Garnier Vitamin C rozjaśniające płatki pod oczy

14 lipca 2026

 
Dzień dobry! Co u Was ciekawego słychać? Jak Wam lecą wakacje? U nas standardowo sporo się dzieje, dużo okazji, dużo wyjazdów i różnych uroczystości, a planów mam jeszcze więcej, mam tylko nadzieję, że uda mi się wszystko zmieścić w czasie i budżecie i uda nam się zrealizować większe i fajniejsze plany. A chwilowo staram się jak mogę nadrobić wszystkie rzeczy, które mam do zrobienia!
A jak już jestem zabiegana, to wiadomo ciężko się wyspać, ciężko się napić i ciężko ogarniać, dlatego uwielbiam wszystkie maski w płachcie, jak i płatki pod oczy, które rano ratują moją skórę i cały wygląd buzi. A teraz chwilowo testuję najczęściej te od Garnier! No to lecimy i z tymi płatkami!


Garnier Vitamin C
rozjaśniające płatki pod oczy





Płatki pod oczy znajdują się w standardowym opakowaniu, większość masek i płatków znajduje się teraz właśnie w takich opakowaniach, mamy tutaj bardzo ładną grafikę, do tego oczywiście wszystkie najważniejsze informacje. Bardzo wygodnie się otwiera - wszystko zdecydowanie tak jak być powinno. Przyczepię się jedynie do tego, jak te płatki znajdują się w środku, ogólnie leżą tam luzem, nie znajdują się w żadnym dodatkowym 'podajniku', a szkoda bo jest to zdecydowanie wygodniejsze, ja czasem się boję, że coś podrę albo mam rozkminę, czy w ogóle znajdę to, co powinnam.
Te płatki pod oczy znajdują się w formie grubszego materiały, mocno nasączonego produktem, nie są żelowate, bardziej czuć tu właśnie materiał, który na szczęście się nie rwie, nie spada z twarzy, nie ześlizguje się z niej. Kształt mamy symetryczny, więc nie rozkminiamy, jak położyć je na twarzy. Zapach jest słabo wyczuwalny.



Ja uwielbiam to, że te wszystkie płatki są po prostu chłodne, dając je do lodówki przed użyciem wzmocnimy jeszcze ten efekt, ale one i tak dają cudowne uczucia ochłodzenia, odświeżenia i mocnego rozjaśnienia. Płatki sprawiają, że skóra pod oczami staje się mocno nawilżona, odżywiona i taka odprężona. Widać, że cienie i worki pod oczami momentalnie stają się mniejsze i mniej widoczne, a na tym mi najbardziej zależy. Delikatna skóra staje się mocno elastyczna i ujędrniona, spojrzenie nabiera wyrazu i całą twarz wydaje się być dużo bardziej wypoczęta niż jest w rzeczywistości - rewelacja!
Płatki pod oczy nie uczulają i nie powodują łzawienia, co jest super!


No cóż, ja jestem fanką, bardzo je lubię, robią robotę i spełniają swoją funkcję, robią dokładnie to, co robić powinny, a to jest ekstra! Bardzo polecam i chcę więcej! Tym bardziej, że zbliżają się chrzciny, wesela, wyjazdy, więc trzeba jakoś wyglądać! Super!


[produkt otrzymany w ramach współpracy, ale jego recenzja nie była wymagana]


Purederm One Step Heel wegańska maska wygłądzająca na pięty

12 lipca 2026

 
Dzień dobry! Jak się macie? Co u Was słychać? Powiem Wam, że ja po weselu dziś jestem padnięta, ale zarazem na maksa zadowolona! Ta wczorajsza impreza byłą genialna, bawiłam się świetnie, wytańczyłam się, najadłam, popiłam i jestem po prostu super szczęśliwa, że mam kolejną psiapsi szczęśliwie zakochaną z super mężem u boku, no uwielbiam! 
A dzisiaj chciałabym Wam opisać produkt, który użyłam w samochodzie jadąc na wesele. Bo dobrze wiecie, że ciężko mi idzie z pielęgnacją stóp, więc na większe okazję ratuję się oczywiście maskami do stóp, które robią robotę w 15 minut i stopy wyglądają cudownie! Więc chętnie siedziałam w samochodzie z maską od Purederm na stopach! Tym bardziej, że mamy tutaj inną formę aplikacji.


Purederm One Step Heel
Wegańska maska wygłądzająca na pięty





Maska znajduje się w typowym opakowaniach, w jakich zazwyczaj znajdują się maski w płachcie, ja bardzo lubię taką aplikację, nie lubię smarować się dłońmi, bo potem ręce mam klejące i jest to dla mnie turbo nieprzyjemne. Uwielbiam formę aplikowania masek w płachcie, czy w formie skarpetek lub rękawiczkach. Tutaj mamy coś innego, mamy taką jakby opaskę jedynie na pięty, co też ma swoje plusy, na pewno jest to wygodniejsze od standardowych skarpetek (chociaż one dla mnie są i tak w porządku) i działamy tu konkretnie na pięty, co też ma swoje plus.
U mnie ta forma nie do końca się sprawdziła, jedna maska mi się troszkę rozdarła i jakoś nie umiałam sobie poradzić z odpowiednim nałożeniem tej maski na stopy, miałam wrażenie, że nie przylega tak dobrze, jak powinna i że zdecydowanie coś robię źle, ale to może być kwestia moich zdolności, a raczej ich braku.



No i cóż. Mogę przyznać, że jadąc na wesele, taka szybka forma ratowania pięt jest super opcją, nie będzie to moja ulubiona forma aplikacji, mam wrażenie, że skarpetki jednak lepiej przylegają do newralgicznych miejsc i tam, gdzie rzeczywiście jest potrzeba nałożenia takiego produktu. Ta maska mimo rozdarcia i innych przeciwności losu zadziałała na stopy całkiem wystarczająco. Nie są to efekty wow, ale faktycznie było widać, że pięty były gładsze i miększe, a przecież o to mi na szybko chodziło. Chociaż ja zdecydowanie, chętniej będę sięgać po skarpetki, ale to też jest coś ciekawego i nowego.


Znacie ten produkt? Używałyście?



[produkt otrzymany w ramach współpracy, ale jego recenzja nie była wymagana]


lol

Garnier AHA + BHA charcoal - oczyszczająca maska w płachcie

10 lipca 2026

 
No i dzień dobry! Dziś jest już trochę lepiej niż ostatnio, ale to głównie dlatego, że mamy przedłużony weekend, dziś zrobiłam sobie i dzieciom wolne i dzięki temu, że jest dzisiaj tak luźniej to jest jakoś tak milej po prostu. Co prawda dzisiaj mamy zaproszenie na urodzinki, ja mam w końcu paznokcie, a jutro wesele, więc też się trochę będzie działo, i czekam na spokojniejszą znowu niedzielę! 
A dzisiaj mam dla Was maskę do twarzy od marki Garnier z serii Skin Naturals. Wiecie, że ja uwielbiam maski w płachcie, wiecie, że jest to zdecydowanie moja ulubiona forma aplikacji maseczek, więc z chęcią używam każdej, która jest w płachcie! A Garnier to już w ogóle ma świetne produkty do pielęgnacji. Także, enjoy!


Garnier AHA + BHA, charcoal
oczyszczająca maska w płachcie




Maska w płachcie, jak wszystkie zamknięte są w plastikowym płaskim opakowaniu, które ja uwielbiam. To opakowanie sprawia, że maski w płachcie jeżdżą ze mną wszędzie, na wszystkie wyjazdy, krótkie czy długie - uwielbiam! I poważnie po różnych imprezach ja rano zawsze nakładam sobie maskę na twarz i czuję, że mi lepiej, więc duży plus i za opakowanie i za samą aplikację. Ja uwielbiam maski w płachcie, są turbo wygodne w użytkowaniu, wyciągamy, nakładamy, chillujemy, ściągamy i wyglądamy pięknie.
Maski w płachcie od Garnier ma idealny kształt, który fajnie dostosowuje się do twarzy, oczywiście jest trochę większa, ale nie ma problemu, żeby ułożyć ją idealnie na twarzy. Fajnie przylega, nie spada z niej, a kosmetyk nie spływa też z maski, zapach jest zawsze bardzo ładny i wszystko tutaj gra. Jedyną rzeczą wyróżniającą tę maskę od innych jest jej odcień, bo jest czarna, więc zawsze robi dodatkowe wrażenie na moich dzieciach. 



Maska w płachcie ma główne zadanie oczyszczające, ale i przy okazji nawilżające. Mamy tutaj produkt, który załatwia nam dwie rzeczy na raz. Nie dość, że bardzo ładnie i przyjemnie oczyszcza, zwęża pory i odświeża naszą cerę, to przy okazji dogłębnie ją nawilża i odżywia. Po ściągnięciu maski, twarz się wydaje bardzo uspokojona, nie jest zaczerwieniona, nie jest podrażniona, zyskuje bardzo przyjemny wyrównany koloryt skóry i wydaje się być w idealnym stanie na późniejszą pielęgnację. 
Jest to idealny produkt przed jakimś większym wyjściem, kiedy chcemy oczyścić skórę, ale przy okazji zadbać o odpowiedni poziom nawilżenia skóry. Maska świetnie się sprawdza i robi dokładnie to, co do niej należy, co jest super!


Nie będzie to zaskoczeniem jak powiem, że uwielbiam te wszystkie maski w płachcie do Garnier, one są fenomenalne, nie dość, że działają świetnie, to jeszcze mają bardzo wygodną aplikację. Maski świetnie przylegają do twarzy, no i działają na każdy milimetr skóry, co jest super! Efekty też utrzymują się długo, nie jest tak, że założymy, ściągniemy i trzeba od nowa. Uwielbiam też fakt, że tych masek jest naprawdę sporo różnych rodzajów, każdy znajdzie dla siebie odpowiednią pielęgnację. Są różne zapachy, różne przeznaczenia, ale i tak za każdym razem efekty są bardzo zadowalające, co jest naprawdę super! Ja je uwielbiam, co chyba widać!

A Wy znacie te maski? Używacie ich? Dajcie koniecznie znać, co o nich sądzicie. Ja sie bardzo cieszę, że co jakiś czas pojawiają się w Pure Beauty Box i mam możliwość testować wszelkie najnowsze nowości, ale też nie ukrywam, że jak tylko widzę je w drogerii w super promocji to robię sobie zapas. A jak!


[produkt otrzymany w ramach współpracy, ale jego recenzja nie była wymagana]


Farmona my'bio balsam humektantowy do ciała

08 lipca 2026

 
Dzień dobry, jak tam? Co tam? Co u Was słychać? Powiem Wam, że u mnie jest chwilowe mocne przesilenie, jestem zmęczona, jestem spięta i za dużo się dzieje. Ciężko jest mi czasem wszystko ogarnąć, tak żeby było dobrze, tak żeby się wyrobić i wszystko pospinać. Ehh, ciężko lekko żyć, czekam na jakiś łatwiejszy okres, a mam wrażenie, że najbliższe 2-3 lata nie będą łatwe, ale trzymajcie kciuki. 
Ja za to dzisiaj chcę przejść do balsamu do ciała. Jeśli chodzi o produkty humektantowe kojarzą mi się tylko i wyłącznie z kosmetykami do włosów. Tak samo, jak nie ogarniam dalej równowagi PEH tak samo, nie słyszałam o tym jeszcze w temacie ciała, ale fajnie! Coś nowego, coś ciekawego, a Farmona tutaj dała coś naprawdę przyjemnego!


Farmona my'BIO
balsam humektantowy do ciała





Po pierwsze, dostajemy balsam w bardzo ładnym opakowaniu. Mamy tutaj przyjemną, brązową butelkę, która swoim kolorem chroni jakość produktu i przedłuża jego odpowiednie właściwości. Mamy też pompkę, która u mnie jest zawsze top of the top! Uwielbiam produkty z pompką, one tak ułatwiają stosowanie, że wow! Etykieta jest bardzo w moim guście, bardzo mi się podoba, jakoś tak ta kolorystyka jest super uspokajająca i po prostu przyjemna dla oka.
Balsam ma idealną konsystencję, nie jest ani za gęsta ani za rzadka, jest po prostu w porządku. Świetnie się ją nakłada na skórę, idealnie się rozprowadza, nie klei się, nie lepi i fajnie szybko się wchłania. Nie ma problemu, żeby przejść do zakładania ubrań lub pidżam zaraz po aplikacji, co mi się bardzo podoba! Zapach jest delikatny, ale bardzo ładny, nic konkretnego mi nie przypomina. 




Ten balsam do ciała w użytkowaniu jest bardzo przyjemny i dla mnie jak najbardziej na plus. Bardzo fajnie utrzymuje świetne nawilżenie oraz odżywienie w skórze. Nie powiedziałabym, że ten balsam ma jakieś mocne działanie albo odmienia stan naszej skóry. Co prawda, używałam go też i na świeżo opaloną skórę, może trochę za bardzo i też był okej, ale głównie przy pomocy z innym mocnym produktem. Ten balsam bardzo fajnie pielęgnuje skórę, dba o nią, sprawia, że skóra po użyciu jest głada, miękka i miła w dotyku. Ale są to efekty na skórze w całkiem dobrym stanie. 
Kiedy używałam tylko tego balsamu na opalone ręce, to niestety skóra po zaczęła się łuszczyć, nie była to mocno schodząca skóra, ale w dalszym ciągu było to za mało. Teraz na zregenerowaną skórę ten balsam jest super wysttarczający.



Sama nie wiem, co mam dokładnie myśleć o tym balsamie, z jednej strony jest w porządku, jest wystarczający, ale brakowało mi jakiejś właściwości, która zrobiłaby na mnie mocne wrażenie, brakuje mi efektu wow i brakuje mi jakiegoś pozytywnego szoku. Balsam jest fajny, nawilża, odżywia, ale mam wrażenie, że jest to delikatne działanie, że gdyby skóra potrzebowała mocnej pomocy to ten balsam mógłby nie wystarczyć, ale jako podtrzymanie efektów jest naprawdę super. Tym bardziej fajnie się sprawdził w te upały, kiedy było turbo gorąco, on dawał ukojenie, nie zapychał tej skóry, tylko działał na idealnym poziomie.


Dlatego jest okej, jest fajnie, ale mogłoby być odrobinę mocniej, jakby to nawilżenie intensyfikować to już w ogóle byłoby wow, super! A Wy znacie ten produkt? Co o nim uważacie?


[produkt otrzymany w ramach współpracy, ale jego recenzja nie była wymagana]


Miss Sporty Studio Lash Mermaid Lashes

06 lipca 2026


Dzień dobry! Jak się macie? Co nowego słychać, udało Wam się coś schłodzić i ochłodzić? Ten weekend był nam mega bardzo potrzebny. Uwielbiam taki spokojny czas, kiedy mam możliwość sobie wszystko zrobić, kiedy mogę nadrobić wszystkie swoje zaległości, których mam sporo. Wiadomo, że to nie wszystko, ale i tak się cieszę, że coś tam udało się nadgonić, a wiem, że powoli powoli uda się być ze wszystkim na bieżąco. 
A dzisiaj mam dla Was moje odkrycie ostatniego czasu i historia jest dość specyficzna, bo przy pierwszym użyciu stwierdziłam, że - ok, nic specjalnego. Ale wystarczyło późniejsze użycie, które zmieniło diametralnie moje postrzeganie tego tuszu do rzęs od Miss Sporty. Więc bardzo chętnie zapraszam Was na recenzję!


Miss Sporty, Studio Lash
Mermaid Lashes





Tusz do rzęs zamknięty jest w bardzo ładnym opakowaniu, jest to w dalszym ciągu zwykłe opakowanie, nie wyróżnia się niczym szczególnym jeśli chodzi o kształt czy jakąś innowacyjność, ale ta kolorystyka do mnie przemawia. Jest to też ulubiony kolor mojej córki, więc na pewno jestem tutaj złamana już od samego początku. Ale muszę przyznać, że to też na maksa pasuje do nazwy mermaid - syreny. Jakoś tak w mojej dziecięcej głowie, syreny mają właśnie ogony w takich odcieniach, więc tutaj mi się to bardzo podoba.
Szczoteczka jest idealna do moich rzęs, ja taką uwielbiam, nie jest silikonowa - ma włoski, jest lekko stożkowa, zwężana ku końcowi, czyli można powiedzieć, że jest standardowy. Ale co na mnie wywołało największe zaskoczenie to fakt, że ten tusz od razu nadawał się do użycia. Zazwyczaj te tusze na początku użytkowania są mega mokre, ciapią się i rozmazują i najlepsze efekty są widoczne dopiero chwilę po używaniu. Tutaj praktycznie do razu konsystencja była odpowiadająca. 



Jeśli chodzi o moją przygodę z tym tuszem to mogę powiedzieć, że moje pierwsze użycie tuszu było na imprezę, był to makijaż okolicznościowy, a ja jestem zdecydowaną fanką mocno podkreślonych oczu, więc na powiekach działo się dość dużo, był brokat, był ciemny cień, jasny, kreska no działo się sporo. Tusz, którego ówcześnie używałam był po prostu średni i chciałam spróbować czegoś nowego. Pierwsze użycie na tak mocnym makijażu było takie, okej - nic za dużo się tu nie dzieje, nie ma jakiegoś mocnego wyróżnienia, rzęsy nie wybijały się na makijażu oczu, jak sztuczne rzęsy - raczej był tu standard. 
I jakoś tak,. jak po kilku dniach zbierałam się do pracy zachciało mi się użyć ponownie tego Studio Las Mermaid Lashes i jakie było moje zdziwienie, jak zobaczyłam te efekty! Nie wiem czy to byłą kwestia pierwszego użycia, czy po prostu mój makijaż oka jest na tyle mocny, że uratują mnie tu tylko sztuczne rzęsy lub kępki (jest to bardzo prawdopodobne), ale zobaczcie sami, jak to wygląda, kiedy używam tylko tuszu do rzęs !


Ja jestem pod ogromnym wrażeniem, ten tusz do rzęs sprawia, że oczy są cudownie podkreślone, spojrzenie na maksa wyraziste, jest z nich wyciągnięte dosłownie wszystko, co najlepsze! Rzęsy nagle są długaśne, nagle są cudownie podkręcone, a na do datek pogrubione i nawet nie aż tak sklejone! Nie używałam tu szczoteczki do rozdzielenia rzęs, bo chciałam pokazać realny efekt, a na ten efekt pamiętajmy, że ma wpływ wszystko - strona, na której śpicie, dokładny demakijaż i oczyszczenie oczu itd. 
Ja jestem zachwycona, dawno nie miałam tuszu do rzęs, który zaskoczyłby mnie aż tak pozytywnie, który sprawiłby, że polubiłam od nowa malować rzęsy, który sprawił, że zaczynam się zastanawiać, czy może ja rzeczywiście mam tak długie rzęsy, tylko wcześniej używałam nie do końca fajne tusze do rzęs? Ten Mermaid Lashes cudownie spełnia swoje zadanie - robi to, co ma robić i robi to genialnie!
 


Jest to tusz na maka godny polecenia. Genialnie wyciąga rzęsy, wydłuża je, pogrubia i podkreśla. Sprawia, że mi jest ciężko odwrócić od nich uwagę, naprawdę malując się lubię na to patrzeć. Lubię widzieć, jak szczoteczka jest w stanie wyłapać wszystkie rzęski, nawet te najmniejsze, lubię patrzeć jak pięknie rozdziela rzęsy, bez robienia grudek i sklejenia ich i uwielbiam patrzeć po prostu na ten efekt końcowy. Bardzo podoba mi się to, że ten makijaż wygląda, mimo braku mocnego podkreślenia jest to wyraziste, trochę drapieżne i zwracające uwagę. Jest to zdecydowanie efekt, który mi się na maksa podoba i rzęsy, które lubię. No mogę się tu jedynie zachwycać, ale no naprawdę - bomba!


Tusz do rzęs pierwsza klasa. Nie będę pytać o Waszych ulubieńców, bo ja mam swojego ulubieńca n chwilę obecną i to mocnego ! Muszę przyznać, że jest to teraz mój ulubiony etap makijażu, zazwyczaj nie lubiłam tego, bo kminiłam, że pewnie się pociapię, rozmażę itd, ale Mermaid Lashes robi robotę! I wiecie, co jeszcze robi robotę? Pure Beuaty, że wyłapuje takie cuda i dzieli się nimi ze swoimi odbiorcami i wkłada do swoich pudełek takie cuda! No bosko!!


[wpis reklamowy]