Denko, czerwiec 2020r.!

29 czerwca 2020



Wyobrażacie sobie, że już minęło nam pół roku? Pół tego parszywego roku minęło, nie wiem czy się cieszyć czy płakać, czy coś, ale mam nadzieję, że ta druga połowa roku wynagrodzi nam zdecydowanie poprzednią część. Damy radę! A dzisiaj przyszedł czas na denko, ostatnio wpadło w moje ręce bardzo dużo nowości, więc zależy mi na jak najszybszym pozużywaniu tego, co mam (co chyba średnio będzie mi szło), ale zobaczymy. Przy okazji, przywiozłam też jeszcze z domu rodzinnego sporo produktów, o których zapomniałam, a są w części zużyte, więc jeszcze to mi doszło, więc będzie sporo podwójnych opakowań.
Poza tym, mega mnie cieszy to denko co miesiąc, jakoś tak wyrzucanie rzeczy daje mi mega satysfakcję, a tak zużywam bardzo dużo produktów to już w ogóle jest zadowalające. Przechodzimy do sedna wpisu!


Standardowo zużyłam chusteczki nawilżające do higieny intymnej Facelle [stara wersja], nie ma innej opcji, bo one dla mnie są najlepsze :). Tak samo jak i BeBeauty, płatki kosmetyczne - zawsze do nich wracam i nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej ;). Co do włosów, to również i w czerwcu zużyłam kilka saszetek marki Nizoral szampon przeciwłupieżowy, nie zauważyłam po keratynie u mnie żadnego podrażnienia ani łupieżu, ale tak profilaktycznie stwierdziłam, że zużyję wszystkie - nie zaszkodziły na pewno, a udało mi się powstrzymać łupież, który bankowo by się pojawił. Przy okazji, Schwarzkopf, got2be Volumania to jest zdecydowanie nasz ulubiony lakier do włosów, mówię nasz, bo mój mąż głównie go używa ;). No i oczywiście, Naturkosmetik, Alterra Szampon dodający objętości bio-papaja i bio-bambus to są szampony, których u mnie nie może zabraknąć ;). A i jeszcze, Hean, owocowe spa do ciała, peeling jagoda acai oraz wiśnia japońska jest to peeling tani, łatwo-dostępny, pięknie pachnący no i super działający. 


Bingo SPA keratynowa kuracja do włosów - z tej maski jestem w sumie zadowolona, co prawda ta keratyna mogłaby być wyżej w składzie, ale mogła być też i dalej, więc nie ma aż takiej tragedii. Tym bardziej, że moje włosy z tą maską się bardzo polubiły! I miałam gwarantowany good hair day, jeszcze zanim zrobiłam sobie keratynowe prostowanie. I włosy były dość nawilżone, odżywione, sypkie, takie ogarnięte, więc jak dla mnie maska bardzo fajna ;). Czy do niej wrócę? Nie wiem, bo chyba jednak Garnier te owocowe u mnie wygrywają ;).
Indigo, Richness Body Lotion, balsam do ciała - że ja ten balsam przetrzymałam tyle czasu i go nie używałam, bo nie to ja nie wiem jak to się stało. On jest tak świetny, pachnie tak genialnie, ma tak super konsystencję i na maksa szybko się wchłania, w dodatku skóra po użyciu jest cudownie miękka, gładka i na maksa miła w dotyku. I on jest genialny, więc liczę na to, że jeszcze kiedyś wrócę do balsamów z Indigo ;).
Kobo, pure pearl pigment, sypki cień do powiek, 55 sea shell - ja go stosowałam jako rozświetlacz i przyznam, że to był pierwszy rozświetlacz, jaki zaczęłam używać i go uwielbiałam! Był ze mną w sumie od dobrych  10 lat (?) i o. Pięknie połyskiwał, dawał super efekt na twarzy. I mega żałuję, że go już chyba nigdzie nie dostanę ;).
LaQ, żel pod prysznic dla prawdziwych kocic z ekstraktem z piwonii - długo kminiłam, co to jest w tej marce, że laski ją tak uwielbiają, początkowo kminiłam, że żel pewnie jak żel, w dodatku drogi... ALE, on jest nieziemski. Zapach ma świetny, konsystencja idealna, pięknie się pieni, a w dodatku jest turbo wydajny! Naprawdę, używałam go pewnie z kilka miesięcy i czad. Na pewno, się tu jeszcze pojawi, bo to będzie mój totalny ulubieniec.
Hebe, chusteczki odświeżające, antybakteryjne - tak wiem, wyrzucam nie do końca zużyte, ale już wyschły niestety. Mimo to ten produkt jest naprawdę świetny i idealnie nadaje się na obecną pandemię koronawirusa w razie w - a i można kupić sobie miniaturki, które zmieszczą się wszędzie. My je głównie używaliśmy przy okazji tatuażu i mega się sprawdziły!


Sesderma, mgiełka depigmentująca - byłam i nadal jestem z niej na maksa zadowolona, zapach ma nieziemski, piękny, forma mgiełki jest genialna w użytkowaniu, a i efekty były dość zadowalające. Ale nie jest to produkt dla mnie niezbędny, tak walczę z przebarwieniami, ale aż tak mi one nie przeszkadzają, żebym miałam kupować tę mgiełkę cały czas. Jej cena jest dość zaporowa, a i wystarczyła mi na jakieś niecałe 2 miesiące aplikacji. Na szczęście są maski i kremy, które również mają działanie rozjaśniające i depigmentujące.
Kerabione, suplement diety - nie wiem za bardzo gdzie mam dać te tabletki, bo po jednym blistrze ciężko mi cokolwiek stwierdzić. Ale i tak mam wrażenie, że ja takie suplementy biorę raczej ot tak o, na wszelki wypadek. Coś tam pewnie działają, ale nie jestem w stanie zauważyć żadnych efektów. :)


Marion, termooochrona, mgiełka chroniąca włosy przed działaniem wysokiej temperatury - używałam, żeby ją zużyć, ale powiem wam, że totalnie bez szału. Nie zauważyłam, żeby mi włosy jakoś mega się zniszczyły przy prostownicy czy suszarce, ale w ogóle nic zupełnie nie zauważyłam.
Facelle, chusteczki do higieny intymnej [nowa wersja] - Rossmann, czemu nam to robisz? Wiecie co, nie spodziewałam się, że można coś aż tak zepsuć, coś co było naprawdę super, an coś tak na maksa beznadziejnego. Ostrzegaliście mnie w komentarzach, a ja jakoś nie wierzyłam, że to możliwe. Ale chusteczki się rwą, dziurawią ot tak o, nie są aż tak fajnie nasączone jak tamte i sam materiał jest bardzo lichy - masakra.
Caspo, chusteczki do higieny intymnej - dla mnie chusteczki - noname, zaczęłam szukać innych, a te wzięłam przy okazji innych zakupów, żeby nie płacić za przesyłkę (a co!) no i w sumie nico, bo są beznadziejne, ale lepsze od nowej wersji Facelle ;)


Nivea, mini balsam do ciała, Exotic one - myślałam, że wystarczy na dłużej, zawsze brałam go ze sobą w podróże, ale nigdy nie używałam - nie wiem dlaczego. Ogólnie zapach był bardzo przyjemny, bardzo letni, nawilżenie nawet zadowalające, ale tak też trochę bez większego szału.
Yves Rocher, żel pod prysznic, mango - bardzo fajnie pachniał, super letnio i lekko, a i orzeźwiająco.  Nie wysuszał skóry, nie podrażniał jakoś bardzo. I w sumie nic więcej mi tutaj nie trzeba.
Yves Rocher, balsam pod prysznic z masłem karite - kolejna rzecz pod prysznic, która w sumie dla mnie jest na maksa bez szału. Nie lubię balsamów, wolę jak coś się pieni i że mogę potem nałożyć balsam albo i nie. Może i po tym balsamie nie czułam potrzeby nakładania dodatkowego produktu na ciało, ale to po prostu nie mój świat.
Yves Rocher, nawilżający płyn micelarny 2w1 - powiem Wam, że zaskakująco bardzo fajny jest ten płyn micelarny! Był przyjemny, spoko konsystencja, ładnie pachniał i super zmywał makijaż, a czasem jak gdzieś byliśmy nie chciało mi się bawić w stosowanie olejków i dwuetapowe oczyszczanie twarzy, więc tak - ograniczam się tylko do płynu micelarnego wtedy i ten sobie świetnie dawał radę wtedy, więc czad.


No to to by było na tyle! Dawajcie znać jak wasze zużycia w tym miesiącu? :)


TopEstetic, be the Sky Girl produkty do ciała

26 czerwca 2020



Dzień dobry! Standardowo jak tam u Was? Wyobrażacie sobie, że zbliżamy się do końca czerwca? Przeraża mnie to, jak szybko czas ucieka, jak szybko leci i że minęło już pół roku tego roku! Szok, ale mam nadzieję, że ta druga połówka będzie dużo lepsza niż poprzednia ;). Trzymamy kciuki, myślimy pozytywnie i dajemy czadu :) tak ma być! Teraz może być już tylko lepiej. A przechodząc do bardzo lepiej, mam dziś dla Was recenzję kolejnych produktów od Topestetic. Ostatnio pisałam Wam o produktach do twarzy:

A dziś będzie o dwóch produktach do ciała marki Be The Sky Girl, które w teorii idealnie się uzupełniają a jak to jest w praktyce? Myślicie, że w pielęgnacji też tak do siebie pasują? Jak myślicie? Ja na wstępie mogę powiedzieć, że mają takie opakowania, za którymi nie przepadam (i nie wierzę, że dalej nie kupiłam sobie żadnej szpatułki), ale jak działanie okazuje się sztosem, to jestem w stanie je przeżyć ;). Przekonam się do nich i tym razem? :)


Zacznijmy od początku, czyli najpierw pod prysznicem wykonujemy peeling - jest to zdecydowanie jeden z moich ulubionych kroków w pielęgnacji. Uwielbiam mocne cukrowe peelingi, dzięki którym czuję ścieranie naskórka, tak zwane 'mocne zdzieranie'. Peeling staram się wykonywać średnio 2 razy w tygodniu, ale wiadomo, że z tym bywa różnie, czasem jest to raz na tydzień, a czasem pewnie i raz na dwa tygodnie, jak mi nie po drodze z peelingiem. Ale przejdźmy już do rzeczy,

Be The Sky Girl
peeling do ciała - pina colada


* złuszczanie *nawilżanie *uelastycznianie*
94,8% składników naturalnych 98,8% składników pochodzenia naturalnego

Peeling, łącząc w sobie cukier [1], masło shea [2] i mango [6], oczyszcza, nawilża, uelastycznia i delikatnie natłuszcza Twoją skórę. Ma w sobie olej migdałowy [3] i kokosowy [4], dzięki czemu zmiękcza i wygładza skórę oraz łagodzi podrażnienia. Peeling rozpieści Twoje zmysły wakacyjnym zapachem ananasa i kokosem z nutą wiatru znad oceanu, cały czas dbając o Twoją skórę. 

Skład: Sucrose [1], Butyrospermum Parkii Butter [2], Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil [3], Cocos Nucifera (Coconut) Oil [4], C10-18 Triglycerides, Mangifera Indica (Mango) Seed Butter [6], Glyceryl Stearate, Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Lauryl Glucoside, Parfum, Citronellol, Limonene.

Sposób użycia: Należy nałożyć go na wilgotną skórę, wykonać masaż ciała, a następnie spłukać obficie ciepłą wodą. Należy stosować co najmniej raz w tygodniu.

Tak jak wspominałam peeling znajduje się w typowym 'słoiczku', odkręcanym, do którego najlepiej jest używać szpatułki, ale że ja dalej takiej nie kupiłam to muszę wsadzać palce, żeby nabrać produkt, a tego nie znoszę. Konsystencja jest bardzo cukrowa, więc i opakowanie mnie nie dziwi, bo w innym wypadku nie dałoby się pewnie nawet wycisnąć peelingu z np. jakiejś tubki. Opakowanie samo w sobie jest okej, zakrętka działa bardzo dobrze i jest szczelne, więc nawet jak peeling dłuższy czas znajduje się pod prysznicem to woda nie dostaje się do środka.
Po odkręceniu, peeling jest jeszcze dodatkowo zabezpieczony sreberkiem, więc mamy pewność, że nikt tam wcześniej nie gmerał. A i już po odkręceniu czuć cudowny zapach tego peelingu! Matko jak to pięknie, cudownie, pachnie - połączenie świeżych owoców, od razu pobudza, orzeźwia i sprawia, że mi się zaczyna chcieć. Zapach jest świetny!


Nakładając peeling na skórę musimy trochę uważać, bo lubi uciekać z dłoni, więc polecam mniejsze ilości. Musimy też pilnować tego, żeby skóra była mokra, bo inaczej zmarnujemy jeszcze więcej peelingu. Ja nakładam peeling na dłoń i od razu pod wodę, żeby było mi łatwiej go rozprowadzić na skórze i wtedy już jest bajka. Peeling cudownie ściera martwy naskórek, nie jest to uczucie nieprzyjemnie, drobinki nie są ostre, nie powodują żadnych podrażnień i nie zauważyłam, żebym mogła czasem przesadzić z tym peelingiem. Tutaj wszystko super działa. Po zmyciu peelingu wodą czuć film na skórze, który nie jest tłusty, jest akceptowalny, ale ja i tak nie wyobrażam sobie nie użyć po peelingu żelu pod prysznic. Mimo wszystko peeling ma od razu działanie cudownie nawilżające i odżywiające, co da się odczuć na skórze.
Skóra po użycia jest cudownie gładka, miła w dotyku, mięciutka, czuć, że jest mega oczyszczona i przy okazji bardziej nawilżona i odżywiona - dla mnie rewelacja! Mimo że zawsze używam po peellingu balsamu czy masła do ciała, to kiedy robię combo peeling+masło to skóra jest w jeszcze lepszym stanie, co mnie szokuje. Skóra jest w mega fantastycznym stanie.
I tutaj działanie jest genialne, zapach jest na maksa cudowny ! I konsystencję uwielbiam, więc jestem mega zadowolona z tego produktu, tak bardzo, że opakowanie mi zupełnie już nie przeszkadza. Żaden problem, mogę używać, bardzo mogę, ale i bardzo chętnie kupię sobie szpatułkę do ułatwienia nakładania ;). Peeling kosztuje ok. 70 zł - nie jest to mało, ale jest nawet wydajny, pojemność też jest większa, więc nie zniknie nam nagle po dwóch tygodniach jak niektóre peelingi. Bardzo polecam, ten peeling gwarantuje Wam skórę w cudownym stanie i rozkoszny zapach unoszący się pod prysznicem, czy w kąpieli. Czad !


A jak już mamy dobrze wypeelingowaną skórę to przyszedł czas na dobre nawilżenie i odżywienie skóry. Co prawda po peelingu z Be The Sky Girl Pina Colada myślę, że można sobie podarować raz na jakiś czas dodatkowy balsam, ale ja już jestem tak do tego przyzwyczajona, że i tak chętnie się smaruję po każdym prysznicu ;).

Be The Sky Girl
mus do ciała - sweet life


*nawilżenie *uelastycznienie *szybkie wchłanianie*
85,9% składników naturalnych 97,8% składników pochdzenia naturalnego

Mus do ciała wraz z masłem shea [2] oraz mango [9] rozpieści Twoje ciało, jak i głęboko je nawilży. Bogaty w olej z babassu [5], olej ryżowy [6] oraz olej chia [14] działa zmiękczająco, wygładzająco oraz łagodząco. Kwas hialuronowy [18] sprawi, że mus idealnie się wchłania, pozostawiając Twoją skórę sprężystą i połyskującą drobinkami miki. Pozostawi na Twoim ciele energetyzujący zapach słodkich czerwonych owoców z nutą wanilii i czarnej porzeczki, jako wspomnienie radosnych i beztroskich chwil.

Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii Butter [2], Myristyl Myristate, Tripelargonium, Orbignya Oleifera Seed Oil [5], Oryza Sativa (Rice) Bran Oil [6], Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Mangifera Indica (Mango) Seed Butter [9], Cetyl Ricinoleate, Parfum, Stearic Acid, Cetearyl Glucoside, Salvia Hispanica (Chia) Seed Oil [14], Xylitylglucoside, Anhydroxylitol, Xylitol, Sodium Hyaluronate [18], Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Mica, Titanium Dioxide, Iron Oxide, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Sodium Phytate, Benzyl Salicylate, Coumarin, Hexyl Cinnamal, Citronellol, Linalol, Limonene. 


Mus do ciała znajduje się w takim samym opakowaniu co peeling, słoiczku, odkręcane, z dodatkowo zabezpieczającym sreberkiem - niby wszystko okej, ale znowu musimy grzebać w opakowaniu. A ja znowu ubolewam, że nie ogarnęłam tej szpatułki. Konsystencja jest bardzo gęsta, jak masło do ciała, zbita i konkretna, więc znowu zdaję sobie sprawę, że inne opakowanie nie zdałoby tutaj żadnego egzaminu. Zapach jest znowu cudowny! Znowu owocowy, letni, energetyzujący, orzeźwiający - idealny na lato i na poranki. Ale nie przeszkadzałoby mi się otulać tak pięknym zapachem nawet zimą czy wieczorami/ Poza tym, zapach utrzymuje się niesamowicie długo! Nawet wieczorem jak się dobrze wwącham w skórę jestem w stanie wyczuć ten mus, co jest świetne! A za każdym razem jak wychodzę spod prysznica, to mąż mówi, że pachnę pięknie, więc coś w tym jest.

Przechodząc do działania, mus jest świetny. Od kiedy go używam jestem w stanie wyczuć znaczącą różnicę w stanie mojej skóry. Teraz jest nawilżona, odżywiona, miękka, gładka i cudowna w dotyku. Naprawdę jest sztos. Po tej całej kwarantannie i ciągłych lekcjach online muszę przyznać, że miałam na maksa wysuszone i podrażnione okolice łokci i przedramion i nie mogłam sobie z tym poradzić... Aż przyszedł ten mus i praktycznie po dwóch, trzech użyciach skóra była 'naprawiona'. Dla mnie czad! I jak zawsze wybieram balsamy do ciała, bo wolę lżejsze konsystencje, ale po nich nigdy nie miałam tak cudownych efektów, jak po tym musie - poważnie. Sztos nad sztosy.
Mus z kolei kosztuje około 80 zł, ale jest maks wydajny! Naprawdę. Ta konsystencja jest gęsta i rozsmarowuje się genialnie, więc niewiele potrzeba, żeby nawilżyć całe ciało. Zdjęcia środka macie po prawie miesięcznym, codziennym stosowaniu, a mam wrażenie, że zużyłam prawie nic.


Pierwszy raz się spotkałam z marką Be The Sky Girl, wcześniej o niej nie słyszałam, ale dzięki topestetic.pl jesteśmy w stanie odkryć nowe produkty i nowe marki, z jakimi jeszcze wcześniej nie mieliśmy do czynienia. Dla mnie to jest super, bo uwielbiam odkrywanie nowych produktów, a tym bardziej takich cudeniek! Produkty same w sobie są naprawdę świetnie, na tyle że ja zapominam o tych opakowaniach, za którymi nie przepadam. I już kupiłam szpatułki, żeby sobie ułatwić aplikację ;). Działanie, zapachy są dla mnie najważniejsze, a to jest sztos, więc ja bardzo polecam!
Poza tym, muszę to przyznać, że te dwa produkty razem, to jest duet idealny. Moja skóra chyba nigdy nie była w tak super kondycji, jest nawilżona, odżywiona, gładka, mięciutka i jest po prostu mega. Bardzo polecam!



Weselne tradycje! Nie było błogosławieństwa, bramy ani podwiązki... i wielu innych

23 czerwca 2020


Jak prawie każda kobieta wyobrażałam sobie już swój ślub jako dziewczynka. Naoglądałam się amerykańskich filmów, seriali i marzyłam, marzyłam o pięknej bogatej sukni, o ogromnej imprezie na miliony osób i wszystkich cudach na kiju. O atrakcjach, które polecam możecie już przeczytać w tym wpisie: Atrakcje na wesele. Mimo że jestem osobą, która ma duży szacunek do tradycji i w niektórych kwestiach jestem naprawdę tradycjonalistką, to były rzeczy związane ze ślubem, których wiedziałam od początku, że nie chce. I głównie są to rzeczy właśnie związane z tradycją. O czym mówię? :)


O tym robiłam ostatnio oddzielny wpis. Zawsze marzyłam o tym, żeby tato mnie zaprowadził do ołtarza i żebym mogła zobaczyć swojego męża po raz pierwszy dopiero przed ołtarzem i vice versa. A to by się nie mogło wydarzyć gdyby w dniu ślubu odbyło się błogosławieństwo, a o naszym błogosławieństwie pisałam, więc ciekawych odsyłam do wpisu. 

WYKUPYWANIE PANNY MŁODEJ
Nie zrozumcie mnie źle, bo nie chce żeby to zabrzmiało jakoś negatywnie i że krytykuję inne śluby, które tak miały. Praktycznie nigdy nie jeździłam pod domy państwa młodych, bo nie czułam takiej potrzeby. Tak bardziej byłam włączona w dwa śluby i muszę przyznać, że w sumie świetnie bawiłam się np. u mojej szwagierki, gdzie było wykupywaniem panny młodej i jako uczestnik naprawdę było ekstra. Ale ja się nie widziałam w tej roli. Nie czułam się dobrze z samą myślą, że pod dom mieliby się zjechać ludzie, miałaby grać orkiestra, dziewczyny miałyby się licytować, ja bym była w centrum zainteresowania, każdy by patrzył, zerkał i zaglądał. Nie, po prostu nie. Poza tym, dużo też słyszałam głupie teksty, która za ile flaszek wódki poszła. No ale sorry. Mnie za flaszkę nikt nie kupi.
Poza tym, na moją korzyść była tutaj odległość. Mąż mieszkał pół godziny drogi ode mnie, kościół w którym braliśmy ślub był też jakieś 20 minut ode mnie w kolejną stronę, więc nie wiem o której musielibyśmy zacząć, żeby się ze wszystkim wyrobić, a nie jesteście w stanie przewidzieć wszystkiego, pod kątem czasowym.

BRAMY
Błagam, niech mi ktoś powie, dlaczego w tych czasach mam dawać komuś czasem nawet kilka flaszek wódki, żebym mogła dojechać na własny ślub czy wesele? Nie powiem, są bramy, które są świetne i robią ogromne wrażenie, ale większość według mnie jest żenujące. A jak czasami widzę państwa młodych, czy świadków, czy inne bliskie osoby, które muszą się w czymś babrać, coś przenosić i po prostu się brudzić/męczyć to po prostu średnio mi się to podoba. Inna kwestia jest jeszcze ludzi robiących bramy. Czasem są to totalne randomy, których nawet nie znamy, a trzeba się z nimi 'użerać'. Co innego gdyby te bramy były robione przez osoby znajome, byłyby przemyślane, bez głupich rzeczy do robienia. To może być fajne, ale fajną bramę widziałam może ze dwa razy.


INNE
Podwiązka, której nie miałam. Z podwiązkami jest tak, że zazwyczaj się je dostaje, wiecie albo prezent, albo coś pożyczonego czy tam coś. Ja jej nie miałam, ale nawet o tym nie myślałam, haha. A jak już pomyślałam to stwierdziłam, że i tak nie zdążę zamówić/kupić/wybrać i stwierdziłam, że yolo. Dam radę bez.
Inna kwestia to buty, bo nie miałam standardowych ślubnych butów, miałam zwykłe sandałki, które mogę nosić teraz na co dzień, na wesele, na imprezę, mogę je założyć zawsze.
Włosy! Od zawsze widziałam, że chce mieć rozpuszczone włosy. Jako że brałam ślub w niedzielę i nie wiedziałam, jak to będzie z moją fryzjerkę, ale brałam pod uwagę nawet to, że pójdę w zwykłych prostych włosach. Na szczęście, miałam moją fryzjerkę najlepszą ever, i w dalszym ciągu miałam puszczone luźno włosy, lekko spięte u góry i było ideolo. Nie przekonuje mnie to, że w rozpuszczonych niewygodnie, gorąco itp. Ja się tak czuję najlepiej i praktycznie nigdy nie mam związanych włosów.
Biżuteria! Okej, kupowałam specjalnie kolczyki i bransoletkę, ale są to rzeczy, które nosiłam od ślubu już tysiące razy. Poza tym, mimo że wszyscy mi to odradzali, założyłam dodatkowo naszyjnik, który oczywiście dostałam jakiś czas wcześniej od męża. I wiecie co? Jego mina, jak w trakcie mszy zauważył ten naszyjnik była bezcenna, a ja się czułam 'kompletnie'.

Pamiętajcie, jeśli robiłyście albo macie zamiar robić inaczej, to nie oznacza, że jest źle. Ja się cieszę, że mogłam zrobić po swojemu i dzięki temu czułam się szczęśliwa i na maksa zadowolona w trakcie wesela. I o to właśnie chodzi :)
Dajcie znać, jakie Wy macie podejście do tego wszystkiego? :) Trzymacie się wszystkich tradycji i robicie tak jak ma być? Czy jednak wrzucacie na luz i robicie totalnie po swojemu? :)


Vianek, odżywienie pod oczy z ekstraktem z szyszek chmielu

20 czerwca 2020


Dzień dobry bardzo! Jak tam, co tam? Już niedługo koniec roku szkolnego, mam nadzieję, że i po Waszych sesjach, więc niedługo wakacje! Wakacje już raczej normalne, więc mam nadzieję, że super spędzicie ten czas i odbijecie sobie za ten czas izolacji i kwarantanny ;).
Za to dzisiaj mam dla Was recenzję kremu pod oczy, naszej polskiej marki Vianek - enjoy!


Vianek, odżywczy krem pod oczy
z ekstraktem z szyszek chmielu


Krem ma za zadanie intensywnie zregenerować i odżywić okolice oczu, dzięki zawartości oleju sojowego [2], oleju z pestek moreli [4] i oleju rokitnikowatego [12]. Poza tym, krem jest bardzo bogaty w witaminy i wykazuje właściwości antyoksydacyjne i wzmacniające. Dzięki zawartości ekstraktu z szyszek chmielu krem zapobiega przedwczesnemu starzeniu się skóry. Może być również stosowany pod makijaż.

Skłąd: Aqua, Glycine Soja Oil [2], Coco Caprylate, Prunus Armeniaca Kernel Oil [4], Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Glyceryl Stearate, Humulus Lupulus Cone Extract, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Lecithin, Hippophae Rhamnoides Oil [12], Tocopheryl Acetate, Xanthan Gum, benzyl Alcohol, Parfum, Dehydroacetic Acid, Benzyl Salicylate, Coumarin,Vual, Hexyl Cinnamal.

Sposób użycia: Krem należy nanieść na skórę w okolice oczu i delikatnie wklepać do całkowitego wchłonięcia.


Zaczynając od opakowania, to jak możecie zobaczyć opakowanie w jakim znajduje się krem to mega cienka tubka. Nie spodziewałam się czegoś takiego i rzadko kiedy miałam takie opakowania, ale jest trochę niewygodna. Dość często mi w sumie spada, ale to też może być spowodowane moją nieudolnością. Tubka jest wyposażona w pompkę, dodatkowo jest to opakowanie typu airless, czyli cała zawartość kremu idzie nam do góry wraz z wypompowaniem kolejnych ilości kremu, co jest super. Przynajmniej mamy pewność, że zużyjemy wszystko.
Konsystencja kremu jest zwykła, ale przy tym idealna w punkt, niczym specyficznym się nie wyróżnia, ale wygodnie się ją rozsmarowuje pod oczami, niewielka ilość wystarczy. Jeśli chodzi o zapach to jest on totalnie niewyczuwalny. Jak się człowiek wczuje to mogę powiedzieć, że zapach jest ładny i delikatny.


Ja na raz używam naprawdę niedużo, lekko naciskam pompkę i małą kuleczkę rozcieram między palcami i nakładam w okolice oczu, delikatnie wklepując też i na powieki. Niewiele potrzeba, więc krem jest niesamowicie wydajny - na szczęście. W ciągu dnia nie ma problemu, żeby potem nałożyć na niego makijaż, nic mi się nie rolluje i nie ma to żadnego wpływu na inne produkty. Na noc, lubię dać trochę grubszą warstwę, ale to można kontrolować po swojemu według uznania.
No i jeśli chodzi o działanie to jestem zadowolona. Krem od Vianek jest bardzo delikatny, ale efekty po nim są fajne. Skóra pod oczami jest naprawdę bardziej nawilżona, odżywiona, na dodatek idealnie napięta i jędrna. Poza tym, moje oczy już nie są aż tak podkrążone, jak wcześniej co mnie cieszy najbardziej.
Nie zauważyłam podrażnienia, zamglenia oczu ani łzawienia, więc tutaj wszystko gra.


I ja jestem bardzo zadowolona z tego kremu! Nie dość, że Vianek to polska marka i cenowo prezentują się naprawdę super, to on jest też jeszcze na maksa wydajny. Jest też dosyć łatwo dostępny, dlatego ja bardzo polecam. I ten krem i cała marka bardzo super!

A jakie są Wasze ulubione kremy pod oczy, co? :))

Serum ochronne; INSIGHT, Styling Hair Repair Complex

17 czerwca 2020


Nie zwalniamy, dalej ciśniemy i dziś z tematyką włosów! U mnie ta pielęgnacja od zawsze jest najbardziej rozbudowana i najbardziej na włosach mi zależy, więc bardzo dużo czasu spędzam na tej pielęgnacji. Ostatnio byłam też w końcu u fryzjera, pierwszy raz od ślubu, czyli po jakichś 10 miesiącach, a uwierzcie mi, że takie przerwy mi się nigdy nie zdarzały. Ale włosy w końcu odżyły. Już jakiś czas temu, pewna youtuberka Olur bardzo dużo polecała produkt z dzisiejszej recenzji, więc się skusiłam! I co? I w sumie nie jestem do końca pewna, czy kupiłam dokładnie ten sam olejek, o którym ona mówiła. Zapraszam ;)


INSIGHT, Styling Hair Repair Complex
serum ochronno - odbudowujące


Serum ma za zadanie odbudować i rozplątać zniszczone i łamliwe końcówki. Poza tym, wzmacnia, regeneruje i zapobiega rozdwajaniu się, nadaje połysk i blask, a i pozostawia włosy lśniące i miękki e w dotyku. Zawiera organiczny ekstrakt z dzikiej róży [4], który regeneruje i chroni włosy przed uszkodzeniami, malwy [6], nagietka [8] i kwiatu Althea [7], które są odżywcze i dobudowujące, dzięki czemu uelastyczniają włókna włosa i głęboko je nawilżają.
*Nie zawiera parabenów, PEG, PPG, sztucznych barwników, alergenów zapachowych ani olejków mineralnych, 

Skład: Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Cyclohexasiloxane, Rosa Moschata Seed Oil [4], Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Malva Sylvestris (Mallow) Leaf Extract [6], Althaea Officinalis Root Extract [7], Calendula Officinalis Flower Extract [8], Parfum, Tocopherol.

Sposób użycia: należy rozprowadzić kilka kropli na końcach, nie spłukiwać. można stosować na mokrych lub suchych włosach.


Serum znajduje się w dość fajnej buteleczce, jest wyposażone w pompkę, która bardzo fajnie dozuje produkt, dosyć niewiele, ale uwierzcie, że dużo Wam nie jest potrzebne. Dodatkowo mamy zatyczkę, którą w sumie często gubię i sama schodzi, więc raczej nie zagwarantuje nam ewentualnej niechcianej eksplozji np. w bagażu. Na buteleczce znajdziecie wszystkie informacje, poza tym bardzo mi się podoba to, że sama butelka jest z przyciemnionego tworzywa, dzięki czemu nasz produkt dłużej będzie zachowywał swoje właściwości.
Konsystencja jest bardzo gęsta i oleista, ja zazwyczaj na włosy nakładam maks jedną pompkę, a to i tak czasem potrafi być za dużo. Ale zapach jest genialny! To serum pachnie tak wspaniale, owocowo i kwiatowo zarazem, pięknie i smakowicie, że aż uzależniająco. Rewelacja i na szczęście ten zapach jeszcze zostaje na włosach, bo używam tego serum zazwyczaj, jako ostatni produkt w pielęgnacji. I na maks ami się to podoba.


Zazwyczaj używam serum na mokre włosy przed suszeniem i na suche włosy, po wysuszeniu i po jakimkolwiek ich ogarnięciu, tak na zakończenie, jako serum ochronne i wygładzające, no i trochę też scalające, kiedy moje włosy przed fryzjerem wyglądały fatalnie. No to, jak się sprawdził?
Początkowo używałam serum jedynie na suche włosy po wysuszeniu. I powiem szczerze, że w sumie było fajnie, ale nie jakoś zajebiście, jak się tego spodziewałam. Trzeba było na maksa uważać na ilość, bo bardzo łatwo było przesadzić z nią. Jeśli trafiłam z idealną ilością to muszę przyznać, że włosy były rzeczywiście nawet nawilżone, miękkie i niesamowicie wygładzone. Ale (!) no niestety, serum potrafi posklejać włosy i sprawić, że końcówki wyglądają jak kluseczki. I kilka razy mi się to zdarzyło, na szczęście udało mi się to wyczesać i mogłam bez wstydu wyjść do ludzi, ale dosyć to jest irytujące, jak już się przytrafi. Na szczęście da się taką ilość wyczesać z włosów, ale w dalszym ciągu to nie jest to samo.
Ale muszę przyznać, że jestem zachwycona używaniem produktu na mokre włosy! Trochę się obawiałam, że skoro potrafi posklejać włosy, to na mokrych włosach będzie jeszcze gorzej, ale tu to działo się jakoś całkowicie inaczej. Może to jest taka kwestia, że lekko się rozpuszcza pod wpływem mokrych włosów i z wodą inaczej działa, ale ja uwielbiam. O dziwo wtedy włosy są na maksa nawilżone, odżywione, a po wysuszeniu genialne w dotyku, mięciutkie, gładkie i naprawdę dzięki temu olejkowi mam zdecydowanie #goodhairday bardzo często.
Poza tym, serum używam praktycznie codziennie, zawsze przed spaniem lubię nałożyć na włosy, bo mam wrażenie, że dzięki temu w nocy mniej się zniszczą i zmierzwią, i to raczej działa! Poza tym, przed wyjściem w ramach ochrony przed czynnikami zewnętrznymi też się ekstra sprawdza. Ja jestem bardzo zadowolona ;).



Mimo to, że łatwo jest przesadzić z nim i czasem moje włosy wyglądają tragicznie przetłuszczone, to kiedy uważam z ilością, to serum nawet fajnie działa! Ten zapach jest genialny, konsystencja jest dość oleista, ale można się przyzwyczaić, włosy są w fajnym stanie, a to najważniejsze. Ponadto, serum jest najdroższym chyba produktem na końcówki, jakie kiedykolwiek miałam. Opakowanie 50ml kosztuje około 40 zł, ale wcale mi nie szkoda, bo serum jest na maksa wydajne - prędko mi się na pewno nie skończy, no i działa, więc bardzo polecam - bardzo! No i ten zapach! To już w ogóle jest bomba!
Co prawda, powiem szczerze, że trochę żałuję, że na suchych włosach serum nie działa aż tak idealnie, jak na mokrych. Mimo wszystko, jak nauczyłam się go używać to już inaczej, ale torchę spodziewałam się czego innego, dlatego do końca nie jestem pewna, czy kupiłam ten sam produkt polecany przez Olur ;). Widziałam, że mają jeszcze jakieś inne wersje, więc prawdopodobnie sprawdzę wszystkie ;).


Znacie? Jakie inne produkty używacie na końcówki? Dajcie znać ;)!


Kenia | Sarova Saltlick Lodge | Tsavo East Park Narodowy - 2DNIOWE SAFARI

14 czerwca 2020



Halo, halo! Czas przejść w końcu do Safari! Tak jak pisałam bardzo, bardzo początkowo głównym powodem wyboru Kenii jako naszej podróży poślubnej była zdecydowanie możliwość pojechania na Safari. Jak tylko usłyszeliśmy o terenowych samochodach, lwach, żyrafach i słoniach, to już wiedzieliśmy, że nic innego nam się nie spodoba. A i od razu na wstępie powiem, że jak ktoś ma ochotę to zapraszam na nasz filmik na yt dotyczący całej Kenii! Jeśli jesteście zainteresowanie głównie Safari to zapraszam do 5:30.


Zanim przejdę do opisywania Parku Narodowego, naszego hotelu i samego Safari to muszę wspomnieć, że sama droga na safari to była najgorsza rzecz na świecie. Na szczęście nikt nam o tym nie powiedział, jak to będzie wyglądało i dobrze, bo nie wiem czy byśmy nie zrezygnowali. Na największym kacu świata, z samego rana wsiedliśmy do samochodu (którym potem jeździliśmy też po parku), bez klimatyzacji, wyboista droga albo jej brak i jakieś 5-6 godzin jazdy. Dlaczego się tak sponiewieraliśmy dzień wcześniej? Bo tak wyszło, haha, natrafiliśmy na smutną Polkę, której chcieliśmy poprawić humor i tak się to skończyło haha. Umieraliśmy - bardzo, ja co przystanek marzyłam o powrocie do domu. Ale! Jak tylko wjechaliśmy w Park Narodowy, oboje odżyliśmy i zaczęliśmy tylko rozglądać się dookoła i szukać zwierząt.


 


Musicie mi wybaczyć, ale totalnie nie pamiętam nazw tych zwierząt, tym bardziej antylop/gazel, bo było ich mnóstwo, a i dla mnie wszystkie wyglądały praktycznie tak samo ;).



TSAVO PARK NARODOWY

Park Narodowy znajduje się w Kenii, chociaż nam momentami łapał zasięg z Tanzanii. Park jest podzielony na dwie części wschodnią EAST (w której my głównie przebywaliśmy) oraz zachodnią WEST. Jest on jednym z największych na świecie, ma powierzchnię prawie 23 tysiące km kwadratowych, więc wow! Jest on dosyć sławny ze względu na słonie, ale możliwości Safari w parkach narodowych jest kilka. My byliśmy na 2-dniowym.







SAROVA SALT LICK LODGE

Mieszkaliśmy w najlepszym miejscu na ziemi. Składa się z kilkudziesięciu domków na wysokich palach, gdzieś na teranie Parku Narodowego. Z okna naszego pokoju mieliśmy widok na wielkie polany parku, gdzie znajdowało się dużo zwierząt, więc sporo czasu spędziliśmy siedząc po prostu przy oknie. Na środku hotelu znajdowały się źródła z wodą, co też przyciągało masę zwierząt - najpopularniejsze zdjęcia przedstawiają oczywiście słonie, których wyczekiwaliśmy bardzo długo. 
W hotelu znajduje się restauracja, bar - wszystko oczywiście z widokiem na Park, a także gdzieś basen jak i SPA. Poza tym, możliwe jest przejście podziemnym tunelem do punktu widokowego, który znajduje się niedaleko źródeł, więc z ogromnego bliska możecie podziwiać zwierzęta (co jest widoczne na naszym filmiku na yt).
Ciekawym faktem jest to, że hotel nie jest w żądne sposób odgrodzony od zwierząt, jak wychodziliśmy przed hotel, normalnie przez krzaki można było jeszcze zobaczyć pewne zwierzęta, które tak naprawdę mogłyby spokojnie podejść pod wejście, dlatego ogólnie był zakaz wychodzenia na zewnątrz samemu.



JAK SIĘ PRZYGOTOWAĆ NA SAFARI

W biurze podróży trochę nam przesadzili jeśli chodzi o przygotowania się do safari.
Po pierwsze nie potrzebujecie specjalnych ubrań, długich rękawów, przewiewnych ubrań, lnianych koszul itp., wcale nie muszą Wam się przydać wygodne buty sportowe ani czapka.
Na Safari w ciągu dnia jest na maksa gorąco, a w adidasach nam było dość gorąco spokojnie sandały byłyby ideolo, nawet klapki, cały czas spędzacie w samochodzie, można siedzieć, stać, czy jakieś inne kombinacje alpejskie uprawiać. Przez większość czasu i tak byłam w krótkich spodenkach, bardzo odkrytych koszulkach i było ideolo, a nawet na maksa przyjemnie, bo można było się ochłodzić i nie przewiało mnie przez cały czas odkryty dach. Gdy wyjeżdżaliśmy na Safari wieczorem, to jak bluza, długie spodnie Wam wystarczą. No i woda, ale nie ma co szaleć z ilością. W pokojach nie ma lodówek, więc ta woda i tak Wam się zagrzeje po pewnym czasie, ale coś trzeba pić.
Jeśli chodzi o akcesoria to bardzo żałujemy, że nie wzięliśmy ze sobą lornetki. Byłaby mega frajda gdybym całą drogę mogła lukać przez nią i szukać zwierząt. Na szczęście jedna Pani z naszego auta miała i nam pożyczała co jakiś czas. Z kolei na nocne Safari, polecam latarkę! Dzięki temu wyczailiśmy lwicę z małymi lwiątkami! To było mega, jak sami znaleźliśmy zwierzaki. 

Aczkolwiek są to przydatne rzeczy na nasze 2-dniowe Safari, domyślam się, że przy innych opcjach mogą być potrzebne zupełnie inne rzeczy.



JAK WYGLĄDA 2DNIOWE SAFARI

Wyjechaliśmy bardzo rano jednego dnia, tak jak pisałam do Parku mieliśmy jakieś 5-6 godzin jazdy. Jak dojechaliśmy ot już na początku widzieliśmy jakieś małpy, czy różne rodzaje antylop. Dojechaliśmy do hotelu, zameldowaliśmy się, rozlokowaliśmy się w pokoju i pojechaliśmy na pierwsze około godzinne Safari. następnie wróciliśmy na obiad i wieczorem czekało nas nocne safari, które trwało około 1,5-2h. Wróciliśmy na kolację i każdy mógł robić co chciał. Następnego dnia po śniadaniu ostatnie 2-godzinne safari. 
Tak, jak pisałam jeździliśmy tymi samymi samochodami, którymi przyjechaliśmy, cały czas z otwartym dachem, cały czas wszyscy rozglądaliśmy się na prawo i lewo i szukaliśmy zwierząt. Nasi kierowcy znali park jak własną kieszeń, doskonale wiedzieli gdzie jechać, gdzie są i jak się poruszać, cały czas też mieli kontakt między sobą przez CB-radio i jeśli ktokolwiek przyuważył jakieś super zwierzę, dawał znać i wszyscy się tam w moment zjeżdżali.A takich samochodów wyjeżdżało na raz na pewno ok. 20, więc było nas sporo.

 

 


 



WIELKA PIĄTKA AFRYKI, czyli lew, słoń, bawół, nosorożec i lampart

Zabrakło nam słoni i nosorożców, ale ponoć nosorożców nawet nie ma akurat w tym parku. Lwa widzieliśmy w pięknej okazałości, leżał sobie na drodze, przeszedł obok samochodu i miał nas, poważnie, w dupie. Bawołów widzieliśmy bardzo dużo, stały w ogromnych gromadach i są na maksa śmiesznymi zwierzętami, z jeszcze zabawniejszymi mordkami, haha. Mały lampart pił wodę z kałuży i też był totalnie niewzruszony naszą obecnością. 
Jeśli chodzi o słonie, ich nie spotkaliśmy mimo wielkich starań naszego kierowcy. Pytałam się też w recepcji, gdzie są słonie, skoro na zdjęciach przy hotelu jest ich zawsze mnóstwo. Usłyszałam, że nie ma suszy, więc zwierzęta mają swoje stawy z wodą gdzieś daleko, głęboko w parku. Dlatego warto jeździć tam w czasie suszy (grudzień, styczeń) a będziecie mieć większą szanse na zobaczenie słoni. 
Mieliśmy szansę zobaczyć jeszcze zebry, żyrafy, ogromne strusie, całą rodzinkę guźdźców, lwicę z małymi lwiątkami, no i mnóstwo różnych antylop (z białymi i kolorowymi tyłkami) i małp.
Poza tym, możecie zobaczyć tę lwice na poniższych zdjęciach, kiedy poluje na antylopy tuż obok naszego hotelu.Nie zostaliśmy tam do końca, ale inni mówili, że ponoć dobiła swego, dorwała zwierzaka i je zjadła na oczach innych osób - co kto lubi :) ja bym nie mogła na to patrzeć.



KOSZT I OGÓLNE WRAŻENIA

U nas koszt Safari to ok. 2500 zł za dwie osoby. W tym macie wyjazdy, przejazdy, wynajęcie kierowcy, przewodnika, posiłki i nocleg.
Ja jestem na maksa zadowolona. Zdecydowanie jest to jak na razie nasza przygoda i podróż życia. Oglądanie zwierząt w Zoo to zdecydowanie nie jest to samo, co właśnie safari! Tam człowiek jest pod wrażeniem wszystkiego, zwierząt, parku, tej natury i wszystkiego. To jest niesamowite spędzić czas w takiej dziczy.


INNE SAFARI

Mieliśmy możliwość rozmawiać z innymi Polakami, którzy byli (UWAGA) na tygodniowym Safari! Z tego, co oni opowiadali to widzieli każde możliwe zwierzę, praktycznie w każdej możliwej sytuacji. Oni mieszkali w namiotach również gdzieś w parku narodowym i co jakiś czas zmieniali lokalizację. Poza tym, oni wyjeżdżali na Safari z samego rana i wracali późno wieczorem, a cały dzień jeździli w poszukiwaniu zwierząt, więc wow! To dopiero przygoda!

Ale ja z naszej jestem jak najbardziej zadowolona i nie zmieniłabym jej na nic innego.