Trendhim; dlaczego mężczyzna powinien nosić biżuterię?

03 kwietnia 2020



Kolejny dzień, kolejny temat, a dzisiaj będzie niekosmetycznie. Skupimy się na dodatkach i biżuterii, której sama mam ogrom; naszyjniki, bransoletki i kolczyki - to tylko część tego, co posiadam. A co z mężczyznami? Biżuteria kojarzy się głównie z damskimi dodatkami i błyskotkami, i uznaje się, że takie akcesoria zarezerwowane są jedynie dla kobiet. Muszę przyznać, że uwielbiam męskie dodatki i biżuterię! Chcę Wam pokazać, że mężczyzna też może nosić biżuterię i w dalszym ciągu wyglądać męsko i seksownie!


Zacznijmy od tego, że biżuteria nie musi oznaczać zniewieściałego mężczyznę, tak samo jak i używanie przez niego kosmetyków. Czy może być coś lepszego niż facet, który o siebie dba? Albo facet, który zwraca uwagę na szczegóły i swój ubiór? Dla mnie to jest to po prostu zajebiste. Uwierzcie, że taki facet może być 100 razy bardziej męski od takiego, który stroni od kremów i biżuterii, bo to niby babskie.


Nie będę się tutaj rozpisywać o ładnych paskach, spinkach i zegarkach, bo to wszystko kojarzy nam się z czymś normalnym, a też należy do kategorii biżuterii. Skupmy się na pozostałych akcesoriach.
Naszyjniki to jedna z tych rzeczy, które też uchodzą za 'normalne' i nikt nie psioczy, że niemęskie. I dobrze, bo naprawdę pasują facetom! A i wybór jest naprawdę spory, od łańcuszka z krzyżykiem do medalionów i nieśmiertelników. A takie delikatne świecidełko widoczne przy rozpiętej koszuli kojarzy mi się z elegancją i klasą samą w sobie. Poza tym, mamy jeszcze pierścionki. Męskie stylizacje z pierścionkami są dla mnie bardzo inspirujące. Co prawda, nie powiedziałabym, że pierścionki pasują do każdego, ale muszę przyznać, że mój mąż z obrączką wygląda fenomenalnie, więc czemu nie? A ostatnio najbardziej podobają mi się męskie bransoletki, nie takie na łańcuszku, ale takie bardziej toporne, które zwracają na siebie uwagę na męskich nadgarstkach. Z pierwszą bransoletką, jaką kupiłam mężowi na rocznicę miałam trochę obawy, bo nie do końca wiedziałam, czy będzie chciał nosić. Stwierdziłam, że nawet jakby miała leżeć, to trudno, ale okazała się strzałem w 10, więc lecimy dalej!



Bransoletka z TrendHim od razu spodobała się mojemu mężowi, nawet delikatna, pleciona, ale dzięki temu, że okręcamy ją dwa razy na nadgarstku staje się konkretna. Fajnie wygląda solo na nadgarstku, ale i pasuje do różnych zegarków. Dodatkowo jest bardzo uniwersalna, bo pasuje do każdej stylizacji i na każdą okazję; na randkę, na oficjalną uroczystość, ale i na co dzień fajnie dopełnia całość.

Dlaczego mężczyźni powinni nosić biżuterię? 
Biżuteria dopełnia czasem pustą stylizację samych ubrań, dodają wyrazu i charakterystycznego wyglądu. Nie ma nudy, nie jest zwykło, prosto, a czasem poprzez dodanie jednej bransoletki można odmienić cały look.
Męska biżuteria jest naprawdę elegancka, a zdjęcia mężczyzn w garniakach, z pierścionkiem i bransoletką są dla mnie na maksa inspirujące i to wygląda super! Inspiracją do kupowania np. oryginalnych prezentów mężowi.


Nie chodzi o to, żeby od razu się obwiesić jak choinką biżuterią od góry do dołu, ale delikatnie, na spokojnie Możecie powoli testować co Wam pasuje, próbować, dobierać po jednej rzeczy, krok po kroku.

Jak nosić męską biżuterię?
Oczywiście każdy dopasowuje ilość i jakość do siebie i do swojego stylu. Nie ma uniwersalnych rad, że tak jest najlepiej. Osobiście uważam, że nie ma potrzeby przesadzać z ilością dodatków, tak samo jak i nie ma co nakładać kilkunastu bransoletek na raz. Poza tym, warto zwracać uwagę na okoliczności, nie zawsze wszystko pasuje nam na każde wyjście i na każdą okazję. No i warto zwracać uwagę też na materiały z jakich biżuteria jest zrobiona. Nie każdemu wszystko może pasować, a myślę, że przy męskiej biżuterii można stawiać na jakość i czasem zapłacić więcej :).




Dajcie znać, co Wy myślicie! Lubicie facetów, którzy noszą biżuterię? Czy w ogóle nie zwracałyście na to uwagi? A może te z kupujecie coś takiego swoim facetom? No i mężczyźni, nosicie biżuterię? Lubicie? Jaka jest Wasza ulubioną? Jestem ciekawa! :)


Denko, marzec 2020r.

31 marca 2020



Dzień dobry! Przyszedł czas na kolejne denko, znowu! Ten czas bardzo szybko leci, a ja w sumie ostatnio w związku z tym koronawirusem nawet za bardzo się nie maluję, bo nie mam po co, więc nie wiem jak to będzie z zużyciami kolorówki, ale mimo wszystko skóra ma też odpoczynek od tych wszystkich produktów, co jest fajne! :)
A wracając do denka, tym frazem mam wrażenie, że mało pełnowymiarowych produktów, ale za to wzięłam się w końcu za próbki! Miałam czas, więc je przejrzałam, posegregowałam i po prostu zaczęłam zużywać. Przestałam się łudzić, że zacznę je w końcu zabierać ze sobą na wyjazdy, bo i tak wolę brać te sprawdzone produkty ;).


Standardem w denku oczywiście jest Schwarzkopf, GlissKur, ekspresowa odżywka regeneracyjna ultimate repair, bo jest najlepsza. Ja używam nagminnie, zawsze i codziennie i uwielbiam, ale to już chyba wiecie. No i standardowo, Alterra, Naturkosmetik, Bio Papaja, Bio Bambus, szampon do włosów dodający objętości, to już jest standard standardowy i bez tych szamponów nie jestem w stanie pielęgnować swoich włosów. Pewnie bym mogła, ale już się tak przyzywczaiłam, że musze mieć ich kilka w zanadrzu. Poza tym, Facelle chusteczki do higieny intymnej, to u mnie idą cały czas, ratują zawsze, nie tylko w trakcie miesiączki, ale i w miejscach publicznych zdają egzamin super. Zostając w tym temacie, Ziaja Intima, kremowy płyn do higieny intymnej kolejna mega spoko rzecz o dużej pojemności, a w niskiej cenie. Jest super, dobrze działa, nawilża przy okazji, nie powoduje żadnych podrażnień, dla mnie super. Przy okazji zużyłam Hean Slim no limit, peeling cukrowy, limonka żeń-szeń i bardzo uwielbiam te peelingi. Ten konkretny pachnie jak cukierki, a i działanie jest cudowne, mega wygładza skórę, odżywia ją i nawilża zarazem, bomba!


  • Solverx, balsam do ciała przeznaczony do skóry atopowej i drugi do skóry wrażliwej - balsamy są fajne, ładnie wyglądają, nawet nawilżają i odżywiają skórę, ale nie są dla mnie rewelacyjne i nie zrobiły jakiegoś zajebistego efektu wow. Lądują w cudach, bo dla osób, których skóra jest wymagająca, jak np atopowa czy wrażliwa, to jak najbardziej będziecie zadowoleni wtedy.
  • Bielenda, Botanic SPA Rituals, śmietanka do oczyszczania i demakijażu - ojej, mega strasznie denerwował mnie ten produkt, ale tylko ze względu na opakowanie, które mi upadło i się zepsuła pompka jeszcze zanim zaczęłam używać. Ale nie mogę dać nigdzie indziej niż do cudów, produkt cudownie zmywa makijaż i ja się zakochałam w takiej formie demakijażu. W ogóle ta seria Botanic SPA Rituals mam wrażenie, że cała jest genialna!
  • Garnier Fructis, Aloe Hair Food, maska do włosów normalnych i suchych - to jest mistrzostwo świata i zdecydowanie mój faworyt jeśli chodzi o maski HairFood. Pachnie fenomenalnie, działa rewelacyjnie, nawilża, odżywia, wygładza moje włosy i sprawia, że zawsze mam ghd! Ale moje włosy bardzo lubią aloes, więc nawet mnie to nie dziwi, ale cudo cudo cudo!
  • LaQ, dzikus z lasu, ekstremalnie dziki żel z ekstraktem z dębu - ja bardzo lubię i będę propsować tę markę za wszystko, za zapachy, za design, za pomysł i za opisy. Nowy marketing, który do mnie bardzo dociera, jest taki prawdziwy i swojski. No i działanie też jest mega, piękny, męski zapach, który bardzo dało się wyczuć i wyniuchać potem od męża.
  • L'biotica, Biovax, odżywczy oleo-krem do włosów, oleje indyjskie, moringa i tamanu - kolejny produkt do włosów, który mam wrażenie, że lekko ratuje moje włosy. Używałam trochę jako maskę, używałam trochę jako serum, zmywałam i nie zmywałam, zawsze używałam na mokre włosy i za każdym razem ten oleo-krem na moich włosach sprawdza się znakomicie. Mega je wygładza i ujarzmia, dodatkowo nawilża. Mam wszystkie i na pewno pojawi się zbiorcza recenzja ;)!


  • Babydream, chusteczki pielęgnacyjne z aloesem i alantoiną - nie mam pojęcia, co one u mnie robiły, na pewno nie kupiliśmy ich na koronaakcję, ale najbardziej prawdopodobne, że jakoś w okolicy, kiedy zrobiliśmy sobie nowe tatuaże. Ale jak najszybciej chciałam się ich pozbyć, na maksa i nie spasowały. Jak zapach, namoczenie chusteczek jest w porządku, to sam materiał chusteczek, z jakich zostały zrobione to coś, czego ja nie mogłam znieść. Były na maksa szorstkie, niemiłe w dotyku, na tyle, że mi się aż źle robiło, kiedy ich używałam, myślę, że każdy zna to uczucie.



Wyrzuciłam: Carmex, nawilżający balsam do ust - używałam carmexu dawno temu i szczerze nie pamiętam, jak się sprawdzał. Za to Tisane balsam do ust według mnie jest na maksa genialny! Świetnie nawilża i pielęgnuje usta i aż żałuję, że zapomniałam o nim. Poza tym, HerbaStudio 2x5 balsam do paznokci, kolejny produkt, który uwielbiałam, ale już od dawna sama nie robiłam paznokci i tak te balsamy są już przeterminowane (do 2017 roku). Kolejne produkty, jak Indigo, masło shea, a także Eveline, żel do usuwania skórek to są produkty, których nie używałam, sama nie wiem dlaczego, jakoś nigdy nie było mi z nimi po drodze. Z kolei, Regenerum, regeneracyjne serum do paznokci lubiłam bardzo!


Bielenda, Smoothie Mask, maseczka nawilżająca, do cery suchej, odwodnionej i szarej - najsłabsza, bo niestety ma za bardzo sztuczny zapach.Mimo to maska dość fajnie zdziałała, nawilżyła i lekko odżywiła skórę i sprawiła, że cera była bardziej promienna. 
MediHeal, maska ampułka wygładzająco nawilżająca - tę maskę miałam już po raz drugi i jestem mega zadowolona. Super zapach, płachta mega nasączona maską, no i rezultaty były widoczne od razu po ściągnięciu, mega nawilżenie, wygładzenie i odżywienie, więc super!
Mediheal, uszczelniająca maska 2etapowa z ceramidami - ta maska okazała się być naprawdę bombą nawilżającą i odżywiającą moją cerę. Bardzo była widoczna zmiana, skóra była od razu w lepszym stanie. Poza tym, hitem okazała się też mini ampułka z serum! Nie dość, że używałam jeszcze później przez jakieś 4-5 dni, to jeszcze wow. Cudowne dodatkowe nawilżenie i taki zastrzyk wszystkie, co cudowne. Czad!
Mediheal, maska akupresura Golden Chip rozjaśniająca - maska zrobiła na mnie mega ogromne wrażenie, mega nasączona czarna maska, z dodatkowymi chipami, które mogą działaj jak akupresura, super. Zapach mega cudowny, dość ziołowy, ale wow jaki rozluźniający i relaksujący! Ale jeśli chodzi o efekty skórne, to nie było aż takich wow, rewelacyjnych. Coś za coś, ale i tak było fajnie.
Eveline 2etapowa, Rozgrzewający peeling sauna oczyszczający pory - ta mini próbka wystarczyła mi na raz, peeling jest dość gruboziarnisty i miałam wrażenie, że mega fajnie oczyszcza i wygładza skórę. Jeśli chodzi o efekt rozgrzewania, to on pojawia się od razu w momencie nakładania peelingu na twarz, w trakcie masowania uczucie rozgrzewania się nasilało, ale potem to uczucie ustępowało. Po 1-2 minutach trzeba peeling zmyć i w sumie jest okej. Ale po jednym razie nie jestem w stanie nic więcej powiedzieć. Chłodząca krio-maska zamykająca pory - próbka wystarczyła mi na jakieś 2 użycia i tutaj uczucie chłodzenia trwało dłużej, praktycznie przez cały czas, kiedy maska była na twarzy. I jeśli chodzi o ostateczne rezultaty to w sumie tak o, średnio. Za bardzo nie zauważyłam jakiejś większej różnicy i nie było efektu wow.


Dermacol, Aroma Ritual, żel pod prysznic - ojezu jak ja kocham ten zapach! Mam tę próbkę od dawna i ostatnio miała jakiś słabszy humor i stwierdziłam, że sob ie go poprawię i udało się ! Ta seria i te zapachy naprawdę na maksa mi odpowiadają i sprawiają, że czuję się lepiej. 
Dermacol, Aroma Ritual, kremowy peeling do ciała - on pachnie jak delicje pomarańczowe, naprawdę! Obawiałam się, że kremowy peeling może  być za słaby, ale nic z tych rzeczy. Lubię mocne zdzieraki i ten peeling właśnie taki jest, bardzo dobrze wygładził mi skórę i pozbył się martwego naskórka, do tego ten zapach czad! I jedna próbka wystarczyła mi spokojnie na raz, dałam dużo za dużo żeby zużyć całą, ale fajnie!
Resibo, odżywczy balsam do ciała - jest fajny! Wystarczył mi na jedną całą mnie i potem jeszcze na ręce i brzuch, więc fajnie. Pachniał bardzo ładnie i nawilżał mega bardzo! Też od razu dało się odczuć, że niewiele potrzeba na posmarowanie całego ciała, więc dla mnie super, ale po jednym razie ciężko coś stwierdzić, jak to by działało na dłuższą metę.
Resibo, specjalistyczny balsam wyszczuplający - uwielbiam ten zapach i konsystencję! Zapach był dość cytrusowy, ale taki naprawdę ładny i fajny, i był potem wyczuwalny na skórze przez dłuższy czas w porównaniu do innych produktów. Szybko się wchłaniał, ładnie nawilżał i dożywiał. Wystarczył mi na jakieś 3/4 razy, więc całkiem spoko, ale nie powiem jak z wyszczupleniem.
Yves Rocher, orientalny żel pod prysznic, olejek arganowy i róża - początkowo byłam mega zadowolona bez tego żelu, pachniał mi fenomenalnie, cudownie się pienił i w ogóle wszystko było jak najbardziej na plus. Ale w sumie po kilku użyciach zapach jakoś przestał mi się podobać, stał się dość sztuczny i lekko zadymiony. Nie mam pojęcia skąd ta zmiana, ale na szczęście był to mini produkt.
Mustela, żel ujędrniający do ciała - żel wystarczył na jakieś 2-3 użycia, na całe ciało. Zacznę od tego, że zapach mi się na maksa nie spodobał, ale na szczęście szybko się ulatniał i był niewyczuwalny. Konsystencja dość glutkowata i fajnie nawet się rozprowadza na skórze. Jestem w szoku jak cudownie i szybko wchłania się w skórę, nie zostawia po sobie żadnego filmu, więc jak nigdy mogę się od razu ubierać. Po dwóch użyciach nie jestem w stanie nic stwierdzić, czy ujędrnia lub inne rezultaty daje, ale myślę, że produkt może być nawet obiecujący,
Palmer's, Cocoa Butter Formula, balsam do ciała na rozstępy - co prawda na razie taki produkt nie jest mi jeszcze potrzebny, ale jak tylko zajdę w ciążę to od razu kupię ten balsam. ja wiem, że ponoć balsamy nie mają wpływu na rozstępy, jak mają być to i tak się pojawią, ale ja i tak codziennie używam balsamów, więc nic mi się nie stanie jak poużywam jakiegoś bardziej specjalistycznego niż nie ;), Ten tak nieziemsko pachnie, ma taką super konsystencję i tak fajnie się wchłania, że j się zakochałam. poza tym, ten ciastkowy zapach się utrzymuje i jest wyczuwalny w ciągu dnia!
Jowae, ochronny balsam nawilżający - to jest bardziej masło do ciała niż balsam ze względu na konsystencję, jest bardzo gęsta, bardzo treściwa, nawet ciężko było mi go wycisnąć z saszetki. Ogólnie trzeba się też namachać, żeby go rozsmarować, bo nie idzie to w taki gładki sposób. Aczkolwiek zapach ma boski i nawet szybko się wchłania, za co plus, ale dla mnie konsystencja odpada, bo ja nie lubię takich ciężkich maseł.
Kej, olejek do ciała, antycellulitowy - nie przepadam za olejkami do ciała, bo strasznie się ciapią, kleją i tak samo w tym przypadku miałam potem olejek nawet na telefonie (nie mam pojęcia, jakim cudem), ale mogę powiedzieć, że zadziwiająco szybko się wchłania, co w sumie mi odpowiada i jest dla mnie najważniejsze w takich produktach. Pachnie bardzo pomarańczowo, jak chyba większość produktów antycellulitowych i nic więcej nie jestem w stanie stwierdzić, bo wystarczył mi na raz.
Kej, olejek do ciała, upiększający - sytuacja wygląda dokładnie tak samo, jak z wcześniejszym produktem. Jedyne co to zapach tego olejku upiększającego jest akurat nieznośny, ja go nie mogłam znieść i dwie próbki użyłam na raz, bo nie chciałam się dalej męczyć, więc bardzo słabo.

A jak Wasze zużycia w tym miesiącu? :) Musze przyznać, że jestem na maksa dumna z tych próbek, chociaż maskować powinnam się zdecydowanie częściej ;)!
Trzymajcie się <3 !


Mediheal, nawilżenie i rozjaśnienie #zostańwdomu

28 marca 2020


Dzień dobry! Dajcie znać, jak się trzymacie? Mam nadzieję, że wszystko jest jak najbardziej w porządku, na spokojnie, w zdrowiu i z dobrym nastawieniem ;)! A w związku z akcją Oli Malowane Oczy na instagramie #zostanwdomunalozmaske....
Dzisiaj będzie o maskach! Pisałam wam ostatnio w temacie koronawirusa, że mam zamiar bardziej o siebie zadbać i to właśnie robię! Czyli maski, maski i jeszcze raz maski, bo czemu by nie ;). Mam czas to używam i przynajmniej mam o czym pisać! Dzisiaj dla Was wpis na temat dwóch masek od Mediheal. Testowałam już kiedyś trzy inne wersje, o których możecie poczytać tutaj:

Kto już widział? Kto zna te maski? Dajcie znać ;)!

Mediheal, Hydro Bio-Cellulose
Capsule100 uszczelniająca maska z ceramidami

Skład: Water, Glycerin, Glycereth-26, Alcohol, Butylene Glycol, Sodium Hyaluronate [6], Glyceryl Polyacrylate, 1,2-Hexanediol, Portulaca Oleracea Extract [9], Hydrolyzed Collagen [10], Aloe Barbadensis Leaf Juice [11], Beta-Glucan [12], Ethylhexylglycerin, Dipropylene Glycol, Hedera Helix Extract, Aesculus Hippocastanum Extract [16], Acetyl Hexapeptide-8 [17], Copper Tripeptide-1 [18], Diethoxyethyl Succinate, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Salix Alba Bark Extract [21], Boswellia Serrata Resin Extract [22], Betaine [23], Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Carbomer, Phenyl Trimethicone, Potassium Hydroxide, Disodium EDTA, Isopentyldiol, Propanediol, Polyglyceryl-4 Oleate, Sucrose Palmitate, Ceramide CP [33], Elaeagnus Glabra Extract, Propanediol, Glyceryl Caprylate, Citrus Aurantinum Bergamia Fruit Oil [37], Rosmarinus Officinalis Extract, Pelargonium Graveolens Flower Oil [39], Cedrus Atlantica Bark Oil, Simmondsia Chinensis Seed Extract [41].

Maska przeznaczona dla cery odwodnionej, dojrzałej i mało sprężystej,
Maska ma za zadanie wspomóc opóźnienie procesów starzenia się, a także uszczelnić cement międzykomórkowy. Hydrolizowany kolagen i ekstrakt z bluszczu pospolitego zwiększą nawilżenie skóry oraz jej rewitalizację. Ceramidy w kapsule zapewnią szczelność międzykomórkową, stanowią barierę dla niektórych czynników zewnętrznych oraz wspomagają wygładzenie zmarszczek, poprzez zwiększenie działania antyoksydacyjnego.
Skóra po użyciu będzie ujędrniona, nawilżona i napięta.

Składniki aktywne: hydrolizowany kolagen [10], ekstrakt z bluszczu pospolitego, ceramidy [33], gliceryna, hialuronian sodu [6], ekstrakt z portulaki pospolitej [9], sok z aloesu [11], beta-glukan [12], heksapeptyd-8 acetylu [17], tripeptyd miedziowy-1 [18], betaina [23], ekstrakt z kasztanowca zwyczajnego [16], ekstrakt z wierzby białej [21], wyciąg z kadzidłowca [22], olejek jojoba [41], olejek z pelargonii [39], olejek bergamotkowy [37].

Muszę się przyznać, że pierwszy raz miałam maskę w płachcie, która dodatkowo z dwóch stron była wyposażana jeszcze w siatkę, którą trzeba było ściągnąć. Bałam się, że sobie z tym nie poradzę, wiecie mogłam wyrzucić maskę, coś źle oddzielić, jakby za bardzo się skleiły warstwy, ale udało się! I fajnie. Podoba mi się to, bo dzięki temu płachta jest dużo bardziej nawilżona samym kosmetykiem. Cała płachta jest dość śliska, nie wiem czy to ze względu na specyficzną konsystencję maski, czy jednak materiał z jakiej płachta jest zrobiona, ale nie powodowało to ześlizgiwania się z twarzy. A nawet jest to jedna z niewielu masek, która tak dobrze trzymała mi się twarzy i w ogóle z niej nie schodziła Nie musiałam się kłaść, mogłam spokojnie siedzieć przed kompem. Idealnie, nie odklejała się z żadnej części twarzy, nawet  z brody. Ja mam dość małą twarz, więc maska byłą trochę za duża, ale mimo wszystko jestem mega zadowolona z samych właściwości technicznych.
Jeśli chodzi o działanie, to wow! Moja skóra jest tak cudownie nawilżona po użyciu, tak genialnie odżywiona i jeszcze na dodatek turbo gładka, turbo miękka i na maksa milusia w dotyku! Często po masce i tak używałam serum tutaj czekałam powoli, bo cera była genialna i dawno nie miałam takiej fajnej cery. Dodatkowo była uspokajana,, jakiekolwiek podrażnienia zniknęły i widać, że coś pozytywnego się tutaj zadziało!
A i jeśli chodzi o to serum, to znowu, pierwszy raz mam do czynienia z takim serum dodanym do maseczki i znowu obawiałam się, że otwierając coś zepsuje. Na szczęście nic takiego się nie stało. Ale jestem w szoku wydajności tego serum! Myślałam, że wystarczy mi na 2 maks 3 razy, a ja w sumie używałam go jeszcze przez 5/6 dni 2 razy dziennie. I powiem Wam, że serum jest świetne, od razu czuję, że skóra jest mega nawilżona, odżywiona i wygląda tak promienniej, więc dla mnie czad!


Mediheal, Golden Chip, circle point mask
Maska akupresurowa rozjaśniająca

Skład: Water, Propanediol, Niacinamide [3], Sorbitol [4], Glycerin [5], Sodium Hyaluronate [6], 1,2-Hexanediol, Glutathione [8], Sodium Ascorbyl Phosphate, Ascorbyl Glucoside [10], Salix Alba Bark Extract [11], Portulaca Oleracea Extract [12], Hydrolyzed Collagen, Aloe Barbadensis Leaf Juice [14], Beta-Glucan [15], Ethylhexylglycerin, Xanthan Gum, Butylene Glycol, Boswellia Serrata Resin Extract [19], Panthenol [20], Trehalose [21], Betaine [22], Carbomer, Allantoin [24], Polysorbate 80, Arginine [26], Adenosine [27], Disodium EDTA, Tocopheryl Acetate, Geranium Maculatum Oil, Citrus Aurantium Dulcis Oil, Cymbopogon Nardus Oil, Lavandula Hybrida Oil, Pogostemon Cablin Oil, Citrus Aurantium Bergamia Leaf Oil [35], Eucalyptus Globulus Leaf Oil.

Maska przeznaczona dla cery poszarzałej i z przebarwieniami.
Maska ma za zadanie zwiększyć rozświetlenie poszarzałej skóry i ją zregenerować. Hialuronian sodu nawilży i wygładzi skórę, a także chroni ją przed utratą wody. Stabilna postać witaminy C i glutation wzmagają działanie intensywnie rozjaśniające plamy, przebarwienia oraz ujednolicenie kolorytu skóry. Skóra po użyciu będzie promienna, rozjaśniona i pełna blasku.

Składniki aktywne: stabilna forma witaminy C [10], glutation [8], hialuronian sodu [6], witamina B3 [3], sorbitol [4], gliceryna [5], ekstrakt z wierzby białej [11], ekstrakt z portulaki pospolitej [12], ekstrakt z liści aloesu [14], beta-glukan [15], wyciąg z kadzidłowca [19], panthenol [20], betaina [22], trehaloza [21], allantoina [24], arginina [26], adenozyna [27], olejek bergamotkowy [35].

Zacznę od tego, że wow, zaczęłam czytać 'instrukcję' i wow! Z czymś takim nie miałam jeszcze do czynienia i żałuję, że nie byłam na to przygotowana, bo zrobiłabym zdjęcia! Ale jak wpiszecie w google maskę to znajdziecie dokładnie, jak ta maska wygląda.
Płachta maski jest czarna i posiada na sobie kilka żółtych tak jakby wypustek z jakiegoś twardszego tworzywa, ale nie mam pojo co to jest. Przykładacie płachtę do twarzy stroną, która zawiera te wypustki. Producent pisze o akupunkturze, w miejscach tzw. chipów należy ponaciskać 2-3 razy i potem zrelaksować się z maską. Maska przylegała fajnie do twarzy, ale te chipy nie znajdowały się symetrycznie w tych samych miejscach na twarzy. Byłoby to dla mnie niespodzianką, gdyby tak idealnie wszystko wyglądało, ale nasze twarze nie są identyczne, więc to jest niemożliwe. Mimo to ponaciskałam sobie trochę te miejsca i usiadłam.
I dawno nie czułam się tak zrelaksowana. Płachta przylegała do twarzy, roznosił się taki dość ziołowy, ale i ładny zapach, który na maksa mi się spodobał i zadziałał tutaj dość aromaterapeutycznie, to było mega. Nie wiem czy ta akupunktura jakoś tutaj rzeczywiście zadziałała, czy byłam w stanie ucisnąć w odpowiednich miejscach, czy to bardziej moja podświadomość, ale to było naprawdę super! Z kolei jeśli chodzi o działanie maski, to efektu tutaj już był mniejszy. Nie było efektu wow, ale było przyzwoicie. Skóra była w sumie fajniejsza, milsza w dotyku i gładsza, ale zazwyczaj po maskach jest taki efekt niesamowity! A tutaj było poprawnie, poza tym zauważyłam niewielkie rozjaśnienie, a na nim zależało mi najbardziej ;). Okej, ale bez szału.



Dajcie znać, jakie Wy maski ostatnio używaliście i czy coś nowego możecie polecić? :)
Trzymajcie się!

Czy w końcu przekonałam się do marki Avon?

25 marca 2020


Dzień dobry! Jak się trzymacie? Mam nadzieję, że wszystko idzie w dobrym kierunku i wszyscy razem damy radę. Byleby nie zwariować i na spokojnie podejść do wszystkiego, a będzie dobrze! A przechodząc dzisiaj do sedna wpisu to będzie o marce Avon, którą u mnie na blogu i w kosmetycznych zbiorach dość ciężko spotkać.
Kto mnie zna, ten wie, że jestem uparta, a czasem nawet za bardzo i przesadnie. Jak coś sobie w głowie pomyślę to trzymam się tego i bronię, jak głupia. Nie chodzi o jakieś mega poważne rzeczy, a zazwyczaj o takie mniej ważne, jak np. ubrania, kosmetyki czy marka. Są marki, których nie lubię, nie używam, bo mam ku temu większe powody, ale i są takie, których nie używam, bo nie, sama nie wiem dlaczego i sama nie wiem, kiedy się to stało, że się jakoś źle nastawiłam.


Avon to jedna z tych marek, do których byłam uprzedzona. Mimo że w internecie jest wszędzie, jest popularna w blogosferze i na social media, a opinie ma raczej pozytywne, to ja szłam w zaparte, że nie bo nie. Co prawda, często mam tak, że jeśli coś jest popularne to ja nie lubię iść za tłumem i zazwyczaj budzę się 2/3 lata później z tekstem 'wow, to jest faktycznie super!'. Przyszedł taki czas, że miałam możliwość sprawdzenia przeróżnych produktów, przejrzenia katalogu i jak myślicie? Zmieniłam zdanie, czy nadal idę w zaparte?


Najpierw zaczęłam przeglądać katalog! Matko może to i lepiej, że byłam zawsze źle nastawiona do marki? Zaczęłam zaznaczać fajne produkty i okazało się, że najchętniej wykupiłabym praktycznie wszystko. Genialnie skrojone pomadki Matte Legend i te kolory - zakochałam się,,  a ja przecież za bardzo nie lubię malować ust?! Z kolei seria Planet SPA jest mi dość znajoma ze względu na inne blogi. Do tego doszły perfumy, o których również czytałam i słyszałam nie raz i gdybym tylko mogła przez kartkę co nieco poniuchać to by było błogo! Na szczęście dostałam jakieś miniaturki, nie wiem czy wszystkie są próbkami tych samych perfum, ale jedne to Her Story. I co mogę powiedzieć? Zapach jest dość mocny i intensywny, lekko duszący, ale mimo wszystko w dalszym ciągu nawet mi się podoba, ale nie na tyle, żebym chciała używać go częściej.
Lecimy dalej z katalogiem... dział męski! Jest tak rozbudowany, że aż miło popatrzeć. Jaram się tym wszystkim, bo nie lubię robić zakupów w kilku różnych miejscach. Jak mam możliwość kupić wszystko na raz to jest to dla mnie ogromnym plusem, więc wow! Zresztą kto tego nie lubi? No i akcesoria kosmetyczne, wszystko w jednym miejscu - czad ;)!


Poza tym, ja się zdecydowanie zatrzymałam w czasie! Nagle w katalogu pojawiły się akcesoria kosmetyczne i dodatki, a także ubrania! Ja wiem, że prawdopodobnie dużo czasu spędziłam w jakimś zamknięciu, ale wow! A może zawsze tam były? Szczerze nie mam pojęcia, ale nawet jeśli to raczej ie było tego aż tyle. Biżuteria, spodnie, apaszki? Czy mi się to podoba? Chyba średnio, raczej bym nie skorzystała z tej oferty, ale myślę, że dla innych spoko opcja.
Gdybym kilka lat temu mała w posiadaniu katalog obawiam się, że zaczęłabym nałogowo kupować i kupować, bo wtedy miałam bum na kosmetyki i chciałam mieć wszystko, co się tylko da i co mnie ciekawi. Teraz? Jestem przekonana, że jak pokończą mi się jakieś konkretne kosmetyki, to chętnie spojrzę w katalog raz jeszcze ;).
Nie wiem jeszcze na co bym się skusiła, ale mam dla Was krótkie recenzje produktów, które otrzymałam:


Perfumowany dezodorant w kulce Imart Corset
Zapomniałam totalnie zrobić zdjęcie, bo kulka jest zamknięta w szafce w łazience - wybaczcie. A wracając do produktu, ostatnio przerzuciłam się akurat na dezodoranty w kulce, jakoś wygodniej mi się ich używa, mam wrażenie, że mniej brudzą ubrania i nie pozostawiają po sobie śladu, więc spoko wybór! Ogólnie; wygodne opakowanie, fajnie leży w dłoni, nie mam się do czego przyczepić. Tak samo jest i z działaniem, kulka chroni naszą skórę przed nadmiernym poceniem się (sprawdzone w trakcie treningów). Nie zauważyłam ciapania się, brudzenia, fajnie i szybko się wchłania i jest naprawdę fajny pod kątem działania. Tylko ten zapach już jest mniej trafiony. Jest bardzo perfumowany, a dla mnie za bardzo. Ma bardzo mocny zapach, taki trochę aż męski dla mnie. Nie podoba mi się. Na szczęście ulatnia się bardzo szybko, nie miesza się z perfumami i nie przechodzi na ubrania, więc na szczęście nie jest w ogóle wyczuwalny w ciągu dnia i mogę go używać ;).


Advance TECHniques, spray do włosów dodający blasku
Wszystko, co jest do włosów uwielbiam i używam bardzo często. Co prawda w obecnej sytuacji za bardzo nie wyjdziemy nigdzie, ale i tak trochę zdążyłam popsikać tym sprayem. Tutaj mamy spray do włosów dodający blasku. Teraz moje włosy wymagają wizyty u fryzjera, więc i blasku im brakuje. Spray pachnie ładnie, ale i bardzo fryzjersko, i trochę przypomina mi zapach lakierów do włosów albo innych produktów do stylizacji. Mgiełka jest dość skoncentrowana, spray nie rozpyla idealnej otoczki, która pokrywa dużą powierzchnię włosów. Ale na szczęście mgiełka jest całkiem delikatna i nie skleja włosów, więc nie ma się co obawiać, że skleicie sobie włosy. Ja produktu nie oszczędzam i psikam, psikam i ani razu nie zauważyłam, żeby coś się tam skleiło.
A blask? Blask jest oszałamiający! Nigdy nie miałam takiego produktu i jestem w szoku, jak moje obecnie smutne włosy mogą błyszczeć! Ja po użyciu, rozczesuję włosy, żeby ewentualnie produkt dostał się w większość zakamarków, dzięki czemu błyszczą na całej długości włosów, od nasady aż po końce, co bardzo mi się podoba! Magicznie też sprawia, że włosy wydają się zdrowsze. I tki efekt nie trwa do pierwszego spania, wiadomo, że drugiego dnia włosy błyszczą trochę mniej, ale w dalszym ciągu coś tam błysku pozostało, co jest rewelacyjne. Może być naprawdę super, ale za mało czasu minęło, żebym mogła stwierdzić, czy produkt np. nie wysusza włosów, wiec stay tunned!


Planet SPA, maseczka do twarzy z lawendą i rumiankiem
Wyobrażacie sobie, że ja nigdy nie miałam maski na noc? Ja nie wiem, gdzie ja się uchowałam, ale czytałam o nich sporo. I jak to moje pierwsze spotkanie z maską na noc wypadło? Najpierw muszę przyznać, że to jest bardzo fajna opcja dla osób dość zabieganych. Rzadko kiedy miałam czas na maskę, wracałam do domu i nie miałam na nic siły, więc makijaż zmywałam chwilę przed snem, a na takie sytuacje maseczka na noc może być zbawienna!
Po pierwsze konsystencja jest dość żelowa, lekko glutkowata i bardzo konkretna, nie przelewa się przez palce i na pewno nie spłynie z twarzy. Nie klei się też, więc fajnie, bo głupio by było całą noc się kleić do poduszki. Zapach jest bardzo delikatny i ledwo wyczuwalny, jak dla mnie, ale to co da się wyczuć jest nawet relaksujące. Maseczka pozostawia po sobie delikatny efekt błysku na twarzy, ale nawet się szybko wchłania, czego się nie spodziewałam, ale to dobrze. A jeśli chodzi o efekty to są. Rano skóra jest rzeczywiście fajnie nawilżona, odżywiona, zregenerowana i złagodzona. Więc jak dla mnie opcja jest naprawdę świetna dla mnie.


Planet SPA, krem do rąk z eukaliptusem i miętą
Jestem kiepska w zużywaniu kremów do rąk, ale już teraz mogę przyznać, że ten krem użyję szybko i chętnie! Opakowanie jest fajne, ale mam trochę problem z odkręcaniem i zakręcaniem. Bardzo dobrze zasysa, co w sumie jest dobre, a przy nakremowanych dłoniach mam wrażenie, że nie dokręcam, ale kwestia przestawienia się i pamiętania o tym. Ale za to jaki ten krem ma mega zapach! Uwielbiam, jest mega eukaliptusowy, kojarzy mi się z kremami rozgrzewającymi, rewelacja! Czuć też odrobinę mięty, więc razem tworzą tak mega aromatyczne combo, że jak nigdy czekam na wieczorny rytuał smarowania dłoni przed snem. Poza tym, krem też fajnie działa, ładnie nawilża i odżywia dłonie, wygładza je i sprawia, że skóra jest w naprawdę fajnym stanie, miękka i gładka, więc ja jestem jak najbardziej na tak ;).


Luxe, kremowa pomadka
I ostatnim produktem jest pomadka, a ja za bardzo nie używam pomadek. Pomadka znajduje się w lustrzanym, złotawym opakowaniu, które bardzo mi się podoba. Dobre i mocne zamknięcie. Odcień jest bardzo zbliżony do odcienia moich ust, co początkowo mnie zdziwiło i miałam wrażenie, że pomadka  w ogóle nie nadaje koloru. Oczywiście daje kolor lekkiej i delikatnej czerwieni z mega shimmerowym złotawym wykończeniem. Pomadka ma w sobie bardzo dużo złotych drobinek, dlatego po nałożeniu na usta efekt jest bardzo podobny, jak po nałożeniu błyszczyku. Mi się nie podoba, ale ja też nie przepadam za malowaniem ust czymkolwiek, co nie jest pomadką ochronną. Aczkolwiek pomadka daje pewność, że nie wysuszy ust, nie ma niemiłego uczucia ściągnięcia czy podkreślonych suchych skórek, a i możliwe, że pomadka lekko pielęgnuje usta, ale nie wiem kiedy będę mogła to ostatecznie potwierdzić.


No i muszę przyznać, że muszę zdecydowanie zmienić swoje nastawienie i nie mogę być taka uparta ;). Większość tych produktów na pierwszy rzut oka wydaje się być naprawdę fajna! Najbardziej jestem ciekawa tego sprayu, bo on może się okazać moim ulubieńcem i maski do twarzy, bo też na dłuższą metę może być mega. Krem do rąk już teraz wiem, że będzie super :).
Dajcie znać co polecacie marki Avon, a myślę, że wypróbuję ;)



Ślub w trzeciej parafii

22 marca 2020


Dzień dobry! Czas na kolejny wpis z serii #ślubmarzeń. I na wstępie chciałabym życzyć dużo sił wszystkim parom, które niedługo mają w planach wziąć ślub. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak bardzo bym się stresowała, czy to wesele ma się odbyć czy nie. Czytałam, że nie ma potrzeby odwoływania wesel, bo nie jest to wydarzenie publiczne, ale w dalszym ciągu, wiadomo o co chodzi. Więc trzymajcie się!
A dziś porozmawiamy sobie o ślubie w trzeciej parafii, czyli coś co i mnie odrobinę stresowało, jak tylko zaczęliśmy planować ślub, bo od początku wiedziałam, że nie chcę, żeby to była moja parafia, zaraz napiszę dlaczego. Zawsze myślałam o ślubie w klasztorze i zaczęłam czytać, czy się w ogóle tak da i spotkałam się ze sformułowaniem 'ślub w trzeciej parafii'.


Ślub w trzeciej parafii, o co chodzi? Dlaczego?
Ano właśnie o to. Chodzi o ślub w innej parafii niż w jednej z tych, do których należycie. Nie chciałam brać ślubu w mojej parafii z różnych powodów. Po pierwsze kościół jest strasznie mały, drewniany, a my mieliśmy dość sporo osób zaproszonych. Niestety w trakcie różnych uroczystości jest w nim zawsze mega gorąco, duszno i w ogóle ciężko się da wytrzymać całą mszę. Poza tym, okolica mi się po prostu nie podoba. Obok stoi budowa kościoła już z 10-15 lat, dookoła kościoła nie ma zrobionej kostki. Może się wydawać, że wymyślam, ale co jeśli będzie padać deszcz? Błoto - jedno wielkie błoto. A we wrześniu mogliśmy się spodziewać albo jeszcze upałów albo mega jesiennej i deszczowej pogody, a mnie wszystkie scenariusze przerażały. Nie jestem też związana z moją parafią, więc nie miałam parcia, że musi być koniecznie tam. Brałam też pod uwagę ślub w parafii męża, ale pod kątem logistycznym byłoby to cięższe do zrealizowania, bo z kościoła na salę weselną byłaby prawie godzina drogi, więc nie bardzo - chociaż gdyby nie było wyjścia, to byśmy się pewnie zdecydowali.
Uparci, ostatecznie padło na trzecią parafię. Zawsze chciałam wziąć ślub w klasztorze, ale okazało się, że na ten dzień była już zaplanowana dodatkowa msza święta (no... niedziela). Kolejny powód, dla którego wszelkie formalności warto załatwiać ze sporym wyprzedzeniem (!). Ale nie ma tego złego, bo kościół na który się zdecydowaliśmy ostatecznie wygrał wszystko! Była to bazylika, piękna, duża, w fajnej okolicy (centrum miasta), genialni księża i proboszcz, i dojazd na naszą salę weselną wynosił z 10-15 minut - wszystko zagrało.

Czy aż tak ciężko jest wziąć ślub w trzeciej parafii?
Jest bardzo dużo informacji w Internecie na temat takiego ślubu, sama przeczytałam masę for internetowych i spotkałam się z wieloma przykrymi sytuacjami, np. że ksiądz nie wyraził zgody na taki ślub, robił problemy z zapowiedziami i ogólnie było nieprzyjemnie. Dla każdego księdza ślub to możliwość zarobku, mimo że nie zostało nigdzie powiedziane, że za ślub trzeba zapłacić. Oczywiście, sytuacja wygląda zupełnie inaczej w każdej parafii, u nas na szczęście poszło w miarę gładko.
Pamiętajcie, że przynależność do danej parafii jest uzależniona od Waszego miejsca zamieszkania przez ostatnie minimum 3 miesiące. Nie chodzi o zameldowanie, więc to może niektórym ułatwić sprawę, bo 'Proboszcz zna całą rodzinę i głupio'. Aczkolwiek to jest kwestia umowna i nie jest to sprawdzane, kto gdzie mieszka, a gdzie jest zameldowany.


Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Paulina (@beautifulduty.pl)


Zgoda, pozwolenie, licencja na ślub w trzeciej parafii.
Jak zwał tak zwał. Kiedy udaliśmy się na pierwsze spotkanie z proboszczem bazyliki dostaliśmy od niego wszystkie najważniejsze informacje, kazał mi robić notatki, zapisywać, co, kiedy mamy przynieść, załatwić, jakich dokumentów potrzebujemy itp. Jednym z tych dokumentów była zgoda na ślub w trzeciej parafii. Ale nie zostało powiedziane, że ma to być zgoda od mojego proboszcza, czy od obu. Po prostu jedna zgoda od któregokolwiek proboszcza.
Spodziewałam się, że od mojego proboszcza zgody nie dostanę i nawet nie próbowałam. Przy jednej z okazji usłyszałam, że 'gdyby panna młoda była ładna, to by jej kościół nie przeszkadzał', ale tego nie muszę komentować. Na szczęście proboszcz z parafii męża nie robił żadnych problemów. Twierdził też, że nie ma już czegoś takiego jak zgoda na ślub w trzeciej parafii i nikt nie powinien jej wymagać, a ślub można wziąć gdzie się chce i nie ma żadnych zasad, co do tego. Ale zgodę nam wypisał.

Jak wygląda zgoda?
Spotkałam się z oficjalnymi formularzami w Internecie, gdzie wszystko jest napisane ładnie i dokładnie, ale to zależy pewnie od parafii - możliwe, że w większych takie dokumenty są gotowe po prostu do uzupełnienia. Nasza zgoda była napisana na zwykłej kartce A4, gdzie po prostu było napisane, że jest zgada na to, żeby mój mąż wziął ślub w tamtej konkretnej parafii, pieczątka, podpis i tyle. I zostało to zaakceptowane, więc wydaje mi się, że jest to bardziej kwestia umowna między księżmi, że żadne żadnemu nie podbiera nowożeńców i nie ma się co spinać - tak mi się wydaje.
Ale niestety wszystko zależy od parafii i od księży. Ja Wam wszystkim życzę, że traficie na takich księży, jak i my ;).


U nas to przebiegło bardzo sprawnie, więc dzielcie się sowimi historiami w tym temacie! Na pewno sytuacja inaczej wygląda w większych miastach, a w dużo mniejszych może to być bardziej zaostrzone, gdzie dużo rzeczy 'wypada'. Czytałam, że takie licencje są też uzależnione od tego, który z księży spisuje protokół przedślubny i dopełnia wszelkich formalności po ślubie z urzędami, o czym ja w sumie nie wiedziałam i nikt nam o tym nie powiedział. W naszym przypadku zwykła zgoda na kartce napisana od ręki wystarczyła i załatwiła wszystko ;).