Ślub w niedzielę! Dlaczego to dobry pomysł?

16 lutego 2020


Kolejny wpis dotyczący mojej serii #ślubmarzeń! I tym wpisem przechodzimy już powoli do konkretów, które myślę, że były w naszym przypadku trochę mniej standardowe niż na większości weselach i ślubach. Dla części z naszych gości ślub i wesele w niedzielę było trochę szokiem, ale tak naprawdę obecnie śluby w innych dniach są coraz bardziej popularne i mówię tu nawet o piątkach, czwartkach czy wtorkach. A więc, dlaczego ślub w niestandardowy dzień tygodnia to dobry pomysł?


Nie musicie czekać na ślub 3 lata

No niestety, obecnie soboty są na maksa oblegane i jeżeli chcecie mieć tradycyjnie wesele w sobotę to musicie czekać na salę około 3 lata w wymarzonym przez Was terminie. Jeśli pasują Wam daty zimowe, czy w okolicach Bożego Narodzenia to nie będzie problemu. To był w sumie główny powód, że nasze wesele miało miejsce w niedzielę, bo po prostu w sobotę już nie było za bardzo kiedy. A że zaręczyliśmy się dość szybko, bo praktycznie po 2 miesiącach to i na ślub nie chcieliśmy czekać latami.
Wolną niedzielę znajdziecie praktycznie na każdy rok do przodu, tak samo z łatwością wtedy znajdziecie super orkiestrę, fotografa i kamerzystę. Bo, co z tego, że jest wolna sala na przyszły rok w sobotę, jak reszta dobrych usługodawców będzie już zajętych i robi się problem.

Wesela w inny dzień tygodnia są tańsze

Mówię tu o sali, cenie za talerzyk, ale i zespoły, kamerzyści, fotografowie robią różne ciekawe promocje w pozostałe dni tygodnia, właśnie po to żeby zachęcić pary. Z jednej strony przy wszystkich kosztach wesela tysiąc w te czy we wte może się wydawać niczym, ale z drugiej strony to jest zawsze dodatkowy tysiak na coś innego, np. na podróż poślubną.
W naszym przypadku sala kosztowała mniej o 5 zł za talerzyk, co przy wszystkich gościach było: ok. 800zł mniej + mieliśmy tort w cenie, który normalnie mógłby kosztować min. 400-500zł, kamerzysta to kolejna 100 mniej, a orkiestra - 500zł mniej. Więc u nas wyszło to ok. 2 tysiące 'oszczędności'.
Warto zapytać i czasem się upomnieć, bo każda oszczędność to fajna oszczędność. :)

Dodatkowy dzień przed weselem

Nie wyobrażam sobie, że w piątek, kiedy większość osób pracuje ja mam już ostatnią chwilę na ogarnianie., biorąc pod uwagę cały poprzedni tydzień, który skupia się głównie na weselu. A gdybym chciała jeszcze trochę odpocząć to już w ogóle nie byłoby kiedy. Nawet jeśli jesteśmy na weselu w soboty jako gość, to mam wrażenie, że jest to taki wyścig z czasem dla mnie, a co mają mówić pary młode? Co prawda większości rzeczy już i tak w sobotę nie da się załatwić, ale jest to fajny dzień, spokojniejszy, kiedy możemy się upewnić czy wszystko mamy, czy wszyscy wszystko wiedzą i po prostu odpocząć. Pamiętam, że swoją sobotę spędziłam głównie u kosmetyczki na paznokciach, w domu na robieniu masek, oglądaniu filmików w internecie i po prostu był chill!


A co z tym poniedziałkiem?

I tu jest kwestia, która mi podobała się najbardziej. Wiedziałam, że będą osoby, którym na nas zależy, które chcą z nami być w tym dniu nieważne, kiedy on będzie, dla których nie jest to problem wziąć wolne na następny dzień albo po prostu wyjść wcześniej z wesela. Były osoby, które były tylko na mszy i wcale nie miały blisko, były takie, które zostały z nami jeszcze na obiedzie, ale były z nami, mimo że następnego dnia szły do pracy, co na maksa doceniam. Bardzo się cieszę, że były z nami osoby, które nawet nie zająknęły, że niedziela, dla większości nie był to żaden problem, a takie podejście według mnie bardzo potrafi zdefiniować ludzi i znajomości. Pamiętajcie, jeżeli komuś na Was zależy i nie wpływają na to inne czynniki, to będą z Wami nawet jeśli ślub odbędzie się w środę o 8 rano.
Oczywiście pojawiły się osoby, które nam odmówiły, bo niedziela, bo szkoła, bo praca, ale brałam to pod uwagę, że nie każdy będzie zadowolony. Z tego też względu zapraszaliśmy gości niestandardowo dużo wcześniej niż zazwyczaj (4-5 miesięcy wcześniej) i ja na każdym kroku podkreślałam to, że nasza impreza odbędzie się w niedzielę, żeby każdy mógł się na to przygotować kilka miesięcy wcześniej.


I żeby nie było, nie uważam, że niedziela to najlepszy dzień na wesele, jest to po prostu fajna alternatywa dla soboty, która przy okazji przyniesie Wam parę innych korzyści. Tak samo, jak chodzimy na wesele w soboty to nie psioczymy ani nie narzekamy, bo u nas było lepiej. Nie prawda, nieważne kiedy, jak i gdzie, najważniejsza jest para młoda i to jej szczęściem się cieszymy w tym dniu.
Dajcie znać, co myślicie o weselach na tygodniu lub w niedzielę. Może jednak jesteście za standardowymi weselami w sobotę i tak powinno być? Dajcie znać, bo jestem strasznie ciekawa, jak to wygląda dla Was z drugiej strony?


Nou, perfumy piwonia

13 lutego 2020


Dzień dobry! Mam nadzieję, że nikomu głowy nie urwało po ostatnich orkanach w Polsce, co prawda nie było lekko, ale szokuje mnie ta jesienna pogoda, gdzie tym samym czuć na maksa wiosnę w powietrzu! A jeżeli już mowa o wiośnie i cieplejszej pogodzie (mam nadzieję, że już niedługo przybędzie do nas) to dzisiaj na tapet mam dla Was perfumy, z którymi moja relacja jest dość bujna, ale to musicie przeczytać o tym poniżej.

Poza tym, zapraszam również na:



NOU, perfumy - peony


Nou peony perfumy nawiązują do delikatnego powiewu wiatru, który przyniesie ukojenie. Poczujecie delikatny zapach porannej rosy na płatkach róż, a za chwile uniosą się uty czarnego pieprzu, które zawrócą Ci w głowie. Następnie, wejdziesz do ogrodu i ze zdwojona siłą poczujecie ponownie płatki róż, w towarzystwie zniewalającej piwonii. Na koniec, czeka na Was piżmo, drzewo cedrowe i paczula. Możesz się zatrzymać, odpocząć aż do zachodu słońca, paczuli, drzewa sandałowego, bobu tonka oraz benzoinu. 

Skład: Alcohol, Parfum, Aqua, Linallol, Citronellol, Benzyl Salicylate, Limonene, Farnesol, Hexyl Cinnamal, Geraniol, Citral, Benzyl Alcohol, Anise Alcohol, Alpha-Isomethyl Ionone, Benzyl Benzoate.

NUTY ZAPACHOWE:
Nuta głowy: poranna rosa, płatki róż, czarny pieprz
Nuta serca: róża, piwonia
Nuta bazy: piżmo, drzewo cedrowe, paczula


Zaczynając od początku, bardzo mi się podoba ten design tych perfum. Wszystko utrzymane jest w dość ciemnej, czarnej kolorystyce, ale jest to zdecydowanie coś innego, co mi się bardzo podoba. Flakonik jest szklany z bardzo ładną zatyczką, która mi się kojarzy z czymś kryształowym, co sprawia, że perfumy stają się bardziej fancy. Ogólnie nie mam na co narzekać, bo wszystko działa tutaj bez zarzutu, zatyczka nie dopada, a atomizer daje nam dość mocną skoncentrowaną mgiełkę, ale w dalszym ciągu jest to fajna konkretna mgiełka zapachu.


I jeżeli chodzi o sam zapach to tutaj zaczyna się dla mnie mały rollercoaster. Pierwsze spotkanie z tymi perfumami jest dla mnie zawsze ciężkie. Bardzo nie podoba mi się ten zapach, jest bardzo mocy, intensywny, prawdopodobnie ten czarny pieprz wynurza się tutaj za bardzo. Tak bardzo, że zapach przypomina mi ten zapach, który intensywnie unosi się w miejscach publicznych i nie da się go znieść.
Po chwili, na szczęście on się trochę ulatnia, zanika i zamienia się w dość delikatny zapach róży i prawdopodobnie piwonii, chociaż nie wiem jak piwonia pachnie w rzeczywistości. Aczkolwiek, nie zapomnimy o tym pieprzu, bo jest on cały czas podstawą tego zapachu dla mnie i będzie co jakiś czas o sobie przypominać.
Ostatecznie pod koniec dnia, jestem już bardzo przyzwyczajona do tego zapachu, więc aż tak mi nie przeszkadza, ale w dalszym ciągu czuć ten intensywny aromat, który mi niestety przeszkadza, i gdzieś obok mi tam pachnie ta piwonia i róża. Według mnie piwonia jakoś nie gra tu pierwszych skrzypiec, a chyba powinna.


Jak możecie się domyślać, nie są to moje ulubione perfumy, a nawet sięgałam po nie tylko kilka razy, żebym mogła napisać dla Was tę recenzję i żebym mogła sobie wyrobić ostateczne zdanie na ich temat. Żałuję, że pierwszy zapach jest bardzo mocny i przeszkadzający, bo tak naprawdę ten pierwszy powiew jest dla mnie najważniejszy i decydujący, czy chcę się psikać nimi czy nie. Zawsze w ciągu dnia psikam się co najmniej dwa razy, żeby pachnieć bardziej, ale z tymi perfumami oczywiście tak nie robię. Po prostu mi nie podpasowały, mimo że spodziewałam się, że piwonia i róża to będzie coś dla mnie.
Szkoda, bo jestem już na wykończeniu innych perfum tej marki Cherry Blossom, których używałam baaardzo dużo i je uwielbiam ;)


Solverx, balsamy do wymagającj skóry; wrażliwej i atopowej

10 lutego 2020


Dzień dobry! Zaczynamy nowy tydzień, co prawda dzień, jak co dzień, więc nie mówię, że nowy tydzień - nowa ja, ale zazwyczaj nie lubię poniedziałków, bo muszę wtedy ponadrabiać wszystko z weekendu, ale nie narzekamy, tylko działamy. Wiatr mnie dzisiaj przeraża, ale mam nadzieję, że nigdzie mnie nic nie zdmuchnie.
A na razie zapraszam Was na wpis, recenzję dwóch balsamów do ciała, które otrzymałam w ramach ubiegłorocznej konferencji Meet Beauty, która się nie odbyła, ale już mamy zapisy na kolejną! Kto się zgłosił? Ja już zacieram rączki i mam ogromną nadzieję, że się dostanę! A na razie mamy dwa specyficzne balsamy bo jeden jest do skóry wrażliwej, a drugi do atopowej.

Solverx, balsamy do ciała
skóra wrażliwa i atopowa


Balsamy do ciała marki Solverx; jeden przeznaczony do skóry atopowej, a drugi do skóry wrażliwej dla kobiet. Należy je stosować dwa razy dziennie, Pamiętamy, żeby przechowywać w suchym miejsce w temperaturze pokojowej z dala od promieni słonecznych. Testowany dermatologicznie.

Skład [sensitive skin]: Water, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Glycerin, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Caprylic/ Capric Triglyceride, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil, Oenothera Biennis (Evening Primrose) Seed Oil, Pentylene Glycol, Achillea Millefolium Extract, Allantoin, Arginine, Lactobionic Acid, Glycyrrhiza Glabra Root Extract, Hydroxyacetophenone, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Parfum.
Skłąd [atopic skin]: Water, Glycerin, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Caprylic/Capric, Triglyceride, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Pentylene Glycol, Simmondsia Chinesis (Jojoba) Seed Oil, Nigella Sativa (Black Seed) Seed Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Allantoin, Arginine, Glycyrrhetinic Acid, Lactobionic Acid, Hydroxyacetophenone, Panthenol, Tocopheryl Acetate.

Sposób użycia: należy wmasować okrężnymi ruchami w oczyszczoną i osuszoną skórę ciała aż do wchłonięcia się balsamu, zawsze po kąpieli.


Zacznę od tego, że ja nie posiadam raczej ani skóry wrażliwej ani atopowej. Jeszcze nigdy nie spotkało mnie żadne uczulenie związane z jakimkolwiek produktem na ciele i nie mam ze skórą problemów, więc ciężko jest mi to ocenić pod tym kątem. Czasem doskwiera mi swędzenie rąk głównie zimą, jakby skóra była podrażniona, ale nie zastanawiałam się nigdy czym to może być spowodowane.

Stosować oba balsamy na zmianę. Czasem zmieniałam po tygodniu, czasem po dwóch, a czasem codziennie. I wiecie co? Powiem Wam, że dla mnie te dwa balsamy od siebie nie różnią się za wiele, są jakieś niuanse, o których zaraz wspomnę. Nawet jeśli chodzi o skład, to początek czyli najważniejsze składniki są praktycznie takie same. Na samych składach się nie znam, ale też wydają mi się bardzo dobre!
 Jeśli chodzi o wspólne cechy, to balsamy mają mega fajną konsystencję, nie jest ona ani za rzadka ni za gęsta, a taka fajnie kremowa i jakby jedwabista. Dodatkowo idealnie się ją rozmarowuje, biały smugi szybko znikają i nawet jak przesadzimy z ilością to nie męczymy się pół godziny, żeby sobie poradzić z nadmiarem, tylko wmasowujemy chwilę i wszystko 'znika'. Balsamy pozostawiają po sobie lekki film, ale nie jest on ani tłusty ani klejący się, ja praktycznie codziennie po 5 minutach jestem już ubrana i nie mam wrażenia, że ubrania przyklejają się do ciała, co jest mega przyjemne!
Oba balsamy przyjemnie nawilżają i dbają o naszą skórę. Te moje uczucia swędzenia były jakby mniejsze, więc chyba coś to działa na dość wymagającą skórę. Stosowałam je tylko raz dziennie, ale moja skóra jest w mega świetnej kondycji! Jest nawilżona, odżywiona, miękka i gładka w dotyku. Dodatkowo używałam ich też po powrocie z Kenii, kiedy moja skóra potrzebowała sporej pomocy i świetnie się sprawdziły.



SOLVERX, balsam do ciała do skóry atopowej
Wersja do skóry atopowej nie ma kompletnie zapachu, nawet jak próbuję się wwąchać to nie jestem w stanie nic poczuć kompletnie, co jest na pewno zrozumiałe ze względu na przeznaczenie balsamu. Poza tym, wydaje mi się, że akurat ta wersja ma trochę bogatszy skład, a i krótszy, niż wersja do skóry wrażliwej, przez co może jest delikatna różnica w poziomie nawilżenia. Mam takie małe wrażenie, że ten balsam nawilża trochę lepiej.


SOLVERX, balsam do ciała, do skóry wrażliwej
To już się możecie domyślać, że wersja dla kobiet do skóry wrażliwej nawilża troszeczkę mniej, ale nie oznacza to, że jest to poziom niezadowalający, bo oczywiście tak nie jest. Ja się czułam praktycznie tak samo używają obu balsamów. Skóra jest tak samo zostawiona w super kondycji, co było fajne. Ta wersja z kolei już ma zapach, ale nie jest to nic konkretnego, raczej zwykły kosmetyczny, ale ładny i idealnie wyważony. Nie jest zbyt intensywny czy drażniący.


Poza tym, mega mi się podoba ich szata graficzna. Prosto, zwykło i estetycznie, a jednak cały czas miło dla oka. Oba są w pojemności 200 ml i kosztują około 55zł, jak patrzę w internecie. Aczkolwiek, są na maksa wydajne, bo też i niewiele potrzebujecie, żeby tak naprawdę wysmarować całe ciało. Ciężko jest mi też stwierdzić na ile dokładnie czasu nam wystarczy jeden balsam, bo jak pisałam używałam ich naprzemiennie, a i zaczęłam jeszcze przed Kenią i tak to się trochę ciągnie z przerwami.
Ja jestem z działania zadowolona i jak najbardziej mogę te balsamy polecić osobom, które właśnie takich produktów potrzebują, pomimo dość wysokiej ceny. Dla komfortu naszej skóry warto wydać więcej, żeby sobie nie pogorszyć jej stanu. Więc czad! Jak kiedykolwiek będę w takiej potrzebie czy ktoś z moich bliskich to na pewno będę pamiętać o marce Solverx, bo mają dość sporo takich produktów w swojej ofercie!


Holika, Holika żel aloesowy + olej z orzechów macadamia
obecne olejowanie włosów

07 lutego 2020



Dzisiaj będzie o olejowaniu. I już od bardzo dawna nie wyobrażam sobie, żeby w mojej pielęgnacji włosów miało zabraknąć olejowania. Już też od jakiegoś czasu zaczęłam olejować włosy na podkład, głównie z aloesu, do pewnego momentu był to po prostu sok z aloesu, który przelewałam do jakiegoś opakowania z atomizerem, żeby sobie rozpylić aloes na całych włosach, jak i na skórze głowy. Ostatnio jednak, w końcu skusiłam się na znany wszystkim żel uniwersalny z Holika, Holika! Do tego testuję również nowy olejek, tym razem z orzechów macadamia, który powinien teoretycznie bardzo pasować moim włosom, no to jak to wygląda? Po kolei!

Holika, Holika 
żel wielofunkcyjny 99% aloesu

* łagodzi zaczerwienienia i wszelkie podrażnienia * idealnie nawilża *
Skład: Aloe Barbadensis Leaf Juice, Nelumbium Speciosum Flower Extract, Centella Asiatica Extract, Bambusa Vulgaris Extract, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract, Zea Mays (Corn) Leaf Extract, Brassica Oleracea Capitata (cabbage) Leaf Extract, Citrullus Lanatus (watermelon) Fruit Extract, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Polyacrylate, Carbomer, Triethanolamine, Fragrance, Phenoxyethanol.

Żel można stosować w bardzo różny sposób, jako krem czy serum do twarzy, krem do ciała, serum do włosów czy serum do wysuszonej skóry. Poza tym, w samym żelu poza aloesem macie: wyciąg z kwiatu lotosu, wąkroty azjatyckiej, bambusa, ogórka, kukurydzy, liści kapusty i arbuza, czego ja się nie spodziewałam do samego spisywania składu. Jeżeli mamy do czynienia z 99% aloesu, to nie wiem jaka część wszystkie stanowią pozostałe ekstrakty, ale ja nie muszę tego wiedzieć. Jak możecie się domyślać, ja używałam tego żelu tylko i wyłącznie na włosy pod olej. Aczkolwiek zazwyczaj nakładam najpierw żel, a po jakimś czasie nakładam olej.
Ogólnie bardzo wygodnie mi się używa tego żelu, ma dość fajny taki inny kształt, ale nie mam problemów z otwarcie opakowania. Nie biorę go ze sobą nigdzie, więc nie wiem jak to jest z zamknięciem, ale powinno działać dość dobrze. Konsystencja bardzo żelowa, a zapachu nie jestem w stanie wyłapać.
Musze Wam powiedzieć, że ogólnie bardzo fajnie mi się używa tego żelu, jest konkretniejszy niż sok z aloesu w formie płynnej i mam wrażenie, że bardziej wnika we włosy i je wypełnia od środka. Kiedy wcześniej rozpylałam produkty z aloesu to była to taka bardziej mgiełka, która pokrywała włosy i część pewnie też wchodziła w nie. Co prawda brakuje mi nakładania żelu na skórę głowy. Jakoś ta żelowa konsystencja bardziej mi pasuje na włosy, a ogólnie mi włosy mega rosną od aloesu, więc tego mi trochę brakuje.. Mimo wsyztsko, ten żel to jest dla mnie aloesowa bomba, kiedy zostawiam go samego na włosy, to on naprawdę w nie wnika, w taki sposób, że po jakimś czasie po tym żelu na włosach niewiele co zostaje, ale nic nie spływa. Moje włosy uwielbiają aloes i zauważyłam, że od kiedy używam tego żelu, to włosy stały się bardziej mięsiste, takie konkretne, jakby grubsze albo po prostu wypełnione czymś, dzięki czemu wyglądają niebo lepiej. Włosy oczywiście są też bardziej nawilżona i odżywione, ale najbardziej mi się podoba ten efekt pełniejszych włosów.
Cenowo oczywiście wychodzi gorzej niż sok z aloesu - kosztuję ok. 30zł, więc jest droższy, chociaż można go dorwać na promocjach, a i też na pewno starcza na krócej. Mi się wydaję, że tak miesiąc półtora regularnego używania będzie, ale dam znać o tym dokładnie w denku. Mimo wszystko, ja na pewno zostanę z nim na stałe, ale myślę, że będę używać zamiennie z sokiem z aloesu. Takie mocne aloesowanie żelem raz co kilka myć, jakoś raz na 2 tygodnie, a regularnie sok z aloesu mi wystarczy, więc i tak fajnie - pasuje mi to.


Venus, olej z orzechów macadamia

* silnie ujędrnia i napina skórę * nie zatyka porów * wzmacnia, nawilża i odżywia * chroni przed działaniem czynników zewnętrznych * pomaga zmniejszyć cellulit i zapobiega powstawaniu rozstępów * stymuluje mikrokrążenie * łagodzi podrażnienia * regeneruje i wygładza *

Po pierwsze można go używać dosłownie do wszystkiego; do włosów, do ciała, twarzy, dłoni, stóp, paznokci i myślę, że jeszcze kilka użyć by się znalazły. Można używać go solo, ale i uzupełniać inne kosmetyki wzmagając ich działanie. Skład to oczywiście czysty olejek z orzechów macadamia.
I teraz tak! Od jakiegoś czasu zaczęłam szukać, miksować i próbować coraz to nowszych olejków do olejowania. Mam listę tych, które powinny pasować do moich włosów, nisko/średnioporowatych. I tak, jak sprawdzałam ten olejek miał się sprawdzić na moich włosach, a szczerze wydaje mi się, że za wiele nie robi. Olejek zawsze coś tam nawilży nam włosy i odżywi je przynajmniej w minimalnym stopniu i okej, spoko. Ale mimo wszystko ja liczę na mega efekty, na sypkie włosy, błyszczące, nawilżone, miękkie i po prostu fajne. Z kolei ten olejek jest bardzo średni. Sprawdzałam go i solo i w połączeniu z aloesem i za każdym razem w sumie było tak samo. Więc tutaj za dużo nie mam co w sumie opisywać, bo u mnie on się po prostu nie sprawdził a ja będę szukać i testować dalej!

Dajcie znać, jakie oleje możecie mi polecić, które sprawdzają się na Waszych nisko lub średnio-porach. A także koniecznie napiszcie, czy znacie ten żel wielofunkcyjny z Holika, Holika, bo znowu wydaje mi się, że jestem ostatnią osobą, która go testuje.
Trzymajcie się!


Kenia - Ogólnie część 2:
pieniądze, waluta | napiwki | wiza | jedzenie

04 lutego 2020


Dzień dobry! Przyszedł czas na kolejną dawkę wiedzy o Kenii! Ostatnio pisałam Wam o ogólnych informacjach i dzisiaj będzie druga część również informacji ogólnych, które Was ciekawiły! I mega się ciesze, bo i mi się bardzo fajnie wraca do tych wspomnień z Afryki, a i za każdym razem przypominam sobie coraz to więcej rzeczy, więc będzie coraz ciekawiej.


Polecam również:


PIENIĄDZE i WALUTA
W Kenii obowiązują w sumie dwie waluty: szyling kenijski, a także dolar amerykański dla turystów. Warto wiedzieć, że płacenie w szylingach jest bardziej opłacalne niż w dolarach, co powinno być w sumie logiczne, ale jak ja zaczęłam przeliczać ceny, które podawali także w dolarach to różnica była dość spora. Warto mieć szylingi, bo i łatwiej będzie Wam wszędzie zapłacić, a jak coś to możecie wymieniać pieniądze w bankach, jak i na recepcji, ale tam oczywiście już mamy inny przelicznik. 
Jeśli chodzi o dolary amerykańskie to po pierwsze muszą być jak najnowsze, nie starsze niż z 2009 r., starszych Kenijczycy nie uznają... Poza tym, polecam mieć banknoty minimum 5 dolarowe, nie szukajcie 1-dolarówek, bo to jest bezsensu, mimo że każdy będzie Wam to w Polsce głównie w biurach podróży polecać. A dlaczego? Bo nie będą w stanie ich wymienić w banku na szylingi, jeden barman nam powiedział, że żeby wymienić 1 dolarówki musi ich mieć co najmniej kilkadziesiąt, co jest totalnie bezsensu, bo zanim oni tyle uzbierają to potrzeba naprawdę sporo czasu, a potrzebują pieniędzy najczęściej na wczoraj.


NAPIWKI
Przed wyjazdem w biurze podróży mówiono nam, że zostawianie napiwków jest bardzo popularne i że warto im zostawiać w pokojach, w restauracji czy przy barze, właśnie np. 1 dolara, co dla nas nie jest zbyt dużym kosztem, a dla nich to naprawdę sporo. 
Z jednej strony, wcale nie jest to tak popularne, ja może widziałam ze 2 razy na cały wyjazd, jak ktoś zostawiał napiwek, chyba że ludzie robią to w tak elegancki sposób, że tego nie widać. Ale gdyby były rzeczywiście tak popularne, nie mieliby problemu z wymieniem ich w banku, więc byliśmy jednymi z nielicznych, którzy te napiwki zostawiali. 
Z drugiej jednak strony, uważam, że te napiwki im się na maksa należą, osoby pracujące w hotelu robiły coś cały czas! Nie zobaczycie nikogo siedzącego na telefonie. Barmani, jak nie obsługują gości, to ogarniają bar, kroją owoce, myją i przynoszą szklanki, na restauracji kelnerzy cały czas sprzątają stoły, zbierają brudne naczynia i co chwilę pytają, czy nie potrzebujesz czegoś do picia. Nawet była jedna Pani odpowiedzialna za sprzątanie, która z mopem chodziła naprawdę cały czas, zawsze znalazła sobie miejsce, które mogłaby posprzątać - co dla mnie jest niesamowite. Poza tym, miłe jest to, że obsługa Cię zapamiętuje, wie, jakie drinki lubisz i czy do obiadu pijesz piwo czy sok. No i są niesamowicie mili, można z nimi pogadać o wszystkim, odpowiedzą na wszystkie możliwe pytania i jak to mówią 'When you're happy, I'm happy', są naprawdę kochani!
Przy okazji, zostawialiśmy też napiwki w pokoju za sprzątanie, bo ogarniają Ci pokój codziennie i raz przez przypadek zostawiłam starą 1 dolarówkę, której nasz room service nie wziął, bo była stara. Nawet nie wiecie, jak mi było z tym źle później.


CENY
O kupowaniu pamiątek jeszcze Wam napiszę, bo jest to zdecydowanie story of my life, w której naprawdę trochę się bałam. Aczkolwiek nie zdziwcie się, że w Kenii na straganach nic nie ma ceny. I możecie się pytać kilkanaście razy i tak Wam nikt nic nie powie. Dopiero jak wybierzecie wszystko, co Was interesuje, to dostaniecie jedną cenę za wszystko na raz od bossa. I to jest prawda, że dla nich biały człowiek jest bogaty. Początkowe ceny są z kosmosu, więc nie zdziwcie się i miejsce odwagę się targować.
Nie wiem, jak prezentują się ceny poza ośrodkiem, a w samym hotelu kupowaliśmy jedynie pocztówki i znaczki to tak normalnie, nie jako turbo drogo. 
Wycieczki oferowane przez biuro, a także dodatkowe atrakcje są dość drogie, od chyba ok. 70$ za osobę np. za lekcję kitesurfingu, na co my też nie byliśmy przygotowani. Żałuję, że biuro podróży nas o tym nie uprzedziło, bo my o tym nie myśleliśmy, a jak zaczęli nam coś proponować to już nie było o czym gadać.
WIZA DO KENII
To jedyny wydatek, o którym wiedziałam, a bez niej do Kenii nie wejdziecie. Już w samolocie dostaliśmy dwa formularze/wnioski o wizę do uzupełnienia, które i tak nie były sprawdzane przez nikogo, a po wylądowaniu stało się w kolejce na lotnisku, zapłaciło się 50$ za osobę i tyle, więc nie spinajcie uzupełniając formularz.


JEDZENIE
Było dużo pytań o jedzenie, ale nie mam się za bardzo nad czym tutaj rozpisywać. Nasz hotel ma niemieckich właścicieli, więc jedzenie było bardzo europejskie i takie normalne. Poza tym, tam było prawie wszystko, a jedzenie było nie tylko w wersji szwedzkiego stołu, ale i była obsługa, która na bieżąco robiła posiłki na życzenie na ciepło.
Na śniadania można było dostać wszystko, kanapki, omlety, jajka na twardo, płatki na mleku, a także czasem naleśniki czy gofry itd.
Na obiad można było wybrać ziemniaki, frytki, czasem kurczaka, czasem rybę, zawsze był makaron (sos, składniki i dodatki wybieraliście sobie sami - był robiony na bieżąco) itp. Jeśli dobrze pamiętam to tylko raz trafiliśmy na owoce morza - kalmary, które były przepyszne. Tak to czasem mięso było w jakimś specyficznym ich sosie z dodatkiem mleczka kokosowego pewnie. Więc jeśli chodzi o jakieś ich jedzenie to na myśl przychodzi mi ten sos, to bo było coś innego, poza tym standardowe rzeczy. Co jakiś czas była nawet pizza, więc bez afrykańskich szaleństw.
Kolacja była dla mnie połączeniem śniadania i obiadu, zawsze makaron, jakieś frytki, ewentualnie jakieś rzeczy ze śniadania.
Nie jedliśmy nic co mogłoby być jakimś ich specyficznym jedzeniem czy daniem, było normalnie praktycznie jak w domu czy gdziekolwiek w Europie. Aczkolwiek, najlepiej wspominam owoce, to było najpyszniejsze na świeżcie - świeże, intensywne i po prostu pyszne. Dawno nie jadłam tak dobrego ananasa, a sok z marakui stał się moim ulubionym i niestety ciężko dostępnym w Polsce.


No to będzie na razie na tyle! Jeśli jeszcze chcecie coś wiedzieć to oczywiście dawajcie znać!