Miyo, Five Pounds paletka - Święty Graal

29 marca 2021

 
Hej! Tak! Nie mylicie się, przychodzę do Was z kolejną recenzją paletki! Rozszalałam się, ale cieszę się, że w końcu znalazłam w sobie jakąś magiczną motywację do ogarnięcia tej części bloga. Więc tak, od czasu do czasu się maluję, a jak już się pomaluję to ogarniam to pod kątem paletek do zrecenzowania, których jeszcze parę jest.
Dzisiaj idzie dosyć niewielka paletka, bo mamy w niej tylko 5 cieni! Więc zapraszam!

Miyo, Five Pounds
No. 16 Holy Grail


Paleta 5 cieni, które sa idealnie do siebie dopasowane pomoże stworzyć nam subtelny makijaż na dzień, jak i intensywny makijaż wieczorowy. 

Opakowanie jest takie, jakie widać, na stronie widzę trochę inne opakowania, więc nie wiem szczerze, jakie są obecne, ale te ze strony mi się dużo bardziej podobają oczywiście, ale to jest tylko wygląd opakowania, najważniejsze jest to, co mamy w środku. Najważniejsze, że paleta się nie rozpada, nie jest zdezelowana i działa bez zarzutów.
Paletka składa się z trzech cieni brokatowych; dwóch odcieni czerwieni i jedna pomarańcz oraz dwóch matowych; jeden jasny drugi ciemny.



Cienie ogólnie są nawet dobrej jakości. Mam wrażenie, że te matowe mogłyby być dużo lepiej napigmentowane, bo trochę musiałam się namachać, żeby w ogóle dało się zobaczyć jakikolwiek kolor na ręce. Dodatkowo mam wrażenie, jakby były lekko tępe, przy robieniu swatchy mega ciężko mi się z nimi pracowało. I tak samo jest wykonując makijaż, parę razy trzeba dobrze pokminić, żeby uzyskać na oku oczekiwany efekt. Do brokatowych nie mam się do czego przyczepić, bo z nimi pracuje się dużo łatwiej i przyjemniej. Są miękkie, turbo napigmentowane, pięknie połyskują  i nie trzeba dokładać tysiąca dodatkowych warstw, żeby uzyskać fajny efekt na oku. 
Czy cienie są dobrze ze sobą skomponowane? Jako osoba, która nie zna się za bardzo na makijażu nie powiedziałabym, że jest to uniwersalna paletka. Nie biorę jej nigdy samej na wyjazd, bo za bardzo bym nie wiedziała, co mogłabym z niej wymodzić. Szkoda, że są dwa odcienie czerwieni, zamiast jednej z nich mógłby być spokojnie jakiś inny odcień i już by było lepiej. Jak już próbowałam pod ten wpis, to coś tam mi się udało, ale nie powiedziałabym, że jestem usatysfakcjonowana.


Tutaj, jak widzicie od razu poleciałam z czymś bardziej kolorowym i średnio na dzień (przynajmniej dla mnie). Czułam się dość imprezowo, a tak naprawdę siedziałam tylko w domu, więc coś mi tu nie grało. I ten ciemny odcień mógłby być zdecydowanie ciemniejszy to byłoby fajniej! Jest okej, ale jednak czuję jakiś niedosyt tutaj i czegoś mi brakuje, ale uwidziałam sobie makijaże tylko tymi paletkami, więc tego się trzymam!


Tu poszłam w swój klasyk, czyli jasna powieka i przyciemniony zewnętrzny kącik. Mam nadzieję, że co nieco jesteście w stanie zobaczyć. Użyłam tutaj tylko te dwa maty, z którymi się dość ciężko pracuje i na pierwsze zetknięcie z powieką są niewidoczne, a do tego aparat zjada kolory. Aczkolwiek po kilku dołożeniach cienia wszystko cacy widać i wygląda, aż byłam pozytywnie zaskoczona, ale fakt faktem na ilość użytych cieni, nie był to szybki makijaż, jak zazwyczaj udaje mi się zrobić ;).


I jeszcze jeden makijaż, ale nie tylko tą jedną paletką. Wiecie ja jestem makijażowym noobem nie umiem i się nie znam, ale stwierdziłam, że wow pewnie te brokaty nakładane palcami będą miały dużo lepszą pigmentację niż nałożone pędzelkami. W sumie nie myliłam się, bo efekt był dużo lepszy, którego na zdjęciach oczywiście nie widać, ale to dlatego, że dużo ciężej się je wtedy blendowało, jakoś nie ogarniałam jak t zrobić, żeby to ładne było. Dlatego ratowałam się inną paletką i aż eyelinerem, żeby uratować sytuacje. Ale, jak z eyelinerem nie miałam problemów, to mój ulubiony ciemny brąz, którego zazwyczaj używam do zaciemniania zewnętrznego kącika miał tu spore problemu. Musiałam dokładać i dokładać, żeby jakoś to wyglądało, więc jakkolwiek pigmentacja cieni nałożonych palcami była świetna, tak cała reszta już w moim wykonaniu okazała się być klapą. Ale ja nie umiem i nie mam wprawy, więc myślę, że na pewno są sposoby na ratowanie sytuacji ;).


Ja tę paletkę wykorzystuję zawsze, jako dodatek do innych paletek, takie uzupełnienie. W tej roli ją uwielbia! Najczęściej używam tych brokatów na dolnej powiece, przyciemniam delikatnie tym czekoladowym i tutaj wykończenie mi się bardzo podoba. Zdecydowanie jestem w stanie użyć brokaty właśnie w taki sposób, paletka solo byłaby u mnie totalnie bezużyteczna i nie mam pojęcia, co miałabym z nią zrobić. 
Ale problemem tutaj może być głównie kolorystyka, bo wystarczy, że ciemniejszy mat byłby mocniejszy, beżowy mat dużo jaśniejszy, a pomarańczowy brokat zrobiłabym turbo jasny, a jedną czerwień zamieniła na inny kolor, może np. fiolet i ja wtedy bym była oczarowana i byłaby idealna. Więc jestem przekonana, że są osoby, które byłyby zachwycone tymi kolorami :).

Paletka kosztuje ok. 25zł i jak patrzę na stronie to zaciekawiły mnie paletki: 10 - Fancy Peach, 11 - Feminine Flame, 21 - Guess who, tak w całości! Z większości bym wydarła parę cieni i zrobiła sobie swoią wymarzoną paletkę ;).


Co myślicie? Podoba Wam się?


Femmeluxe dla ciężarnej i dla przyjaciółki!

26 marca 2021


Cześć! Co tam u Was słychać? Wyobrażacie sobie, że już kończy się marzec? A nas czeka kolejny lockdown? Masakra, ja już mam tak tego dość i marzę o tym, żeby było w końcu normalnie... No, ale myślę, że i te święta Wielkanocne na pewno nie będą wyglądały, jak rok temu, bo jednak ludzie sami się nie dadzą już tak zamknąć, jak rok temu, ale w dalszym ciągu. My w domu na pewno nie będziemy siedzieć, bo mam za dużo fajnych nowych ciuchów, które chcę po prostu założyć! Zobaczymy co nam przyniesie przyszłość.


W takim razie, dzisiaj będzie ponownie ubraniowo! Wróciłam po przerwie do Femme Luxe i zaryzykowałam zamawiając parę ubrań mimo tego, że jestem w ciąży. Wybierałam ubrania głównie pod kątem przydatności po rozwiązaniu, ale udało mi się znaleźć dwie rzeczy, które mogę nosić i już teraz, a tak naprawdę to zmieściłam się we wszystko! Dlatego jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Przy okazji, zamówiłam dla przyjaciółki dresy, które też Wam tutaj pokażę, więc można powiedzieć double win!
No to let's go!


Na początek polecą rzeczy z ostatniego zdjęcia na insta!




Nie wiem czy muszę o tym wspominać, ale jestem ogromną fanką kardiganów, swetrów, kocy i wszystkiego, co otulające! Uwielbiam takie niezapinane sweterki, które dają mi możliwość czuć się przytulnie, ale przy okazji nie jest w nich jakoś mega gorąco, ale grzeją tam gdzie powinny. Mam mnóstwo takich kardiganów i chodzę w nich cały czas i osobiście uważam, że idealnie dopełniają każdą stylizację i domową i taką wyjściową na salony, ale i żeby szybko przebiec się do sklepu.
Ten kardigan z Femme Luxe jest po prostu rewelacyjny! Jest najdłuższy ze wszystkich, jakie mam i zastanawiałam się początkowo czy będzie mi w nim dobrze, ale zakochałam się od pierwszego założenia. Długość jest ekstra, splot jest świetny, rękawy nie takie zwykłe proste tylko lekko powiększone i bufiaste, więc też sprawia, że ta forma jest taka ciekawsza i fajniejsza. Sprawdzi się dla mnie w domu, na spacerze, ale myślę, że spokojnie założę go do jakiejś sukienki, kiedy będę chciała być bardziej fancy. No uwielbiam go! Nie mechaci się, jak na razie, nie drapie, jest miękki i milusi i ahh. Będę śmigać z wózkiem i w nim!


Faux Leather Leggins - Legginsy 'ze skóry'



Pisałam Wam już o tym, że w legginsach obecnie żyję, ale w takich ciążowych i materiałowych, ale wiadomo jak zależy mi na tym, żeby gdzieś wyjść to takie legginsy wypada zostawić w domu, więc wtedy wbijam się w kiecki albo w jedne legginsy, które mam - też 'skórzane'. Zamówiłam też takie z Femme Luxe bardziej z myślą o tym, co będzie po porodzie, bo nie wierzyłam, że się w nie wcisnę, ale weszłam w nie! Wyobrażacie sobie? Ja byłam w szoku, ale udało się!
I musze przyznać, że jest to świetny wybór, legginsy są super elastyczne, ale nie rozciągliwe, to nie jest tak, że wpakuję w nie mój brzuch i zaraz legginsy tracą swoją formę i rozmiar, po prostu nie. Idealnie dopasowują się do ciała i wiem że będę po nie bardzo często sięgać, kiedy nie będę miała ochoty na sukienkę tylko na jakieś spodnie. Idealnie pasują do moich ulubionych kardiganów, ale i jakiś elegantszy sweterek, czy marynarka, koszula i klasa! Nawet w ciąży można wyglądać jakoś. Jakościowo wydają się być super trwałe i prędko się nie powinny zniszczyć, więc naprawdę klasa - jestem mega zadowolona! Dla ciężarnych i nie ciężarnych, legginsy nie będą Was uciskać w brzuch, więc warto ;)

No i przechodzimy do dresów! Razem z psiapsi wybrałyśmy całkiem inne zestawy dresowe, bo nie ma nic lepszego i wygodniejszego, na co dzień, jak i do opieki nad dzieckiem (a tym kryterium ostatnio sugeruję się cały czas). Wybrałyśmy przeróżne wersje, więc zobaczcie sami.


Womens Tracksuit Sets - zestaw dresowy Maria, granatowy


Moja przyjaciółka wybrała ten zestaw Maria w odcieniu granatowym. Ja Marię znam! Też mam taki zestaw, ale w odcieniu beżowym z taką połyskującą nitką, głównie towarzyszył mi na Meet Beauty w zeszłym roku i się super sprawdza. Aczkolwiek są pewne różnice między nimi.
Jeśli chodzi o ten zestaw dresowy granatowy, to nie wiem dlaczego materiał jest dużo cieńszy niż tego dresu, który ja mam. W sumie od początku dało się odczuć różnicę w materiale, coś tam zostało zmienione, tym bardziej że ta wersja prześwituje i to całkiem bardzo - da się to zobaczyć na powyższych zdjęciach w okolicach ramion. Spodnie, jak i bluza w niektórych miejscach bardzo przebija ciało lub bieliznę spod spodu, co nie jest za fajne.
Ale dres sam w sobie gdyby nie materiał jest naprawdę fajny, jest wygodny, jest ładny, ma bardzo fajny kolor - taki głęboki dość ciemny granatowy, rozmiarowo pasuje idealnie, więc tym bardziej szkoda, że tak prześwituje.


Womens Tracksuit Sets - zestaw dresowy Sibyl, beżowy



I mój zestaw dresowy! Stwierdziłam, że na chwilę obecną, jak i po porodzie przyda mi się dres z rozpinaną bluzą, teraz go nie zapinam bo brzuch, a potem będzie łatwy dostęp do karmienia! W spodnie o dziwo się zmieściłam, ale na pewno nie będę teraz w nim chodzić bo lekko uciska, więc chętnie poczekam na po porodzie.
Ale wiem, że idealnie się u mnie sprawdzi na spacery, na latanie i ogarnianie mieszkania, na szybkie wyjście do sklepu - bomba. Lubię takie rzeczy, bo oczywiście można nosić razem, ale i oddzielnie, same spodnie, sama bluza, więc mega praktycznie. Dres ma super kolor, taki trochę, jak wielbłąd, ale mega mi spasował, jest miękki, trochę grubszy od innych dresów i dodatkowo wewnątrz jest wyłożony misiem, Ale, żeby nie było tak kolorowo to ten miś się strasznie obiera! Nosiłam bluzę raz cały dzień i jak ściągnęłam to cała czarna koszulka była w beżowych farfoclach, które trochę ciężko się ściągało, a i w praniu za bardzo się nie odczepiło, więc trzeba się pomęczyć. Mam nadzieję, że przestaną się obierać po pierwszym praniu, bo mój plan legnie w gruzach. nie chciałabym za każdym razem męczyć się z tymi farfoclami.


Któa rzecz Wam się podoba najbardziej? I co by się u Was sprawdziło? A może macie jakieś sposoby na obierające się misie? Dajcie znać!


Uzupełnienie idealnego zapachu od Ariana Grande
Żel pod prysznic i balsam do ciała

23 marca 2021

 
Hej! Co tam u Was słychać! Dajcie koniecznie znać, ja się ostatnio tak relaksuję, tak odpoczywam, że niesamowite jest to, że wystarczy jedna rzecz, która nam odchodzi od obowiązków i od razu czuję się cudownie, lekko, z pustą głową i aż się chce działać, bo w końcu jest czas na luzie. Co prawda ja nigdy nie rezygnowałam z przyjemności na rzecz nauki, ale jednak z tyłu głowy zawsze siedzi taka kmina 'A powinnaś się uczyć' - a teraz taki błogi spokój! Cudownie!


A, jak już jest mi dzisiaj tak cudownie to stwierdziłam, że podzielę się z Wami moją opinią na temat uzupełniających produktów Ariana Grande, Moonlight. Dostałam na święta cały zestaw razem z produktami do ciała i już Wam powiem, że żałuję, że tak ochoczo ich używałam, bo to oznacza, że skończą się zdecydowanie za szybko. Ale zapraszam do recenzji!


Ariana Grande, Moonlight
Żel pod prysznic

Już od pierwszego użyci byłam zakochana. Zapach jest prawie identyczny, jak same perfumy, no po prostu klasa, a ja się czuję jak Afrodyta w kąpieli mlecznej. Na maksa luksusowo, na maksa pachnąco, to jest zdecydowanie coś co ja i mój nos uwielbiamy. 
Opakowanie jest bardzo wygodne, smukła tubka, z której wygodnie się korzysta, tym bardziej, że cały czas 'stoi na głowie', więc klasa. Konsystencja jest idealna, nie za gęsta, nie za rzadka, może lekko glutkowata, ale wcale to nie przeszkadza w użytkowaniu. Wygodnie się używa solo, jak i za pomocą gąbki czy myjki, ale wiadomo, że z myjką wystarczy użyć mniej produktu, a ma się go więcej. Cudownie się pieni. No i pachnie, jak marzenie, o czym już wspominałam - magia. Jak ktoś lubi zapach perfum, to i w żelu pod prysznic się zakochanie.
Żel myje, to jest najważniejsze, nie zauważyłam wysuszenia skóry, nie czułam potrzeby natychmiastowego nałożenia balsamu, więc to też jest ważne i fajne! Nie klei się, nie zostawia tłustego filmu na skórze, więc dla mnie jest idealny.
Poza tym, że pewnie nie można go dostać nigdzie ot tak o, nie kupując zestawu, a nawet jakby to pewnie by był turbo drogi, ale tak w zestawie to jest bomba!



Ariana Grande, Moonlight
Balsma do ciała

Szczerze przyznam, że obawiałam się tego balsamu. Jak żel za wielu funkcji nie ma i ma głównie tylko umyć skórę i pachnieć ładnie (dla mnie), tak jednak od balsamu wymaga się więcej, bo on zostaję na skórze, jest wchłaniany, nie zmywamy go, więc może trochę nabroić. A jakoś nie spodziewałam się, że firma skupiająca się na perfumach skupi się też na jakimś tam balsami do ciała dołączanego do zestawu. 
No, ale! Tubka jest znowu bardzo fajna, wygodna w użytkowaniu, smukła, więc idealnie 'siedzi' w dłoni i tu jest klasa! Nie ma problemu z wydobywaniem balsamu z opakowania, dzięki tez temu, że ma bardzo fajną konsystencję; taką w sam raz nie za gęstą, nie za rzadką, jednak w dalszym ciągu jak najbardziej konkretną i treściwą. Balsam nie pachnie już, jak perfumy, ale bardzo podobnie powiedziałabym, że jest to dość stonowana jego wersja, taka delikatna, trochę bardziej wygłuszona, ale w dalszym ciągu pachnie ładnie i zapach super mi pasuje.
Wygodnie rozsmarowuje się balsam do ciała i dosyć szybko się wchłania - tak standardowo. Nie zostawia po sobie tłustego filmu, nie klei się i nie ma problemu z późniejszym ubieraniem się, a to jest dla mnie ważne. Jeśli chodzi o działanie, to balsam jest naprawdę przyjemny! Lekko nawilża, lekko odżywia i na pewno dba o skórę. Nie są to efekty na miarę jakiegoś turbo odżywczego masła do ciała, ale jak na taki produkt ja jestem zadowolona. Nie wysusza skóry, nie podrażnia jej, nie powoduje żadnych uczuleń, więc dla mnie to jest super. Idealne mniejsze opakowanie nadaje się na wyjazdy. Więc tu jestem bardzo zadowolona!


Jeśli będzie chcieli kupować perfumy Moonlight to, jak najbardziej opłaca się zerknąć na cały zestaw. Przy dobrych wiatrach cenowo opłaca się to bardzo, a czasem nawet zapłacicie mniej za zestaw niż za sam flakon perfum - nigdy nie wiem od czego to zależy, ale ja bardzo polecam.
Używałam wszystkie trzy produkty na raz i to jest takie combo, że szok! Żel pod prysznic się nie ulatnia, balsam stonowanie go utrzymuje na skórze, a jak użyjemy perfum to już w ogóle pachniemy, jak luksus. Ja jestem zachwycona i bardzo polecam ! :)

The Body Shop, zestaw trzech masek w płachcie

20 marca 2021

 
Cześć! To już dziś, dziś zaczęła się moja wolność i zarazem wiosna (jak już mam dobrą sobotę to stwierdziłam, że wiosna może się zacząć i dzisiaj - dla mnie), ale dzisiaj zaczęłam odpoczywanie! Wspominałam Wam może, że robię kurs na I stopień rachunkowości, a na pewno wspominałam o tym na insta! Kurs zaczęłam jakoś w październiku/listopadzie i dzisiaj właśnie miałam ostateczny egzamin! Mam nadzieję, że poszło mi super (sama za siebie trzymam kciuki), ale w końcu na jakiś czas nie będę musiała się więcej uczyć, mogę odpoczywać, mam wolne soboty i wolne popołudnia. A to oznacza, że wracam tutaj na pełnej, w końcu mam czas na Wasze blogi, na komentowanie, na pisanie, na planowanie i jaram się niesamowicie!
No to ta słowem wstępu <3


A dzisiaj przyszedł czas na maski w płachcie od The Body Shop, powoli będę zużywać Kalendarz Adwentowy The Body Shop z tamtego roku i mam nadzieję, że zejdzie mi z tym ciut szybciej niż z innymi kosmetykami, ale zobaczymy. Na pierwszy ogień idą najłatwiejsze produkty, bo maski w płachcie! 
A ja takie maski uwielbiam, nie lubię nakładania, zmywania, babrania się, mieszania - to zdecydowanie nie jest dla mnie. Uwielbiam to, że wyciągam maskę, nakładam, tr5zymam, leżę, ściągam, wmasuję resztę w twarz i wszystko gra! Nie będę opisywać właściwości 'technicznych' każdej z osobna, bo wszystkie maski pod tym względem są spoko, dobrze nasączone produktem, może i nie pasują do mojej twarzy jakoś idealnie, ale z tym ciężko trafić, ale z twarzy nie spada, więc pod tym względem jest okej!
Więc zapraszam do recenzji!

The Body Shop, Rozświetlająca Maska do twarzy w płachcie
Witamina C

Maska w płachcie wzbogacona witaminą C oraz jagodę camu camu, jak i organiczny aloes Community Trade po 15 minutach nawilży i pobudzi Waszą skórę. Sprawi, że będzie promienna i zdrowsza.

Skład: Aqua, Alcohol Denat., Glycerin, Propanediol, Sodium Citrate, Benzyl Alcohol, PPG-26-Buteth-26, Citric Acid, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Salicylic Acid, Sodium Gluconate, 3-0-Ethyl Ascorbic Acid, Tocopheryl Acetate, Xanthan Gum, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Sodium Hydroxide, Sodium Hyaluronate, Parfum, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Myrclaria Dubla Fruit Extract, Linalool, Limonene, Benzyl Benzoate.

Od razu po otwarciu czuć świetny, owocowy, cytrusowy zapach maski. Co prawda trochę zalatywało mi takimi odświeżaczami czy kostkami do toalety, ale na szczęście tylko przez chwilę, więc nie było dramatu i problemu potem się zrelaksować, bo dało się wyczuć tylko ładne, owocowe klimaty.
Przyznam szczerze, że użyłam tej maski po hardkorowym oczyszczaniu. Zrobiłam sobie dwa peelingi i maskę oczyszczającą, i wiem że z takimi zabiegami nie ma co przesadzać, ale raz na jakiś czas muszę. Ta maska idealnie się sprawdziła w takiej sytuacji, ukoiła moją skórę, dała jej cudowne i długie nawilżenie i odżywienie, i ogólnie stan skóry po tej masce jest ekstra! 
Maska nie podrażniła, nie uczuliła, nic złego nie spowodowała. Bardzo lubię długotrwałe efekty, a ta właśnie takie daje i to jest turbo ważne dla mnie. 


The Body Shop, Nawadniająca maska do twarzy w płachcie
Seaweed

Maska w płachcie wzbogacona ekstraktem z ogórka wodorostami bogatymi w minerały z Irlandii oraz organiczny aloes Community Trade po 15 minutach nawilży, zmatuje oraz odświeży Waszą skórę. Idealna do cery tłustej i mieszanej.

Skład: Aqua, Alcohol Denat., Glycerin, Propanediol, Benzyl Alcohol, Salicylic Acid, Carbomer, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, trideceth-9, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Sodium Hydroxide, Propylene Glycol, Fucus Vesiculosus Extract, Parfum Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Citric Acid, Cucumis Sativus Fruit Extract, Potassium Sorbate, Linalool, Benzyl Salicylate.

Przyznaję, że ta maska w płachcie już tak nie powala swoim zapachem, jak wcześniejsza, ale nie ma się co dziwić i nie ma się co spodziewać wiosennej łąki czy turbo obrodzonego sadu, bo w tej masce mamy głównie wodorosty, więc tak też pachnie. Nie jest to intensywny zapach i w niczym on nie przeszkadza. W dalszym ciągu mogłam położyć się na kanapie, zrelaksować i rozkoszować tym czasem dla siebie. Maska ma dość mocny efekt chłodzenia, ja od razu czułam aż lekkie zmrożenie, ale potem był to taki mega przyjemny chłodek.
Skóra po ściągnięciu maski była tak tonizowana, tak uspokojona, jak jeszcze nigdy wcześniej nie miałam poważnie. Patrzyłam się na siebie w lustrze i kminiłam 'wow, to da się tak?' A no właśnie się da! Maska dodatkowo matuje, ale w taki mega zdrowy sposób, skóra nie jest szara, smutna, przygaszona, tylko w dalszym ciągu promienna, pełna takiego naturalnego blasku, ale właśnie jakby taka uspokojona. 
Mam wrażenie, że jest to idealna maska pod makijaż, kiedy cała twarz jest super zmatowiona, a my możemy dodać glow tam gdzie chcemy i w takiej ilości, jakiej chcemy. Serio ideolo! Poza tym, efekt się utrzymuje! To nie jest efekt na jeden wieczór, ale spokojnie następnego dnia i dwa dni później widziałam po twarzy, że jest w takim jakimś cudownym stanie. Bomba!


The Body Shop, Łagodząca maska do twarzy w płachcie
Witamina E

Maska w płachcie wzbogacona naturalnym, oryginalnym kwasem hialuronowym z Francji, olejem z kiełek pszenicy oraz organicznym aloesem Community Trade po 15 minutach nawilży, wygładzi i zmiękczy Waszą skórą.

Skład: Aqua, Alcohol Denat., Glycerin, Propanediol, Benzyl Alcohol, Salicylic Acid, PPG-26-Buteth-26, Tocopheryl Acetate, Triticum Vulgare Germ Oil, Argania Spinosa Kernel Oil, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Sodium Hydroxide, Sodium Acrylate, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Hyaluronate, Xanthan Gum, Isohexadecane, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Parfum, Polysorbate 80, Benzyl Benzoate, PEG-30 Dipolyhydroxystearate, Sorbitan Oleate, Trideceth-4, Hydroxycitronellal, Limonene, geraniol, Linalool..

Kolejna maska, która nie powala zapachem, ale też nie jest tragiczna. Zapach mi tak bardzo przypomina produkty przeciw komarom, że to jest niesamowite! Nie jest to idealne odzwierciedlenie tego zapachu, jest to dużo ładniejsza wersja, taka że spokojnie mi to nie przeszkadza i mnie nie razi, ale jednak podobieństwo jest spore! Aczkolwiek tak, jak mówię, szybko się przyzwyczajam i nie ma dramatu, że musze ją ściągać natychmiast.
Działanie nikogo nie powinno zaskoczyć, ale maska jest też rewelacyjna! Skóra jest w mega świetnym stanie! Jest nawilżona i mega odżywiona. Dodatkowo musze przyznać, że skóra w dotyku jest na maksa gładka, miękka i w ogóle taka miła i taka fajna, że szok! 
Skóra wygląda zdrowo, promiennie i jest pełna blasku. Czego chcieć więcej? <3


Wszystkie maski możecie dorwać oczywiście w Internecie za ok. 20zł, jak i pewnie gdzieniegdzie stacjonarnie. Warto ich szukać - to na pewno. Co prawda cenowo za jednorazową maskę nie jest to szczyt marzeń i na pewno możecie znaleźć coś w niższych cenach, ale w razie w warto się czaić na jakieś promocje, warto korzystać z ewentualnych rabatów, bo maski są naprawdę niczego sobie!
Znacie je? :) Może mieliście inne wersje? Mnie najbardziej ciekawi jeszcze aloesowa, bo lubię wszystko co z aloesem!

 

Najważniejsze w ciąży: wygoda w domu

17 marca 2021

 
Hej! Powiem Wam szczerze, że od samego początku ciąży stawiam głównie na wygodę, tym bardziej że siedzę w domu. Jak na początku nie miałam zupełnie ochoty ani siły na żadne strojenie się, tak teraz twierdzę, że brzuszek w obcisłych sukienkach to jedna z najfajniejszych rzeczy ever, aczkolwiek kiedy siedzę w domu najważniejsza jest dla mnie wygoda, bez uciskania, bez krępowania ruchów, dlatego od samego początku żyję w legginsach, koszulkach i kardiganach. Tak, żeby czuć się luźno i dobrze.


Legginsy ciążowe to jest zdecydowanie najlepszy wynalazek świata, myślę, że zostaną ze mną na zawsze, bo kto powiedział, że muszę się tak spinać i ledwo oddychać nawet po porodzie? Żałuję, że nie miałam ich przed ciążą, bo do śmigania po domu, czy do sklepu to jest naprawdę coś genialnego nawet i bez ciąży, a że nigdzie indziej za bardzo się nie wybieram to legginsy u mnie zdecydowanie wygrywają. Zawsze to dobra alternatywa chodzenia w pidżamie całymi dniami. 


Inna sprawa to są koszulki. Muszą być wygodne i z fajnego materiału, a co najważniejsze nie mogą mnie gryźć, bo uwierzcie mi na słowo, że w ciąży każda drobnostka może irytować potrójnie. Ta koszulka ze zdjęć jest dostępna na stronie Enduro, gdzie znajdziecie również Części suzuki. Muszę przyznać, że na chwilę obecną jest dla mnie idealna, nie opina (a mam rozmiar S), jest bardzo miękka, turbo miła w dotyku, fajnie mi się ją nosi i od pierwszego założenia było mi po prostu w niej dobrze. Nie czuję, żeby krępowała mi ruchy, a mi się w niej wygodnie działa, ogarnia i lata, jeśli jest taka potrzeba.

Ale mimo obecnego mojego domowego stylu, nawet w domu lubię wyglądać ładnie, lubię czuć się kobieco i zależy mi na tym, żeby być zadbaną. Osobiście uważam, że ciąża mnie nie zwalnia z niczego, a nawet w koszulce i legginsach można czuć się dobrze, można mieć ładnie podkreślone kształty. A w takim zestawie, jak widzicie czuję się super. Jest mi wygodnie, jest tak cosy, ale mimo wszystko czuję się dobrze, a to też jest bardzo ważne. Więc kobitki, nie zapominajcie o swoim samopoczuciu, bo ono w ciąży jest najważniejsze nie tylko dla Was ;). 


Najwygodniejsze T-Shirty: Koszulka Suzuki Collection
Najlepsze legginsy ciążowe: Esmara


Mimo że koszulka chwilowo rządzi u mnie, jako homewear, ale jak tylko będzie pewna, wiosenna pogoda będę latać w niej na spacery. Już sobie wyobrażam ten klimat. Tak samo i po porodzie sprawdzi się u mnie idealnie, kiedy głównie będę stawiać na wygodę i sportowy styl. 


Czarujący zapach na wieczór
Abercrombie & Fitch first instinct

14 marca 2021


Hej! Co tam u Was słychać? Jak weekend? Mam nadzieję, że wypoczywacie i ładujecie swoje baterie na nadchodzący tydzień ;). U mnie dzisiaj będzie bardzo pachnąco! Kolejny zapach, kolejna nowość, ale i zarazem staroć w moich zapachowych zapasach. Staroć, bo zapach znam już dobrych kilka lat, za to nowość, bo w końcu mam pełnowymiarowe perfumy! I nie musze oszczędzać perfumteki. Tak to będzie, jak najbardziej pozytywna opinia ;). Enjoy!


Abercrombie & Fitch
First Instinct


First Instinct to inspiracja pierwszym spojrzeniem, zauroczeniem od pierwszego wejrzenia, którego doświadczają przeznaczone sobie osoby. Ten zapach to interpretacja właśnie takiego momentu, takiej chwili, tak nieuchwytnej, której nie da się opisać słowami. Cała kompozycja jest radosna, kobieca i urzekająca. 

Nuty głowy: grejpfrut, magnolia, marakuja
Nuty serca: kwiat pomarańczy, motylnik
Nuty bazy: ambra, fasola tonka, piżmo

Pierwsza nuta jest zmysłowa, następna iskrząca, a nuta bazy decyduje o mocy oczarowania. Formuła została stworzony po to, by uwodzić. 
Jest to kwiatowo-owocowy, zmysłowy i świeży zapach dla kobiet. łączy w sobie wyrafinowanie oraz radość z kobiecą zmysłowością i zauroczeniem. 


To są perfumy, w których ja zakochałam się od pierwszego niuchnięcia, jak tylko trafiłam na perfumetkę w kalendarzu adwentowym z Douglasa. Byłam nimi oczarowana dokładnie tak samo, jak możecie przeczytać w opisie i w inspiracji. No czad! Trzymałam tę perfmutkę na czarną godzinę, zawsze na wesela i na jakieś imprezy, kiedy chciałam być wow, kiedy chciałam czuć się fantastycznie, to właśnie je zawsze wybierałam.

Sama buteleczka niczym się nie wyróżnia tak naprawdę, jest taka zwykła, standardowa, bez szału. Czy to źle? Dla mnie jest okej, ja nie mam wystawki perfum gdzieś na wierzchu do podziwiania, a każde opakowanie po zużytych perfumach po prostu wyrzucam i nie trzymam, więc nie potrzebuję mieć wymyślnych flakonów. Wygodnie trzyma się butelkę w dłoni, nie wyślizguje się i nie ma problemu z używaniem, czy to prawą czy lewą ręką. 
Atomizer też działa bez zarzutu, nie zacina się i nie pryska skoncentrowaną woda, tylko pryska idealną mgiełką, która fajnie pokrywa całe ciało.


Jak już możecie się domyśleć, ja jestem zakochana w tych perfumach, ale musze powiedzieć, że są one bardzo specyficzne! Po pierwsze są dość mocne i intensywne, wiec dla niektórych osób mogą być aż drażniące. Mi się zapach sam w sobie podoba, więc mnie to nie drażni. Perfumy są ciężkie, lekko orientalne, pachną kwiatowo i owocowo, ale tak jakby z tej ciemnej odsłony tych dwóch zapachów. 
Dla mnie rewelacja i ja je uwielbiam! I na maksa się cieszę, że nie muszę już oszczędzać tej perfumetki, tylko mogę dowoli używać tych.


Jakie są Wasze ulubione zapachy?


Wodorowe oczyszczanie w ciąży

11 marca 2021

 
Hej! Jak tam się trzymacie? Co działacie? Dajcie koniecznie mi znać, a ja przechodzę od razu do sedna wpisu. Dzisiaj będzie bardzo kosmetycznie i pielęgnacyjnie, a mianowicie będę mówić o zabiegu wodorowego oczyszczania, które miałam jakieś 2-3 tygodnie temu w salonie kosmetycznym i chciałabym się z Wami podzielić moją opinią na ten temat! Jest to zabieg bardzo popularny ostatnimi czasy i widziałam, że coraz więcej osób się na niego decyduje.
Poza tym, na wstępie powiem, że moja twarz jest raczej normalna, ewentualnie lekko naczynkowa i skłonna do zaczerwień i plamek. Aczkolwiek, nie mam z nią ogromnych problemów, nie narzekam na trądzik, nie narzekam na żadne inne dolegliwości skórne. Rzadko kiedy pojawiają mi się wypryski i ogólnie, nie mam problemu chodzić bez makijażu czy patrzeć w lustro ;).

*Nie robiłam na miejscu żadnych zdjęć, więc mam nadzieję, że mi to wybaczycie, ale w sumie musiałabym mieć fotografa ze sobą, żeby to jakoś siadło. Nie znam się też na jakimś mega profesjonalnym nazewnictwie salonowym, więc to też musicie mi wybaczyć, że tekst będzie taki bardzo mój ;).


WODOROWE OCZYSZCZANIE W CIĄŻY

Z tego co się dowiedziałam jest to jeden z nielicznych zabiegów polecanych kobietom w ciąży. Jeśli tylko osoba przeprowadzająca zabieg wie o ciąży to powinien być to zabieg w 100% bezpieczny! U kobiet w ciąży pomija się prawdopodobnie dwa etapy i wykorzystuje się po prostu inne produkty, te bez kwasów oczywiście. I wszystko powinno grać!
Ogólnie wodorowe oczyszczanie twarzy ma za zadanie oczyścić naszą twarz i pozbyć się, jak najwięcej wolnych rodników z naszej skóry, jak się da. Dodatkowo oczywiście wpływa zbawiennie na wygląd, koloryt naszej skóry, ma nawilżyć, odświeżyć i zdziałać same cuda na naszej twarzy.

JAK WYGLĄDA WODOROWE OCZYSZCZANIE?

Twarz początkowo musi zostać oczyszczona. Ja oczywiście poszłam do salonu bez makijażu, ale i tak została oczyszczona bardzo delikatnym produktem - pianką.
Następnie przeprowadzane jest od razu wodorowe oczyszczanie, czyli całą twarz oczyszcza się takim zasysającym urządzeniem z wykorzystaniem wodoru. Dla mnie to było bardzo przyjemnie, nie czułam bólu, nie czułam ciągnięcia, nie miałam żadnych nieprzyjemnych odczuć na tym etapie, ale wiadomo każdy lubi co innego. Ta faza w moim przypadku trwała o dziwo dość krótko niż się spodziewałam, bo ok. 15 minut.
Następnym krokiem jest oczywiście pielęgnacja. Miałam na twarz nałożone serum witaminowe, które zostało wmasowane podgrzewanym, gorącym kamieniem, którego nazwy nie pamiętam. Tutaj też nic mnie nie piekło, kamień bardzo przyjemnie rozgrzewał twarz i było to na maksa relaksujące! Po serum witaminowym przyszedł czas na nałożenie maski algowej, a po niej dodatkowo nałożony krem/serum ze śluzu ślimaka. Mając maskę algową na twarzy, czułam lekkie pieczenie w okolicach nosa, ale myślę, że to jest dosyć normalne w moim przypadku, bo te okolice mam zawsze podrażnione ze względu na mój wieczny katar.

*W między czasie, kiedy miałam na twarzy maskę algową i czekałyśmy aż ona zaschnie, miałam przeprowadzony dodatkowo zabieg na dłonie. Został użyty delikatny tonik złuszczający, a następnie nałożone serum i wykonany masaż, co też było super przyjemne i potrzebne moim dłoniom. Ja zimą zawsze narzekam na stan moich dłoni, wystarczy, że wyjdę na chwilę na zewnątrz i zaraz mam czerwone dłonie, pojawiają się rany i masa podrażnień, a ten zabieg od razu zdziała cuda.

Jakie były moje odczucia, jak wróciłam do domu?

Byłam po pierwsze turbo zrelaksowana, wypoczęta, wygłaskana, wymuskana i w ogóle zadbana. Ja bardzo lubię wszelakie masowanie, mizianie i kizianie, więc taka opcja dla mnie była niesamowita. ALE! Jak popatrzyłam sobie na swoją twarz to no okej, wyglądała ładnie, nie była zaczerwieniona ani podrażniona, była bardzo dobrze oczyszczona, ale nic więcej. Nie było takiego efektu glow, wow i w ogóle, że nie mogłam oderwać od siebie wzroku. Za to nie mogłam przestać dotykać twarzy, była hiper gładka i miękka i nie mogłam uwierzyć, że taki efekt udało nam się osiągnąć! Poważnie, twarz była w dotyku rewelacyjna, a ja się jarałam cały dzień.
Tutaj muszę zaznaczyć, że Pani wykonująca zabieg wspominała, że efekty nie są aż tak widoczne, więc nie ma co oczekiwać cudów na twarzy, więc nie było dla mnie dramatu. Relaks był dla mnie najważniejszy i najfajniejszy.

Efekty po wodorowym oczyszczaniu twarzy

Następnego dnia był szał! I tu mówię poważnie, popatrzyłam w lustro rano taka zaspana i nieogarnięta, a tu było wow. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wyglądałam tak dobrze rano... Twarz była taka zdrowa, promienna, pełna blasku, odświeżona no po prostu cud, miód! Serio. Ja byłam zachwycona i od razu byłam na maksa zmotywowana, żeby utrzymać ten efekt, jak najdłużej. Twarz cały czas była niesamowicie gładka i miła w dotyku, i taki poranek jeszcze miałam może przez dwa dodatkowe dni. Szkoda, że tak mało, ale zawsze to coś!


*Dwa zdjęcia po lewej zrobiłam od razu po powrocie do domu z zabiegu, a kolejne parę dni później.

Czy polecam wodorowe oczyszczanie twarzy?

I tak, i nie. Mam dosyć mieszane uczucia i już mówię, skąd się one wzięły. 

Dlaczego polecam?

Dla kobiet w ciąży to jest świetna forma relaksu i możliwość zadbania o siebie. A ja jestem za tym, że w tym ciężkim okresie dla nas, jesteśmy turbo ważne, nie możemy zapominać o sobie, o swoich potrzebach, musimy zadbać o siebie i dać sobie coś więcej niż normalnie, bo na to zasługujemy. Więc ta idea zadbania o siebie była dla mnie zbawienna, bo rzadko kiedy mam okazję, żeby tak w 100% odpocząć i się zrelaksować. 
Poza tym, efekty rzeczywiście są zadowalające, twarz jest pięknie oczyszczona, jest zadbana, a przez parę dni wygląda fenomenalnie, dzięki czemu ja się czuję dużo lepiej niż normalnie i jestem turbo zmotywowana do dbania o nią. Pewne efekty są widoczne nawet do teraz, widzę po skórze, że jest po prostu w lepszej kondycji, lepiej się trzyma, lepiej wygląda, ale to też na pewno jest spowodowane tym, że cały czas o nią walczę.

Dlaczego nie polecam?

Jakkolwiek efekty są zadowalające, to mimo wszystko dupy nie urywają i utrzymują się tak w najlepszym razie do kilku dni - później to już jest tylko nasza inwencja, żeby utrzymać ten efekt. Co prawda jest łatwiej, bo mamy świetną podkładkę, ale w dalszym ciągu. 
Zabieg jest drogi (od 250zł) i z tego co się pytałam fajnie by było powtarzać go co ok. 3-4 tygodnie.. Wiadomo, jeśli kogoś na to stać i nie szkoda mu pieniędzy to jak najbardziej tym punktem się nie przejmujcie. Mimo wszystko, ja bym wolała te pieniądze spożytkować trochę inaczej i wydaje mi się, że jestem w stanie uzyskać podobne efekty, jak nie takie same, odpowiednią pielęgnacją w domu, z użyciem lepszych kosmetyków. Ale, tak jak pisałam na początku, ja nie mam turbo wymagającej cery, więc to też na pewno ma duży wpływ na moje odczucia.


I właśnie dlatego mam mieszane uczucia, ale to może być spowodowane moim stanem skóry. Sam efekt nie jest dla mnie jakiś TURBO WOW - SZAŁ CIAŁ, byłam zadowolona, byłam zrelaksowana, ale nie na tyle, że koniecznie chcę go powtarzać regularnie. Swoje pieniądze wolałabym przeznaczyć inaczej niż na taki zabieg, a gdybym dostała go w prezencie to fajnie - poszłabym, bym się zrelaksowała, ale w dalszym ciągu chyba wolałabym się zrelaksować na jakimś dobrym masażu i zjeść jakąś mega pyszną szramę za te pieniądze. 
Wiadomo każdy ma swoje priorytety i swój punkt widzenia i powinien dobierać pod siebie. Mam w swoim otoczeniu dwie dziewczyny; jedna w ciąży, druga nie i każda z nich jest na maksa zadowolona z tego zabiegu, dużo bardzie niż ja. Dlatego jeśli macie wymagające cery to jest to na pewno zabieg dla Was ;).



#ślubmarzeń - podsumowanie, czyli jak zorganizować ślub i wesele marzeń?

08 marca 2021

 

Hej! Jak tam, co tam! Ja Wam powiem, że jest coraz ciekawiej, jeśli chodzi o ciążowy update, coraz bardziej czuję dziecia w brzuchu, co jest niesamowite, ale o tym wszystkim będę Wam pisać w ciążowej serii, która ostatnio bardzo Wam się spodobała. Jak porównałam sobie wejścia, to wiem że to jest coś, co Was ciekawi, więc będzie więcej takich wpisów na pewno. A jeśli jesteście ciekawi, jakie miałam Pierwsze objawy ciąży to zapraszam na wpis!
Fajnie się złożyło, że jedna seria się zaczyna, kiedy inna się kończy, więc mam idealną wymiankę i to fajne przejście, z serii ślubnej do serii ciążowej! Dlatego dzisiaj chciałabym oficjalnie zakończyć serię ślubną #ślubmarzeń i chciałabym, żeby było jedno miejsce, jeden wpis ze wszystkimi innymi wpisami, które mogą Wam w jakikolwiek sposób pomóc. 

  • Od czego zacząć organizację wesela? Kiedy zacząć organizację wesela? - podstawy, podstawy i jeszcze raz podstawy, sam początek, jak się za to zabrać, jak sobie pomóc, co ułatwi nam całą organizację? We wpisie poruszam wszystkie opcje, które u mnie zdały egzamin. Ja jestem wielką fanką notatek, zapisków i rozpisywania sobie wszystkiego, rozplanowywanie na miesiące i tygodnie i to mi na maksa dużo pomogło. A kiedy zacząć organizację? To też jest kwestia indywidualna, ale niezmiennie uważam, że im wcześniej tym lepiej, im więcej czasu mamy tym spokojniej to przebiegnie. Chociaż z komentarzy wiem, że czytają mnie hardkorki, które ogarniały wesele w parę miesięcy, więc tak też się da!

  • Motyw przewodni wesela, kolor przewodni wesela, wystrój, dekoracje oraz kwiaty - tutaj warto się nad tym zastanowić, żeby potem wszystko było w jednym temacie, co po prostu cieszy nasze i gości oczy, ładnie wygląda na zdjęciach i wszystko jest takie zgrane. Poza tym, na pinterest można wyczaić naprawdę świetne inspiracje, że Wasza sala weselna zamieni się w Wasz własny Wonderland! A jeśli wesele będzie dopasowane do Was to już w ogóle będzie klasa. U nas motyw gór był zdecydowanie strzałem w 10, bo góry nas nie opuszczają i to będzie zawsze naszym wspólnym miejscem na ziemi. 

  • Ślub w niedzielę - i dlaczego według mnie to dobry pomysł. W obecnej sytuacji wiem, że śluby i wesela odbywają się cały tydzień i bardzo mi się takie podejście podoba. Tak, jak pisałam na blogu, jeśli komuś zależy to w miarę możliwości pojawi się we wtorek o 12 jak i w sobotę o 15, przynajmniej ja mam takie podejście do tematu. Wydaje mi się, że obecnie ślub w niedzielę nie jest niczym nadzwyczajnym, ale w dalszym ciągu uważam, że jest to dobry pomysł z wielu powodów.

  • Ślub w trzeciej parafii, Ślub w innej parafii niż moja lub partnera - można, da się, nigdzie nie jest powiedziane, że musicie brać ślub w konkretnym kościele, tylko dlatego, że do niego przynależycie albo tak nakazuje tradycja. Nic nie musicie tak naprawdę, a jeśli tylko chcecie wziąć ślub gdzie indziej z różnych powodów GO AHEAD!  My tak zrobiliśmy, z czego ja jestem bardzo zadowolona i gdybym miała wybrać raz jeszcze, zrobiłabym dokładnie tak samo ze względu na wygląd, wielkość, okolice naszej bazyliki i ogólnie atmosferę, jaka panowała w nim i samego proboszcza - poważnie ! Ja byłam pod wrażeniem i to był ekstra wybór ;)

  • Tradycje ślubne! Brak błogosławieństwa w dniu ślubu - tak było, błogosławieństwo odbyło się tydzień wcześniej, a my mieliśmy moment, jak z amerykańskich filmów, nie widzieliśmy się wcześniej, tato prowadził mnie do ołtarza i dopiero wtedy mąż mnie zobaczył. I muszę przyznać, że to było spełnienie mojego marzenia. Jak teraz wracam wspomnieniami do tej chwili, to jest to zdecydowanie jeden z moich ulubionych momentów, najbardziej emocjonujących i zawsze mnie wzrusza sama myśl ;)

  • Atrakcje na wesele - my nie mieliśmy za dużo atrakcji na weselu, czy to dla gości czy dla dzieci, nad czym po czasie ubolewam i teraz wiem, że zrobiłabym trochę inaczej i jednak zadbałabym o jakieś większe atrakcje weselne ;) Wydaje mi się, że można fajnie wypełnić czas gościom i nam, i zrobić coś, co dodatkowo przełoży się na super wspomnienia, ekstra zdjęcia i całą resztę!

  • Kogo zaprosić na wesele? Jak zapraszać na wesele? - każdy robi według swojego uznania, ale jednak jak tak patrzę na to wszystko z boku, to są pewnie podpunkty, o których warto pamiętać, czasem może bardziej się uprzeć przy swojej decyzji, kogoś nie posłuchać albo właśnie jednak kogoś posłuchać ;). A jak zapraszać? Ja jestem największą fanką osobistego zapraszania, kiedy można się poznać, można porozmawiać i mówię to też, jako osoba zapraszana na wesele ;)

  • Koszyczki ratunkowe na wesele - Czy robić (od razu powiem, że tak) i co warto do nich wrzucić ;) Od dawna uważam, że jest to świetna sprawa, która nie tylko pomaga gościom na weselu, ale jak już coś zostanie, to możemy zostawić dla siebie i zawsze się przydadzą takie podstawowe rzeczy. Poza tym, same koszyczki u nas się sprawdzają w łazience.
  • Podziękowania dla rodziców - czy warto je robić, w jaki sposób i przedstawiam moje propozycje na prezenty. Znowu każdy robi po swojemu, z wielu różnych powodów takie podziękowania nie odbywają się na ozach gości, co jestem w stanie sobie wyobrazić, zrozumieć i uszanować taką decyzję. W naszej sytuacji ja nie wyobrażałam sobie rodziców nie wyróżnić na naszym weselu i zrobiliśmy to w naszym stylu, w najfajniejszy dla nas sposób.

  • Stres przed ślubem. Panika przed ślubem - czy warto się stresować, czy jest czym i co zrobić żeby ewentualnie tego stresu było mniej. Wesele i ślub to dużo zachodu, każdemu zależy na tym, żeby było jak najbardziej idealnie, a to wszystko powoduje stres i panikę. Na szczęście da się nad tym zapanować i da się rozluźnić na tyle, że Wasze wesele sprawi Wam samą radość i frajdę!

  • Czy po ślubie wszystko się zmienia? - tak, to takie moje luźne przemyślenia były z okazji pierwszej rocznicy ślubu, o niby po ślubie wszystko się zmienia i nie mówię, że nie! Ale dlaczego musi się zmienić na gorsze? Dlaczego musimy wpaść w rutynę, w jakieś schematy i dlaczego te schematy czy rutyna muszą być złe? A no nie muszą ;). 

Aż sobie uzmysłowiłam, że za tydzień mija nam dokładnie półtora roku od ślubu, no i czad, mega się cieszę i fajnie nam to wszystko leci :). Dajcie znać, czy coś jeszcze dodali byście do mojej listy albo o czymś jeszcze warto wspomnieć? :)
No i wszystkiego dobrego dla Was kobiety! ;)


Brzoskwiniowy powiew lata
Pretty as a peach, Bath&Body Works

05 marca 2021

 

Hej! Jak się macie w ten piękny Dzień Teściowej? Tak, dzisiaj jest dzień Teściowej! Zawsze się zastanawiam, czy są osoby, które rzeczywiście świętują ten dzień? I czy w takim razie jest też kiedyś Dzień Teścia? No nie wiem, ale ciekawe takie rzeczy, haha. 
No, ostatnio tak mówię i trąbię wszędzie dookoła, że wiosna, lato, cieplejsza pogoda, dlatego dzisiaj przychodzę do Was z iście wiosennym, letnim zestawem! Ten duet na pewno Was przeniesie w jakieś turbo słoneczne miejsce, najlepiej na dziką plażę! Ja go dostałam od psiapsi i trochę czekał aż zacznę go używać, ale jakoś stwierdziłam, że na ciążę, na zimę będzie idealny! Ale nie przedłużam, a zapraszam do recenzji!

Bath&Body Works, Pretty as a peach
Ultra nawilżający balsam do ciała


Balsam z masłem shea zapewnia 24godzinne nawilżenie i odżywienie tak, że skóra będzie zdecydowanie gładsza. Zawiera bogate masło shea, jest wzbogacony masłem aloesowym oraz kokosowym. Poza tym, balsam ma nietłustą formułę, dzięki czemu super wchłania się w skórę zostawiając skórę pięknie pachnącą i cudownie nawilżoną przez cały dzień i całą noc.

Skład: Water, Glycerin, Caprylic/Capric Triglyceride, Glyceryl Stearate SE, Fragrance, C12-15 Alkyl Benzoate, Cetyl Alcohol, Stearic Acid, Simethicone, Isohexadecane, Butyrospermum Parkii (Shea) butter, Theobroma Cacao (cocoa) Seed Butter, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Cocos Nucifera (coconut) Oil, Tocopherol, PEG-100 Stearate, Triethanolamine, Petrolatum, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Diazolidinyl Urea, Disodium EDTA, Sodium Dehydroacetate, BHT, Hydroxycitronellal, Limonene, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Citronellol, Geraniol, Citral.

Bardzo podoba mi się szata graficzna tych kosmetyków. Są takie letnie, takie radosne, takie żywe, nie są nudne, aż człowiek się cieszy i myśli naprawdę o wakacjach patrząc na nie. Tubka się nie zacina, nie otwiera, balsam z niej nie ucieka, co prawda jest też z tak grubego plastiku, że nie ma szans zobaczyć nawet pod światło zużycia. 
Balsam ma bardzo zbitą konsystencję, dość gęstą, ale nie przenosi się to na utrudnione wsmarowywanie. Zapach jest piękny, bardzo owocowy, cudownie brzoskwiniowy i oh, ja uwielbiam otaczać się tym zapachem. Idealnie się to u mnie wpasowało w zimę, kiedy było chłodno i niefajnie, a balsam mi po prostu poprawiał humor. 
Najważniejsze to oczywiście działanie, a działanie też Was nie rozczaruje. Nie miałam co do niego jakichś wielkich wymagań, ale wow, balsam nawilża cudownie skórę! Skóra przez długi czas jest cudownie nawilżona, odżywiona, świetnie radzi sobie nawet z jakimiś większymi przesuszeniami czy dramatycznymi sytuacjami, jak np. na stopach! Sprawdzałam i szok, od pierwszego użycia stopy są w lepszej formie! Skóra ogólnie jest miękka, gładka i czuć o fajne nawilżenie, więc dla mnie bomba!
A ten wiosenny zapach i to cudowne działanie sprawia, że ten produkt to mój zdecydowany ulubieniec.


Bath&Body Works, Pretty as a peach
Mgiełka do ciała z brokatem


Olśnij diamentami. Spryskaj się mgiełką zawierającą prawdziwy puder diamentowy, która sprawi, że skóra będzie lśnić, pięknie połyskując oraz pięknie pachnieć. 

Skład: Alcohol Denat., Water, Fragrance, Diamond Powder, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Synthetic Fluorphlogopite, Aminomethyl Propanol, Propylene Glycol, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Ethylhexyl Salicylate, Hydroxycitronellol, Limonene, Butylphenyl Methylpropional, Benzyl Salicylate, Linalool, Hexyl Cinnamal. 

Czas na mgiełkę! Ja mgiełek akurat za często nie używam, obecnie staram się pozużywać te, co mi zalegają, te które rzeczywiście mogą mieć po kilka do 10 lat (na pewno nie jestem jedyna, która ma takie starocie!) Ake ta mgiełka jest wyjatkowo, bo ma szalone, błyszczące, cudownie letnie drobinki i to takie turbo srobinki, że nie zostaje mi nic poza Shine bright like a diamond!
Mgiełka ma piękny brzoskwiniowy zapach, więc idealnie wzmacnia zapach balsamu, dla mnie to jest rewelacyjne combo na wiosnę i będę na pewno tego nadużywać. Zapach ma dosyć mocny, ale nie nachalny, na pewno nie przeszkadza ani nie sprawia, że się odechciewa wszystkiego. W dalszym ciągu zapach jest idealnie zbalansowany. 
Drobinki są rewelacyjne! Wiadomo, co kto lubi, więc dla mnie to nie jest rozwiązanie na co dzień, ale jak tylko chce się dodać trochę więcej glow na jakąś imprezę, czy na letni i wiosenny wieczór, to czemu nie! Jak najbardziej warto i taka mgiełka jest super rozwiązaniem. Jest lżejsza od różnych rozświetlaczy, dlatego dla mnie jest fajniejszą opcją, niż obciążać skórę dodatkowymi cięższymi kosmetykami. A taka mgiełka dużo łatwiej się zmywa.
Więc jeżeli lubicie takie bajery, to jest to Wasz musthave na zbliżający się sezon. mam nadzieję, że wszyscy na lajcie będziemy mogli takich produktów używać, a koronawirus nie pokrzyżuje nam planów!



Dajcie znać, czy macie jakichś ulubieńców wśród marki Bath&Body Works? I czy lubicie mgiełki z brokatem? Ciekawa jestem, jak wiele osób ich używa ;).


Luty 2021r. - denko!

02 marca 2021

 

Hej! Witamy się w marcu, kolejny miesiąc za nami, kolejny miesiąc, który zbliża nas do 100% wiosny i lata, której ja na maksa nie mogę się doczekać. Chociaż pogoda już teraz jest dla nas łaskawa, to ja chcę więcej! haha Ale wraz z końcem i początkiem miesiąca przyszedł czas na denko na blogu!
Muszę przyznać, że w dalszym ciągu jestem w szoku, jak mało produktów zużywam w ostatnim czasie, mimo że mam wrażenie, że nakładam na siebie więcej i używam dużo więcej! Ale powoli, powoli mam nadzieję, że odkopię się z tych ogromnych zapasów, co już mnie naprawdę męczy. Już teraz wiem, że parę produktów mi się pokończy w marcu, co cieszy, ale na razie zostajemy w listopadzie!


Standardowe zużycia, które pojawiają się na blogu tak często, że mam wrażenie, że z niektórymi produktami już mnie wszyscy kojarzycie. Ale zaczniemy od Isana, delikatne mydło Mango Exotic, tym razem jest to opakowanie uzupełniające, bo i tak w łazience mamy konkretny dozownik na mydło tak żeby wszystko ładnie i pięknie do siebie pasowało. A te mydła z Isany to wszyscy wiemy, że są świetne, są tanie, fajnie pachną, super myją, nie wysuszają dłoni i nic więcej od nich nie odczekuję! Kolejna rzecz to Apteo Care, chusteczki do higieny intymnej, znowu świetny produkt, do którego wracam cały czas i który zawsze kupuję w większych ilościach, z tego względu, że muszę zamawiać je online. Ale warto, bo naprawdę fajnie się sprawdzają, nie podrażniają, odświeżają, są po prostu spoko! Denko nie może obyć się bez BeBeauty, płatki kosmetyczne - tak to te z biedronki, najtańsze, a najlepsze i w dodatku najlepiej dostępne. Zawsze są, nie wkurzają mnie, nie drażnią, nie piją produktów kosmetycznych, tylko oczyszczają twarz z makijażu i wszystkich zanieczyszczeń, dla mnie bomba. 


  • Biały Jeleń, mydło w płynie - na początku mojej cukrzycy ciążowej panikowałam o wszystko, w tym nawet o mydło, żeby przed pomiarem nie nakładać na dłonie sztucznych produktów i dzięki temu odkryłam to mydło! Jest fantastyczne! Jeśli ktoś potrzebuję produktów do skóry wrażliwej, atopowej, takiej turbo wymagającej to będziecie zachwyceni tym mydłem. Ono nie tylko ma ekstra właściwości, ale na dodatek nie wysusza dłoni, pielęgnuje je i o dziwo - ładnie pachnie! No i jest wydajne.
  • Biodermic, aloesowa maska w płachcie - już na starcie maska mi się podoba z tego względu, że jest w płachcie, więc jest na maksa wygodna w użyciu. Ma bardzo ładny zapach, płachta jest bardzo nasączona produktem, a skóra po ściągnięciu była w super stanie, a o to właśnie chodzi. Skóra była na maksa zregenerowana, nawilżona, odżywiona i po prostu cacy ;)!
  • LaQ, odprężający, naturalny mus do mycia twarzy, świąteczne praliny - jestem turbo zaskoczona tym produktem, naprawdę fajnie go wspominam, super mył twarz, nie wysuszał jej, ale dało się odczuć, że oczyszczał ją bardzo dobrze, mimo braku drobinek złuszczających, ja miałam wrażenie, że on robi wszystko na raz. Oczyszcza i wygładza, a moja cera wyglądała lepiej w trakcie używania tego musu. Mimo niewielkiej pojemności nie skończył się jakoś bardzo szybko, chociaż fajniej by było gdyby starczył na dłużej, ale produkt sam w sobie jest super!
  • Isana, olejek do włosów, Oil Care Haarol - ja jestem zachwycona działaniem tego olejku już od bardzo dawna i nie jest to moja pierwsza butelka zużyta, ale stwierdziłam, że chcę ten produkt wyróżniać w cudach, żeby rzucił się w oczy. Nadaje się do wszystkiego, do olejowania, do zabezpieczania końcówek, do odżywienia i nawilżenia włosów - po prostu do wszystkiego. Nie przetłuszcza ani nie obciąża włosów, jest ekstra! No i pachnie super! Ja bardzo polecam.
  • Cien, Food For skin, maska-peeling enzymatyczny do twarzy, blask z papają - to jest saszetka, ja saszetek raczej nie daję do cudów, ale ten produkt był ekstra, więc musiałam. Mój zdecydowany faworyt ze wszystkich, jakie kupiłam wtedy. Piękny, czarujący zapach no i super działanie, skóra była cudownie rozświetlona, ale i bardzo wygładzona, ujędrniona i po prostu - na maksa na plus. 


  • Garnir, Botanic Therapy, wzmacniający krem bez spłukiwania, olejek rycynowy i migdał - sama nie wiem, co onim myśleć. Kupiłam ten krem z myślą o powrocie do kręconych włosów, ale jakoś to nie wyszło ostatecznie i dalej latam w prostych, a  tym kremem nie miałam za bardzo co zrobić. Wtedy do kręconych włosów spisywał się nawet okej, ale bez szału. Potem zużyłam go jako podkład pod olej i był też w porządku, ale nie zachwycałam się efektami.


  • StarSkin, nawilżająca maseczka w płachcie do ust - wiecie, co... ja nie zauważyłam żadnych efektów, kompletnie. Nie dość, że dosyć niewygodnie było mi ją trzymać na ustach z tego względu, że była dosyć twarda i sztywna, to jeszcze trochę się przesuwała na ustach, to też nie jest to dosyć wygodne siedzieć ze sklejonymi ustami. Ale, nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że ona nic nie działa. Nie zauważyłam jakiegoś turbo nawilżenia ani niczego, nic, zero, null. 

Takie mamy denko w lutym! Dajcie znać, jak Wasze zużycia i czy znacie któreś z tych produktów :))