Jak dbamy o tatuaże? Tatuaże w podróży!

18 stycznia 2020


Przyszedł czas w końcu pogadać o tatuażach! Bardzo dużo osób szuka takich informacji w internecie, jest też sporo błędnych, a i są takie za mało podkreślane według mnie. Moja wiedza opiera się na tym, co mówili mi tatuażyści i co sama zauważyłam przy okazji pielęgnacji moich trzech tatuaży. Wszystkiego oczywiście nie wiem, mogę się też mylić, ale wszystko, co Wam opiszę u mnie się sprawdzało i nie miałam nigdy żadnych groźnych problemów z moimi tatuażami.


Moje tatuaże w skrócie


Tatuaż zawsze chciałam mieć, bo mega mi się one podobały. Aczkolwiek dla mnie tatuaż zawsze powinien coś oznaczać, z czymś się kojarzyć. Nigdy bym sobie nie zrobiła czegoś, bo mam taką zachciankę albo bo ładnie wygląda. Każdy ma dla mnie ogromne znaczenie, dzięki czemu wiem, że nigdy mi się nie znudzą ani nie będę chciała ich usunąć. 
Pierwszy tatuaż zrobiłam sobie na studiach w Lublinie i była to całkowicie spontaniczna sytuacja. Zmotywowana różnymi przejściami, umówiłam się i zrobiłam sobie napis na żebrach. I mimo spontanu mogłabym żałować, ale tu bardziej chodzi o moment w życiu w jakim się wtedy znalazłam, on jest dla mnie wejściem w nowy etap życia, uzmysłowieniem sobie wielu ważnych rzeczy i często mi o tym przypomina dając siłę.
Kolejne dwa tatuaże wykonywałam już w Zakopanem z moim teraz mężem. Na przedramieniu mam wytatuowany Giewont, który jest związany z naszymi zaręczynami, a na plecach kwiat lotosu zrobiony zaraz po ślubie, który dla mnie też jest ważnym symbolem.

Studio tatuażu

To jest najważniejsza rzecz na świecie jeśli już macie zamiar zrobić sobie tatuaż. Nie ma co gadać, nie ma co oszczędzać, tym bardziej, że tatuaż to nie jest malunek długopisem na skórze, który można zmazać. Miejsce powinno być sprawdzone, wszystkie zasady higieny muszą być zachowane i nawet jeśli nam się coś nie podoba, to to jest super. Tatuaż boli i krwawi, a Wasz organizm za każdym razem może inaczej zareagować. Niby to jest logiczne, ale w dalszym ciągu są osoby, które robią tatuaże u kogoś na kanapie za pół darmo, a potem zamiast tatuażu mają kupę na skórze.
W moim przypadku, przy robieniu tatuażu na plecach okazało się, że mam na maksa unerwioną prawą stronę pleców, przez co skóra mi drżała, a mięśnie pulsowały i mimo to mam świetnie wykonany tatuaż i jest to zdecydowanie zasługa tatuażysty. Poza tym, dobry tatuażysta to też, który Ci powie wprost, że coś będzie do dupy wyglądało na skórze (i nie ma się co obrażać, bo potem podziękujecie), doradzi i odpowie na wszystkie pytania, nawet te głupie.


Na co uważać przy tatuażu?

Higiena przede wszystkim i będę to powtarzać cały czas! Nie dotykamy tatuażu brudnymi rękami, bo w końcu jest to rana, która mi się też dość często kojarzy nawet z lekkim poparzeniem. Skóra jest bardzo delikatna, nadwrażliwa, więc bardzo łatwo ją podrażnić. Zdarzało się, że nawet lekkie potarcie skóry powodowało ból. A musimy uważać na jakiekolwiek zakażenia, wirusy i bakterie, bo to może spowodować nawet ubytki w Waszym tatuażu.
Myjemy ręce i dajemy skórze oddychać na tyle na ile się da. Czasem lepiej jest go zakryć, żeby uchronić przed otarciami, ale poza tym odkrywamy tatuaż jak najczęściej. My kupiliśmy też specjalnie mydło hipoalergiczne do mycia tatuaży, żeby uniknąć drażniących składników. I przemywamy bardzo często, kiedy tylko się da.

Czego unikamy?

Koniecznie chloru i słońca. Na swój pierwszy tatuaż nie uważałam i mam za swoje. Po zrobieniu go w czerwcu, całe lato się opalałam, co spowodowało, że tatuaż - napis lekko mi się rozlał i nie jest tak wyraźny, jak na samym początku. Mam nauczkę i tyle. Teraz zawsze o tym pamiętam, żeby tatuaże regularnie smarować 50SPF na słońcu i to co chwile. I nawet widać na zdjęciu poniżej, że tatuaż odznacza się od bardzo opalonych pleców, ale to ma też swoje plusy. Tatuaż jest uwydatniony i się fajnie wyróżnia.



Poza tym, unikamy drapania! Ja miałam bardzo swędzące tatuaże i były momenty, że nie mogłam wytrzymać i starałam się przynajmniej lekko pocierać, żeby odczuć lekką ulgę. Ale za każdym razem uważałam, żeby nie przesadzić albo drapałam skórę obok, żeby oszukać samą siebie. Działało.


Jaką maścią smarować tatuaż i jak często?

Tutaj można się spotkać z wieloma różnymi opiniami na ten temat. Za każdym razem według zaleceń tatuażysty używałam Bepanthen i za każdym razem byłam zadowolona. Skóra była idealnie nawilżona, nie było podrażnienia, była ulga przy swędzeniu, nie zauważyłam żadnych ubytków w tatuażu i maść jest po prostu super!
Jeśli chodzi o to, jak często smarować? Jest to według mnie kwestia indywidualna. My smarowaliśmy tatuaże minimum 4-5 razy dziennie na początku (tak jak kazali), wcześniej zawsze przemywając, przez około tydzień. Potem 2 razy dziennie jest wystarczające, ale ja smarowałam jak sobie przypomniałam i miałam taką możliwość. I powiem Wam, że ostatnia sesja była we wrześniu, a my dalej co jakiś czas smarujemy tatuaże maścią, a ja prawie codziennie i tak się cała smaruje balsamami, więc myślę, że skóra jest dzięki temu cały czas nawilżona i to jest najważniejsze, bo nie możemy pozwolić na wyschnięcie tatuażu.

Jak dbać o tatuaż w podróży?

Tak, jak mówiłam wcześniej, pamiętamy o wysokich filtrach SPF, o ciągłym nawilżeniu, a także uważamy żeby nie podrażniać ani nie obcierać tatuażu (na początku, potem to już spokojnie). Ale! My robiliśmy tatuaże na wyjazdach w górach, więc zawsze był trochę problem, jak tu o nie dbać, żeby nie siedzieć całymi dniami w hotelu, bo to jest też bezsensu. Nam najbardziej pomogły antybakteryjne chusteczki:


Te chusteczki ratowały nas zawsze, wszędzie i nawet w domu. W restauracji, na trasie czy gdziekolwiek indziej 'przemywaliśmy' nimi tatuaże, dłonie i smarowaliśmy maścią. Oczywiście w domu jak mieliśmy okazję to przemywaliśmy to normalnie przynajmniej 2 razy dziennie, ale jednak jak jesteśmy gdzieś poza domem to takie chusteczki uratowały nam życie. Poza tym, mój tatuaż był dość problematyczny, bo nie byłabym w stanie umyć go sama nawet nad umywalką, więc musiałam zawsze iść pod prysznic, a nie zawsze się chciało, więc ratowałam się i chusteczkami. Ale nigdy te chusteczki nie zastąpią dobrego wymycia tatuażu mydłem pod bieżącą wodą.


I w sumie to tyle! Wydaje się, że niby nic, niby mało, ale jednak o tatuaż warto dbać, bo zostaje on z Wami na całe życie, co jest fajne, ale żebyśmy mogły cieszyć się ich pięknym wyglądem, to na początku trzeba trochę czasu poświęcić, ale warto!
Dajcie znać, czy macie jeszcze jakieś swoje lifehacki jeśli chodzi o pielęgnację tatuaży w każdej sytuacji! Każda wskazówka się przyda ;). I pokażcie swoje tatuaże!



#ślubmarzeń: dekoracje, wystrój, kwiaty, motyw przewodni

15 stycznia 2020


Hejejej! Dzisiaj wracamy do tematu wesela i jego organizacji! Dzisiaj pokażę Wam, jak wyglądała nasza sala, cały wystrój i czym kierowaliśmy się przy wyborze. Mam nadzieję, że może uda nam się kogoś zainspirować, bo jeśli planujecie ślub na ten rok, to teraz jest najlepszy czas na ogarnięcie wszystkiego, bo potem możecie nie mieć na to czasu - serio.


WYSTRÓJ, DEKORACJE, MOTYW

Jeśli chodzi o motyw przewodni i ewentualną kolorystykę wesela, to raczej teraz jest to mus. Możecie zostawić wszystko w rękach lokalu (jeśli zapewniają wystrój, bo ostatnio coraz mniej lokali ma to w ofercie), ale jeśli Wam zależy na czymś konkretnym, to musicie wziąć sprawy w swoje ręce. Bardzo dużo czasu spędziłam na Pinterest, szukając czegokolwiek, wpisywałam boho wesela, rustykalne i znajdywałam same perełki. Co bardzo polecam każdemu, bo łatwiej jest się potem na coś zdecydować.


MOTYW PRZEWODNI WESELA

Nasz motyw przewodni nie był dla nikogo zdziwieniem, bo wybraliśmy góry, które nas połączyły, a to pociągnęło za sobą cały las i wszystko, co z nim związane. Można to trochę nazwać rustykalnym weselem, ale bez przesady, bo ciężko jest mi się tak identyfikować z jednym nurtem. Ja się też trochę sugerowałam jesienią w niektórych dodatkach, bo oboje ją uwielbiamy i we wrześniu już zresztą była jesień. Zależało mi na polnych kwiatach, dużej ilości drewna, wrzosach, jesiennych kolorach i takiej naturze. Co nie było łatwe, bo nasza sala jest dość 'ładna', jak na taki pomysł, ale nawet nam się udało to ukryć ;).

KOLORYSTYKA WESELA

Dodatkowo, do motywu możemy dobrać jakiś kolor, co pomoże nam przy wyborze pierdół takich jak bieżniki, serwetki i inne dodatki. Jako, że skupialiśmy się na lesie, to wybraliśmy biel, jesień, drewno (może być jako kolor?), a także burgund. Jeśli chodzi o ten burgundowy kolor to wszystko zaczęło się od koloru smokinga mojego męża. I tak wiedziałam, że ja też będę mieć burgundowe dodatki, co nie było łatwe i wiem, że mogłoby być tego więcej, ale nie było źle. Najbardziej żałuję, że nie udało mi się znaleźć idealnych burgundowych lub śliwkowych butów, ale przynajmniej miałam paznokcie w takim kolorze! Kolor pojawił się też na dodatkach na aucie, jakim jechaliśmy do ślubu ;).


ZAPROSZENIA

Zawsze mi się podoba, kiedy samo zaproszenie nawiązuje w jakiś sposób do wesela. I w sumie to od zaproszeń się wszystko zaczęło, bo znalazłam przepiękne zaproszenia z motywem górskim w internecie i przepadłam. Wzór był tak piękny, że ja od razu wiedziałam, że musimy je mieć.
Nie mam zdjęć zaproszeń, więc musi Wam wystarczyć te ze strony. Zamówiliśmy je na Venarti i były totalnie inne od wszystkich zaproszeń. Mały format, jedna strona i wszystko tam było, do tego dokupiliśmy zwykłe brązowe koperty, a także stempel! Stempel z imionami, datą i górami odbijaliśmy na każdej kopercie, jako takie trochę 'save the date', Dla rodziców mieliśmy prośbę o błogosławieństwo zamiast zaproszeń i miało ono taki sam wzór, ale było wykonane w drewnie, co też jest fajną pamiątka.

BUKIET

Co prawda nie jest to kwestia wystroju, ale to jest najlepsze miejsce, żeby wspomnieć o bukietach dla mnie i dla świadkowej. Jako że spędziłam mnóstwo godzin poszukując inspiracji znalazłam bukiet, który dla większości kwiaciarni był wyzwaniem, bo miał w sobie kwiaty ponoć trudne do zdobycia. Większość kwiaciarni wołała za jeden bukiet ok 500 zł, a jakbym miała doliczyć do tego drugi, butonierkę i ewentualnie jakieś inne kwiatowe dodatki, to chyba bym zwariowała. Na szczęście mój mąż załatwił mi bukiet moich marzeń w kwiaciarni niedaleko siebie i był idealny.



Chciałam bukiet, który nie będzie ułożony, który będzie trochę bałaganem i chaosem, z którego będą wystawać chabazie i będzie miał bordowe i jesienne akcenty, co się udało! Kwiaciarni pierwsza klasa !

DEKORACJE W KOŚCIELE

Tutaj możecie się spotkać ze wszystkim. Widziałam białe dywany, różne wejścia, mnóstwo latarni,  ptaszki, świece i muszę przyznać, że niektóre mega mi się podobają. Ale osobiście wydaje mi się, że nie wszystkie (a nawet mniejszość) dobrze współgrają z kościołem. Bardziej bym kombinowała gdybym brała ślub na plaży czy lesie, a nasza bazylika mi się tak podobała, że nie chciałam nawet za bardzo dodatkowych dekoracji i w ogóle o nich nie myślałam.
Mieliśmy tylko kwiaty przy ołtarzu i udekorowane miejsce, gdzie siedzieliśmy. A powiem Wam szczerze, że zauważyłam je dopiero jak przeglądałam zdjęcia. W trakcie ślubu nie patrzyłam na nic poza mężem!




SALA WESELNA

Tak, jak wspominałam nasza sala weselna jest bardzo biała i według mnie za ładna na to, co my chcieliśmy i dosyć długo nie wiedzieliśmy, co robić. Gdzie las, gdzie drewno, jak ścianka za parą młodą jest taka bardziej w stylu glam. Los mi sprzyjał, bo zupełnie przez przypadek trafiłam na Olę. Na stronie naszego lokalu zobaczyłam zdjęcia z wesela, którego wystrój strasznie mnie urzekł i znalazłam pannę młodą z tego wesela (detektyw), i okazało się, że w dekoracjach pomagała jej kuzynka - Ola [klik], która na szczęście okazała się być tak kochana, że pomogła i mi! Swoją drogą dziewczyna odwaliła kawał dobrej roboty! Zajęła się sama (!) kwiatami na sali, dekoracjami, dodatkami i naszą ścianką za nami i pomogła też w ogarnięciu sali ogólnie przed samym weselem, więc warto mieć zaufaną osobę, która sprawdzi czy wszystko jest w porządku, ale o tym jeszcze powiem.

Goście zostali przywitani drewnem i zielenią. Zwykłe trawiaste liście - chabazie mi się najbardziej podobały. Dodatkowo na wejściu były paprotki i wrzosy, które mam dalej na balkonie i świetnie się trzymają!



Na sali były wrzosy, paprotki i inne chabazie. Kwiaty znajdowały się w zwykłych wazonach, słoikach, wrzosy w jucie i kwiaty na pniakach. Nasza ścianka również była drewniana, udekorowana zielonym bluszczem, podobnie jak i kwiaty przed nami. Do tego były zwykłe białe świece na pniakach i tyle. Zwykłe białe serwetki przewiązane sznurkiem jutowym, bieżnik zwykły bez udziwnień i praktycznie wszystko takie zwykłe, ale nasze.





I najlepsza część naszych dekoracji! Góry pojawiły się również i na stołach! Zobaczyłam ten pomysł na Pinterest, że stoły nie miały cyferek tylko nazwy i nieśmiało zaczęłam wspominać o tym innym. Część osób się zachwycała, a cześć patrzyła na mnie dziwnie. Mąż był za, nasza Ola od razu wiedziała, jak to ugryźć i dzięki niej wyszło idealnie. Zrezygnowaliśmy z numerów stołów, a zamiast tego każdy stół miał swoją nazwę konkretnej góry z Polskich Tatr. Tabliczki mamy na pamiątkę, my siedzieliśmy przy Giewoncie (rzecz jasna!), a rodzice i najbliższa rodzina przy Rysach (no jaha!).




INNE: winietki, menu, prezenty dla gości

Jeśli chodzi o ściankę, która na sali jest już przygotowana dla pary młodej i nie da się jej ściągnąć, która do mojej wizji nie pasowała. Powiem Wam szczerze, że męczyła mnie ta ścianka strasznie i nawet nie mogłam przez nią spać. Już nawet kminiłam, żeby kupić ogromne prześcieradło i jakoś ją ukryć, ale na szczęście mój mąż wpadł na najlepszy pomysł ever. Ustawiliśmy tam nasz Drink Bar - Drink Team.

winietki

zamówiłam na allegro u @julan_pl. Strasznie mi się podobało połączenie tej prostoty razem z pięknymi bordowymi kwiatami, które bardzo wpasowywały się w mój bukiet ślubny no i sznurek jutowy, który był wszędzie. Poza tym, z tyłu na winietkach można było wstawić jakiś wierszyk. Miałam w planie zrobić górski motyw, ale kwiaty bardziej mi się podobały. I jestem hiper zadowolona. Szybkie wykonanie, świetna jakość, żadnych błędów!
I do tego były jeszcze etykiety na butelki w tym samym wzorze.




prezenty dla gości weselnych

W ramach prezentu dla gości weselnych mieliśmy nalewki robione przez mojego tatę. Każdy dostał buteleczkę z nalewką (którą możecie zobaczyć wyżej - też dostaliśmy, haha) i na nich były góry i cały design sami stworzyliśmy na KissGlass. Wszystko wyszło naprawdę fajnie, tak jak chcieliśmy. Nalewki są przepyszne, a i z tego o wiem niektórzy jeszcze swoich nie wypili. Jedyne co to trochę zawaliliśmy tym, że chcieliśmy je przepłukać i napis się zaczął ścierać z większości, więc było trochę dramatycznie, ale udało się większość odratować.

menu

Kolejna rzecz, z której jestem na maksa dumna i gdyby nie mąż nic by z tego nie wyszło. Znowu przeglądając Pinterest znalazłam coś, co na maksa wpadło mi w oko i na zrobienie tego zdecydowaliśmy się sami! Zaprojektowałam wzór w Canva, zapłaciłam za licencję niektórych szlaczków, wydrukowałam sama u siebie w domu i zrobiliśmy. Fakt faktem, musiałam dokupić gilotynę, żeby łatwiej się mężowi cięło, ja dorobiłam dziurki dziurkaczem, a on przewiązał. Dodatkowo z tyłu wrzuciłam hashtag, pod którym można znaleźć nasze zdjęcia na social media i jestem z tego mega dumna! Efekty:



I chyba o by było na tyle jeśli chodzi o dekoracje. Jeśli chodzi o wpisy weselne to jeszcze coś się pojawi, ale niewiele! Stay tunned i dajcie znać, co myślicie, a jeżel jesteście w trakcie organizacji to dawajcie znać na jakim etapie jesteście!


Foto z wesela: Marcin Iwan


Pollena Ewa krem na noc z meet beauty

12 stycznia 2020


Dzień dobry! Kto czuje ferie w powietrzu? W sumie już je ma? Matko ja od kilku dni jestem przeszczęśliwa! Co prawda nie mam w 100% wolnego, a nawet nie spodziewałabym się, że będę miała aż tyle zajęć, ale i tak jest fajnie! Przynajmniej wiem, że przyjdą osoby, którym zależy, a z takimi zawsze inaczej się pracuje. NO, ale dość moich zachwytów nad feriami! Czas przejść do recenzji.
Było ostatnio o kremie na dzień, to dzisiaj muszę uzupełnić swoją pielęgnację i mam dla Was recenzję kremu na noc, który otrzymałam od marki eva DERMO na Meet Beauty! Marka wtedy badała naszą skórę i dopasowywała kosmetyki do jej stanu. Może się trochę zdziwiłam tym kremem przeciwzmarszczkowym, tym bardziej, że raczej nie mam ani tłustej, ani mieszanej ani skóry z niedoskonałościami, ale ok. Specjaliście wiedzą lepiej niż ja. To lecimy.

Pollena Ewa, DERMO
Przeciwzmarszczkowo - normalizujący krem na noc


Odżywczy krem do pielęgnacji zawiera biotechnologiczny składnik z arktycznych mikroorganizmów morskich, który normalizuje pracę gruczołów łojowych i sprawia, że rano skóra wygląda świeżo, a pory są mniej widoczne. Formuła została również wzbogacona o witaminę PP. Dzięki zawartości alfabisabololu i alntoiny krem łagodzi podrażnienia i uspokoi skórę podczas snu. Aktywny tetrapeptyd, niskocząsteczkowy kwas hialuronowy i mocznik zapewniają nawilżenie i działanie przeciwzmarszczkowe. Przy regularnym stosowaniu skóra odzyska świeży i młody wygląd.
* przebadany dermatologiczny, hipoalergiczny

Skład: Aqua, Caprylic/ Capric Triglyceride, Glycerin, Hydrogenated Polydecene, Isopropyl Palmitate, Urea, Pseudoalteromonas Ferment Extract/ Sodium Salicylate, Vitis Vinifera (Grape_ Seed Oil, Myristyl Myristate, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Dimethicone, Cetearyl Glucoside, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Niacinamide, Phenoxyethanol/ Ethylhexylglycerin, Allantoin, Sodium Polyacrylate, Pentaerythrityl Distearate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Hydrogenated Coco-Glyceride, Biosaccharide Gum-1, Potassium Cetyl Phosphate, Parfum, Arginine, Sodium Hyaluronate, Tetrapeptide-21/ Butylene Glycol, Tocopheryl Acetate, Acrylates/ C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Xanthan Gum, Bisabolol, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol.

Sposób użycia: Należy nałożyć niewielką ilość kremu na oczyszczoną skórę twarzy. Następnie delikatnie wmasować i pozostawić do całkowitego wchłonięcia. Stosować codziennie, wieczorem.


Zaczynając od początku! Kosmetyk dostałam najpierw w kartoniku, na którym znajdziemy wszystkie najważniejsze informacje, na buteleczce znajdziemy już niewiele, ale to nic - wszystko znajdziemy w internecie. Krem znajduje się w próżniowym opakowaniu, tak samo jak poprzedni krem. Naciskamy i krem się wydobywa, co mi się bardzo podoba! Poza tym, otwór, przez który wychodzi krem też jest idealny. Sam design też jest niczego sobie, dość inny od tego, co obecnie znamy, ale podoba mi się. Wszystko działa bez zarzutu i nic mi się tu nie popsuło.
Sam krem jest dość nawet gęsty, bardzo treściwy i konkretny. Super się go rozprowadza po twarzy, jedna pompka to jest za dużo. Zawsze nakładam niepełną na twarz i na szyję i to spokojnie starcza. 
Jeśli chodzi o zapach to jest bardzo ledwo wyczuwalny. Trzeba się mocno wwąchać jak coś chcemy poczuć. I ogólnie mi się podoba, nie jest nachalny ani przeszkadzający, jak zaczęłam mocno się wniuchiwać to przestał mi się podobać, więc na siłę nie ma co wąchać, haha.


I najciekawsze, czyli efekty! Zawsze myślałam, że mam skórę normalną, bez większych problemów, no może ewentualnie pory i zaskórniki, ale też jakoś strasznie mi to nie przeszkadzało. I krem trochę czekał na swoją kolej od czasów konferencji. Co zauważyłam?
Po pierwsze zauważyłam na maksa mocne nawilżenie skóry. Nie wiem czy skóra może się przenawilżyć, ale mam wrażenie, że mogło to u mnie nastąpić. Nie pamiętam czy kiedykolwiek rano miałam tak na maksa nawilżoną twarz, jak po tym kremie. To jest takie szał, że naprawdę czad! A o dziwo, krem bardzo szybko się wchłania. To nie jest tak, że smarujecie się i macie wrażenie, że twarz się lepi skoro i rano skóra jest super nawilżona. Krem się wchłania praktycznie w moment i to jest dla mnie super. Poza tym, skóra jest gładka, miękka i bardzo miła i fajna w dotyku. Nie miałam problemów z sebum, więc i teraz nie mam. Jeśli chodzi o pory to mam wrażenie, że są lekko zmniejszone i mniej widoczne, więc spoko. A jeśli mowa o zmarszczkach, to w sumie nie wiem :D.
Krem mnie nie zapchał, nie podrażnił, nie uczulił, nic złego się skórą nie działo w trakcie używania.


Podsumowując, krem jest fajny! Ma dość mocne i dobre działanie, nic złego z moją skórą na szczęście nie zrobił. Wydaje mi się, że on na teraz, na chłodne, mroźne dni jest idealny! Bo skóra jest naprawdę eksponowana na masakrę trochę na zewnątrz, więc takie mocne odżywienie i nawilżenie w ciągu dnia jest bardzo przydatne! Nie wyobrażam sobie używać go w ciepłe dni, a raczej noce. Mam wrażenie, że to by było zdecydowanie dla mnie za dużo. Ale teraz jest ideolo i ja go polecam. Tym bardziej, że jest wydajny i można go kupić za ok. 15-20zł, co jest bardzo niewiele! Więc super!


Znacie? Bo ja na Meet Beauty miałam z samą marką do czynienia po raz pierwszy i chyba nawet o niej nie słyszałam wcześniej, więc fajnie, że miałam taką okazję ;). Jeśli macie do polecenia jakieś inne produkty z tej marki, też dajcie mi znać ;)!


#42 kinomaniak, czyli ostatnie 6 filmów, które oglądałam

09 stycznia 2020


Dzień dobry! Co tam jak tam? Mam nadzieje, że wszystko u Was w jak najlepszym porządku. U mnie też jest wszystko ekstra, za tydzień w mojej okolicy zaczynają się ferie, a to wiąże się z tym, że i ja będę mieć więcej czasu na wszystko. I mam nadzieję, że uda mi się wtedy wszystko ponadrabiać.
A jako, że ferie to i liczę na to, że uda mi się obejrzeć masę różnych filmów! Dajcie znać w komentarzach, co ostatnio oglądaliście, bo i ja chętnie zobaczę coś nowego w moim wolnym czasie. A jak na razie zapraszam Was na przegląd moich ostatnich 6 filmów, jakie miałam przyjemność i czasem nie oglądać.

Laski na gigancie (2017) 'Girls Trip' komedia

Pozytywnie się zaskoczyłam. komedia jest nie tylko śmieszna i zabawna, ale opowiada o bardzo ważnych rzeczach, opowiada o przyjaźni i o prawdzie w życiu. Bo często jest tak, że udajemy, tym bardziej w dobie social media, kiedy wszystko robimy na pokaz i udajemy po prostu, że jest super ekstra świetnie, nawet przed najbliższymi. Nic nie przetrwa tyle, co właśnie przyjaźń. A poza tym, laski mają takie przygody, że naprawdę super się to ogląda i przeżywa wszystko razem z nimi. Jak dla mnie super ;)

Król Lew (2019) 'The Lion King' animacja, familijny, przygodowy

Włączyliśmy sobie Króla Lwa w drodze do Kenii. I to była jedna z najlepszych decyzji ever. Ja strasznie chciałam obejrzeć tę najnowszą wersję i w ogóle jestem osobą, która nie oglądała tej bajki jako dziecko, jakoś mnie to ominęło i wyobraźcie sobie, że obejrzałam go po raz pierwszy dopiero jakoś w liceum i wyłam jak bóbr! I ta nowsza część, gdzie efekty specjalne, animacje i wszystko inne jest genialne, jest naprawdę super. Fajnie się ogląda, nic nie przeszkadza, wszystko jest na plus.

Pięćdziesiąt twarzy Blacka (2016) 'Fifty Shades of Black' komedia

Ten film poleciał u nas totalnie przez przypadek (ja nawet nie wiem, jak to się stało). Nie jestem fanką Pana Greya a to jest dla mnie jeszcze gorsze i głupsze. Jeżeli ktoś lubi czarny humor, głupi humor i jest ciekawy prześmiewczej wersji Greya to może i ktoś będzie zadowolony. Dla mnie to niestety była pomyłka i każdy moment był gorszy od kolejnego.


Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa. (2020) sensacyjny

Oglądałam i mam trochę mieszane uczucia. Z jednej strony jestem zachwycona aktorami, muzyką, sposobem narracji, no i fabułą samą w sobie. Ale z drugiej strony, ja nie lubię krwi, nie lubię oglądać jakichkolwiek walk i bójek, nie jest to dla mnie coś miłego i momentami odwracałam wzrok, bo było tego za dużo. Słyszałam głosy na sali mówiące, że 'bleeh, ale komedia romantyczna' - no dla mnie to nie jest komedia romantyczna na pewno. Historia miłosna przedstawiona w fajny sposób iż fajnym niedopowiedzianym dramatem, który da się zauważyć. Ogólnie polecam i pewnie gdyby nie przeszkadzały mi trochę bardziej drastyczne sceny to byłabym zachwycona.

Święta nie na bogato (2019) 'Holiday Rush' komedia romantyczna

Spodziewałam się czegoś innego - to na pewno. Spodziewałam się bardziej przejmującego dramatu (tak, sugeruję się zazwyczaj tylko tytułami wybierając film), który sprawi, że całkiem inaczej spojrzę na te święta. Nie wyszło! Jest to komedia romantyczna, ale dość szmirowata i dubbing, jaki okropny, że czasami nie dało się tego oglądać. Rozwydrzone dzieciaki, ojciec, który ma w głowie chyba tylko pstro no i nie wiem. Jakoś nie do końca mi podeszła.

Dwóch papieży (2019) 'The Two Popes' dramat, religijny

Moi rodzice mówili o tym filmie, więc oglądałam go z mega ciekawością, co jakiś czas czytając dość negatywne opinie w Internecie, a także chciałam wiedzieć, co rzeczywiście jest faktem, a co zostało zmontowane tylko na potrzeby filmu. Mi on się podobał! Były fragmenty niemożliwe i naciągnięte, jak to w każdym filmie, ale ogólnie fajnie było wejść w ten świat papieży, zobaczyć jak to może prawdopodobnie naprawdę wyglądać w rzeczywistości i no ogólnie dla mnie ciekawy i naprawdę warty obejrzenia!

No to! Dajcie też znać, czy znacie te wyżej wymienione filmy!
Pozdrawiam!


Pozbywamy się zaczerwień i podrażniń z Vichy; Aqualia Thermal ExtraSensitive

05 stycznia 2020


Dzień dobry! Pierwsza kosmetyczna recenzja tego roku! Po tej przerwie świątecznej jest mi mega ciężko wrócić do starego trybu, w którym wszystko mam poukładane i ogarnięte w mojej idealnej kolejności. Ale damy radę, rok się dopiero zaczął, więc jeszcze wszystko przed nami. W końcu wrócę do mojego rytmu, ale i tak cieszę się, że coś udało mi się napisać, więc mam nadzieję, że i recenzja będzie dla Was przydatna!
Markę Vichy znam już dość długo. Moja mama jest jej chyba największą fanką, a dla mnie zawsze były to kosmetyki dla takich dorosłych babeczek. No i chyba już dorosłam do tego wieku, że i Vichy jest u mnie dość dużo. Marka ma ogromny wybór, więc każdy znajdzie odpowiednie produkty dla siebie. No i ja mam dzisiaj dla Was nawilżający krem, enjoy!

Vichy, Aqualia Thermal ExtraSensitive
Kojąca pielęgnacja przeciw zaczerwieniom i podrażnieniom


Dzięki połączeniu Witaminy B3 znanej z właściwości kojących, Wody Termalnej z Vichy, Kwasu Hialuronowego oraz Masła Shea, formuła Aqualia Extrasensitive skutecznie ukoi nadwrażliwą skórę.
Krem ma za zadanie zredukować zaczerwienienia, zniwelować uczucie pieczenia, długotrwale nawilżyć, a także przywrócić komfort skórze nadwrażliwej i suchej skłonnej do podrażnień. Poza tym, wzmocni skórę, ukoi i wspomoże jej regenerację. 
Produkt łatwo się wchłania, posiada lekką nawilżającą konsystencję, pozostawia uczucie nawilżenia i komfortu skóry.

Skład: Aqua/Water, Squalane, Propanediol, Dimethicone, Hydrogenated Polyisobutene, Niacinamide, Glycerin, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Pentylene Glycol, Butyrospermum Parkii Butter/Shea Butter, Stearyl Dimethicone, Ammonium Polyacryldimethyltauramide/ Ammonium Polyacryloyldimethyl Taurate, Propylene Glycol, Synthetic Wax, Glyceryl Isostearate, Sodium Hyaluronate, Poloxamer 338, Citric Acid, Acrylates/ C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Acrylates Copolymer, Parfum.

Skuteczność potwierdzona w 5 badaniach. Testowany dermatologicznie, hipoalergiczny. Zapakowany hermetycznie. Bez parabenów, barwników i alkoholu etylowego.


Krem znajduje się w smukłej butelce próżniowej, która jest jeszcze dodatkowo zapakowana w kartonik. Na tym kartoniku znajdują się wszystkie najważniejsze informacje. Na samej butelce nic nie znajdziecie, ale to nie problem. Ogólnie opakowania próżniowe są super, bo naciskacie, a produkt jest wypychany na wierzch i macie pewność, że praktycznie wszystko zostanie wypompowane i zdenkowane. Ja uwielbiam takie rozwiązanie, bo jest to nie tylko łatwe i wygodne w aplikacji, ale i higieniczne. 
Konsystencja jest bardzo lekka, ale zarazem treściwa i konkretna. Jedna pompka idealnie wystarcza na aplikację na całą twarz, co mega mi się podoba. Na szyję zostają jakieś resztki, co mi w porannej pielęgnacji wystarcza. Bardzo dobrze się go rozprowadza. A i pachnie ładnie, dość delikatnie, raczej kosmetycznie niż jakoś konkretnie, żebym mogła do czegoś przyrównać. Ale wszystko tutaj pasuje.


Krem mimo swojej lekkiej konsystencji jest całkiem konkretny jeśli chodzi o działanie na skórze. Nie jest obciążający, męczący czy taki ciągnący skóry. Bardzo lekko rozsmarowuje się po twarzy i szybko się w nią wchłania. Nie muszę czekać za długo np. z nałożeniem makijażu. Skóra po nałożeniu nie jest ani zmatowiona ani rozświetlona, taka normalna. Aczkolwiek czuć, że jest nawet nawilżona, wygładzona i miła w dotyku. Nie zauważyłam też, żeby krem jakoś wpływał negatywnie na makijaż.
W sumie to ja nie mam większych problemów z podrażnieniami, nie mam żadnych skłonności, ewentualnie do przebarwień. Z kolei zaczerwienienia zawsze jakieś się pojawią.
Jeśli chodzi o długotrwałe efekty to zauważyłam znaczące nawilżenie skóry, nawet jeśli w ciężkich chwilach zapominałam o pielęgnacji to i tak nie miałam z cerą żądnych problemów. Krem też sobie fajnie radzi teraz zimą, kiedy skóra jest narażona na niższe temperatury. Jakiekolwiek podrażnienia, które czasem się pojawiały spowodowane chorobą czy pogodą zostały bardzo szybko złagodzone. Jeśli chodzi z kolei o zaczerwienienia, bardziej mi się wydaje, że znikają one same niż, żeby krem miał na nie jakieś działanie. Bo cudownego zniknięcia zaczerwień nie zauważyłam. 
Krem mnie nie podrażnił ani nie zapchał. 


Krem jest dobry, fajnie lekki, nawilżający, ale nie powiedziałabym, że jest to jakaś cudowna bomba, która odmieni waszą cerę w kilka tygodni. Działanie jest lekkie, więc dla bardzo wymagającej cery może być jednak niewystarczające, ale dla młodej cery, która nie boryka się z wieloma problemami będzie fajny. Nie zauważyłam co prawda działania na zaczerwienienia, ale podrażnienia były fajnie łagodzone i pieczenie było ukojone. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się samo opakowanie, które jest tak mega wygodne w aplikacji, że szok! Kosztuje w okolicach 80-90zł w zależności od miejsca.
Czy polecam? Ciężko mi tu stwierdzić, bo jest fajny, ale nie jest jakiś super, ekstra, genialny, a myślę, że na pewno znajdziemy kremy o podobnym działaniu (jak nie lepszym), a w niższej cenie.
Dajcie znać, co myślicie? I jakich kremów używacie ?


Dieta sokowa, czy to ma sens?

02 stycznia 2020


Już od jakiegoś czasu polskie social media zostały zalane dietami sokowymi i ja sama oglądałam, czytałam i byłam na maksa ciekawa efektów. Zastanawiałam się, jak te soki smakują, jak to wygląda w praktyce, czy rzeczywiście nie jest się głodnym i co mi to jest w stanie dać? Tym bardziej, że wiele słyszałam o 'kontrolowanych głodówkach' czy innych dietach kilkudniowych, które mają za zadanie oczyścić organizm ze wszystkich toksyn i syfu, które się tam gromadzą.
No i trafiła mi się okazja na wypróbowanie takiej 1-dniowej diety sokowej od SportFood Soki, więc czemu nie, chciałam to i spróbuję, jak mam taką szansę. I nie, nie nastawiałam się, że po jednym dniu będę zdrowa jak ryba, że będę miała całkiem inne ciało, a mój organizm pozbędzie się wszystkich chorób, bakterii i zarazków, jakich się da. Nie dajmy się zwariować, to tylko jeden dzień,


Muszę przyznać, że sama paczka zrobiła już na mnie wrażenie, styropianowa, gruba, w środku wkład mrożący, który fajnie zadziałał i soki przyjechały do mnie zimne wraz z instrukcją, co i jak. Jak dostałam soki w czwartek 19 grudnia, tak ich data ważności była do 24 grudnia, więc wzięłam się za testowanie od razu następnego dnia, bo tak mi były wygodniej. Nie miałam wtedy nawet za bardzo czasu jeść, ani tym bardziej zrobić zdjęć, ale na taki dzień te soki były idealne.

Żałuję tylko, że nie miałam czasu na zrobienie jakichś sensownych zdjęć, ale soki nie mogły czekać kilka dni na dobre światło i vibe do zdjęć, a i jest to tak specyficzna rzecz, że stwierdziłam, że w dni robocze jest największy sens spożywania tych soków, a nie np weekend.


Z instrukcji dowiedziałam się, że do takiej diety należy się przedtem przygotować i to tak co najmniej 2 dni wcześniej zacząć pić wodę z cytryną i imbirem, nie spożywać alkoholu ani ciężkostrawnych produktów, fast-foodów, zrezygnować z nabiału i mięsa itp. I tak za dużo nie jem ogólnie, a i byłam w takiej sytuacji, że nie objadałam się akurat wcześniej, więc dla mnie to nie był za duży problem.
Poza tym, mamy dokładnie opisane, jakie soki w jakich godzinach mamy wypić, że dodatkowo należy się nawadniać, nie podjadać (tylko owoce!), nie żuć gumy itp. 


7:30 - 8:30 SZCZUPŁA TALIA (wiśnia, truskawka, jabłko, agrest, porzeczka czarna i porzeczka czerwona)
Sok idealny dla osób, które dbają o sylwetkę i metabolizm. 

Akurat musiałam wtedy wstać rano, więc idealnie wyszło. Pierwszy sok i od razu był czad. Był przepyszny! Co prawda latał w nim miąższ (tak samo i w kolejnych sokach), czyli coś czego ja nie znoszę, ale wypiłam do końca. I to było dla mnie coś świetnego, siedziałam na lekcjach, mogłam się napić, kiedy tylko chciałam (nawet w autobusie), a w sumie było to dla mnie śniadanie. 
I tu narodził się idealny plan, że będę na pewno robić sobie soki na śniadanie, co prawda dzień przed, bo nie mam czasu ani chęci rano stać w kuchni, nawet jeśli robię jedynie smoothie. Więc tutaj plus, i za smak i za pomysł i motywację, bo dla mnie takie śniadanie to idealna sprawa, bo z nim mam zawsze największy problem.

Na kolejnych etapach, już się z godzinami zaczęłam spóźniać z sokami, i o dziwo nie byłam w stanie wypić tych soków w godzinę. Ale miałam też mega zalatany dzień i nie miałam czasu kompletnie na nic, więc pewnie i dlatego.

10:30 - 11:30 ELIKSIR MIŁOŚCI (truskawki, jeżyny, jabłko, czarny sezam i mleko kokosowe)
Sok będzie idealny dla osób, którym zależy na spalaniu tłuszczu, a także dla ospałego i znudzonego organizmu.

Kolejny sok był najpyszniejszy z całej piątki, bo były truskawki. Ale byłam w szoku, jak to mega smakuje z mlekiem kokosowym, z czarnym sezamem, niby nic, a zrobiło to na mnie super wrażenie. Taka genialna mieszanka i nie dziwi mnie, że szok jest uznawany za najlepszy! Ale był ekstra i taki na bank będę sobie robić i mogę się tutaj nim zachwycać cały czas!
Nie byłam głodna, czułam się dość najedzona i wszystko było w porządku.

13:30 - 14:30 PIĘKNA SKÓRA (pomarańcza, mięta, gruszka, jabłko, siemię lniane)
Sok jest idealnym sposobem na zdrowy i piękny wygląd.

Ten sok od razu skojarzył mi się ze zwykłym sokiem pomarańczowym. Był smaczny i do takich smaków jestem w sumie przyzwyczajona - był dobry, ale nic nadzwyczajnego czy odkrywczego. Podobała mi się nutka mięty, która była idealnie wyważona, a do tego siemię lniane, o którym słyszałam baaaardzo długo! I to są kolejne rzeczy, które muszę wykorzystywać w sowim smoothie.
Aczkolwiek przy tym soku miałam kryzys, tak bardzo chciałam zjeść coś normalnego, że szok. I to nawet nie o to chodzi, że umierałam z głodu jakoś bardzo, ale po prostu miałam ochotę coś zjeść - dziwne. Ja osoba, która nie lubi gotować, a nawet jeść miałam ochotę na wszystko, ale brak czasu sprawił, że został mi tylko sok i w sumie po nim czułam lekki głód.

17:00 - 18:00 ŚWIĘTY SPOKÓJ (truskawki, banan, jabłko)
Sok będzie idealny dla osób zmęczonych życiem, idealny na skołatane i zszarpane nerwy i po aktywnym dniu.

Kolejny pyszny sok, ja aż zapomniałam jak bardzo lubię truskawki, haha. Tu dość zwykłe połączenie, ale takie sprawdzają się w końcu najlepiej. I przy okazji najłatwiej jest takie zrobić. W każdym sklepie znajdziemy truskawki, banany i jabłka w sezonie, więc dla mnie rewelacja. Kolejny sok do kolekcji, który będę sobie robić. Smaczny, łatwy i super ;).

I tu zaczęłam podjadać. Tragicznym pomysłem dla mnie było robienie obiadu mężowi, w trakcie takiej diety. Podjadałam chyba wszystko, co miałam na stole przed sobą, ale nie dajmy się zwariować. Nie mam odgórnego obowiązku przestrzegania diety, nie choruję ani nic, więc na pewno mi nic nie zaszkodziło. Miałam ochotę to coś tam zjadłam i dobrze mi z tym.

20:00 - 20:30 WIECZNA MŁODOŚĆ (szpinak, seler, pietruszka, jarmuż, ogórek, jabłko)
Sok na pewno dostarczy Ci dużo pozytywnej energii!

Ostatni sok tego dnia! Pierwszy zielony, pierwszy owocowo warzywny i pierwszy, który mi nie smakował. Co prawda spodziewałam się większej tragedii, więc byłam pod wrażeniem, że i tak nie jest taki zły, ale nie piłam go z zachwytem. I piłam go już chyba jakoś 21-22 i go nie wypiłam, bo zasnęłam na kanapie i obudziłam się o 4 nad ranem. Gdyby nie to, to na pewno bym go wymęczyła do końca.
Ogólnie to sok miał dość ciekawy smak. Nie smakował mi, ale byłam go ciekawa i chciałam pić, bo za każdym razem czułam coś innego i to było ciekawe. To był jedyny gładki sok, bez żadnego miąższu ani innych farfocli latających w środku.


Ja po takim jednym dniu czułam się dobrze! Może trochę głodna byłam, ale gdybym miała tylko czas na jakiś owoc, to bym zjadła i byłoby okej. Mój metabolizm był na maksa przyspieszony i miałam wrażenie, że organizm się naprawdę fajnie oczyścił. Pomysł na sok na śniadanie spodobał mi się najbardziej, bo sprawił, że nie byłam głodna, a i miałam dużo energii na cały dzień i byłam taka naładowana. Myślę, że największy sens ma dodanie przynajmniej jednego soku dziennie do diety i to genialnie na nas zadziała. Bomba witaminowa, której mi brakuje i możemy się pozbyć wielu dolegliwości, a i na pewno ma to zbawienny wpływ na nasze ciało, skórę, włosy i co najważniejsze na zdrowie. Przy okazji tych soków miałam okazję na stronie poczytać trochę o tym, jak poszczególne produkty chronią nas przed chorobami, co jest genialne i muszę zacząć z tego korzystać!
Mega chętnie bym sobie zrobiła taką dietę sokową po świętach, po obżarstwie, kiedy ledwo jesteśmy w stanie się ruszyć, bo na pewno ułatwia funkcjonowanie organizmu.

Cena jednego soku to 13 zł, gdzie cena 1-dniowej diety sokowej wynosi 89 zł. Więc wychodzi na to, że kupując pięć soków oddzielnie zapłacicie mniej, ale nie będziecie mieć rozpisanego planu dnia i dobrać soki musicie sobie sami, a do wyboru macie 15 różnych soków. Czy to drogo, czy nie to musicie ocenić sami. Jeżeli kogoś stać, lubi wygodę, nie lubi stać w kuchni, to czemu by nie spróbować? Myślę, że jeśli będziecie pamiętać o tym, że po jednym dniu, czy nawet po 3 nie ma co oczekiwać cudów i że same soki nie odmienią Was o 180 stopni, to będzie dobrze i powinniście być zadowoleni! Dla mnie ekstra sprawa i myślę, że kiedy będę wiedzieć, że czeka mnie dużo jedzenia to się przygotuję i później dam odpocząć mojemu organizmowi i ogarnę kolejne soki :)

Dajcie znać co o tym myślicie!? I kto widział moje picie soków na insta? :D
A może macie jakieś postanowienia noworoczne związane ze zdrowiem i ze zdrowym odżywianiem?