Dermedic, Hydrain3 Hialuro Płyn micelarny H2O

07 sierpnia 2020


Dzień dobry! Jak tam u Was? Jak się trzymacie? :) Mamy sierpień, pogoda nas rozpieszcza, więc na razie super, oby to trwało jak najdłużej i korzystajmy z pogody ;). Dajcie znać koniecznie, jakie macie plany na najbliższy czas ;)
A my lecimy z marką Dermedic! Muszę przyznać, że są takie marki, które naprawdę uwielbiam i jakoś większość produktów sprawdza się u mnie genialnie. Dermedic oczywiście do niej należy, a przedstawię Wam płyn micelarny! Co prawda, trąbię wszędzie ostatnio, że ja i tak wolę oleje do demakijażu, tak w dalszym ciągu mam w łazience pod ręką i płyny micelarne ;).

Dermedic, Hydrain3 Hialuro
Płyn micelarny H2O


 Płyn micelarny ma za zadanie zmyć makijaż i wszelkie zanieczyszczenia, pozostawić skórę świeżą i oczyszczoną. Dzięki zawartości miceli kwasów tłuszczowych, płyn micelarny idealnie przyciąga zanieczyszczenia bez potrzeby nadmiernego tarcia skóry wacikiem. Produkt został przebadany dermatologicznie, jak i przez osoby noszące soczewki kontaktowe, jest hipoalergiczny i nie podrażnia oczu nawet u osób wrażliwych, dzięki zawartości wody termalnej. Nie wysusza skóry, dzięki zawartości kwasu hialuronowego, który zmiękcza i utrzymuje nawilżenie warstwy rogowej naskórka.
Poza tym, nie zatyka porów i nie pozostawia filmu na skórze.

Zalecany do skóry odwodnionej, suchej i bardzo suchej, nadaje się do codziennego oczyszczania wrażliwych okolic oczu i twarzy, jak i dla osób nietolerujących tradycyjnych sposobów demakijażu.

Skład: Aqua, Peg-6 Caprylic/Capric Glycerides, Glycerin, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Hyaluronate, Urea, Diglycerin, Sodium PCA, Hydrolyzed Wheat Protein, Sorbitol, Lysine, Allantoin, Lactic Acid, Parfum, Cetrimonium Bromide.

Sposób użycia: należy zwilżyć płynem micelarnym wacik kosmetyczny i delikatnie, powolnymi ruchami zmywać twarz, szyję i dekolt. Do oczu najlepiej jest przyłożyć zwilżony płatek i chwilę przytrzymać, a następnie delikatnie zmyć makijaż pionowymi ruchami w dół.


ak widzicie opakowanie jest bardzo duże, butelka ma pojemność aż 500ml, więc na pewno wystarczy nam na dłużej. Przeźroczysta butelka, więc idealnie widać zużycie, poza tym mamy naklejkę, wszystkie informacje są oczywiście w języku polskim. Ogólnie tutaj nie mam się do czego przyczepić. Zamknięcie jest typowe na zatrzask, ale nie luzuje się używając. Brałam nie raz ze sobą i nigdy mi się nie otworzyło nigdzie w torbie. Poza tym, nie przelewa się bardzo na wacik, spokojnie jesteśmy w stanie dozować sobie potrzebną ilość produktu.
Konsystencja jest typowo wodnista, nie jest tłusta, nie pozostawia po sobie żadnego filmu. A zapach jest znowu typowy dla tej serii, bardzo świeży, bardzo orzeźwiający i taki pobudzający. Ja go bardzo lubię, bo zawsze jakoś mnie tak pobudza.


Ja płynu micelarnego używałam nie tylko do zmywania makijażu, ale i do zmywania jakichkolwiek zanieczyszczeń; rano czy wieczorami przed snem, kiedy się np. nie malowałam. Wiem, że ostatnio wszędzie są informację, że płyn micelarny należy zmywać, przy dwuetapowym oczyszczaniu i demakijażu to jest normalne, ale nie powiem, że zdarzało mi się go zostawić na twarzy i nic mi się nie stało.
Ogólnie bardzo dobrze zmywa makijaż. Nie jest to jeden wacik (chociaż wszystko uzależnione jest od makijażu), ale po kilku wacikach macie pewność, że wszystko jest ładnie oczyszczone. Płyn nie podrażnia oczu, a super zmywa tusze do rzęs i ciężkie np. brokatowe czy ciemne cienie. Nic się nie rozmazuje tylko ładnie schodzi.

Płyn nie ściąga skóry, nie powoduje żadnych podrażnień, nie wysusza ani ze zapycha. Nie czuję, że muszę natychmiast nałożyć jakiś krem, nie ma uczucia dyskomfort u po zastosowaniu. Naprawdę - extra się go używa!


I muszę przyznać, że czad. Jestem zadowolona i mam tutaj wszystko, czego potrzebuję! Płyn świetnie zmywa makijaż, genialnie oczyszcza skórę z zanieczyszczeń, kurzu, sebum, jak i rano. Fajnie przygotowuje ją do dalszych kroków pielęgnacyjnych. Więc dla mnie produkt sztos, tym bardziej w okresie wakacyjnym. Nie wiem, jak Wy, ale ja jak gdzieś jadę to bardzo ograniczam produkty i lubię używać rzeczy uniwersalnych, więc wtedy taki płyn micelarny daje mi demakijaż, oczyszczenie, odświeżenie oraz ukojenie, a przy okazji nawilża, i nie obawiam się, że moja skóra będzie w tragicznym stanie.  


#ślubmarzeń kogo i jak zapraszać na wesele?

04 sierpnia 2020


Kolejny wpis z serii #ŚlubMarzeń, jak już mamy większość rzeczy załatwioną, a do ślubu pozostaje kilka miesięcy, to czas najwyższy zacząć zapraszać gości. Co prawda nie ma tutaj większej filozofii, najlepiej jest robić to tak, jak się czuje. Ale! Są takie rzeczy, które warto przemyśleć. Jak i ciekawa jestem Waszej opinii na ten temat. Takich poradników znajdziecie mnóstwo wszędzie, sama szukałam niektórych informacji, ale mam też swoje spostrzeżenia, dlatego stwierdziłam, że się z Wami nimi podzielę.


Kogo zaprasza się na wesele?

Zależało mi na tym, żeby na naszym weselu były bliskie nam osoby, te których znamy, z którymi utrzymujemy kontakt i które coś dla nas znaczą. Okej, zdarzyły się osoby 'zaproszone bo wypada', ale w dalszym ciągu nie były to totalne randomy, że nie wiedzieliśmy kompletnie kim są. I też nie było ich jakoś bardzo wiele. Gdyby mama mi nagle wypaliła, że chciałaby żebym zaprosiła wszystkie jej koleżanki, to już bym się trochę zirytowała. Nie zwracaliśmy też uwagi na relacje rodzinne, czy to kuzyn, czy dalszy kuzyn, od razu wiedziałam, że jak ktoś jest spoko, to ich zaprosimy.
Poza tym, przyjaciele i znajomi są mega ważni dla mnie, nie wyobrażałam sobie, żeby ich nie zaprosić. Wiedziałam, że chcę mieć ze sobą dziewczyny ze studiów, najlepszych znajomych ze szkoły i oczywiście najwspanialszych przyjaciół, których poznałam w różnych innych okolicznościach i są ze mną do dziś. Uwielbiam ich i po prostu chciałam być nimi otoczona tego dnia, bo wiedziałam, że mi to po prostu pomoże, żeby czuć się lepiej.
Wiem, że są pary, które są zmuszane przez rodziców do zapraszania osób, których totalnie nie ogarniają, ale im na tym zależy. I wiecie, co.. dopóki rodzice płacą za wesele w pewnym stopniu to rozumiem, ale wesele powinno być bardziej Pary Młodej niż ich rodziców.

Czy zapraszać rodziców? Dość zabawna kwestia, ale też wiem, że nurtująca. Jeżeli rodzice płacą za wesele i na zaproszeniach jest dopisek 'z rodzicami' to trochę dziwnie mi by było wręczać im takie zaproszenie. Zawsze można zrobić inną wersję bez dopisku. Ja zrobiłam tak, jak moja przyjaciółka, czyli wręczyliśmy im prośbę o błogosławieństwo. Zaproszenie miało ten sam wzór, ale było wykonane w drewnie i oczywiście miało na sobie inny tekst. Fajna opcja (mimo że nasze błogosławieństwo odbyło się tydzień wcześniej), ale i pamiątka. Moja mama np. mi powiedziała, że chciałaby dostać zaproszenie, żeby mieć na pamiątkę i wie że trochę dziwnie, ale ona chce. Więc dostała co innego ;)

Kiedy zapraszać gości na wesele?

Zazwyczaj słyszę, że najlepiej jest zapraszać z 2 miesiące przed, bo i tak wszyscy wiedzą o weselu i mogą się ogarnąć itd. Ale mam wrażenie, że mimo że wszyscy wiedzą, to i tak jakby niektórzy nie wiedzieli. Ludzie gadają, rodzinka lubi sobie poplotkować i u nas zdarzało się, że niektóre osoby były zaskoczone, że w ogóle je prosimy, bo ktoś tam coś tam mówił, że chyba nie i wielkie zdziwko Zresztą ja zawsze uważam, że dopóki nie mam zaproszenia, to nie mogę się czuć zaproszona na czyjeś wesele i zacząć planować. Chociaż, jestem tym gościem, który już przy zapraszaniu potwierdza swoją obecność.
Inna sprawa, cały czas miałam na uwadze to, że nasze wesele było w niedzielę, więc trzeba wziąć pod uwagę prace i plany naszych gości. A czasem nie wystarczy dać znać, że potrzebujemy wolne tydzień przed. Wiele osób bierze ślub w wakacje lub długie weekendy i nie wyobrażam sobie nie pomyśleć o tym, że przecież ludzie chcieliby gdzieś wyjechać, więc warto zaprosić ich stosunkowo wcześniej. Nasze wesele odbyło się we wrześniu, a jedna koleżanka napisała do mnie już początkiem roku, kiedy dokładnie jest to wesele, bo musi wypełnić plan urlopowy. Ludzie wiedzą, ale też i data może się np. pomylić, tydzień przed, tydzień później. Sama mimo 100% pewności na temat daty na wesela, co jakiś czas sprawdzam zaproszenie, czy aby na pewno to wtedy.
Dlatego, im wcześniej zaczniecie tym lepiej, my zaczęliśmy z 4 miesiące wcześniej i było idealnie. 

Jak zapraszać na wesele?

Uważam, że najlepiej jest to robić osobiście, w miarę możliwości oczywiście. Ciężko jest czasem objeździć całą rodzinę, jeśli np. jest rozlokowana po całej Polsce albo i za granicą. Ja wiem, że to jest ciężkie i sami się o tym przekonaliśmy, że to nie zajmuje kilku dni. Nie jesteście w stanie pojechać wszędzie, odwiedzić wszystkich i tym bardziej posiedzieć u każdego chwilę. Ale na tyle, na ile się da myślę, że warto odwiedzić Waszych gości przed weselem.
Ja do tego podeszłam w taki sposób, że chciałabym wcześniej poznać całą rodzinę męża i jego znajomych, dowiedzieć się, kto jest kim, jak mają na imię, kim są i po prostu, żeby nie widzieć ich na weselu pierwszy raz na oczy, bo czułabym się nieswojo. Fajniej jest też dla nich, że mogli mnie zobaczyć przed weselem w spokojnych okolicznościach i czegokolwiek się o mnie dowiedzieć. Idealna możliwość do rozmowy z wujkami, ciociami, babciami itp. Na co nie mamy zazwyczaj czasu, a tutaj ideolo.
Ale! To też zależy od każdego z osobna, nie każdy nas zapraszał na herbatę i ciacho, nie z każdym wypiliśmy przysłowiowe piwo i w sumie nie przeszkadzało mi to. Do niektórych się nie zapowiadaliśmy, więc nic dziwnego, że np. nie mieli ochoty na gości i to rozumiem. Ale kto chciał i miał ochotę, to było bardzo miło!

Z takich dodatkowych informacji mogę Wam powiedzieć, że warto się wcześniej zapowiadać, zadzwonić, nawet jeśli wpadacie na 5 minut. Jednak ja bym się źle czuła, gdyby nagle ktoś do mnie wpadł, a ja nieprzygotowana w dresach, z bałaganem i nie wiem, co robić. Aczkolwiek powiem Wam, że nie przeszkadza mi teraz być zapraszaną w różnych okolicznościach. Lubię iść parom młodym na rękę, bo wiem jak to jest. Jeśli jest okazja spotkać się gdzieś przejazdem na chwilę, przy okazji, to dlaczego nie? Ja się z nimi spotkam też i przy innych okolicznościach, a im to ułatwi sprawę, bo z tym schodzi.

Jak było u Was? Zapraszaliście kogoś nie wiadomo skąd i po co, czy trzymaliście się swojego?


Denko, lipiec 2020r.!

01 sierpnia 2020



Kolejne denko! Dzień dobry! To denko idealnie nam kończy połowę wakacji, szok, że aż tak szybko to minęło! Co prawda ja się trochę cieszę i nie mogę się doczekać zimniejszych pór roku, ale też podobają mi się te wakacje! Jak zazwyczaj nie przepadam za gorącem i słońcem to muszę przyznać, że w tym roku sprawia mi to dużą frajdę. Dlatego nawet chętnie pojadę nad wodę się smażyć na słońcu, a co!
Ale wracając od denka, to to denko jest dosyć spore. Nawet wczoraj jak ogarniałam zdjęcia to aż byłam w szoku, że aż tyle udało mi się zużyć. Wszystko fajnie, ale obawiam się, że też i sporo kupiłam w tym miesiące, więc raczej nie jestem na minusie, ale wierzę, że będę niedługo!



A jeśli chodzi o ulubieńców, tym razem zaczniemy tutaj inaczej, bo od Venus, pianka do golenia - dla mnie one są najfajniejsze, najłatwiej dostępne, najtańsze i najfajniej działające, wiec jeśli jeszcze ich za bardzo nie znam, to koniecznie polecam! Standardowo nie mogło tutaj zabraknąć czegoś do włosów; Alterra, Naturkosmetik, szampon dodający objętości, bio papaja i bio bambus, nie mogło być inaczej. Ten szampon jest dla mnie najlepszy, cudownie zmywa włosy, doczyszcza skórę głowy i genialnie domywa olej. Poza tym, Schwarzkopf, Gliss Kur, Ekspresowa odżywka regeneracyjna Supreme Length to kolejny produkt, bez którego nie wyobrażam sobie pielęgnacji włosów. Te odżywki są dla mnie najlepsze i najlepiej odżywiają włosy i je nawilżają, tak na bieżąco, bo używam ich kiedy mi się podoba. Dla mnie czad. No i po kilku miesiącach zużyłam w końcu całą butelkę Soku z aloesu, na moje włosy aloes działa niesamowicie cudownie, wypełnia je, sprawia, że są mięsiste, konkretne i jakby grubsze. Uwielbiam! A jeszcze zostając przy włosach, zużyłam Batiste, suchy szampon plus, Beautiful Brunette, co prawda staram się ich za często nie używać, ale muszę przyznać, że ostatnio używam ich jakoś tak częściej. Nie mam pojęcia skąd się to bierze, ale najważniejsze, że pomaga, działa i ratuje mi dupę! W temacie makijażu, mamy tutaj mój zdecydowany ulubieniec Dermacol, Invisible Fixing Powder, puder transparentny, na szczęście od razu kopiłam kolejne opakowanie, więc nie płaczę, że go nie mam, ale jeśli szykuje się jakaś impreza albo maluję się rano i wiem, że wieczorem jeszcze bym chciała jakoś wyglądać to zawsze sięgam po ten puder. On jest po prostu genialny, nadaje się na każdą okazję, na wesela, na imprezy, na co dzień, nadaje cudowne matowe, ale nie płaskie wykończenie, dla mnie sztos. 


Bielenda, Botanic Formula, odżywczy kremowy olejek do mycia twarzy, olej z granatu + amarantus - ja już zdecydowanie jestem #teamolej jeśli chodzi o demakijaż i muszę przyznać, że ten kremowy olejek jest fantastyczny. Cudownie pachnie, ma bardzo fajną kremową konsystencję, no i oczywiście działa rewelacyjnie. Zmywa makijaż bardzo szybko, przy pierwszym podejściu już jest super zmyty każdy makijaż, mocniejszy, cienie na oczach, jak i czasem trudne do zmycia tusze do rzęs. Ten olejek zmywa makijaż szybko, skutecznie, bez żadnych podrażnień. Jest naprawdę super ;).
be The Sky Girl, peeling cukrowy do ciała, pina colada - chyba nie muszę mówić, że uwielbiam peelingi do ciała, a w szczególności peelingi cukrowe, to mój zdecydowanie ulubiony etap w pielęgnacji i uwielbiam. Tak samo uwielbiam ten peeling, zapach ma obłędny! Działanie ma świetne, więc czego chcieć więcej? Może niższej ceny, ale raz na jakiś czas ja sobie chętnie pozwolę na to cudo!
Botanicals, Fresh Care, balsam pielęgnacyjny, rich infusion - safflower, krokosz barwierski - zapomniałam kompletnie o tej odżywce, a okazało się, że zostawiłam ją w domu rodzinnym i siostra chciała wyrzucić, ale hej, wystarczyła mi jeszcze na kilkanaście użyć, więc czad! A czad tym bardziej, że ta odżywka naprawdę super sprawdza się na moich włosach. Od kiedy jej używam włosy stały się maks mięsiste, grube i takie konkretne, szok! Nie wiem tylko czego strasznie łzawią mi oczy kiedy jej używam haha. Ale poza tym, naprawdę super! I na pewno wrócę do niej!
Eveline, tusz do rzęs (gruby złoty) - wiecie co ja uwielbiam ten tusz. Mega miło go wspominam, co prawda teraz mi się coś zepsuło z opakowaniem, że nie da się go zamknąć, więc i cały tusz wysechł mi w trymiga, ale poza tym ja bardzo go lubię! Ma dość grubą szczoteczkę, więc jeśli takich nie lubicie, to jednak nie będziecie zadowoleni, ale robi to co ma robić, rozdziela rzęsy, lekko je pogrubia i lekko wydłuża, więc dla mnie miodzio!
Maybelline, Hyper Easy Precise Brush Tip Liner, eyeliner w pisaku - za długo niestety mi nie posłużył, ale to tylko i wyłącznie z mojej winy. Niestety nie domknęłam go i mi wysechł, czego na maksa żałuję. Ten eyeliner jest świetny, jest intensywnie i pięknie czarny, ma bardzo precyzyjną, ostrą końcówkę, dzięki czemu możemy zrobić ekstra kreskę na oku. Nawet wyjdzie osobom, takim jak ja, które totalnie nie ogarniają makijażu. Więc dla mnie czad.
BingoSpa, szamponowe serum keratynowe 100% - 100% keratyny to to nie jest, ale mimo wszystko szampon na maksa spasował moim włosom i wierzę, że pod kątem keratyny również im pomaga. Włosy były świeże, sypkie, super nawilżona i odżywione. Dodatkowo dla mnie po keratynie wszystko, co ma ten składnik w sobie jest na wagę złota w przypadku włosów, więc dla mnie bomba. Poza tym, super pachnie i ekstra się pieni, no i fajnie się spisuje u mnie na drugie mycie ;).



Avon, Imart Corset, perfumowany dezodorant w kulce - no nie do końca mi siadł, ogólnie działanie jest spoko, nie mam na co narzekać, ale jednak zapach to coś, czego nie potrafię przeskoczyć :) Ja muszę pachnieć, a ten zapach jest zdecydowanie zbyt męski, jak dla mnie ;).
Marion, chusteczki do higieny intymnej; wersja: rumianek, nagietek i z probiotykiem - no niestety dalej nie znalazłam dobrego zastępcy Facelle, Te chusteczki nie są najgorsze, jak na razie są najlepsze ze wszystkich beznadziejnych, jakie używałam, ale no nie zasługują na cuda ;D. Są trochę za mało nawilżone płynem i materiał jest odrobinę zbyt szorstki.
La Roche Posay, krem myjący uzupełniający poziom lipidów - ten krem oczywiście nie jest zły, ale zupełnie nie jest to produkt dla mnie. Ja nie potrzebuję tak profesjonalnej pielęgnacji ciała, nie potrzebuję czegoś delikatnego, bezzapachowego i tak specjalistycznego, dlatego dla mnie średniak. Ale wiem, że osoby, które potrzebują takich specyfików mogą się z nim bardzo polubić. 
Oillan, nawilżający balsam pod prysznic - muszę przyznać, że to jest najlepszy balsam pod prysznic jaki do tej pory miałam pod kątem działania. Rzeczywiście używałam go wtedy, kiedy wiedziałam, że nie mam zupełnie czasu na balsam po prysznicu i moja skóra była miękka, gładka, nawilżona i po prostu w ekstra stanie! Ale zapach, dla mnie to coś najważniejszego, a niestety tutaj mi bardzo nie spasował, był bardzo zadymiony i nie pachniał niczym konkretnym, ale po prostu nie podobał mi się. A u mnie to potrafi przeważyć na ogólnej opinii/ 


Yves Rocher, różany olejek pod prysznic - wiecie, co... ja miałam miniaturkę tego produktu i był genialny, uwielbiałam ten zapach, konsystencję oraz wszystko. Z kolei pełnowymiarowa wersja już nie jest taka fajna. Może i konsystencja jest dalej spoko, ale zapach jest strasznie duszący, intensywny i bardzo zadymiony, ale to wszystko jest zdecydowanie za bardzo. No i maks niewydajny. Dziwne, że miniaturka jest super, a pełnowymiarowy produkt okazuje się być bardzo niefajny.
Caspo, chusteczki do higieny intymnej - o nich już pisałam w zeszłym miesiącu, niestety po wpadce z Facelle szukam cały czas czegoś fajnego, a tych akurat kupiłam dwa opakowania i dlatego tak wyszło, że są tutaj znowu.


Dermacol, Deep Detoxifying Mask, 'black magic' - kolejna maska marki Dermacol i kolejny naprawdę udany produkt. Mega ciekawy, intensywny smak, mega odprężenie i rozluźnienie dzięki temu, że maska gwarantuje Wam lekki efekt chłodzący. Dla mnie to było na maksa przyjemne Poza tym, cera po ściągnięciu może i była trochę zaczerwieniona, ale też cudownie oczyszczona i uspokojona. jakiekolwiek zmiany trądzikowe u mnie zniknęły dużo szybciej niż normalnie, więc dla mnie rewelacja!
Garnier, Hyaluronic Aloe, nawilżająca maska na tkaninie wzbogacona aloesem - kolejna maska, która ląduje w cudach, ale ona jest największym sztosem ever. Po pierwsze, płachta jest dodatkowo zabezpieczona materiałem, więc dostajecie tkaninę na maksa nasiąkniętą produktem, poza tym trzyma się twarzy znakomicie. Nigdy nie miałam maski, która tak dobrze była przyklejona do twarzy i nie było szans, żeby się odkleiła, poważnie. No i działanie - też sztos. Twarz była na maksa nawilżona, odżywiona, a do tego napięta i bardziej jędrna. Ja jestem turbo-zadowolona!
Dermacol, Detox&Defence - kolejna bardzo fajna maska Dermacolu, poważnie. Bardzo podoba mi się ten dość mydlany zapach no i fajne działanie. Skóra po nałożeniu tej maski jest nawilżona, odżywiona, ujędrniona i taka jakby fajnie napięta, ale w bardzo przyjemny sposób. Dla mnie czad! I nie spodziewałabym się, że te maski są tak spoko.


Clique, żel pod prysznic - tak pokradłam z Kenii miniaturki jak byliśmy na naszej podróży poślubnej, haha. Chciałabym tylko wiedzieć, czy wy też je zabieracie, zużywacie czy zostawiacie w spokoju? :) Ale ja mega lubię ich używać i w sumie zabierać później do domu, bo w podróży ratują życie.
Daytox, rich cream, bogaty krem - zakochałam się ogólnie w tej marce, dzięki kalendarzowi adwentowemu miałam okazję wypróbować kilka różnych kosmetyków i ten krem od razu sprawiał, że skóra wyglądała genialnie. Naprawdę, stosowałam go głównie na noc, bo konsystencja jest dość gęstsza i muzę przyznać, że czad. Rano jak się budziłam to twarz wyglądała fenomenalnie ;).
Yves Rocher, Łagodzący płyn micelarny 2w1 - kolejny produkt z kalendarza, ale tym razem z innego ;). Kalendarz co prawda był niewypałem, ale ten mini produkt nawet fajnie się u mnie sprawdził. O dziwo super szybko zmywał makijaż, każdy nawet ten tubo mocny, jak i fajnie oczyszczał skórę rano np. Dla mnie spoko, więc jakbym kiedyś miała szansę wziąć pełnowymiarowy kosmetyk to zapewne się skuszę ;).



Zaczęłam w końcu przeglądać swoją kolorówkę i coś udało mi się wyrzucić, chociaż i tak wiem, że powinno być tego więcej. Mam jeszcze mnóstwo pomadek, których jest mi na maksa szkoda wyrzucać. Mam ich na pewno ponad setkę, a powiem szczerze, że nie maluję się pomadkami, bo za bardzo nie lubię. Więc bezsensu, że je trzymam, a pewni większość jest już tak stara, że powinna iść dawno do kosza. No, ale! Jak będę mieć więcej czasu i chęci to przejrzę całą kolorówkę i będę bardzo ostra! 
Stwierdziłam, że czas pożegnać się z kredkami od Ingrid, Miyo, Essence, cieniem w kredce od Rimmel produktami w kredkach do konturowania od Lovely i Kobo, których totalnie nie ogarnęłam, a także do rzęs Muse oraz odżywkę do rzęs Eveline. 
Poza tym, jeszcze produkty do brwi od Inveo - które nawet polubiłam. Te produkty robiły fajny efekt brwi jakby zaraz po hennie, bardzo wyrazisty i taki konkretny i aż żałuję teraz, że wywalam nie zdenkowate, ale tak to jest jak się ma przesyt i się zapomni o większości kosmetykach z szafy. Ale mogę Wam przyznać się, ze jak początkowo mój mąż zaczął u mnie zostawać na noc to zmywając makijaż zostawiałam sobie brwi i zawsze wtedy używałam właśnie tych produktów, bo wiedziałam, że efekt będzie spoko, ale dalej naturalny. 
Muszę też jeszcze wyrzucić niestety bazę z BIelendy, bo niestety jest przeterminowana. Bardzo ją lubiłam, ale jakoś nie używam za często baz, tylko w sytuacji większej imprezy, kiedy bardzo zależy mi na trwalszym efekcie, no i właśnie dlatego ta baza już się przeterminowała i muszę się z nią pożegnać. I szkoda.


No, poszło! Szok! Dajcie znać jak Wasze zużycia w tym miesiącu i czy często robicie porządki w kolorówce i jesteście bezwzględni i wyrzucacie wszystko, czego nie używacie? Czy trzymacie na kiedy indziej, bo 'na pewno' się przyda? :)
Udanego weekendu!

Isana, olejek pod prysznic, jako produkt do mycia pędzli
rzeczywiście taki musthave?

29 lipca 2020


Dzień dobry! Tak, oficjalnie ogłaszam, że minęła połowa miesiąca i tym samym połowa wakacji! Nie wiem, jak Wy, ale ja się cieszę. Nie mogę się doczekać jesieni, nie mogę się doczekać większej ilości obowiązków, latania z miejsca w miejsce - jakoś lubię to! Lubię być na pełnych obrotach, tym bardziej jesienią! Naprawdę, już czuję ten jesienny vibe, a Wy? Pewnie cześć z Was rozkoszuje się wolnością i gadam takie głupoty, haha. 
A dzisiaj będzie o olejku pod prysznic marki Isana, każdy go poleca, każdy wszędzie o nim trąbi, że tak świetnie, szybko i dokładnie myje pędzle i słyszę to już pewnie od dobrych kilku lat [?], a ja zawsze decyduję się na te produkty na końcu. Więc, zapraszam do zapoznania się z moją opinią ! A osoby, które mnie oglądają na instagramie - beautifulduty.pl, już wiedzą, jaka będzie odpowiedź ;)


Isana, olejek pod prysznic


Olejek pod prysznic Isana zawiera 56% olejów pochodzenia naturalnego, dzięki czemu zapewnia wyjątkowo obfitą pielęgnacją bardzo suchej i wrażliwej skóry. Olejek zawiera witaminę E oraz wysokowartościowe oleje, więc ochroni skórę przed wysuszeniem, dzięki czemu staje się ona wyjątkowo gładka i miękka w dotyku. Olejek będzie odpowiedni do codziennego stosowania. Ponadto, produkt jest przebadany dermatologicznie.

Skład: Glycine Soja Oil, Laureth-4, Mipa-Laureth Sulfate, Propylene Glycol, Parfum, Helianthus Annuus Seed Oil, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Aqua, BHT, Beta Carotene.

Jak pisałam, ja ten olejek używam tylko i wyłącznie do mycia pędzli, nie lubię ogólnie stosować olejków do ciała, nie lubię jak się coś klei i zostawia po sobie film, więc nawet by nie było mowy, żebym go użyła w taki sposób. Ale każdy polecał go do mycia pędzli, więc stwierdziłam, a spróbuję, jest turbo-tani, to nawet jak się nie sprawdzi to jakoś go wykorzystam. No i cóż.
Standardowo zaczynając od opakowania, tutaj jest zwykło, standardowo, ale całkiem spoko. Mimo wszystko ten design mi się podoba, widać ile produktu zostało do końca, Zamknięcie też jest fajne i solidne, nie otwiera się samo, jest dość wytrzymałe  i nie ma problemu, żeby się samo otworzyło. Poza tym, otwór też jest fajny, żeby wylewać pożądaną ilość produktu. 
Konsystencja jest dość oleista, ale nie jakoś bardzo tłusta, zapach jest typowy, jak na olejek arganowy ;).


Jak pierwszy raz użyłam, to byłam w mega szoku! Zazwyczaj myję pędzle na dwa razy, za pierwszym razem za pomocą dłoni myję pędzel, a później żeby go doczyścić myję pędzel drugi raz już przy pomocy eggbrush'a. I powiem szczerze, że przy myciu pędzla do fluidu, który jest najbardziej upaćkany tak naprawdę miałam wrażenie, że nawet nie muszę myć jakoś szczególnie dokładnie i używać eggbrush'a. Poważnie, olejek tak cudownie rozpuszcza kosmetyki, które znajdują się na pędzlu, że schodzą w moment. 
I ja jestem na maksa zadowolona, cieszyłam się, że za pomocą eggbrush'a mycie pędzli zajmuje mniej czasu, ale porównanie tego olejku i eggbrush'a oznacza umycie pędzli w kilka minut. Obawiałam się, że olejek może będzie ciężko domyć z włosia albo że będzie ono później, ale nic bardziej mylnego. Pędzle są idealnie domyte, włosie jest niezniszczone, niesklejone, wszystko jest super zrobione, a i pędzle ładniej pachną. Ja jestem w szoku.


I jako sceptyk, po raz kolejny przyznaję większości Wam rację, że ten olejek przy pielęgnacji pędzli naprawdę sprawdza się znakomicie ! Myje je idealnie, dzięki niemy całe pranie pędzli trwa bardzo krótko, wszystko się domywa, nic się nie skleja - no ogólnie czad! Dodatkowo ten olejek kosztuje jakieś 7 zł, jest dostępny w Rossmannie i jest wydajny, bo na jedno mycie bardzo niewiele produktu potrzeba, więc czad! I tak, zdecydowanie jest to musthave - odpowiadając na pytanie ;)
Mam tylko nadzieję, że Rossmann nic mu nie zrobi, jak z innymi cudami od nich ;) Ale bądźmy dobrej myśli!



Maski Dermacol

26 lipca 2020



Halo, halo! Kolejne recenzje masek dla Was! Jak Wam idzie akcja #zostańwdomunałóżmaskę? Mimo że akcja była na topie jakoś w marcu, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby znów do niej wrócić, może niekoniecznie siedząc w domu, bo w końcu mamy wakacje ;). A ja w ostatnim czasie trochę olałam te maseczki, ale koniecznie muszę do tego wrócić, dlatego recenzja, żeby się zmotywować!
Dzisiaj będzie o marce, którą wręcz uwielbiam! Dermacol, najbardziej uwielbiam podkłady, które u mnie się rewelacyjnie sprawdzają, jak i pielęgnacją ciała, taką codzienną ;) To jest czad, więc i przyszedł czas na inne produkty, czyli maski, których kilka mam. I muszę przyznać, że wypadły różnie ;)

Dermacol, Deep Cleansing Mask

Maska w płachcie 3D z ekstraktem z brzoskwini [10], keratoliną i alantoiną [8] zapewnia głębokie oczyszczenie zablokowanych porów, usunięcie martwych komórek skóry, jak i regenerację, odnowienie, odświeżenie i lifting skóry. Poza tym, maska odbuduje zniszczenia, będzie kontrolować poziom utraty wody, zmiękczy i tonizuje skórę, a także będzie eliminować wolne rodniki. 

Skład: Aqua, Glycerin, PEG-12 Dimethicone, Phenethyl Alcohol, Caprylyl Glycol, Propylene Glycol, Bacillus Ferment, Allantoin [8], Tocopheryl Acetate, Prunus Persica Fruit Extract [10], Tetrasodium EDTA, Hydroxyethylcellulose, Sodium Acetate, Isopropyl Alcohol, Cellulose, Parfum, Citric Acid, Triethanolamine, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.

Maskę należy mieć na twarzy jakieś 10 minut i już teraz mogę powiedzieć, że na pewno ja ją miałam krócej. Ale od początku; zapach był dość specyficzny, trochę dziwny, ale bardzo brzoskwiniowy, niby go nie pokochałam, ale też mi nie przeszkadzał jakoś bardzo, więc okej. Muszę przyznać, że płachta na maksa nie pasowała do mojej twarzy, co dawno mi się nie przytrafiło, mam wrażenie, że była dość niewymiarowa i jakaś krzywa, bardzo odstawała na bokach i nie chciała się dobrze przykleić, co jest spowodowane tym, że nie była jakoś bardzo nasączona produktem, była bardzo lekko wilgotna. Aczkolwiek, mimo że nie byłą za bardzo nasączona to mam wrażenie, że cały produkt przeszedł na dół maseczki w okolice brody i szyi, co poskutkowało tym, ze z maski normalnie kapało, a nigdy mi się to jeszcze nie przytrafiło, musiałam leżeć z tą maską, chociaż i tak czułam dziwne kapanie na dekolt, więc długo nie wytrzymałam.
Co mogę powiedzieć o działaniu? Nie wystąpiło żadne podrażnienie, ani nic złego, skóra była lekko oczyszczona, wygładzona, przy okazji delikatnie nawilżona i odżywiona, ale nie były to efekty na maksa spektakularne i niesamowite do zachwycania się. Aczkolwiek wiem, ze moje negatywne odczucia najbardziej spowodowane są tym, że płachta sama w sobie sprawiła mi trochę problemów i nie było to zbyt relaksujące spotkanie. Nie wiem czemu tak było, maska co prawda była już przy końcu daty ważności, ale powinna być jeszcze dobra, ale wiadomo te daty są dość umowne, więc jeśli ktoś z Was miał z nią do czynienia, koniecznie napiszcie czy było podobnie.


Dermacol, Detox&Defence

Maska z naturalnymi antyoksydantami, witaminami oraz komórkami macierzystymi, głęboko wnika w skórę, neutralizuje toksyny, a także szkodliwe substancje pochodzące z otoczenia. Maska ma za zadanie odbudować naturalne mechanizmy obronne skóry, a także uchronić skórę przed przedwczesnym starzeniem się, utratą elastyczności oraz powstawaniem zmarszczek.

Skład: Aqua, Glycerin, Propylene Glycol, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Caprylic/Capric Triglyceride, Decyl Oleate, Cetearyl Glucosid, Butyrospermum Parkii Butter, Panthenol, Alaria Esculenta Extract, Solanum Lycopersicon Leaf Cell Culture Extract, Olea Europaea Fruit Extract, Acacia Senegal Gum, Vitis Vinifera Fruit Extract, Benzylidene Dimethoxydimethylindanone, Tocopheryl Acetate, Carbomer, Sodium Hydroxide, Citric Acid, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Parfum.

Należy nałożyć dość sporą ilość na szyję, twarz i dekolt unikając okolic oczu, zostawić na 15-20 minut, po czym zmyć wodą albo ściągnąć mokrym ręcznikiem.
Maska ma dość mleczną konsystencję, ale jest dość gęsta, taka trochę jak jogurt, myślę, że to będzie spoko porównanie. Bardzo dobrze trzyma się twarzy nie spływa z niej ani nic z tych rzeczy. Poza tym, zapach jest jak mydło. I nie mówię tego w złym świetle, bo ja lubię ten zapach, jest bardzo przyjemny i po prostu ładny! Maska nałożona na twarz po jakimś czasie zasycha, ale do takiej dość mokrej skorupki, ale nie przyczepiam się do niczego. Wszystko też zależy od tego jaką ilość maski nakładacie, ja jednak zostaję przy takiej umiarkowanej ilości.
Poz myciu skóra jest tak cudownie miękka, gładka i napięta, że w końcu wiem, co to znaczy napięta i jędrna skóra! Naprawdę szok i rewelacja, i ja jestem bardzo zachwycona tą maseczką! Tym bardziej, że taka jedna saszetka, która jest podzielona na dwie wystarczyła mi na jakieś 6 użyć. Super jest też to, że maska nie zasycha nam w saszetce, tylko w dalszym ciągu nadaje się do nałożenia, więc czad!


Dermacol, Deep Detoxifying Mask

Maska w płachcie 3D, która zawiera węgiel aktywny [13] oraz ekstrakt z bambusa [10], zapewnia głęboką detoksykację skóry, oczyszczenie i redukcję rozszerzonych porów skórnych, a także odbudowanie witalności oraz świeżości poszarzałej skóry. Poza tym, reguluje nadmierne powstawanie sebum,

Skład: Aqua, Glycerin, PEG-12 Dimethicone, Butylene Glycol, Methyl Gluceth-20, Methylpropanediol, Enantia Chlorantha Bark Extract, Oleanolic Acid, Panthenol, Bambusa Vulgaris Leaf/Stem Extract [10], Propylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Polyglyceryl-10 Stearate, Charcoal Powder [13], Polyglycerin-10, Polyglyceryl-10 Myristate, Sodium Dehydroacetate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Polysorbate 20, Allantoin, Polyacrylate Crosspolymer-6, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Parfum, Citric Acid.

Należy nałożyć maskę na jakieś 10 minut. Maskę należy trzymać na twarzy jakieś 10 minut. Powiem Wam, że od otworzenia opakowania czuć jakieś owoce, owoce których ja do końca nie potrafię zdefiniować! Pachnie mi trochę jakby brzoskwiniami, a zarazem jakimiś bardzo ładnymi, świeżymi i owocowymi perfumami. Ogólnie zapach jest naprawdę super. Druga sprawa, która jest świetna to to, że maska sama w sobie jest chłodząca. Poważnie, od samego nałożenia czuć przyjemny chłód, nie jest to mocne wymrożenie, wszystko tutaj jest fajnie wyważone. Maska też dobrze trzyma się twarzy, wiadomo że siedząc odklei nam się od brody, ale leżąc wszystko będzie ideolo na miejscu.
Muszę przyznać, że poza chłodem czuję lekkie pieczenie, ale pieczenie występuje w miejscach, w których mam wrażenie, że mam zapchaną skórę, więc cieszy mnie to, bo mam wrażenie, że ona idealnie działa właśnie w tych miejscach, w których powinna i gdzie potrzebuję idealnego oczyszczenia i detoksu. Pozostałe miejsca, jak i cała twarz jest fajnie odświeżona, nawilżona i lekko odżywiona.
Skóra została fajnie uspokojona jakby stonowana, więc ja jestem naprawdę zadowolona! I chyba jest t mój maskowy ulubieniec marki Dermacol!


Dermacol, Intensywnie liftingująca maska

Maska liftingująca z koncentrowanym kompleksem przeciwzmarszczkowym działa podobnie, jak zaaplikowanie botoksu. Niepożądane linie mimiczne, a także jakiekolwiek nierówności zostaną wygładzone już po około 5 minutach od nałożenia maski. Liftingujący efekt utrzyma się do ok. 4 godzin od aplikacji. Lekka żelowa konsystencja z ekstraktem zeń-szenia [7] oraz rumianku [8] zwiększa jędrność i elastyczność skóry. Zapewnia skórze energię, jędrność, wygładzinie, jak i odświeżenie.

Skład: Aqua, Sodium Acrylate/ Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Alcohol, Isohexadecane, Squalane, Acmella Oleracea Extract, Panax Ginseng Root Extract [7], Chamomilla Recutita Flower Extract [8], Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Ethylhexylglycerin, Propylene Glycol, Polysorbate 80, Sorbitan Oleate, Parfum.

Należy nałożyć na twarz szyję i dekolt, unikając oczu. zostawić na 15-20 minut, a następnie najlepiej ściągnąć za pomocą bawełnianej ściereczki. Maseczkę użyłam pierwszy raz rano po dość męczącym weekendzie, tak na regenerację i odświeżenie.  I genialnie się sprawdziła w tej opcji. Konsystencja, zapach i kolor praktycznie idento, jak w wersji Detox&Defence. Ja bardzo polubiłam i tamtą wersję, więc spoko. Zapach jest dość mydlany, ale bardzo ładny.  Poczułam lekkie pieczenie w okolicach nosa, gdzie niestety mam zawsze podrażnioną skórę, ale dość szybko minęło i dało się to spokojnie wytrzymać.
Po ściągnięciu maseczki, czuć że teraz jest bardzo fajnie nawilżona, odżywiona i bardziej napięta niż wcześniej. Nie jest to efekt super liftingu, ale i tak jak na maskę, która jest na twarzy jakieś 15-20 minut to i tak będzie super.
Maska też wystarcza na bardzo dużo razy, myślę, że jedna saszetka spokojnie na jakieś 3-4 użycia, maska nie zasycha w saszetkach, więc to też jest ważne i fajne! Dla mnie rewelacja, ja bardzo lubię i jestem zadowolona.


Znacie maski marki Dermacol? Ja jestem bardzo zadowolona głównie z tej czarnej Black Magic, to będzie zdecydowanie mój faworyt jeśli chodzi o wszystkie 4 powyżej. Jakie są Wasze ulubione maski? Dawajcie znać, bo muszę wrócić do regularnego maskowania się!
Trzymajcie się!