Denko, lipiec 2020r.!

01 sierpnia 2020



Kolejne denko! Dzień dobry! To denko idealnie nam kończy połowę wakacji, szok, że aż tak szybko to minęło! Co prawda ja się trochę cieszę i nie mogę się doczekać zimniejszych pór roku, ale też podobają mi się te wakacje! Jak zazwyczaj nie przepadam za gorącem i słońcem to muszę przyznać, że w tym roku sprawia mi to dużą frajdę. Dlatego nawet chętnie pojadę nad wodę się smażyć na słońcu, a co!
Ale wracając od denka, to to denko jest dosyć spore. Nawet wczoraj jak ogarniałam zdjęcia to aż byłam w szoku, że aż tyle udało mi się zużyć. Wszystko fajnie, ale obawiam się, że też i sporo kupiłam w tym miesiące, więc raczej nie jestem na minusie, ale wierzę, że będę niedługo!



A jeśli chodzi o ulubieńców, tym razem zaczniemy tutaj inaczej, bo od Venus, pianka do golenia - dla mnie one są najfajniejsze, najłatwiej dostępne, najtańsze i najfajniej działające, wiec jeśli jeszcze ich za bardzo nie znam, to koniecznie polecam! Standardowo nie mogło tutaj zabraknąć czegoś do włosów; Alterra, Naturkosmetik, szampon dodający objętości, bio papaja i bio bambus, nie mogło być inaczej. Ten szampon jest dla mnie najlepszy, cudownie zmywa włosy, doczyszcza skórę głowy i genialnie domywa olej. Poza tym, Schwarzkopf, Gliss Kur, Ekspresowa odżywka regeneracyjna Supreme Length to kolejny produkt, bez którego nie wyobrażam sobie pielęgnacji włosów. Te odżywki są dla mnie najlepsze i najlepiej odżywiają włosy i je nawilżają, tak na bieżąco, bo używam ich kiedy mi się podoba. Dla mnie czad. No i po kilku miesiącach zużyłam w końcu całą butelkę Soku z aloesu, na moje włosy aloes działa niesamowicie cudownie, wypełnia je, sprawia, że są mięsiste, konkretne i jakby grubsze. Uwielbiam! A jeszcze zostając przy włosach, zużyłam Batiste, suchy szampon plus, Beautiful Brunette, co prawda staram się ich za często nie używać, ale muszę przyznać, że ostatnio używam ich jakoś tak częściej. Nie mam pojęcia skąd się to bierze, ale najważniejsze, że pomaga, działa i ratuje mi dupę! W temacie makijażu, mamy tutaj mój zdecydowany ulubieniec Dermacol, Invisible Fixing Powder, puder transparentny, na szczęście od razu kopiłam kolejne opakowanie, więc nie płaczę, że go nie mam, ale jeśli szykuje się jakaś impreza albo maluję się rano i wiem, że wieczorem jeszcze bym chciała jakoś wyglądać to zawsze sięgam po ten puder. On jest po prostu genialny, nadaje się na każdą okazję, na wesela, na imprezy, na co dzień, nadaje cudowne matowe, ale nie płaskie wykończenie, dla mnie sztos. 


Bielenda, Botanic Formula, odżywczy kremowy olejek do mycia twarzy, olej z granatu + amarantus - ja już zdecydowanie jestem #teamolej jeśli chodzi o demakijaż i muszę przyznać, że ten kremowy olejek jest fantastyczny. Cudownie pachnie, ma bardzo fajną kremową konsystencję, no i oczywiście działa rewelacyjnie. Zmywa makijaż bardzo szybko, przy pierwszym podejściu już jest super zmyty każdy makijaż, mocniejszy, cienie na oczach, jak i czasem trudne do zmycia tusze do rzęs. Ten olejek zmywa makijaż szybko, skutecznie, bez żadnych podrażnień. Jest naprawdę super ;).
be The Sky Girl, peeling cukrowy do ciała, pina colada - chyba nie muszę mówić, że uwielbiam peelingi do ciała, a w szczególności peelingi cukrowe, to mój zdecydowanie ulubiony etap w pielęgnacji i uwielbiam. Tak samo uwielbiam ten peeling, zapach ma obłędny! Działanie ma świetne, więc czego chcieć więcej? Może niższej ceny, ale raz na jakiś czas ja sobie chętnie pozwolę na to cudo!
Botanicals, Fresh Care, balsam pielęgnacyjny, rich infusion - safflower, krokosz barwierski - zapomniałam kompletnie o tej odżywce, a okazało się, że zostawiłam ją w domu rodzinnym i siostra chciała wyrzucić, ale hej, wystarczyła mi jeszcze na kilkanaście użyć, więc czad! A czad tym bardziej, że ta odżywka naprawdę super sprawdza się na moich włosach. Od kiedy jej używam włosy stały się maks mięsiste, grube i takie konkretne, szok! Nie wiem tylko czego strasznie łzawią mi oczy kiedy jej używam haha. Ale poza tym, naprawdę super! I na pewno wrócę do niej!
Eveline, tusz do rzęs (gruby złoty) - wiecie co ja uwielbiam ten tusz. Mega miło go wspominam, co prawda teraz mi się coś zepsuło z opakowaniem, że nie da się go zamknąć, więc i cały tusz wysechł mi w trymiga, ale poza tym ja bardzo go lubię! Ma dość grubą szczoteczkę, więc jeśli takich nie lubicie, to jednak nie będziecie zadowoleni, ale robi to co ma robić, rozdziela rzęsy, lekko je pogrubia i lekko wydłuża, więc dla mnie miodzio!
Maybelline, Hyper Easy Precise Brush Tip Liner, eyeliner w pisaku - za długo niestety mi nie posłużył, ale to tylko i wyłącznie z mojej winy. Niestety nie domknęłam go i mi wysechł, czego na maksa żałuję. Ten eyeliner jest świetny, jest intensywnie i pięknie czarny, ma bardzo precyzyjną, ostrą końcówkę, dzięki czemu możemy zrobić ekstra kreskę na oku. Nawet wyjdzie osobom, takim jak ja, które totalnie nie ogarniają makijażu. Więc dla mnie czad.
BingoSpa, szamponowe serum keratynowe 100% - 100% keratyny to to nie jest, ale mimo wszystko szampon na maksa spasował moim włosom i wierzę, że pod kątem keratyny również im pomaga. Włosy były świeże, sypkie, super nawilżona i odżywione. Dodatkowo dla mnie po keratynie wszystko, co ma ten składnik w sobie jest na wagę złota w przypadku włosów, więc dla mnie bomba. Poza tym, super pachnie i ekstra się pieni, no i fajnie się spisuje u mnie na drugie mycie ;).



Avon, Imart Corset, perfumowany dezodorant w kulce - no nie do końca mi siadł, ogólnie działanie jest spoko, nie mam na co narzekać, ale jednak zapach to coś, czego nie potrafię przeskoczyć :) Ja muszę pachnieć, a ten zapach jest zdecydowanie zbyt męski, jak dla mnie ;).
Marion, chusteczki do higieny intymnej; wersja: rumianek, nagietek i z probiotykiem - no niestety dalej nie znalazłam dobrego zastępcy Facelle, Te chusteczki nie są najgorsze, jak na razie są najlepsze ze wszystkich beznadziejnych, jakie używałam, ale no nie zasługują na cuda ;D. Są trochę za mało nawilżone płynem i materiał jest odrobinę zbyt szorstki.
La Roche Posay, krem myjący uzupełniający poziom lipidów - ten krem oczywiście nie jest zły, ale zupełnie nie jest to produkt dla mnie. Ja nie potrzebuję tak profesjonalnej pielęgnacji ciała, nie potrzebuję czegoś delikatnego, bezzapachowego i tak specjalistycznego, dlatego dla mnie średniak. Ale wiem, że osoby, które potrzebują takich specyfików mogą się z nim bardzo polubić. 
Oillan, nawilżający balsam pod prysznic - muszę przyznać, że to jest najlepszy balsam pod prysznic jaki do tej pory miałam pod kątem działania. Rzeczywiście używałam go wtedy, kiedy wiedziałam, że nie mam zupełnie czasu na balsam po prysznicu i moja skóra była miękka, gładka, nawilżona i po prostu w ekstra stanie! Ale zapach, dla mnie to coś najważniejszego, a niestety tutaj mi bardzo nie spasował, był bardzo zadymiony i nie pachniał niczym konkretnym, ale po prostu nie podobał mi się. A u mnie to potrafi przeważyć na ogólnej opinii/ 


Yves Rocher, różany olejek pod prysznic - wiecie, co... ja miałam miniaturkę tego produktu i był genialny, uwielbiałam ten zapach, konsystencję oraz wszystko. Z kolei pełnowymiarowa wersja już nie jest taka fajna. Może i konsystencja jest dalej spoko, ale zapach jest strasznie duszący, intensywny i bardzo zadymiony, ale to wszystko jest zdecydowanie za bardzo. No i maks niewydajny. Dziwne, że miniaturka jest super, a pełnowymiarowy produkt okazuje się być bardzo niefajny.
Caspo, chusteczki do higieny intymnej - o nich już pisałam w zeszłym miesiącu, niestety po wpadce z Facelle szukam cały czas czegoś fajnego, a tych akurat kupiłam dwa opakowania i dlatego tak wyszło, że są tutaj znowu.


Dermacol, Deep Detoxifying Mask, 'black magic' - kolejna maska marki Dermacol i kolejny naprawdę udany produkt. Mega ciekawy, intensywny smak, mega odprężenie i rozluźnienie dzięki temu, że maska gwarantuje Wam lekki efekt chłodzący. Dla mnie to było na maksa przyjemne Poza tym, cera po ściągnięciu może i była trochę zaczerwieniona, ale też cudownie oczyszczona i uspokojona. jakiekolwiek zmiany trądzikowe u mnie zniknęły dużo szybciej niż normalnie, więc dla mnie rewelacja!
Garnier, Hyaluronic Aloe, nawilżająca maska na tkaninie wzbogacona aloesem - kolejna maska, która ląduje w cudach, ale ona jest największym sztosem ever. Po pierwsze, płachta jest dodatkowo zabezpieczona materiałem, więc dostajecie tkaninę na maksa nasiąkniętą produktem, poza tym trzyma się twarzy znakomicie. Nigdy nie miałam maski, która tak dobrze była przyklejona do twarzy i nie było szans, żeby się odkleiła, poważnie. No i działanie - też sztos. Twarz była na maksa nawilżona, odżywiona, a do tego napięta i bardziej jędrna. Ja jestem turbo-zadowolona!
Dermacol, Detox&Defence - kolejna bardzo fajna maska Dermacolu, poważnie. Bardzo podoba mi się ten dość mydlany zapach no i fajne działanie. Skóra po nałożeniu tej maski jest nawilżona, odżywiona, ujędrniona i taka jakby fajnie napięta, ale w bardzo przyjemny sposób. Dla mnie czad! I nie spodziewałabym się, że te maski są tak spoko.


Clique, żel pod prysznic - tak pokradłam z Kenii miniaturki jak byliśmy na naszej podróży poślubnej, haha. Chciałabym tylko wiedzieć, czy wy też je zabieracie, zużywacie czy zostawiacie w spokoju? :) Ale ja mega lubię ich używać i w sumie zabierać później do domu, bo w podróży ratują życie.
Daytox, rich cream, bogaty krem - zakochałam się ogólnie w tej marce, dzięki kalendarzowi adwentowemu miałam okazję wypróbować kilka różnych kosmetyków i ten krem od razu sprawiał, że skóra wyglądała genialnie. Naprawdę, stosowałam go głównie na noc, bo konsystencja jest dość gęstsza i muzę przyznać, że czad. Rano jak się budziłam to twarz wyglądała fenomenalnie ;).
Yves Rocher, Łagodzący płyn micelarny 2w1 - kolejny produkt z kalendarza, ale tym razem z innego ;). Kalendarz co prawda był niewypałem, ale ten mini produkt nawet fajnie się u mnie sprawdził. O dziwo super szybko zmywał makijaż, każdy nawet ten tubo mocny, jak i fajnie oczyszczał skórę rano np. Dla mnie spoko, więc jakbym kiedyś miała szansę wziąć pełnowymiarowy kosmetyk to zapewne się skuszę ;).



Zaczęłam w końcu przeglądać swoją kolorówkę i coś udało mi się wyrzucić, chociaż i tak wiem, że powinno być tego więcej. Mam jeszcze mnóstwo pomadek, których jest mi na maksa szkoda wyrzucać. Mam ich na pewno ponad setkę, a powiem szczerze, że nie maluję się pomadkami, bo za bardzo nie lubię. Więc bezsensu, że je trzymam, a pewni większość jest już tak stara, że powinna iść dawno do kosza. No, ale! Jak będę mieć więcej czasu i chęci to przejrzę całą kolorówkę i będę bardzo ostra! 
Stwierdziłam, że czas pożegnać się z kredkami od Ingrid, Miyo, Essence, cieniem w kredce od Rimmel produktami w kredkach do konturowania od Lovely i Kobo, których totalnie nie ogarnęłam, a także do rzęs Muse oraz odżywkę do rzęs Eveline. 
Poza tym, jeszcze produkty do brwi od Inveo - które nawet polubiłam. Te produkty robiły fajny efekt brwi jakby zaraz po hennie, bardzo wyrazisty i taki konkretny i aż żałuję teraz, że wywalam nie zdenkowate, ale tak to jest jak się ma przesyt i się zapomni o większości kosmetykach z szafy. Ale mogę Wam przyznać się, ze jak początkowo mój mąż zaczął u mnie zostawać na noc to zmywając makijaż zostawiałam sobie brwi i zawsze wtedy używałam właśnie tych produktów, bo wiedziałam, że efekt będzie spoko, ale dalej naturalny. 
Muszę też jeszcze wyrzucić niestety bazę z BIelendy, bo niestety jest przeterminowana. Bardzo ją lubiłam, ale jakoś nie używam za często baz, tylko w sytuacji większej imprezy, kiedy bardzo zależy mi na trwalszym efekcie, no i właśnie dlatego ta baza już się przeterminowała i muszę się z nią pożegnać. I szkoda.


No, poszło! Szok! Dajcie znać jak Wasze zużycia w tym miesiącu i czy często robicie porządki w kolorówce i jesteście bezwzględni i wyrzucacie wszystko, czego nie używacie? Czy trzymacie na kiedy indziej, bo 'na pewno' się przyda? :)
Udanego weekendu!

Isana, olejek pod prysznic, jako produkt do mycia pędzli
rzeczywiście taki musthave?

29 lipca 2020


Dzień dobry! Tak, oficjalnie ogłaszam, że minęła połowa miesiąca i tym samym połowa wakacji! Nie wiem, jak Wy, ale ja się cieszę. Nie mogę się doczekać jesieni, nie mogę się doczekać większej ilości obowiązków, latania z miejsca w miejsce - jakoś lubię to! Lubię być na pełnych obrotach, tym bardziej jesienią! Naprawdę, już czuję ten jesienny vibe, a Wy? Pewnie cześć z Was rozkoszuje się wolnością i gadam takie głupoty, haha. 
A dzisiaj będzie o olejku pod prysznic marki Isana, każdy go poleca, każdy wszędzie o nim trąbi, że tak świetnie, szybko i dokładnie myje pędzle i słyszę to już pewnie od dobrych kilku lat [?], a ja zawsze decyduję się na te produkty na końcu. Więc, zapraszam do zapoznania się z moją opinią ! A osoby, które mnie oglądają na instagramie - beautifulduty.pl, już wiedzą, jaka będzie odpowiedź ;)


Isana, olejek pod prysznic


Olejek pod prysznic Isana zawiera 56% olejów pochodzenia naturalnego, dzięki czemu zapewnia wyjątkowo obfitą pielęgnacją bardzo suchej i wrażliwej skóry. Olejek zawiera witaminę E oraz wysokowartościowe oleje, więc ochroni skórę przed wysuszeniem, dzięki czemu staje się ona wyjątkowo gładka i miękka w dotyku. Olejek będzie odpowiedni do codziennego stosowania. Ponadto, produkt jest przebadany dermatologicznie.

Skład: Glycine Soja Oil, Laureth-4, Mipa-Laureth Sulfate, Propylene Glycol, Parfum, Helianthus Annuus Seed Oil, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Aqua, BHT, Beta Carotene.

Jak pisałam, ja ten olejek używam tylko i wyłącznie do mycia pędzli, nie lubię ogólnie stosować olejków do ciała, nie lubię jak się coś klei i zostawia po sobie film, więc nawet by nie było mowy, żebym go użyła w taki sposób. Ale każdy polecał go do mycia pędzli, więc stwierdziłam, a spróbuję, jest turbo-tani, to nawet jak się nie sprawdzi to jakoś go wykorzystam. No i cóż.
Standardowo zaczynając od opakowania, tutaj jest zwykło, standardowo, ale całkiem spoko. Mimo wszystko ten design mi się podoba, widać ile produktu zostało do końca, Zamknięcie też jest fajne i solidne, nie otwiera się samo, jest dość wytrzymałe  i nie ma problemu, żeby się samo otworzyło. Poza tym, otwór też jest fajny, żeby wylewać pożądaną ilość produktu. 
Konsystencja jest dość oleista, ale nie jakoś bardzo tłusta, zapach jest typowy, jak na olejek arganowy ;).


Jak pierwszy raz użyłam, to byłam w mega szoku! Zazwyczaj myję pędzle na dwa razy, za pierwszym razem za pomocą dłoni myję pędzel, a później żeby go doczyścić myję pędzel drugi raz już przy pomocy eggbrush'a. I powiem szczerze, że przy myciu pędzla do fluidu, który jest najbardziej upaćkany tak naprawdę miałam wrażenie, że nawet nie muszę myć jakoś szczególnie dokładnie i używać eggbrush'a. Poważnie, olejek tak cudownie rozpuszcza kosmetyki, które znajdują się na pędzlu, że schodzą w moment. 
I ja jestem na maksa zadowolona, cieszyłam się, że za pomocą eggbrush'a mycie pędzli zajmuje mniej czasu, ale porównanie tego olejku i eggbrush'a oznacza umycie pędzli w kilka minut. Obawiałam się, że olejek może będzie ciężko domyć z włosia albo że będzie ono później, ale nic bardziej mylnego. Pędzle są idealnie domyte, włosie jest niezniszczone, niesklejone, wszystko jest super zrobione, a i pędzle ładniej pachną. Ja jestem w szoku.


I jako sceptyk, po raz kolejny przyznaję większości Wam rację, że ten olejek przy pielęgnacji pędzli naprawdę sprawdza się znakomicie ! Myje je idealnie, dzięki niemy całe pranie pędzli trwa bardzo krótko, wszystko się domywa, nic się nie skleja - no ogólnie czad! Dodatkowo ten olejek kosztuje jakieś 7 zł, jest dostępny w Rossmannie i jest wydajny, bo na jedno mycie bardzo niewiele produktu potrzeba, więc czad! I tak, zdecydowanie jest to musthave - odpowiadając na pytanie ;)
Mam tylko nadzieję, że Rossmann nic mu nie zrobi, jak z innymi cudami od nich ;) Ale bądźmy dobrej myśli!



Maski Dermacol

26 lipca 2020



Halo, halo! Kolejne recenzje masek dla Was! Jak Wam idzie akcja #zostańwdomunałóżmaskę? Mimo że akcja była na topie jakoś w marcu, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby znów do niej wrócić, może niekoniecznie siedząc w domu, bo w końcu mamy wakacje ;). A ja w ostatnim czasie trochę olałam te maseczki, ale koniecznie muszę do tego wrócić, dlatego recenzja, żeby się zmotywować!
Dzisiaj będzie o marce, którą wręcz uwielbiam! Dermacol, najbardziej uwielbiam podkłady, które u mnie się rewelacyjnie sprawdzają, jak i pielęgnacją ciała, taką codzienną ;) To jest czad, więc i przyszedł czas na inne produkty, czyli maski, których kilka mam. I muszę przyznać, że wypadły różnie ;)

Dermacol, Deep Cleansing Mask

Maska w płachcie 3D z ekstraktem z brzoskwini [10], keratoliną i alantoiną [8] zapewnia głębokie oczyszczenie zablokowanych porów, usunięcie martwych komórek skóry, jak i regenerację, odnowienie, odświeżenie i lifting skóry. Poza tym, maska odbuduje zniszczenia, będzie kontrolować poziom utraty wody, zmiękczy i tonizuje skórę, a także będzie eliminować wolne rodniki. 

Skład: Aqua, Glycerin, PEG-12 Dimethicone, Phenethyl Alcohol, Caprylyl Glycol, Propylene Glycol, Bacillus Ferment, Allantoin [8], Tocopheryl Acetate, Prunus Persica Fruit Extract [10], Tetrasodium EDTA, Hydroxyethylcellulose, Sodium Acetate, Isopropyl Alcohol, Cellulose, Parfum, Citric Acid, Triethanolamine, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.

Maskę należy mieć na twarzy jakieś 10 minut i już teraz mogę powiedzieć, że na pewno ja ją miałam krócej. Ale od początku; zapach był dość specyficzny, trochę dziwny, ale bardzo brzoskwiniowy, niby go nie pokochałam, ale też mi nie przeszkadzał jakoś bardzo, więc okej. Muszę przyznać, że płachta na maksa nie pasowała do mojej twarzy, co dawno mi się nie przytrafiło, mam wrażenie, że była dość niewymiarowa i jakaś krzywa, bardzo odstawała na bokach i nie chciała się dobrze przykleić, co jest spowodowane tym, że nie była jakoś bardzo nasączona produktem, była bardzo lekko wilgotna. Aczkolwiek, mimo że nie byłą za bardzo nasączona to mam wrażenie, że cały produkt przeszedł na dół maseczki w okolice brody i szyi, co poskutkowało tym, ze z maski normalnie kapało, a nigdy mi się to jeszcze nie przytrafiło, musiałam leżeć z tą maską, chociaż i tak czułam dziwne kapanie na dekolt, więc długo nie wytrzymałam.
Co mogę powiedzieć o działaniu? Nie wystąpiło żadne podrażnienie, ani nic złego, skóra była lekko oczyszczona, wygładzona, przy okazji delikatnie nawilżona i odżywiona, ale nie były to efekty na maksa spektakularne i niesamowite do zachwycania się. Aczkolwiek wiem, ze moje negatywne odczucia najbardziej spowodowane są tym, że płachta sama w sobie sprawiła mi trochę problemów i nie było to zbyt relaksujące spotkanie. Nie wiem czemu tak było, maska co prawda była już przy końcu daty ważności, ale powinna być jeszcze dobra, ale wiadomo te daty są dość umowne, więc jeśli ktoś z Was miał z nią do czynienia, koniecznie napiszcie czy było podobnie.


Dermacol, Detox&Defence

Maska z naturalnymi antyoksydantami, witaminami oraz komórkami macierzystymi, głęboko wnika w skórę, neutralizuje toksyny, a także szkodliwe substancje pochodzące z otoczenia. Maska ma za zadanie odbudować naturalne mechanizmy obronne skóry, a także uchronić skórę przed przedwczesnym starzeniem się, utratą elastyczności oraz powstawaniem zmarszczek.

Skład: Aqua, Glycerin, Propylene Glycol, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Caprylic/Capric Triglyceride, Decyl Oleate, Cetearyl Glucosid, Butyrospermum Parkii Butter, Panthenol, Alaria Esculenta Extract, Solanum Lycopersicon Leaf Cell Culture Extract, Olea Europaea Fruit Extract, Acacia Senegal Gum, Vitis Vinifera Fruit Extract, Benzylidene Dimethoxydimethylindanone, Tocopheryl Acetate, Carbomer, Sodium Hydroxide, Citric Acid, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Parfum.

Należy nałożyć dość sporą ilość na szyję, twarz i dekolt unikając okolic oczu, zostawić na 15-20 minut, po czym zmyć wodą albo ściągnąć mokrym ręcznikiem.
Maska ma dość mleczną konsystencję, ale jest dość gęsta, taka trochę jak jogurt, myślę, że to będzie spoko porównanie. Bardzo dobrze trzyma się twarzy nie spływa z niej ani nic z tych rzeczy. Poza tym, zapach jest jak mydło. I nie mówię tego w złym świetle, bo ja lubię ten zapach, jest bardzo przyjemny i po prostu ładny! Maska nałożona na twarz po jakimś czasie zasycha, ale do takiej dość mokrej skorupki, ale nie przyczepiam się do niczego. Wszystko też zależy od tego jaką ilość maski nakładacie, ja jednak zostaję przy takiej umiarkowanej ilości.
Poz myciu skóra jest tak cudownie miękka, gładka i napięta, że w końcu wiem, co to znaczy napięta i jędrna skóra! Naprawdę szok i rewelacja, i ja jestem bardzo zachwycona tą maseczką! Tym bardziej, że taka jedna saszetka, która jest podzielona na dwie wystarczyła mi na jakieś 6 użyć. Super jest też to, że maska nie zasycha nam w saszetce, tylko w dalszym ciągu nadaje się do nałożenia, więc czad!


Dermacol, Deep Detoxifying Mask

Maska w płachcie 3D, która zawiera węgiel aktywny [13] oraz ekstrakt z bambusa [10], zapewnia głęboką detoksykację skóry, oczyszczenie i redukcję rozszerzonych porów skórnych, a także odbudowanie witalności oraz świeżości poszarzałej skóry. Poza tym, reguluje nadmierne powstawanie sebum,

Skład: Aqua, Glycerin, PEG-12 Dimethicone, Butylene Glycol, Methyl Gluceth-20, Methylpropanediol, Enantia Chlorantha Bark Extract, Oleanolic Acid, Panthenol, Bambusa Vulgaris Leaf/Stem Extract [10], Propylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Polyglyceryl-10 Stearate, Charcoal Powder [13], Polyglycerin-10, Polyglyceryl-10 Myristate, Sodium Dehydroacetate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Polysorbate 20, Allantoin, Polyacrylate Crosspolymer-6, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Parfum, Citric Acid.

Należy nałożyć maskę na jakieś 10 minut. Maskę należy trzymać na twarzy jakieś 10 minut. Powiem Wam, że od otworzenia opakowania czuć jakieś owoce, owoce których ja do końca nie potrafię zdefiniować! Pachnie mi trochę jakby brzoskwiniami, a zarazem jakimiś bardzo ładnymi, świeżymi i owocowymi perfumami. Ogólnie zapach jest naprawdę super. Druga sprawa, która jest świetna to to, że maska sama w sobie jest chłodząca. Poważnie, od samego nałożenia czuć przyjemny chłód, nie jest to mocne wymrożenie, wszystko tutaj jest fajnie wyważone. Maska też dobrze trzyma się twarzy, wiadomo że siedząc odklei nam się od brody, ale leżąc wszystko będzie ideolo na miejscu.
Muszę przyznać, że poza chłodem czuję lekkie pieczenie, ale pieczenie występuje w miejscach, w których mam wrażenie, że mam zapchaną skórę, więc cieszy mnie to, bo mam wrażenie, że ona idealnie działa właśnie w tych miejscach, w których powinna i gdzie potrzebuję idealnego oczyszczenia i detoksu. Pozostałe miejsca, jak i cała twarz jest fajnie odświeżona, nawilżona i lekko odżywiona.
Skóra została fajnie uspokojona jakby stonowana, więc ja jestem naprawdę zadowolona! I chyba jest t mój maskowy ulubieniec marki Dermacol!


Dermacol, Intensywnie liftingująca maska

Maska liftingująca z koncentrowanym kompleksem przeciwzmarszczkowym działa podobnie, jak zaaplikowanie botoksu. Niepożądane linie mimiczne, a także jakiekolwiek nierówności zostaną wygładzone już po około 5 minutach od nałożenia maski. Liftingujący efekt utrzyma się do ok. 4 godzin od aplikacji. Lekka żelowa konsystencja z ekstraktem zeń-szenia [7] oraz rumianku [8] zwiększa jędrność i elastyczność skóry. Zapewnia skórze energię, jędrność, wygładzinie, jak i odświeżenie.

Skład: Aqua, Sodium Acrylate/ Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Alcohol, Isohexadecane, Squalane, Acmella Oleracea Extract, Panax Ginseng Root Extract [7], Chamomilla Recutita Flower Extract [8], Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Ethylhexylglycerin, Propylene Glycol, Polysorbate 80, Sorbitan Oleate, Parfum.

Należy nałożyć na twarz szyję i dekolt, unikając oczu. zostawić na 15-20 minut, a następnie najlepiej ściągnąć za pomocą bawełnianej ściereczki. Maseczkę użyłam pierwszy raz rano po dość męczącym weekendzie, tak na regenerację i odświeżenie.  I genialnie się sprawdziła w tej opcji. Konsystencja, zapach i kolor praktycznie idento, jak w wersji Detox&Defence. Ja bardzo polubiłam i tamtą wersję, więc spoko. Zapach jest dość mydlany, ale bardzo ładny.  Poczułam lekkie pieczenie w okolicach nosa, gdzie niestety mam zawsze podrażnioną skórę, ale dość szybko minęło i dało się to spokojnie wytrzymać.
Po ściągnięciu maseczki, czuć że teraz jest bardzo fajnie nawilżona, odżywiona i bardziej napięta niż wcześniej. Nie jest to efekt super liftingu, ale i tak jak na maskę, która jest na twarzy jakieś 15-20 minut to i tak będzie super.
Maska też wystarcza na bardzo dużo razy, myślę, że jedna saszetka spokojnie na jakieś 3-4 użycia, maska nie zasycha w saszetkach, więc to też jest ważne i fajne! Dla mnie rewelacja, ja bardzo lubię i jestem zadowolona.


Znacie maski marki Dermacol? Ja jestem bardzo zadowolona głównie z tej czarnej Black Magic, to będzie zdecydowanie mój faworyt jeśli chodzi o wszystkie 4 powyżej. Jakie są Wasze ulubione maski? Dawajcie znać, bo muszę wrócić do regularnego maskowania się!
Trzymajcie się!

Kenia | wycieczki fakultatywne i atrakcje

23 lipca 2020


Kolejny wpis z naszej podróży poślubnej! Kto wie, ten wie, a kto nie wie to już mówię, że mieliśmy to szczęście, że nasza podróż poślubna odbyła się w Kenii.  Nas głównie skusiła możliwość wybrać się na Safari, o którym pisałam ostatnio, ale... Mimo wszystko w Kenii jest naprawdę dużo różnych rzeczy do zrobienia. Wiedzieliśmy tylko o tym Safari i powiem szczerze, że nie do końca byliśmy świadomy innych atrakcji. Niby w biurze nam Pani mówiła, że rezydent będzie miał coś do zaoferowania, ale tak bez konkretów to nie nastawiliśmy się na nic.
Jak coś to, tak... jest możliwość wykupienia wielu wycieczek od rezydenta i to jeszcze ze zniżką, jeżeli zarezerwujecie miejsce od razu pierwszego dnia. Mega spoko opcja, ale szkoda, że nie wiedzieliśmy o tym.
My wybraliśmy się tam na tydzień, a safari było idealnie po środku, więc nawet średnio nam było kombinować z możliwymi wycieczkami, tak żebyśmy nie biegali z miejsca w miejsce, ale i jest to dobry powód, żeby jeszcze kiedyś do Kenii wrócić.
Znalazłam informację na temat wycieczek fakultatywnych i mam na niej podane ceny w euro i dolarach, więc nie będę przeliczać na polskie, bo to bezsensu (ceny obowiązywały w 2019r.)


Jakie wycieczki fakultatywne były do zaoferowania?

My wybraliśmy się głównie do Kenii właśnie dla tego Safari. Bardzo mocno to każdemu polecam, bo to człowiek tam przeżyje to jest jedno. Nie ma porównania z żadnym ZOO, z oglądaniem zwierząt w klatkach czy na filmikach. Oglądanie dzikich zwierząt w ich, powiedzmy że, naturalnym środowisku jest niesamowite. Oglądanie polujących zwierząt, pięknego i dużego lwa, lwicy z małymi kociakami, żyrafy, pumby - no po prostu nie da się tego opisać. Żałuję tych słoni, ale ja jeszcze kiedyś zobaczę!


 

WERSJE CENOWE:
2 DNI W NGUTUNI SALT LICK --> 305$ lub 270
2 DNI MASAI MARA - MARA ENGAI (przelot samolotem) --> 378$ lub 865
2 DNI TSAVO EAST/SALTLICK --> 395$ lub 350 
1,5 DNIA SALTICK LODGE --> 250$ lub 225
1 DZIEŃ CZERWONE SŁONIE W NGUTUNI --> 125$ lub 110
1 DZIEŃ SHIMBA HILLS --> 125$ lub 110

To by mogła być kolejna genialna atrakcja, o której nie mieliśmy pojęcia. Oferowali nam ją beach boysi w okazyjnych cenach, jak i pani rezydentka. Wiadomo, że te od beach boysów to nie to samo, co od rezydenta - ja tego nie oceniam, bo nie wiem. Ale samo Sea Safari brzmiało genialnie. Możliwość nurkowania w rafie koralowej, wypatrywanie delfinów i szama w lokalnej, 'lepszej' restauracji. Super opcja i jak dla mnie mega kusząca, myślę, że następnym razem bym się zdecydowała.


Wersje cenowe:
WASINI - RAFA KORALOWA - ->110$ lub 100
PILLI PIPPA - RAFA KORALOWA --> 130$ lub 115

  • zwiedzanie Mombassy
Ekstra sprawa, ale ja nie miałam pojęcia, że w ogóle w tych miastach afrykańskich jest cokolwiek do zwiedzania. Jeśli dobrze pamiętam do wyboru były dwie różne opcje do zwiedzania, ale nie pamiętam szczegółów, w zależności od czasu zwiedzania. Jest kilka miejsc historycznych i kulturowych, i myślę, że chętnie bym pozwiedzała to miasto. Kiedy przejeżdżaliśmy przez to miasto to było sporo ciekawych miejsc, innych od tych, jakie widzimy w Polsce. Ominęła nas też fota z najbardziej popularnymi Kłami słoniowymi na Moi Avenue.
Poza tym, ciekawe jest zderzenie kulturowe w Mombasie, tam obok meczetu znajdziecie kościół chrześcijański. No i parę innych świątyń, parków - jest co zwiedzać na pewno.
Poza tym, praktycznie zawsze kierowcy zatrzymują się na zwiedzanie lokalnej wioski z przewodnikiem, gdzie możecie zobaczyć, jak rzeczywiście wygląda to życie w Afryce (nie odbiega od tego, co widzicie w tv..).


WERSJE CENOWE:
MOMBASSA 1 DZIEŃ --> 35$ lub 30
MOMBASSA & HALLER PARK --> 110$ LUB 100
LOKALNA WIOSNKA (0,5 DNIA) --> 50$ lub 45


Poza tym, w samym hotelu też mieliśmy jeszcze opcje na rozrywkę, co prawda nie jakoś wiele, ale i tak fajnie:
  • atrakcyjne wieczorki w hotelu
Wieczorami mieliśmy różne akcje, co jakiś czas były występy, tańce, przedstawienia albo różne gry i zabawy, jak np. gry w bingo. Koniecznie były też dyskoteki wieczorami do różnych rodzajów muzyki, więc nie nudziliśmy się. 
  • atrakcje w ciągu dnia
W ciągu dnia są to głównie atrakcje sportowe, jak granie w siatkówkę plażową i wodną. 
  • nauka kitesurfingu
To była atrakcja, którą zaproponowali nam w sumie dwa dni przed wyjazdem, więc nie mieliśmy ani czasu, ani nawet wystarczającej ilości pieniędzy, haha. Nie wiem czy kitesurfing byłby dla nas i jakoś nie miałabym parcia wtedy, żeby koniecznie tego próbować, jak i w sumie teraz. Aczkolwiek myślę, że są osoby, dla których ta atrakcja byłaby genialna, więc możecie mieć to na uwadze :).




Na co byście się zdecydowali? :)

Mgiełki idealne na lato | Dermacol, hebe, bath&body works

20 lipca 2020


Dzień dobry! Jak Wam mijają wakacje? Przeraża mnie to, że już tyle czasu minęło, szok! I w dodatku pogoda nie jest jakaś super wakacyjna, ale co zrobić. I tak już czasem czuję jesień w powietrzu, więc ja się bardzo cieszę. Ale póki jeszcze mamy lato, to zostajemy w iście letnim temacie, 


A dzisiaj przyszedł czas na mgiełki zapachowe! Szczerze uwielbiam pachnieć, uwielbiam psikać się mgiełkami, bo mogę się psikać i psikać bez przypału, że przesadzę. Serio z mgiełkami mam wrażenie, że można :D, dlatego dzisiaj pokażę Wam moje mgiełki na lato 2020!


Dermacol, IBIZA PARTY


Wiecie, że ja Dermacol uwielbiam i mega się cieszę, że marka rozszerza asortyment i ma w swojej ofercie coraz więcej różnych rzeczy. Tę mgiełkę miałam ze sobą w Kenii, więc domyślacie się, że wraz z zapachem dostaję jeszcze dodatkowe wspomnienia. Ta mgiełka jest bardzo owocowa, niesamowicie słodka i tutaj wszystko zależy od mojego dnia i humoru. Czasem aż mnie mdli na tę słodycz, ale czasem czuję się w tak wakacyjnym nastroju, że od razu pomaga mi złapać odpowiedni i idealny vibe. Z opisu wynika, że jest to głównie zapach granatu oraz malin, ja w zapachach jestem kiepska i nie jestem w stanie powiedzieć, że rzeczywiście czuję te nuty, ale na pewno czuć mocne owoce.
Poza tym, pachnie bardzo ciepło, bardzo kojarzy się z gorącym słońcem lata, i kiedy brakuje mi tego słońca i ciepła to wiem, że ta mgiełka da mi chociaż trochę ciepłego lata. Muszę przyznać, że bardzo mi się podoba to, jak ta mgiełka się zmienia. Później na ciele jestem w stanie wyczuć lekki zapach owoców, nie przesłodzony tylko bardzo fajny. 
Mgiełka jest nawet trwała; do kilku godzin, nie ma co oczekiwać, że zapach będzie się utrzymywać tak długo jak droższe perfumy, ale i tak jest super.


Hebe, YOUNG by Jacques Battini SUMMER BREEZE


Kolejna mgiełka została kupiona totalnie przez przypadek w Hebe (tak samo, jak i następna). 
Z opisu wynika, że mamy tutaj jaśmin, sandałowiec oraz piżmo, poza tym mamy tutaj również bergamotkę, brzoskwinię, czarną porzeczkę, różę lilię, cyklamen, wanilia, jak i biały cukier. 
I muszę przyznać, że ten zapach jest już trochę bardziej perfumowany, bardziej kwiatowy i lekko ciężki dzięki piżmu, ale jest taki idealnie w punkt, jaki ja uwielbiam. Mogłabym mieć takie perfumy i pachnieć tak cały rok, o każdej porze roku. I o matko, uwierzcie mi na słowo, ale ta mgiełka pachnie naprawdę obłędnie! Bardzo kobieco, dodatkowo namiętnie i mi się kojarzy z jakąś gorącą latynoską imprezą.
Jeśli lubicie cięższe zapachy, które są bardziej kwiatowe niż owocowe, to koniecznie wybierzcie się do Hebe, żeby powąchać i gwarantuję, że jeśli lubicie takie nuty to możecie przepaść.


Hebe, YOUNG by Jacques Battini FRESH MELON


To kolejna mgiełka z Hebe, którą kupiłam przy okazji tej powyższej, wiecie stały przy niej jakieś nastolatki i na maksa jarały się tym zapachem, więc stwierdziłam, że hej! Ja też chętnie wypróbuję i z ciekawości powąchałam. I...
Ohh jak to pachnie melonem i zarazem arbuzem! Dodatkowo znajdziecie w opisie kantalupę, truskawki, fiołek, a także piżmo i brązowy cukier. Ta mgiełka jest na maksa owocowa, ale nie aż tak przesłodzona, jak ta wersja z Dermacolu. Tutaj zapach jest lekko słabszy i odrobinę cięższy znowu dzięki zawartości piżma. Ale dla mnie takie ciężkie nuty sprawiają, że ja od razu zakochuję się w takich zapachach. Uwielbiam! Zapach jest dosyć intensywny, ale idealnie zrównoważony i zbalansowany. Dla fanów słodkich zapachów, ale nieprzesadzonych to będzie ideał.


Bath&Body Works, shimmer mist, PRETTY AS A PEACH


I przechodzimy do rewelacyjnego cudeńka! Dostałam kiedyś od psiapsi i nie używałam większość czasu, bo oczywiście było mi szkoda. No bo, jak zużyję na raz i będzie mi przykro, ale chyba czas w końcu używać, bo nie dość, że pojemność spora to nie chcę przegapić daty ważności.
I tak oto mamy tutaj genialną mgiełkę, o rewelacyjnym zapachu, dość owocowym, ale zarazem kwiatowym i nie za słodkim. Dodatkowo, hej!, mamy tutaj pięknie mieniący się brokat, który na skórze robi świetną furorę. Wygląda rewelacyjnie na każdej skórze, a na opalonej to już w ogóle jest miodzio.
Poza tym, Bath&Body Works to wiadomo, trwałość mamy lepszą, więc zapach utrzymuje się dość dłużej, niz przy okazji innych mgiełek.


A Wy jaką mgiełkę używacie? Czy jednak nie przebadacie za takimi produktami w wakacje?