Jak macie, jakieś protipy to dawajcie znać ;) Ale osobiście uważam, że nawet staniki do karmienia i wygodne staniki mogą być po prostu ładne, co widać poniżej ;)


No i na koniec takie tam szaleństwo! Mam nadzieję, że nie tylko organizm, ale i pandemia pozwoli wrócić na basen, żeby móc się wytaplać w wodzie. A ostatnio takie szalone printy są turbo w modzie. Co prawda nie są dla mnie, ja bym się czuła za bardzo rzucająca się w oczy i za bardzo na wierzchu, ale są i takie motywy, które spokojnie bym założyła i czułabym się w nich świetnie!



Poza tymi oczywiście w sklepie znajdziecie masę innych produktów, to są jedynie moje przykłady, które mogłyby Was zainteresować. Dla odważnych możecie też zajrzeć do kategorii hot sexy lingerie, tam znajdziecie bardzo intrygujące stroje, które pokazuje się tylko wybrańcom!


Czy L'Oreal Tecni.Art zadba o naszą fryzurę?

04 kwietnia 2021

 
Dzień dobry! I jak tam święta? Co robicie, co robiliście ciekawego i jakie macie plany na jeszcze końcówkę świąt? U nas jak zawsze wyjazdowo, jak zawsze coś się dzieje, ale bez tego przecież byłoby za nudno, a my nudy nie lubimy, a tym bardziej nie umiemy usiedzieć na miejscu. Ale fajnie, fajnie - czekamy aż pojawi się na świecie nasza mała kruszyna to wtedy już w ogóle będziemy jeździć - przynajmniej takie są plany i nadzieje, a jak wyjdzie w praniu - wiadomo, może być różnie.


Dzisiaj działamy w temacie włosów. A przyznam się szczerze, że w ciąży ogarnianie moich włosów to zdecydowanie najbardziej męcząca czynność, jaką muszę wykonywać - na szczęście od czasu do czasu. W ciąży włosy są dla mnie łaskawe i mogę je myć nawet raz w tygodniu, więc nie powinnam narzekać. Ale uwierzcie, że każde mycie włosów to jest potem odpoczynek, jak po maratonie haha. Ale żeby włosy utrzymywały się, jak najdłużej najładniej potrzebne są fajne kosmetyki, które na dodatek nie obciążą naszych włosach. No to zapraszam na dwa produkty z L'Oreal!

L'Oreal Professionnel, Tecni.Art,
Thermo-modelling spray
Spray do włosów poddanych działaniu ciepła

Skład: Aqua, Alcohol Denat, VA/Crotonates Copolymer, Isopropyl Alcohol, VP/VA Copolymer, Cetrimonium Chloride, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Aminomethyl Propanol, Linalool, Benzyl Salicylate, Benzyl Alcohol, Amyl Cinnamal, Exyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Citronellol, Alpha-Isomethyl Ionone, Geraniol, Limonene, Eugenol, Isoeugenol, Parfum.

Produkt aktywuje się pod wpływem wysokiej temperatury, stworzy loki lub fale na Twoich włosach. Do stosowania podczas stylizacji z użyciem ciepła, zapewnia fryzurę lekkie utrwalenie i zwiększoną objętość.

Używałam tego produktu przed każdym suszeniem włosów i ewentualnie przed użyciem prostownicy. mimo że ograniczam prostownicę, to czasem się zdarzało, a kiedy zależało mi na prostych włosach to przed suszeniem obowiązkowo psikałam włosy tym sprayem. 
Samo opakowania jest super jakości, wygląda bardzo profesjonalnie i tak fryzjersko. Aczkolwiek bardzo dobrze trzyma się je w dłoni i nie ma problemu z samym używaniem. Atomizer bardzo dobrze działa, nie zacina się i nie psika strumienia produktu, tylko rozpyla idealną mgiełkę, która fajnie pokrywa włosy,  Jak widzicie sam ten sprzęt do rozpylania też wygląda dość profesjonalnie i jak obawiałam się, że będzie mi trochę niewygodnie to na szczęście nie było takiego problemu. Zapach, jak się możecie spodziewać, też jest dość fryzjerski i kosmetyczny, ale ładny,


Zacznę od tego, że produkt nie wpływa negatywnie na włosy, nie skleja ich, nie obciążą, nie sprawia, że się szybciej przetłuszczają. Aczkolwiek da się odczuć zaraz po aplikacji, że lekko je usztywnia, są takie dosyć twarde, ale to tylko w momencie, kiedy są mokre, do wysuszenia. 
Produkt dobrze chroni włosy przed działaniem wysokiej temperatury. Bardzo wygodnie się je suszy, że nie przedłuża, ale też nie skraca suszenia, ale najważniejsze jest dla mnie to, że włosy nie są bardziej zniszczone czy wysuszone przez ciągłe suszenie. Co prawda, nie powiedziałabym, że produkt wygładza włosy, ale też trzeba pamiętać, że ja mam mocno kręcone, ale mimo wszystko dzięki niemu są prostsze i bardziej ujarzmione niż bez użycia tego sprayu, a dla mnie to już coś. 
Używałam też tego produktu przed użyciem prostownicy na suche włosy, ale wtedy zawsze ograniczam ilość produktu, bo mam wrażenie, że wtedy nic dobrego nie przyniesie, a i nie ma w sumie takiej potrzeby. Włosy dobrze się prostuje, czy tam kręci, w dalszym ciągu da się zauważyć, że nie niszczą się pod wpływem już wyższej temperatury niż przy użyciu suszarki, więc fajnie, fajnie! Ja jestem zadowolona. Nie powiem, żeby utrwalał włosy jakoś fantastycznie, ale w sumie w obecnych czasach to nie jest mi potrzebne i nawet nie mam za bardzo, jak tego sprawdzić, bo nie przeszkadza mi rozwalenie się fryzury po dniu ;).


L'Oreal Professionnel, Tecni.Art
Volume Lift Sprat Mousse
Pianka w sprayu unosząca włosy u nasady

Skład: Aqua, Dimethyl Ether, Alcohol Denat., Isobutane, Polyquaternium-11, Butyl Ester of PVM/MA Copolymer, Triethanolamine, Amodimethicone, Polyquaternium-4, Polysorbate 20, Hydroxypropyl Guar, Cetrimonium Chloride, Trideceth-15, Trideceth-3, Linalool, Benzyl Salicylate, Benzyl Benzoate, Benzyl Alcohol, Phenoxyethanol, Citronellol, Limonene, Acetic Acid, Parfum.

Bestseller wśród produktów do zwiększenia objętości włosów. Produkt nada gęstość i uniesie nawet najcieńsze i najdelikatniejsze pasma. Kilka ruchów wystarczy by proste i przyklapnięte kosmyki zyskały objętość i zachwycającą gęstość. Pianka w sprayu idealnie nadaje się do każdego rodzaju włosów, a w szczególności do cienkich, delikatnych i niepodatnych na układanie. Należy aplikować bezpośrednio na wilgotne lub suche włosy.

A drugim produktem, z jakim miałam do czynienia to pianka do włosów, nazwana pięknie musem, która ma unieść nasze włosy. Nie będę oszukiwać, nie umiałam nigdy używać pianek, a nawet zawsze się bałam ich używać. Nie wiedziałam, jak ja mam to za bardzo ogarnąć, od czego zacząć i na czym skończyć. Miałam wrażenie, że posklejam sobie włosy i skończę z turbo sianem na głowie. Ale od jakiegoś już czasu próbuję wrócić do kręconych włosów albo bardziej wydobyć skręt, więc pianka jak najbardziej się przydaje.
Do opakowania znowu się nie przyczepię, wygląda super, jest dość fryzjerskie i profesjonalne, tak samo, jak i zapach i cała reszta. I tutaj zwracam honor do samego nazwania pianki musem, bo ta pianka jaka wydobywa się z opakowania to jest taka miękka chmurka, taka treściwa i gęsta, ale taka milusia, że jak najbardziej zasługuje na miano musu, co jest bardzo na plus tutaj, bo jakoś tak łatwiej się jej używa, przynajmniej tak mi się wydaje.


Działanie pianki jest jak najbardziej poprawne, ale nie fantastyczne. Ogólnie co najważniejsze to to, że nie przetłuszcza i nie obciąża włosów, czego obawiałam się najbardziej. Nie robi z nimi nic złego i nie sprawia, że muszę myć je jakoś częściej. Bardzo wygodnie wgniata się piankę we włosy, nie ma problemu z dotarciem do różnych pasm włosów i cały zabieg przebiega dość szybko i sprawnie.
Jeśli chodzi o objętość to pianka działa nawet plus, włosy są uniesione u nasady, wydaje się, że jest ich jakoś tak dużo dużo więcej, ale to też jest kwestia kręconych włosów samych w sobie. Ale sam ten efekt nie jest jakiś turbo powalający i nie utrzymuje się długo. Aczkolwiek to jest i tak tyle, co można wymagać od tej pianki, nie utrwala loków, nie sprawia, że włosy są lepiej pokręcone, nie wpływa na nie wcale, a wcale. Jak włosy moje się jeszcze licho kręcą, to w sumie drugiego dnia końce są już turbo wyprostowane, co mnie mega dziwi, bo zazwyczaj było tak, że wszystkie pianki w jakikolwiek sposób pozytywnie oddziaływały na skręcenie włosów. Ale to też może być jeszcze kwestia tego, że trochę keratyny mi we włosach zostało i ciężko im samym sobie.

Piankę, jako tako zużyję, zapewne przy kręconych włosach, na pewno nie zaszkodzi, ale zapewne najwięcej opinii będę mogła wydać przy denku, jak zużyję całą, a na razie bym powiedziała, że jest jako taka. Spray jako ochronę przed wysoką temperaturą to używam regularnie ;).
Znacie te produkty? Co używacie, jako ochronę przed wysoką temperaturą, a co żeby wydobyć skręt? Czekam na Wasze polecajki, bo mi się przyda teraz wszystko! :) Trzymajcie się!


Marcowe denko 2021r.!

01 kwietnia 2021

 
Hej! No i co tam u Was słychać? Koniec miesiąca, święta i szalony czas z lockdownem. Mam nadzieję, że mimo wszystko macie się dobrze i że wszystko jest u Was, jak najbardziej w porządku! Ja się cieszę, bo zbliża się czas odpoczynku, czas spędzony z najbliższymi i mam nadzieję, że będzie to high quality time! Chociaż wiaodmo, safety first i będziemy uważać, ale cieszę się na ten odpoczynek, na wolne cokolwiek ni będziemy robić ;).


Ale zanim wejdziemy w te święta to mam jeszcze dla Was denko i to ogromne denko. Wiedziałam, że jak ostatnie denka były dosyć liche to w końcu zdarzy się tak, że zużyję wszystko na raz i tak właśnie było w tym miesiącu. Szok, a jak się zaczęłam za opisywanie tych produktów to kolejny szok... Dawno nie zużyłam takiej ilości produktów. Ale, nie tylko zużyłam, a i wyrzuciłam przeterminowane, zepsute (!) i posprzątałam (!) i jestem zadowolona! W dalszym ciągu mam z tyłu głowy kolorówkę, która mnie na maksa dręczy, bo mam jej zdecydowanie za dużo, ale może to ogarnę na kolejne denko ;).


A z ulubieńców i sprawdzonych produktów zużyłam tym razem stosunkowo niewiele: Ziaja, Intima, kremowy płyn do higieny intymnej dla mnie jest najlepszy, najtańszy, najłatwiej dostępny, a co najważniejsze dobry w działaniu, Nie podrażnia i nic złego nie robi i nawet, jak mam ochotę wypróbować coś nowego to i tak wracam do tego produktu do higieny intymnej, bo po co przepłacać? A pozostając w temacie to oczywiście ApteCare, chusteczki do higieny intymnej, one są bardzo w porządku i bardzo je lubię i chyba to wiecie, bo co denko mam zużytych średnio ze 2 opakowania. Poza tym, jakimś cudem zużyłam Venus, nawilżająca pianka do golenia, ona jest najlepsza, najfajniejsza i po prostu naj, ale uwierzcie mi, golenie się w ciąży to nie lada wyzwanie, dlatego jestem sama pod wrażeniem, że zużyłam tę piankę haha. Hean, slim no limit, peeling cukrowy do ciała, limonka, żeń-szeń ja po prostu uwielbiam te peelingi, są ekstra, ale ja bardzo lubię peelingi gruboziarniste, takie, że naprawdę czuć to tarcie drobinek na skórze. I od razu powiem, że ta wersja jest mocniejsza od tej fioletowej, ale mi to nie przeszkadza, bo super pachnie no i ekstra działa, skóra jest gładka i hiper oczyszczona. W końcu też zużyłam kolejne opakowanie Alterra, Naturkosmetik, szampon nawilżający, bio-owoc granatu & bio-aloes. W ciąży jakoś mega rzadko myję włosy, więc i te produkty zużywam bardzo powoli, ale nie narzekam na ten fakt. Ale ja uwielbiam te szampony, są po prostu najlepsze, nie są turbo mocne, a super oczyszczają. 


  • Kolastyna, emulsja do opalania SPF20 oraz SPF10  - ja bardzo lubię wszystkie te produkty do opalania od Kolastyny, mieliśmy je w Kenii i zawsze ich używamy gdziekolwiek byśmy nie wychodzili na słońce, więc dla mnie są klasa! Ładnie pachną, nie kleją się, nie są tłuste, do tego są wodoodporne, więc nie trzeba smarować się, co chwilę (ale i tak warto po każdym wyjściu z wody). 20 to i tak jest słaba ochrona, tym bardziej w Kenii, więc tutaj ciężko porównywać, ale ja lubię i mąż też był zadowolony.
  • Bath&Body Works, Pretty as a peach, balsam do ciała - oj, jak ja uwielbiam ten balsam! W konsystencji był dość gęsty, ale bardzo łatwo rozprowadzało się go po ciele i dzięki temu też był nawet wydajny! Poza tym, zapach to jest coś najlepszego i najwspanialszego! piękny, brzoskwiniowy, owocowy, letni no po prostu świetny! Aż mi już szkoda, że się skończył, więc naprawdę warto.
  • Bielenda, Botanic Formula, mleczko do demakijażu, olej z granatu + amarantus, twarz i oczy - oczywiście jest to kwestia upodobań, mi jakoś mleczka nie podchodzą i zawsze się z nimi męczę. To mleczko zaskakująco super się u mnie sprawdzało i jestem z niego naprawdę zadowolona, bo i zapach fajny, i konsystencja i zmywał ten makijaż, ale po prostu tyle ile to trwa z użyciem mleczek to nie dla mnie, zdecydowanie wolę olejki, które robią to w moment. Więc jeśli ktoś lubi ten rytuał demakijażu mleczkami to będzie mega zadowolony. 
  • L'biotica Biowax, regenerująca maska do włosów suchych i zniszczonych, japońska wiśnia i mleko migdałowe - z tej maski jestem bardzo zadowolona! Opakowanie jest super solidne i konkretne, na pewno nigdzie się samo nie otworzy, a dodatkowo dobrze chroni maskę i produkt sam w sobie. Maska ma super konsystencję, która nie spływa z włosów. No i to jak ona działa na włosach to jest bajka, naprawdę, super nawilża, ekstra odżywia, włosy po użyciu są miękkie, gładki, lśniące i po prostu w super stanie! Ja jestem mega zadowolona, więc bardzo polecam!
  • Ariana Grande, Moonlight, żel pod prysznic - ojeny, jak ja tęsknie za tymi produktami już, ten zapach pod prysznicem, tak piękny i tak mega luksusowy. Ekstra konsystencja, super się pienił, nie podrażnił, nie wysuszył, no a pachniał, a u mnie zapach to podstawa! No i świetnie się sprawdziła ta tubka na wyjazdach, nie jest to pełnowymiarowy produkt, ale na paręnaście pobytów poza domem wystarczył :).
  • LaQ, pralinkowy żel pod prysznic - ja jestem w szoku, używałam tego żelu naprawdę ponad 3 miesiące i za każdym użyciem nie wierzyłam, że on jeszcze jest! Tak wydajny, że wow! Jak na początku narzekałam trochę na cenę, bo jest wyższa od typowych żeli pod prysznic, ale te tańsze zużywa się zazwyczaj w 2-3 tygodnie, a te starczają na dużo dłużej, więc bomba! Na pewno będę do nich wracać.
  • Constance Carroll, bambusowy puder do twarzy z jedwabiem, transparentny - on jest taki mega niepozorny, taki w sumie zwykły, ale ostatnio też użyłam taki zwykły i w porównaniu do tego to ten jest niezwykły i bardzo dobry! Super się sprawdzał w sumie, jak na takiego niepozorniaka. Matowi bardzo ładnie, super się go nakłada, nie tworzy ciasta na twarzy i nie bieli jej. Ale trochę szkoda, że jest mało trwały i nie utrzymuje makijażu w ryzach przez długi dzień, tutaj raczej poprawki by się przydały dość częste, ale czasem to mi wystarczy, tak na co dzień bez spiny, jest idealny, bo lekki i naturalny:)
  • The Body Shop, rozświetlająca maska do twarzy w płachcie z witaminą C - mój zdecydowany ulubieniec z całej trójki, świetny zapach no i super efekt na twarzy. Skóra była rozświetlona, promienna, gładka, a przy okazji mocno nawilżona i odżywiona! Dla mnie bomba! Gdyby tylko one nie kosztowały aż dwóch dyszek za sztukę to już bym miała grube zapasy.
  • The Body Shop, łagodząca maska do twarzy w płachcie z witaminą E - ta też się u mnie świetnie sprawdziła, uwielbiam ją! Zapach był ekstra, no i działanie tak samo ekstra jak tutaj wyżej. Ja nigdy nie widzę większej różnicy między tymi wersjami poza zapachem, więc dla mnie super.
  • The Body Shop, nawadniająca maska do twarzy w płachcie z wodorostami - kolejny super produkt. Tutaj zapach nie był jakiś super, ekstra porywający, ale działanie było sztosem. Skóra była w super stanie, więc czad!
  • Aqua Advanced, nawilżająca maska w płachcie - maski w płachcie, jak widać, uwielbiam wszystkie i one dla mnie wszystko swoimi właściwościami się za bardzo nie różnią według mnie. Ale ta maska to był jeden wielki glut! Poważnie, ja byłam w szoku, wyciągnęłam maskę z opakowania i skminiłam, że to jest jakaś maska żelowa i kminiłam jak ją założyć, ale sam produkt był takiej dziwnej konsystencji, że nie wiedziałam co robić. Aczkolwiek! Maska sama w sobie jest super! Nie spływała z twarzy, ani płachta ani ten produkt, zapach był okej, ale nie był jakoś mocno wyczuwalny, za to twarz była w świetnym stanie! nawilżona, odżywiona i taka turbo zadbana! Bardzo świetna!

  • Bielenda, Bikini, kokosowa mgiełka do opalania, twarz + włosy SPF15 - kupiłam to z myślą o włosach oczywiście, nie ma nic w sklepach, co mogłoby chronić nasze włosy przed słońcem, temperaturą, ale i chlorem na basenie. A ja z moimi rozjaśnianymi, zmęczonymi włosami się bardzo bawię i bardzo dbam o nie zawsze. Ten produkt idzie do średniaków, bo w sumie nie wiem czy coś dał rzeczywiście - w Kenii byłam zaraz po keratynowym prostowaniu włosów, więc to też była swojego rodzaju 'ochrona', ale nie zauważyłam, żeby ta mgiełka im jakoś tubo mega pomogła, ale też nie zaszkodziła i jak na Kenię to nie było dramatu z włosami po powrocie, dlatego średniak.
  • Semi DiLino, odżywczy olejek do włosów - zamówiłam go kiedyś kiedyś mega przy okazji, bo mi brakowało do smarta na allegro - wiadomix. Tak leżał, leżał aż w końcu stwierdziłam, że ok sprawdzę w ogóle co to jest no i okazał się być olejkiem do włosów. Co prawda miał być na raz, ale mi spokojnie wystarczył praktycznie na 4 razy, co jest na plus, Ale niestety nie widziałam jakichś ekstra super efektów, jakich się spodziewałam. Zazwyczaj przy zmianie olejku do olejowania jest super efekt, a tutaj ten olejek był taki jak zawsze, bez szału.
  • Schwarzkopf, Glilss Kur, bio-tech restore, maska do włosów - wiecie co ta maska jest dla mnie dziwna, bo ogólnie działanie ma dość poprawne i na plus, fajnie wnika we włosy, odżywia je i sprawdza się na różnych płaszczyznach, jako odżywka, maska, czy nawet podkład pod olej jest super. Aczkolwiek wiecie co, ona ma tak dziwną konsystencję, bardzo gęstą i zbitą i dodatkowo taką śliską, że aż mi było niekomfortowo jej używać - poważnie. Dłonie się ślizgały, wszystko mi z rak wypadało, więc mega dziwne to było, na tyle że ja już nie chcę.
  • Yves Rocher, pomadka do ust, czerwone jabłuszko - tak zużywam teraz masę starych produktów i ta pomadka jest jedną z nich. Bardzo lubiłam te konsystencję, nie była taka tępa i sztuczna na ustach, tylko fajnie w nie wnikała, zapach też był super, no i działanie też było poprawne. Usta były ładnie nawilżona, ale nie był to efekt wow. Zdarzały się suche skórki i pewne niedociągnięcia, a np. po pomadkach z Alterra mam usta rewelacyjne, więc średnio, mogłoby być lepiej!

  • Avon, Naturals, body spray, mgiełka do ciała - oczywiście, co kto lubi, ja akurat za mgiełkami nie przepadałam nigdy, ale tak naprawdę dopiero teraz trafiłam na zajebiste mgiełki, a kiedyś męczyłam się z takimi jak te. Czyli słaby zapach, który na dodatek mega szybko się ulatniał, bardzo sztuczny i męczyłam się z nim okropnie.
  • Cien, płatki kosmetyczne, delikatne - niech was to nie zastanawia, ja w dalszym ciągu dostaję jakiegoś dziwnego zaćmienia i zmieniam moje ulubione waciki na jakieś dziwne i podejrzane. No te w niczym im nie dorównały, rozdwajały się, wkurzały w dotyku i o. 

PRZETERMINOWANE


Ostatnio przejrzałam jeszcze część rzeczy i wyrzucam parę produktów, które przeterminowały się już wieki temu albo nie nadają się do użycia. Jak np.: Kolastyna, odżywczy olejek do opalania SPF30, który praktycznie nie został użyty, ale nie ma się co dziwić, bo akurat produktów do opalania mamy w heja. Bielenda, MakeUp Academia, magic base, nawilżająca baza pod makijaż - użyłam parę razy, a niestety ostatnio jak chciałam to się na maksa zmieniła jej konsystencja, kolor i wszystko, więc niestety kosz. A i masę pomadek! Resibo, kojący balsam do ust, Eos, balsam do ust oraz Tisane, fresh balsam do ust. I mega żałuję, bo akurat wszystkie te produkty znam i lubię, a Eos to już w ogóle dla mnie jest mistrzem! Ale tak to jest, jak się ma 500 pomadek, niektóre rzuci się gdzieś w kąt i się o nich zapomina, dlatego żałuję bardzo! Ale wyobraźcie sobie, że tyle wyrzucam, a ja dalej mam kilka do zużycia... Jak to się stało? Nie wiem. 


Ale i parę próbek się jeszcze trafiło: Synchroline kremy do twarzy, nawilżające, odżywcze z SPF i koloryzujące - przeterminowały się, więc czas wyrzucić. Podobnie jest z Dermacol, mleczko do opalania dla dzieci wodoodporne SPF50 oraz krem ochronny do opalania SPF50 - przeoczyłam. Parę dni temu wyciągnęłam jest z torby z Kenii (nie pytajcie, to są tajemnice bez rozwiązania) i żałuję, że ich nie sprawdziłam, ale już nic nie zrobię. A Bielenda, krem przeciwzmarszczkowy liftingująca radiofrekwencja RF to już w ogóle srogo przeterminowany, nie wiem jak to możliwe, że tak długo u mnie przeleżał. Z kolei Mokosh, brązujący balsam do ciała i twarzy wyrzucam, nie dość, że prawie przeterminowany to ja go nie użyję, bo nie lubię nic co brązujące.

INNE UŻYCIE


Poza tym, wywalam też produkty, które u mnie już stały, leżały, a  mnie wkurzało to, że ich nie używam, że zapominam albo w  ogóle są bezsensu. Część była w koszyczkach ratunkowych jeszcze na weselu i tak je trzymam. Ale zużyłam! Co prawda trochę inaczej niż powinnam, ale zużyłam. Dokładniej to przecierałam nimi kurze, umywalkę, krany, prysznic i cokolwiek wpadło mi do rąk. I fajnie! Nie wyrzucam zmarnowanych, a trochę czyściej było, dzięki Isana, 3w1łagodne chusteczki oczyszczające, Cleanic, antybakteryjne chusteczki nawilżające (mieliśmy do tatuaży) i Cleanic, dezodorant w chusteczce 2w1.

W dalszym ciągu muszę powalczyć jeszcze z kolorówką i jej się głównie pozbyć, ale mam nadzieję, że już niedługo to ogarnę ;). A jak Wasze zużycia w marcu? :)


Miyo, Five Pounds paletka - Święty Graal

29 marca 2021

 
Hej! Tak! Nie mylicie się, przychodzę do Was z kolejną recenzją paletki! Rozszalałam się, ale cieszę się, że w końcu znalazłam w sobie jakąś magiczną motywację do ogarnięcia tej części bloga. Więc tak, od czasu do czasu się maluję, a jak już się pomaluję to ogarniam to pod kątem paletek do zrecenzowania, których jeszcze parę jest.
Dzisiaj idzie dosyć niewielka paletka, bo mamy w niej tylko 5 cieni! Więc zapraszam!

Miyo, Five Pounds
No. 16 Holy Grail


Paleta 5 cieni, które sa idealnie do siebie dopasowane pomoże stworzyć nam subtelny makijaż na dzień, jak i intensywny makijaż wieczorowy. 

Opakowanie jest takie, jakie widać, na stronie widzę trochę inne opakowania, więc nie wiem szczerze, jakie są obecne, ale te ze strony mi się dużo bardziej podobają oczywiście, ale to jest tylko wygląd opakowania, najważniejsze jest to, co mamy w środku. Najważniejsze, że paleta się nie rozpada, nie jest zdezelowana i działa bez zarzutów.
Paletka składa się z trzech cieni brokatowych; dwóch odcieni czerwieni i jedna pomarańcz oraz dwóch matowych; jeden jasny drugi ciemny.



Cienie ogólnie są nawet dobrej jakości. Mam wrażenie, że te matowe mogłyby być dużo lepiej napigmentowane, bo trochę musiałam się namachać, żeby w ogóle dało się zobaczyć jakikolwiek kolor na ręce. Dodatkowo mam wrażenie, jakby były lekko tępe, przy robieniu swatchy mega ciężko mi się z nimi pracowało. I tak samo jest wykonując makijaż, parę razy trzeba dobrze pokminić, żeby uzyskać na oku oczekiwany efekt. Do brokatowych nie mam się do czego przyczepić, bo z nimi pracuje się dużo łatwiej i przyjemniej. Są miękkie, turbo napigmentowane, pięknie połyskują  i nie trzeba dokładać tysiąca dodatkowych warstw, żeby uzyskać fajny efekt na oku. 
Czy cienie są dobrze ze sobą skomponowane? Jako osoba, która nie zna się za bardzo na makijażu nie powiedziałabym, że jest to uniwersalna paletka. Nie biorę jej nigdy samej na wyjazd, bo za bardzo bym nie wiedziała, co mogłabym z niej wymodzić. Szkoda, że są dwa odcienie czerwieni, zamiast jednej z nich mógłby być spokojnie jakiś inny odcień i już by było lepiej. Jak już próbowałam pod ten wpis, to coś tam mi się udało, ale nie powiedziałabym, że jestem usatysfakcjonowana.


Tutaj, jak widzicie od razu poleciałam z czymś bardziej kolorowym i średnio na dzień (przynajmniej dla mnie). Czułam się dość imprezowo, a tak naprawdę siedziałam tylko w domu, więc coś mi tu nie grało. I ten ciemny odcień mógłby być zdecydowanie ciemniejszy to byłoby fajniej! Jest okej, ale jednak czuję jakiś niedosyt tutaj i czegoś mi brakuje, ale uwidziałam sobie makijaże tylko tymi paletkami, więc tego się trzymam!


Tu poszłam w swój klasyk, czyli jasna powieka i przyciemniony zewnętrzny kącik. Mam nadzieję, że co nieco jesteście w stanie zobaczyć. Użyłam tutaj tylko te dwa maty, z którymi się dość ciężko pracuje i na pierwsze zetknięcie z powieką są niewidoczne, a do tego aparat zjada kolory. Aczkolwiek po kilku dołożeniach cienia wszystko cacy widać i wygląda, aż byłam pozytywnie zaskoczona, ale fakt faktem na ilość użytych cieni, nie był to szybki makijaż, jak zazwyczaj udaje mi się zrobić ;).


I jeszcze jeden makijaż, ale nie tylko tą jedną paletką. Wiecie ja jestem makijażowym noobem nie umiem i się nie znam, ale stwierdziłam, że wow pewnie te brokaty nakładane palcami będą miały dużo lepszą pigmentację niż nałożone pędzelkami. W sumie nie myliłam się, bo efekt był dużo lepszy, którego na zdjęciach oczywiście nie widać, ale to dlatego, że dużo ciężej się je wtedy blendowało, jakoś nie ogarniałam jak t zrobić, żeby to ładne było. Dlatego ratowałam się inną paletką i aż eyelinerem, żeby uratować sytuacje. Ale, jak z eyelinerem nie miałam problemów, to mój ulubiony ciemny brąz, którego zazwyczaj używam do zaciemniania zewnętrznego kącika miał tu spore problemu. Musiałam dokładać i dokładać, żeby jakoś to wyglądało, więc jakkolwiek pigmentacja cieni nałożonych palcami była świetna, tak cała reszta już w moim wykonaniu okazała się być klapą. Ale ja nie umiem i nie mam wprawy, więc myślę, że na pewno są sposoby na ratowanie sytuacji ;).


Ja tę paletkę wykorzystuję zawsze, jako dodatek do innych paletek, takie uzupełnienie. W tej roli ją uwielbia! Najczęściej używam tych brokatów na dolnej powiece, przyciemniam delikatnie tym czekoladowym i tutaj wykończenie mi się bardzo podoba. Zdecydowanie jestem w stanie użyć brokaty właśnie w taki sposób, paletka solo byłaby u mnie totalnie bezużyteczna i nie mam pojęcia, co miałabym z nią zrobić. 
Ale problemem tutaj może być głównie kolorystyka, bo wystarczy, że ciemniejszy mat byłby mocniejszy, beżowy mat dużo jaśniejszy, a pomarańczowy brokat zrobiłabym turbo jasny, a jedną czerwień zamieniła na inny kolor, może np. fiolet i ja wtedy bym była oczarowana i byłaby idealna. Więc jestem przekonana, że są osoby, które byłyby zachwycone tymi kolorami :).

Paletka kosztuje ok. 25zł i jak patrzę na stronie to zaciekawiły mnie paletki: 10 - Fancy Peach, 11 - Feminine Flame, 21 - Guess who, tak w całości! Z większości bym wydarła parę cieni i zrobiła sobie swoią wymarzoną paletkę ;).


Co myślicie? Podoba Wam się?


Femmeluxe dla ciężarnej i dla przyjaciółki!

26 marca 2021


Cześć! Co tam u Was słychać? Wyobrażacie sobie, że już kończy się marzec? A nas czeka kolejny lockdown? Masakra, ja już mam tak tego dość i marzę o tym, żeby było w końcu normalnie... No, ale myślę, że i te święta Wielkanocne na pewno nie będą wyglądały, jak rok temu, bo jednak ludzie sami się nie dadzą już tak zamknąć, jak rok temu, ale w dalszym ciągu. My w domu na pewno nie będziemy siedzieć, bo mam za dużo fajnych nowych ciuchów, które chcę po prostu założyć! Zobaczymy co nam przyniesie przyszłość.


W takim razie, dzisiaj będzie ponownie ubraniowo! Wróciłam po przerwie do Femme Luxe i zaryzykowałam zamawiając parę ubrań mimo tego, że jestem w ciąży. Wybierałam ubrania głównie pod kątem przydatności po rozwiązaniu, ale udało mi się znaleźć dwie rzeczy, które mogę nosić i już teraz, a tak naprawdę to zmieściłam się we wszystko! Dlatego jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Przy okazji, zamówiłam dla przyjaciółki dresy, które też Wam tutaj pokażę, więc można powiedzieć double win!
No to let's go!


Na początek polecą rzeczy z ostatniego zdjęcia na insta!




Nie wiem czy muszę o tym wspominać, ale jestem ogromną fanką kardiganów, swetrów, kocy i wszystkiego, co otulające! Uwielbiam takie niezapinane sweterki, które dają mi możliwość czuć się przytulnie, ale przy okazji nie jest w nich jakoś mega gorąco, ale grzeją tam gdzie powinny. Mam mnóstwo takich kardiganów i chodzę w nich cały czas i osobiście uważam, że idealnie dopełniają każdą stylizację i domową i taką wyjściową na salony, ale i żeby szybko przebiec się do sklepu.
Ten kardigan z Femme Luxe jest po prostu rewelacyjny! Jest najdłuższy ze wszystkich, jakie mam i zastanawiałam się początkowo czy będzie mi w nim dobrze, ale zakochałam się od pierwszego założenia. Długość jest ekstra, splot jest świetny, rękawy nie takie zwykłe proste tylko lekko powiększone i bufiaste, więc też sprawia, że ta forma jest taka ciekawsza i fajniejsza. Sprawdzi się dla mnie w domu, na spacerze, ale myślę, że spokojnie założę go do jakiejś sukienki, kiedy będę chciała być bardziej fancy. No uwielbiam go! Nie mechaci się, jak na razie, nie drapie, jest miękki i milusi i ahh. Będę śmigać z wózkiem i w nim!


Faux Leather Leggins - Legginsy 'ze skóry'



Pisałam Wam już o tym, że w legginsach obecnie żyję, ale w takich ciążowych i materiałowych, ale wiadomo jak zależy mi na tym, żeby gdzieś wyjść to takie legginsy wypada zostawić w domu, więc wtedy wbijam się w kiecki albo w jedne legginsy, które mam - też 'skórzane'. Zamówiłam też takie z Femme Luxe bardziej z myślą o tym, co będzie po porodzie, bo nie wierzyłam, że się w nie wcisnę, ale weszłam w nie! Wyobrażacie sobie? Ja byłam w szoku, ale udało się!
I musze przyznać, że jest to świetny wybór, legginsy są super elastyczne, ale nie rozciągliwe, to nie jest tak, że wpakuję w nie mój brzuch i zaraz legginsy tracą swoją formę i rozmiar, po prostu nie. Idealnie dopasowują się do ciała i wiem że będę po nie bardzo często sięgać, kiedy nie będę miała ochoty na sukienkę tylko na jakieś spodnie. Idealnie pasują do moich ulubionych kardiganów, ale i jakiś elegantszy sweterek, czy marynarka, koszula i klasa! Nawet w ciąży można wyglądać jakoś. Jakościowo wydają się być super trwałe i prędko się nie powinny zniszczyć, więc naprawdę klasa - jestem mega zadowolona! Dla ciężarnych i nie ciężarnych, legginsy nie będą Was uciskać w brzuch, więc warto ;)

No i przechodzimy do dresów! Razem z psiapsi wybrałyśmy całkiem inne zestawy dresowe, bo nie ma nic lepszego i wygodniejszego, na co dzień, jak i do opieki nad dzieckiem (a tym kryterium ostatnio sugeruję się cały czas). Wybrałyśmy przeróżne wersje, więc zobaczcie sami.


Womens Tracksuit Sets - zestaw dresowy Maria, granatowy


Moja przyjaciółka wybrała ten zestaw Maria w odcieniu granatowym. Ja Marię znam! Też mam taki zestaw, ale w odcieniu beżowym z taką połyskującą nitką, głównie towarzyszył mi na Meet Beauty w zeszłym roku i się super sprawdza. Aczkolwiek są pewne różnice między nimi.
Jeśli chodzi o ten zestaw dresowy granatowy, to nie wiem dlaczego materiał jest dużo cieńszy niż tego dresu, który ja mam. W sumie od początku dało się odczuć różnicę w materiale, coś tam zostało zmienione, tym bardziej że ta wersja prześwituje i to całkiem bardzo - da się to zobaczyć na powyższych zdjęciach w okolicach ramion. Spodnie, jak i bluza w niektórych miejscach bardzo przebija ciało lub bieliznę spod spodu, co nie jest za fajne.
Ale dres sam w sobie gdyby nie materiał jest naprawdę fajny, jest wygodny, jest ładny, ma bardzo fajny kolor - taki głęboki dość ciemny granatowy, rozmiarowo pasuje idealnie, więc tym bardziej szkoda, że tak prześwituje.


Womens Tracksuit Sets - zestaw dresowy Sibyl, beżowy



I mój zestaw dresowy! Stwierdziłam, że na chwilę obecną, jak i po porodzie przyda mi się dres z rozpinaną bluzą, teraz go nie zapinam bo brzuch, a potem będzie łatwy dostęp do karmienia! W spodnie o dziwo się zmieściłam, ale na pewno nie będę teraz w nim chodzić bo lekko uciska, więc chętnie poczekam na po porodzie.
Ale wiem, że idealnie się u mnie sprawdzi na spacery, na latanie i ogarnianie mieszkania, na szybkie wyjście do sklepu - bomba. Lubię takie rzeczy, bo oczywiście można nosić razem, ale i oddzielnie, same spodnie, sama bluza, więc mega praktycznie. Dres ma super kolor, taki trochę, jak wielbłąd, ale mega mi spasował, jest miękki, trochę grubszy od innych dresów i dodatkowo wewnątrz jest wyłożony misiem, Ale, żeby nie było tak kolorowo to ten miś się strasznie obiera! Nosiłam bluzę raz cały dzień i jak ściągnęłam to cała czarna koszulka była w beżowych farfoclach, które trochę ciężko się ściągało, a i w praniu za bardzo się nie odczepiło, więc trzeba się pomęczyć. Mam nadzieję, że przestaną się obierać po pierwszym praniu, bo mój plan legnie w gruzach. nie chciałabym za każdym razem męczyć się z tymi farfoclami.


Któa rzecz Wam się podoba najbardziej? I co by się u Was sprawdziło? A może macie jakieś sposoby na obierające się misie? Dajcie znać!


Uzupełnienie idealnego zapachu od Ariana Grande
Żel pod prysznic i balsam do ciała

23 marca 2021

 
Hej! Co tam u Was słychać! Dajcie koniecznie znać, ja się ostatnio tak relaksuję, tak odpoczywam, że niesamowite jest to, że wystarczy jedna rzecz, która nam odchodzi od obowiązków i od razu czuję się cudownie, lekko, z pustą głową i aż się chce działać, bo w końcu jest czas na luzie. Co prawda ja nigdy nie rezygnowałam z przyjemności na rzecz nauki, ale jednak z tyłu głowy zawsze siedzi taka kmina 'A powinnaś się uczyć' - a teraz taki błogi spokój! Cudownie!


A, jak już jest mi dzisiaj tak cudownie to stwierdziłam, że podzielę się z Wami moją opinią na temat uzupełniających produktów Ariana Grande, Moonlight. Dostałam na święta cały zestaw razem z produktami do ciała i już Wam powiem, że żałuję, że tak ochoczo ich używałam, bo to oznacza, że skończą się zdecydowanie za szybko. Ale zapraszam do recenzji!


Ariana Grande, Moonlight
Żel pod prysznic

Już od pierwszego użyci byłam zakochana. Zapach jest prawie identyczny, jak same perfumy, no po prostu klasa, a ja się czuję jak Afrodyta w kąpieli mlecznej. Na maksa luksusowo, na maksa pachnąco, to jest zdecydowanie coś co ja i mój nos uwielbiamy. 
Opakowanie jest bardzo wygodne, smukła tubka, z której wygodnie się korzysta, tym bardziej, że cały czas 'stoi na głowie', więc klasa. Konsystencja jest idealna, nie za gęsta, nie za rzadka, może lekko glutkowata, ale wcale to nie przeszkadza w użytkowaniu. Wygodnie się używa solo, jak i za pomocą gąbki czy myjki, ale wiadomo, że z myjką wystarczy użyć mniej produktu, a ma się go więcej. Cudownie się pieni. No i pachnie, jak marzenie, o czym już wspominałam - magia. Jak ktoś lubi zapach perfum, to i w żelu pod prysznic się zakochanie.
Żel myje, to jest najważniejsze, nie zauważyłam wysuszenia skóry, nie czułam potrzeby natychmiastowego nałożenia balsamu, więc to też jest ważne i fajne! Nie klei się, nie zostawia tłustego filmu na skórze, więc dla mnie jest idealny.
Poza tym, że pewnie nie można go dostać nigdzie ot tak o, nie kupując zestawu, a nawet jakby to pewnie by był turbo drogi, ale tak w zestawie to jest bomba!



Ariana Grande, Moonlight
Balsma do ciała

Szczerze przyznam, że obawiałam się tego balsamu. Jak żel za wielu funkcji nie ma i ma głównie tylko umyć skórę i pachnieć ładnie (dla mnie), tak jednak od balsamu wymaga się więcej, bo on zostaję na skórze, jest wchłaniany, nie zmywamy go, więc może trochę nabroić. A jakoś nie spodziewałam się, że firma skupiająca się na perfumach skupi się też na jakimś tam balsami do ciała dołączanego do zestawu. 
No, ale! Tubka jest znowu bardzo fajna, wygodna w użytkowaniu, smukła, więc idealnie 'siedzi' w dłoni i tu jest klasa! Nie ma problemu z wydobywaniem balsamu z opakowania, dzięki tez temu, że ma bardzo fajną konsystencję; taką w sam raz nie za gęstą, nie za rzadką, jednak w dalszym ciągu jak najbardziej konkretną i treściwą. Balsam nie pachnie już, jak perfumy, ale bardzo podobnie powiedziałabym, że jest to dość stonowana jego wersja, taka delikatna, trochę bardziej wygłuszona, ale w dalszym ciągu pachnie ładnie i zapach super mi pasuje.
Wygodnie rozsmarowuje się balsam do ciała i dosyć szybko się wchłania - tak standardowo. Nie zostawia po sobie tłustego filmu, nie klei się i nie ma problemu z późniejszym ubieraniem się, a to jest dla mnie ważne. Jeśli chodzi o działanie, to balsam jest naprawdę przyjemny! Lekko nawilża, lekko odżywia i na pewno dba o skórę. Nie są to efekty na miarę jakiegoś turbo odżywczego masła do ciała, ale jak na taki produkt ja jestem zadowolona. Nie wysusza skóry, nie podrażnia jej, nie powoduje żadnych uczuleń, więc dla mnie to jest super. Idealne mniejsze opakowanie nadaje się na wyjazdy. Więc tu jestem bardzo zadowolona!


Jeśli będzie chcieli kupować perfumy Moonlight to, jak najbardziej opłaca się zerknąć na cały zestaw. Przy dobrych wiatrach cenowo opłaca się to bardzo, a czasem nawet zapłacicie mniej za zestaw niż za sam flakon perfum - nigdy nie wiem od czego to zależy, ale ja bardzo polecam.
Używałam wszystkie trzy produkty na raz i to jest takie combo, że szok! Żel pod prysznic się nie ulatnia, balsam stonowanie go utrzymuje na skórze, a jak użyjemy perfum to już w ogóle pachniemy, jak luksus. Ja jestem zachwycona i bardzo polecam ! :)