Denko 2020r. - sierpień!

31 sierpnia 2020

 

I witam Was dziś w kolejnym denku! Kończymy wakacje podsumowaniem zużyć tego miesiąca. Co prawda nie będzie tego jakoś sporo, bo w ostatnim czasie testowałam bardzo dużo różnych produktów, dlatego zdarzało się, że nie dokańczałam produktów, tylko zaczynałam coraz to nowsze i tak w kółko. Dlatego od września robię sobie detoks i skupiam się na tym co już mam otwarte, żeby to wszystko zużyć do końca i żeby nic się nie zmarnowało ;). Ale to dopiero potem. Na razie ciśniemy z tym, co zużyłam w sierpniu ;).


Standardowo musiałam zużyć Alterra Naturkosmetik, delikatny szampon do włosów; jojoba i migdały bio; dla mnie must have! I jest to zdecydowanie najlepiej oczyszczający szampon, który nie plącze i nie wpływa jakkolwiek na moje włosy. W kwestii pielęgnacji ciała: Dermacol, Aroma Ritual, antystresowy żel pod prysznic, winogrono i limonka, bo uwielbiam. Mimo że jakoś tym razem zapach wydawał mi się jakoś tak turbo bardziej sztuczny niż kiedyś, ale mimo to i tak mi się podobał i mega lubię te produkty. I przy okazji, Organic Shop, peeling do ciała, sycylijska pomarańcza; dla mnie te peelingi są wszystkie takie same, ale są po prostu dobre. Fajnie pachną, bardzo dobrze peelingują skórę, co prawda ten skończył mi się zaskakująco szybko, nie wiem czemu, ale tak wyszło dobrze. Przyczepię się tylko do tego, że lubi się grudkować i zatykać prysznic, ale to są właśnie uroki pielęgnacji! W kwestii twarzy, zużyłam w końcu Ziaja, tonik zwężający pory na dzień i na noc liście manuka. Mówię w końcu bo przez pewien okres nie używałam go w ogóle, a ostatnio dosyć regularnie, z czego na maksa się cieszę, a że go lubię to chyba nie muszę mówić. I z tej samej serii Ziaja, pasta do głębokiego oczyszczania twarzy przeciw zaskórnikom - nic się nie zmieniło, dalej lubię tak samo mocno, chociaż ostatnio jakoś tak rzadziej używałam, ale jestem pewna, że wrócę do tej pasty ;). No i w temacie makijażu, zużyłam Catrice, Liquid Camouflage korektor w płynie - mój ulubieniec i nie ma innej opcji. Zawsze mam jakoś 2 w zapasie na wszelki wypadek, jakby nagle się skończył, a ja potrzebuję dobrego rozświetlenia pod oczami ;)


be The Sky Girl, mus do ciała, sweet life - tak ja osoba uwielbiająca lekkie konsystencje wrzucam mus do ciała do cudów, ale nie może być inaczej. Aż teraz, pisząc to, czuję ten genialny i letni zapach w nosie, owocowy, jak drink nad basenem - no dla mnie czad. I mimo wszystko nie było aż takiej tragedii w rozsmarowywaniu, a wydajność pierwsza klasa!
Salvatore Ferragamo, Amo Ferragamo - Flowerful - co prawda nie kupiłabym tych perfum nigdy dla siebie, ale jednak cudo. Początkowo wydawały mi się bardzo słodkie i takie nie do końca dopasowane do mnie, ale ostatecznie uwielbiałam ich używać, głównie latem, jak było ciepło, kiedy miałam ochotę na jakąś przygodę. Nie wiem też czy jeszcze kiedyś u mnie zagoszczą, bo tak, jak pisałam ostatnio nie mam parcia na posiadanie tysiąca drogich perfum, więc zobaczymy. Ale ogólnie perfumy polecam, bo można się w nich mega czuć!
Shecell dermatologic, dermoaktywny krem do skóry odwodnionej - na maksa się polubiłam z tym kremem, bardzo lubię takie lekkie konsystencje, w dalszym ciągu o konkretnym działaniu. Bardzo fajnie nawilżał, odżywiał i przygotowywał skórę pod makijaż, jak i idealnie się spisał na wieczorną pielęgnację. Bardzo polubiłam!


Dove, antyperspirant w aerozolu, go fresh, pomegranate & lemon verbena scent - tutaj jest dość prosta sprawa, antyperspirant, jak antyperspirant. Nic wow, ale też i nic turbo beznadziejnego, ładnie pachniał, nie plamił jakoś bardzo ubrań, chociaż czasem widziałam białe krechy na koszulkach, ale z braku laku można się na niego skusić. Ale ostatnio ja preferuję zdecydowanie kulki ;)



Isana, waciki kosmetyczne
- 3 razy nie, a jakbym mogła to nawet i 100 razy nie. Turbo grube, rozwarstwiające się, niefajne w dotyku, no dramat. Najgorsze z najgorszych, seriously. I wiem mówiłam, że nie będę kupować innych, ale akurat wtedy jechaliśmy na wesele, a ja ogarnęłam, że nie wzięłam żadnych i musiałam kupić cokolwiek.
Seni Care Inti+, chusteczki do higieny intymnej - kolejne nie fajne chusteczki do higieny intymnej, ja nie wiem.. Mam nadzieję, że kiedyś w końcu trafię na fajnego zastępcę Facelle, najwyżej będę używać jakichś chusteczek nawilżających dla dzieci, haha. Dajcie znać, czy może Wy znacie, jakie fajne produkty!



Isana, lakier do włosów z panthenolem i filtrem UV - są oczywiście dużo lepsze lakiery, ale w sumie powiem Wam, że dla mnie taka mini wersja, nie za miliony monet jest wystarczająca. I mega spoko, bo i tak rzadko używam lakierów do włosów, tylko co wesela czy imprezy, więc dla mnie sztos, żeby zmieścić nawet do torebki :)
Facelle, płyn do higieny intymnej - miałam już nie raz pełnowymiarowe produkty i jestem równie zadowolona. Płyn jest spoko, tani i dobrze działa, myje i czyści - więc super.
DayTox, firming day cream, ujędrniający krem na dzień - tak ja go używałam tak turbo długo. Zawsze brałam na wyjazdy, a on się nigdy nie kończył. Ale muszę powiedzieć, że jest rewelacyjny, świetnie pachnie i od razu oddziaływał na skórę, ja byłam w szoku. Wiedziałam, że jak pojadę gdzieś to nie będzie przypału, że będę źle wyglądać, a zawsze wyglądałam nawet lepiej. 
Dermacol, intensywnie liftingująca maska - maska bardzo fajnie działała, saszetka wystarczyła na długo, lubię ten jej mydlany zapach, a i efekty były dla mnie zadowalające, więc czad! 


Bardzo mi dziwnie, że takie małe denko, ale najważniejsze to że kupiłam bardzo mało kosmetyków w tym miesiącu i to same najważniejsze rzeczy, więc ja jestem bardzo zadowolona!
A jak wasze zużycia w tym miesiącu? :))

Mentolowo cukierkowo pachnące trio od Zielone Laboratorium z Topestetic.pl !

28 sierpnia 2020

Dzień dobry! Co tam, jak tam? Wakacje coraz bardziej już się kończą, na Meet Beauty mam nadzieję, że się zgłosiliście wszyscy i będziemy mogli zobaczyć się przynajmniej online ;) ! Ciekawa będzie ta edycja, coś innego, coś nowego, więc tym bardziej jestem na maksa ciekawa jak to będzie wszystko wyglądać! Mam nadzieję, że mi się uda dostać i będę mogła tego doświadczyć ;). Dajcie znać, kto się zgłosił!


Dzisiaj mam dla Was kolejną recenzję kosmetyków od Topestetic.pl! Strasznie się cieszę, że mam możliwość przetestowania tak sporego asortymentu, tym bardziej że tam można znaleźć wszystko! Tym razem przyjdzie mi opisywać produkty do włosów od Zielone Laboratorium! Markę kojarzę, ale jeszcze nie miałam okazji testowania ich produktów, a wiecie że jeśli chodzi o włosy to mam na ich punkcie totalnego bzika, no to lecim!

proteiny owsa i zielona herbata
Szampon został stworzony na bazie naturalnych i delikatnie myjących składników. Olejki eteryczne i zielona herbata stymulują, działają przeciwłupieżowo i hamują proces przetłuszczania się włosów. Proteiny owsa chronią włosy przed uszkodzeniami i zwiększają ich elastyczność.
Do codziennego użytku, niewielką ilość szamponu należy nałożyć na wilgotne włosy i skórę głowy, następnie masować dodo otrzymania piany i dokładnie spłukać.

Skład: Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Cocoamphoacetate, Citric Acid, Glycerin, Camellia Sinensis Leaf Extract, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Prunus AMygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oli, Sucrose Laurate, Sucrose Stearate, Hydrolyzed Oats, Panthenol, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Lavandula Angustifolia Herb Oil, Sodium CHloride, Phytic Acid, Sodium Hydroxide, Sodium Citrate, Xanthan Gum, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Limonene, Linalool. 

Szampon detoksykujący znajduje się w poręcznej buteleczce o pojemności 250 ml. Bardzo podoba mi się ten design i to jak wyglądają opakowania tej marki. Wszystko jest ładne i estetyczne, ale i czytelne. Dodatkowo, mamy zamknięcie na 'klik', z jednej strony się naciska, a z drugiej możemy już wydobywać produkt na rękę. Takie rozwiązanie mi się szczególnie podoba, bo nie trzeba nic odkręcać, a przy mokrych dłoniach nie zawsze to ułatwia sprawę. 


Konsystencja jest nawet rzadka, ale konkretna. Nie przelewa się przez palce i bardzo wygodnie nakłada się na włosy i skórę głowy. I zapach! Zapach jest obłędny, jak i wszystkich produktów  z dzisiejszego wpisu. Szampon akurat pachnie mi trochę jak maść rozgrzewająca, bardzo mentolowo, ale mi się niesamowicie podoba! Jest taki odświeżający i pobudzający, i aż mam ochotę go niuchać non stop - uwielbiam.
Szampon super się pieni i nie ma żadnego problemu z używaniem, czy nakładaniem. Niewiele potrzeba na umycie włosów, więc szampon będzie też wydajny. Bardzo dobrze i dokładnie oczyszcza włosy. Aż czuć po nich, że są takie trochę szorstkie i trochę twarde, ale w dalszym ciągu w akceptowalnym stopniu (przynajmniej w porównaniu do szamponu oczyszczającego przed keratyną to jest całkiem okej). Włosy się nie plączą, nie odczułam też jakiegoś podrażnienia, czy czegokolwiek złego, co mogło się z nimi stać. Poza tym, zauważyłam, że po tym szamponie mogę rzadziej myć włosy, co dla włosów przetłuszczających się jest rewelacyjną opcją!


olej migdałowy i len
Odżywka ze składników biodegradowalnych zawiera substancje roślinne o właściwościach wygładzających, wzmacniających i odbudowujących strukturę włosa. Olej migdałowy i ekstrakt z lnu działają nawilżająco, odżywczo i ułatwiają układanie włosów. Odżywka działa błyskawicznie, można spłukać zaraz po nałożeniu, a dzięki zastosowaniu unikalnego kationowego kondycjonera, a włosy nie elektryzują się.
Odżywkę należy nałożyć na umyte i wilgotne włosy, a następne spłukać ciepłą wodą od razu po zastosowaniu.

Skład: Aqua, Behenamidopropyl Dimethylamine, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Citrus Aurantifolia (Lime) Oil, Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot) Fruit Oil, Cinnamomum Zeylanicum (cinnamon) Bark Oil, Linum Usitatissimum Seed Extract, Equisetum Arvense Extract, Panthenol, Hydrolyzed Oats, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Alcohol, Tocopherol, Caprylic/Capric Triglyceride, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Hydroxyethylcellulose, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Citric Acid, Lactic Acid, D-Limonene, Citral Linalool, Cinnamal. 

Odżywkę nakładam na włosy zaraz po szamponie, co bardzo mnie cieszy, bo włosy po szamponie są dość szorstkie, więc czuję, że potrzebna im jest duża dawka odzywki. Odżywkę zawsze wczesuję i zostawiam na parę minut. W tym czasie zazwyczaj ogarniam łazienkę, układam kosmetyki i otwieram sobie kolejne produkty, żeby ułatwić sobie robotę. 
Opakowanie jest znowu super, wszystko jest utrzymane w jednej estetyce, co niesamowicie mi się podoba. Dodatkowo, odżywka jest wyposażona w pompkę, co niesamowicie ułatwia sprawę! Uwielbiam pompki w każdych produktach, więc za to ogromniasty plus! Odżywka ma bardzo lekką konsystencję, przez co mam wrażenie, że muszę nałożyć jej więcej, a to może się przenieść na słabszą wydajność. Nie oszczędzam jej i już mam wrażenie, że znika trochę szybciej niż pozostała dwójka.

 
Ale znowu, odżywka ma mistrzowski zapach ! Zapach jest słodki, ale i niesamowicie cukierkowy. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie co za cukierek tak pachnie, ale jak jej niucham to mam gdzieś z tyłu głowy dokładnie ten zapach, że go znam, że kojarzę, ale za nic nie jestem w stanie ogarnąć co to. Mam nadzieję, że kiedyś sobie przypomnę.
Odżywka nie spływa z włosów, a fajnie w nie wnika. Od razu po nałożeniu da się odczuć, że włosy stają miękkie, gładkie i bardzo miłe w dotyku. W moment da się odczuć ulgę po tej wcześniejszej szorstkości. Mam wrażenie, że włosy po tej odżywce są w dużo lepszej kondycji, bardziej nawilżona, odżywione i takie ogarnięte. Dla mnie super.


mięta, jabłko i ekstrakt zbożowy
Maska podkreśli naturalne piękno włosów, wygładzi, ułatwi rozczesywanie i układanie. Kationowa formuła maski sprawia, że składniki aktywne od razu wnikają w strukturę włosa. Włosy po użyciu są dogłębnie nawilżone i odświeżone. Zawarty w składzie ekstrakt ze skrzypu ma za zadanie zapobiegać wypadaniu włosów i wzmacniać je, natomiast pozostałe składniki, takie jak ekstrakt ze słodu i kwas foliowy odżywiają i łagodzą podrażnienia. 
Maskę należy nałożyć na umyte i wilgotne włosy, a następnie spłukać ciepłą wodą.

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behentrimonium Chloride, Mentha Piperita Herb Extract, Equisetum Arvense Extract, Pyrus Malus Fruit Juice, Butyrospermum Parkii Butter, Spent Grain Wax, Argania Spinosa Kernel Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter Extract, Tocopherol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Salvia Lavandulaefolia Oil, Eucalyptus Globulus Leaf Oil, Mentha Piperita Leaf Oil, D-Limonene, Linalool, Citric Acid. 

Maska znajduje się w słoiczku, design znowu wszystko na plus, dodatkowo maska jest zabezpieczona sreberkiem, więc jak przychodzi do nas mamy pewność, że nikt do niej nie zaglądał. Czasem muszę się nasiłować, żeby otworzyć opakowanie, jak mam mokre dłonie, ale nie jest tak, że się nie da. 
Maska jest gęsta i konkretna, co lubię, bo wystarczy niewiele, żeby pokryć dokładnie całe włosy. Maska nie spływa z włosów, tylko bardzo fajnie w nie wnika, co da się odczuć od razu. Znowu zapach jest fenomenalny. Ta maska też pachnie mentolowo i dość intensywnie, ale znowu jest to zapach z tych urzekających i uzależniających. 


Maskę używałam oczywiście solo, pod czepek i czasem dodawałam takiego oleo-kremu, ale to potem. Najpierw chciałam wypróbować, jak działa maska sama w sobie na włosy. Zawsze maskę wczesuję! Działanie maski było podobne, ale oczywiście pod czepek i ręcznik maska dawała najlepsze rezultaty i efekty były wzmocnione. Ale wiadomo, jak się człowiek spieszy to zazwyczaj nie mam czasu na aż taki włosing. 
Włosy po masce są super nawilżona, miękkie i takie sprężyste aż. Czuć, że są w super stanie, ale nie są obciążone tylko właśnie fajnie wypielęgnowane. Włosy są w ekstra stanie, wzmocnione i odżywione. Dodatkowo są sypkie i jakoś tak fajnie się układają. Jakoś zawsze jestem sceptycznie nastawiona do zapobiegania wypadaniu włosów przez maskę, bo nie nakładam jej na skórę głowy, ale wierzę, że włosy są dzięki temu mocniejsze.


Podsumowując! Uwielbiam moje włosy po zastosowaniu całego trio! Ja oczywiście potem robię swoją zwykłą pielęgnację, bo zanim wysuszę włosy to potrafię jeszcze nałożyć na nie masę innych produktów, ale widać różnicę w porównaniu do innych produktów, jaki zazwyczaj używałam. Włosy są gładkie, ujarzmione, bardzo łatwo się je układa i łatwo się je rozczesuje. Mam też wrażenie, że albo włosy są grubsze albo coś tu genialnie działa objętościowo na plus. Końcówki też są gładkie, całe włosy są lśniące i ogólnie dużo lepiej wyglądają. I te zapachy są po prostu fenomenalne!
Ale na razie chętnie zostawię sobie te produkty na później i będę je rzadziej stosować. Po pierwsze, szampon jest dla mnie bardzo oczyszczający, a ja nie potrzebuję takiego oczyszczenia co mycie, nie przetłuszczają mi się włosy, więc myślę, że użyty raz na jakiś czas da mi więcej dobrego niż regularne jego stosowanie. Odżywki nie chcę wykończyć tak szybko, więc też będę ją używać co jakiś czas. Tym bardziej że ciekawa jestem, czy rzeczywiście sprawi, że włosy nie będą się elektryzować. A wiadomo jesień i zima to czas swetrów i bluz, a wtedy moje włosy są niesforne, elektryzują się i puszą, więc sprawdzę i to! Maskę będę używać na bieżąco, ale akurat masek zazwyczaj używam wymiennie, żeby dać włosom jak najwięcej najróżniejszych składników i będzie miodzio!
Ale ogólnie muszę przyznać, że marka mnie mega pozytywnie zaskoczyła; działaniem, składem no i zapachem. Dla mnie strzał w 10 i chętnie sprawdzę inne wersje tych produktów ;).



Francuskie perfumy numer 697 - odpowiednik Nina Ricci Chant d’Extase

25 sierpnia 2020

 

Heja, heja! Witamy w ostatnim tygodniu sierpnia! Nie wiem, czemu ja się aż tak ekscytuję i cieszę, że w całym roku dla mnie okres jesieni, zimy i świąt jest najlepszym! W sumie oboje z mężem mamy wtedy urodziny i wszystko jest takie super. Więc z utęsknieniem cały rok wyczekuję tych ostatnich 3 miesięcy, które zdecydowanie dla mnie są najlepsze. I od jakiegoś czasu piszę tylko o tym, jak bardzo się jaram  cieszę, więc wystarczy tego przynudzania. 

Za to dzisiaj będę pisać o perfumach. Słowem wstępu, nigdy nie miałam parcia na drogie perfumy, nie musiałam mieć najnowszego Armani czy Gucci, ale też nie szukałam nigdy jakoś specjalnie odpowiedników, czy podróbek. Co mi się podobało to kupowałam, ile kosztowało, tyle płaciłam i klasa. Ale dzisiaj będzie o perfumach NO. 697 z Francuskie Perfumy i są one odpowiednikiem Nina Ricci Chant d'Extase! Nie sprawdzę poziomu odzwierciedlenia zapachu, ale skupię się na samych perfumach ;)


Francuskie Perfumy, No. 697
czyli Nina Ricci Chant d'Extase



Nuty głowy: malina, różowy pieprz, imbir, cytryna
Nuty serca: róża, jaśmin, magnolia i nuty morskie
Nuty bazy: karmel, ambra, wanilia i piżmo


Z ogólnych informacji, to buteleczki w Francuskie Perfumy są wszystkie takie same. Dla mnie spoko, proste, estetyczne, eleganckie. Tutaj wszystko dobrze działa, bez zarzutu. Nic się nie ściera, nic mi nie przeszkadza, wszystko fajnie. Moje mają pojemność 30 ml, czyli dość niewielkie, ale że ja używam perfum zawsze na zmianę, to i tak mam każde całkiem długo. Nie jestem też osobą, która ma wystawkę flakoników, które robią show, ale nawet jakbym miała to i tak, mogłyby tam stać wszystkie idento flakoniki i też by było spoko!
Atomizer daje nam fajną mgiełkę, która jest taka konkretna. Jedno psiknięcie i do razu czuć, że się poperfumowałam, więc fajnie. Ja z przyzwyczajenia na nadgarstki zawsze psikam 2 razy i dość często zdarza się, że pozostają mi krople płynu na rękach, więc możliwe, że przesadzam, ale w sumie I don;t care. Pamiętajcie, że perfum się nie rozciera! Zostawiacie je do wyschnięcia i wtedy możecie cieszyć się idealnym zapachem ;). 


Ja jestem zwolenniczką cięższych perfum i jak zupełnie nie znam się na zapachach i nigdy nie jestem w stanie wyczuć czegoś konkretnego, to teraz już wiem, że wszystkie moje ulubione perfumy są oparte na piżmie. Ten zapach jest dość intensywny, lekko zadymiony (takie uwielbiam), ale nie jest na tyle intensywny, że aż drażniący. 
Dla mnie pachnie super i  jest to mój zapach, bo bardzo szybko staje się dla mnie niewyczuwalny*, a mąż potwierdza, że nawet wieczorem czuć, że pachnę! I to perfumami! Więc jest też i trwały, co w perfumach jest mega ważne, bo ja akurat nie mam nawyku psikania się perfumami przed każdym wyjściem. Jakoś zawsze wszędzie lecę w biegu, więc pewnie dlatego. Nie jestem dobra w opisywaniu zapachów, nie polecę tutaj tekstem, że jakąś nutę jestem w stanie wyczuć najpierw, a za 2 godziny pojawia się inna, bo zazwyczaj mi to nie wychodzi. Ale zapach jest ekstra mi się podoba, a to najważniejsze!
*Znacie ten tip, że jeśli szybko przyzwyczajacie się do zapachu, to oznacza, że jest idealnie dla Was dobrany, a jeśli ciągle jesteście w stanie go wyczuć w ciągu dnia, to oznacza, że to nie Wasz zapach? :)


Ostatecznie jestem mega zadowolona z tego zapachu. Ostatnio noszę go coraz częściej, a im bliżej jesieni i zimy to myślę, że dość szybko mogę go skończyć! Cenowo taka opcja przedstawia się ekstra, 30 ml - 13zł, 60ml - 21zł, a 104ml - 31zł. Więc super! Nie traktuję takich perfum, jako podróby, bo nie jestem jakimś freakiem na punkcie perfum. Więc why not? Odpowiedniki były już od zawsze, kojarzę chodzących ludzi oferujących markowe perfumy w lepszych cenach, więc znowu why not? Zresztą na chwilę obecną wszędzie widoczne są 'inspiracje' a to kosmetykami czy ciuchami.
Jak sobie wyobrażę, że w cenie jednych 'oryginalnych' perfum mogłabym mieć pewnie z 10 takich flakoników przeróżnych zapachów po 100 ml, to nic tylko brać! I czemu nie korzystać z takich okazji? :). A jak coś to i na stronie francuskie perfumy możecie kupić oryginały ;)
A Wy co myślicie na temat takich perfum? Dajcie znać!


Sekrety pracy w sklepie odzieżowym, w galerii handlowej

22 sierpnia 2020

 

Dzień dobry! Mam nadzieję, że Wasz weekend jest jak najbardziej udany i wszystko idzie po Waszej myśli! U nas ta końcówka wakacji jest dość napięta i nie pamiętam, kiedy ostatnio spędziliśmy jakiś weekend w domu, ale tak też jest okej, coś się dzieje, więc zakończenie wakacji mega.

A dzisiaj będzie wpis, o napisaniu którego myślałam już dłuższy czas. Zawsze myślałam, że praca w sklepie odzieżowym to pestka, że jest super przyjemna, łatwa i w ogóle 'żyć nie umierać'. W sumie pracowałam w sklepie odzieżowym ponad rok i ohohoh - myliłam się bardzo!  

Co prawda ja pracowałam w specyficznym sklepie z naciskiem na osobistą obsługę klienta, był to sklep odzieżowy, ale my mieliśmy głównie asortyment dla dzieci, włoska firma - ubranka bardzo dobrej jakości, ale jak na polskie realia, według mnie większość rzeczy była turbo droga. A więc, o czym nie wiedziałam zanim zaczęłam pracować w galerii handlowej?


Co to znaczy osobista obsługa klienta?

Nie w każdym sklepie ona istnieje, ale w naszym tak było, głównie po to, żeby sprzedać więcej, 'powciskać' inne produkty, a i żeby faktycznie wyjaśnić zasady promocji (w czasie wyprzedaży były jedyne w sowim rodzaju), pomóc w dobraniu rozmiarówki czy znalezieniu czegoś. My na sklepie mieliśmy zazwyczaj wyciągnięte po jednym rozmiarze z każdej rzeczy, reszta była na magazynie i rozmiarówka rzeczywiście była niestandardowa, więc mimo wszystko byłyśmy naprawdę pomocne. Ok. Wyglądało to tak, że pytałam najpierw w czym pomóc, potem dla kogo coś potrzeba, jaki rozmiar i zaczynało się pokazywanie rzeczy, czy klient tego chciał czy nie. O dziwo często działało, ale zdarzało się, że 'w najlepszym przypadku' (!) byłam olewana. Zazwyczaj jednak byłam besztana i traktowana niekulturalnie. Gwarantuję Wam, że jeżeli sprzedawcy nie odstępują Was na krok i próbują zagadać, to nie po to, bo chcą, tylko muszą. A jeśli po kilku odmowach dalej zadają jakieś pytania, to prawdopodobnie na sklepie jest ktoś kto ich obserwuje.

Mimo że nie było lekko, to mega doceniam to doświadczenie, możliwość obcowania z różnymi ludźmi, reagowanie na odpowiedzi, czasem na niespodziewane sytuacje., spotkałam się z chamstwem, ale i z miłymi sytuacjami. Widziałam jak można genialnie zmanipulować człowiekiem, złamać go i zresztą mi samej się to udawało nie raz. Nie winię nikogo za to, że potrafił się zdenerwować, każdy ma prawo mieć gorszy dzień, a to mogło tylko dolać oliwy do ognia. Mnie też to denerwuje i męczy, kiedy chodzę po sklepie, czasem bez celu, czasem z nudów, a ktoś za mną chodzi i co chwilę o coś pyta, ale teraz patrze na to totalnie z innej perspektywy. Więc trochę empatii, bo właśnie tego wymaga od nich ta praca.


5 kroków sprzedaży - nauka

Weźmiecie koszulkę? Zaraz dostaniecie do tego super pasujące spodnie. A do całości idealnie dopasowana bluza. Jak już bluza, to i kurtka, a kurtka nie może obyć się bez akcesoriów; czapka i szalik. Po drodze do kasy mamy jeszcze skarpetki, pidżamy, bo przecież trzeba w czymś spać, a przy kasie jeszcze jest super bielizna. I nie zapomnę tego chyba już nigdy - przynajmniej nikt mnie nigdy nie zaskoczy, kiedy ja będę coś kupować. Ale praca w sklepie to była ciągła nauka, nauka tekstów, konkretnych pytań i zachowań, żeby osiągnąć nasz cel. Miałam z tego notatki, niektóre sama robiłam, niektóre dostawałam i dalej je mam! A jako że nie byłam ekstra we wciskaniu rzeczy i męczeniu klientów, to byłam ciągle obserwowana, co mnie na maksa stresowało... ale sprzedawałam i to nie mało - tyle że po swojemu z odrobiną szczęścia.


Cele sprzedażowe

No i właśnie. U nas każda osoba miała swoje konto na kasie i nabijałyśmy zakupy na konkretne osoby w zależności od tego, kto kogo obsługiwał, dzięki czemu mogłyśmy wiedzieć wszystko. Nie tylko za ile kasy sprzedałyśmy rzeczy, ale dokładnie; ile kurtek, ile bielizny, ile ubrań dla starszych dzieci itp. Oczywiście co miesiąc było podsumowanie i mogłyśmy się porównać z innymi. Co miesiąc oczywiście miałyśmy też cel do osiągnięcia, i mogłyśmy sobie porównać sprzedaż z podobnym okresem z poprzedniego roku. Według mnie, jak na Lublin to nie było źle, czasem udawało nam się na maksa pocisnąć i były świetne miesiące, ale chyba dla naszych włoskich szefów nie do końca, bo sklep się wycofał ostatecznie z Lublina. Ale powiem Wam, że były dni, kiedy utarg wynosił 100-200zł, a były też takie, że było to nawet 7-8 tysięcy. Wiem że w porównaniu do H&M to nie jest wow, ale nasz sklep był specyficzny, mało popularny, drogi i niewielki.


Licznik wejść

Dla mnie to było największe odkrycie mojego życia, dlaczego czasem widywałam w galerii handlowej osoby schylające się wchodząc do sklepu. Licznik wejść i dosyć sporo sklepów ma taki licznik, który liczy ile osób w konkretnych godzinach i w ciągu całego dnia było w sklepie. Przy okazji tego, brało się też pod uwagę ilość paragonów i można było obliczyć procent naszej efektywności. Bo wiecie, dużo ludzi, a mało paragonów oznaczał na pewno, że olewałyśmy klientów i się nie starałyśmy. 


Papierologia

To jest punkt, który mnie akurat na maksa cieszył, bo ja uwielbiam papierkową robotę. Uwielbiam uzupełniać tabelki, rubryczki, zeszyty, segregować, wysyłać faxy i maile; liczyć, odejmować, jakieś procenty, różnice i analizowanie wyników. Dla mnie to była czysta przyjemność, mimo że zdarzały się i mi pomyłki. A to faktura, a to konwój, jakaś wymiana, inna faktura i tax free. I właśnie to nie jest tak, że przychodzicie, otwieracie sklep, sprzedajecie, zamykacie i wio do domu. Rano i wieczorem jest coś do uzupełnienia, zamknięcie trwało najdłużej. Wszystko zależy od klientów danego dnia, ale zdarzało się, że wracałam do domu pół godziny - godzinę później do domu.


I to by było chyba na tyle! Oczywiście wiem, że w każdym sklepie wygląda to inaczej, a mój był bardzo specyficzny, ale mimo wszystko, super wspominam ten czas, bo dzięki pracy w sklepie poznałam naprawdę super osoby! Nauczyłam się jeszcze więcej i nie obyło się bez przygód, a czasem i dziwnych akcji czy ofert matrymonialnych, ale było naprawdę fajnie. I cieszę się, bo jestem teraz w stanie lepiej zrozumieć wszystkich pracujących  w sklepach. Pamiętajcie, że praca z ludźmi nie jest łatwa i zdarzało się, że i ja miałam dość. 

Empatii dla wszystkich!


4skin, pielęgnacja z Dermaquest - serum

19 sierpnia 2020


Dzień dobry! Jak tam się trzymacie? Mam nadzieję, że wszystko jak najbardziej w porządku :) Ja już czuję jesień w powietrzu i tak jak mówiłam ostatnio - na maksa się cieszę i nie mogę się doczekać!
A dzisiaj będzie kolejna część ostatniego wpisu, a dokładniej będzie to kolejny krok w mojej wieczornej pielęgnacji po demakijażu i oczyszczaniu twarzy, czyli serum. Tym razem będę pisać o Serum C Infusion Dermaquest, od 4skin. Wspomnę, że i ten produkt jest z wyższej półki cenowej, więc można się po nim spodziewać cudów. To, jak.. ciekawi tych cudów?

Dermaquest, C Infusion Serum
Serum przeciwstarzeniowe z witaminą C i retinolem


Przeciwstarzeniowe serum z lipofilową formą witaminy C: BV-OSC (10%), kwasem ferulowym (0,5%) oraz czystym retinolem (0,2%). To jest pierwsze tego rodzaju połączenie.
Serum to kosmeceutyk przeznaczony głównie dla skóry wymagającej, potrzebującej działania wielopłaszczyznowego. Ta konkretna formuła witaminy C jest bardziej stabilna, nie utlenia się, nie pozostawia poświaty oraz zwiększa syntezę kolagenu o 50%. W tej formie jest w stanie przeniknąć do skóry właściwej, gdzie stymuluje syntezę białek podporowych skóry oraz uszczelnia naczynia krwionośne. Działanie serum zostało wzmocnione przez wprowadzenie do formuły innowacyjnego kwasu felurowego, który ośmiokrotnie zwiększa właściwości fotoprotekcyjne skóry. Dzięki tym składnikom, serum regeneruje uszkodzenia skóry właściwej i chroni komórki przed mutacją. Poza tym, zastosowanie niskocząsteczkowego kwasu hialuronowego (5%), komórek macierzystych z pomarańczy (1%) oraz peptydu nowej generacji RonaCare Cyclopeptide-5 (2%) wspomaga działanie przeciwstarzeniowe i rozjaśniające. Witamina E (91%) oraz fosfolipidy (1%) wzmacniają cement międzykomórkowy poprawiając nawilżenie i zdolność do regeneracji skóry. 
Specjalistyczne serum przeciwstarzeniowe polecane jest dla każdego typu skóry skłonnej do rumienia, rozszerzonych naczynek oraz narażonej na działanie szkodliwych czynników środowiskowych, promieniowania UV, klimatyzacja, stres oksydacyjny.

Skład: Water, Tetrahexyldecyl Ascorbate, Caprylic/Capric Triglyceride, Glycerin, Hexyl Laurate, Sorbitol, Butylene Glycol, Stearic Acid, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Cetyl Alcohol, Sorbitan Stearate, Polysorbate 60, Sodium Hyaluronate, Squalane, DImethicone, PPG-12/SMDI Copolymer, Hydrolyzed Glycosaminoglycans, Tocopheryl Acetate, Cetearyl Ethylhexanoate, Di-PPG-2 Myreth-10 Adipate, Linoleic Acid, Ferulic Acid, Glycine Soja (Soybean) Sterols, Phospholipids, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Callus Culture Extract, Ectoin, Cyclotetrapeptide-24 Aminocyclohexane Carbocylate, Retinol, Arabidopsis Thaliana Extract, Micrococcus Lysate, Plankton Extract, Glucosamine HCl, Laminaria Digitata Extract, Saccharomyces Cerevisiae Extract, Urea, Polysorbate 20, Bakuchiol, Isosorbide Dicaprylate, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil, Alcohol, Lecithin, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Magnesium Aluminum Silicate, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Limonene, Linalool, Citral, Geraniol.

Sposób użycia: Serum nadaje się do stosowania na dzień, jak i na noc. Należy nałożyć serum na skórę i wmasować do wchłonięcia. Ze względu na obecność retinolu  w trakcie kuracji i do dwóch tygodni po jej zakończeniu, należy pamiętać o stosowaniu ochrony UV na dzień. Produkt nierekomendowany kobietom w ciąży i w okresie laktacji. W okresie letnim najlepiej jest stosować serum jedynie na noc.


Serum znajduje się w dość podłużnej buteleczce, estetycznej i eleganckiej. Bardzo podoba mi się takiedesign, który jest dość minimalistyczny, ale robi robotę. Serum początkowo dostajemy również w kartonowym opakowaniu, na którym znajdują się wszystkie najważniejsze informacje. Wydobywamy je za pomocą pompki, co super ułatwia sprawę i jest to opakowanie w stylu airless, które ja bardzo lubię. Nie widać zużycia, ale to da się przeżyć ;)
Konsystencja jest dość standardowa, taki bardziej krem, ale nie jest ani za gęsty ani za rzadki. Bardzo dobrze rozsmarowuje się po twarzy, tak ok. dwie pompki potrzeba do nałożenia. Z kolei zapach jest dla mnie bardzo mocny, intensywny, pachnie mi jak jakiś mocny drink alkoholowy z sokiem pomarańczowym. Poważnie takie mam skojarzenie, od którego nie potrafię się uwolnić, ale za każdym razem, kiedy go nakładam, zapach kojarzy mi się z alkoholem i trochę mi to przeszkadza, ale zapach nie utrzymuje się na skórze.


Zanim przejdę do działania to muszę powiedzieć, że ja tego serum używam wieczorem, ale nie co wieczór i zdarzały się na początku dłuższe przerwy. Dlaczego? 
Serum nie powoduje u mnie pieczenia czy jakiegoś mocno odczuwalnego podrażnienia, ale... co jakiś czas cała skóra stawała się czerwona. Czasem było tak co użycie, czasem, co któreś, a zazwyczaj przez dłuższy czas nic. Nie wiem od czego to zależało i fakt faktem zaczerwienienie mijało zawsze następnego dnia, ale powiem szczerze, że początkowo odstawiałam serum (głównie przed weselami czy innymi wydarzeniami) tak na wszelki wypadek.

Ale jeśli już mogę powiedzieć o działaniu, to serum bardzo ładnie nawilża i odżywia skórę. Mam wrażenie, że jakoś tak od razu staje się bardziej promienna i zdrowsza, poprawił się jej wygląd. Zauważyłam też, że lekko rozjaśniło mi różne przebarwienia czy piegi, co propsuję. Jeśli chodzi o te wszystkie cudowne rzeczy, o których pisze producent, to ja nie jestem w stanie tego sprawdzić po jakimś miesiącu. Właściwości przeciwstarzeniowe, czy jakieś fotoprotekcyjne itp - to raczej dłuższy proces, więc czekajcie na denko, w którym po zużyciu całego opakowania będę mogła powiedzieć najwięcej.  


Podsumowując, serum działa, ładnie nawilża, odżywia i sprawia, że skóra wygląda dobrze, ale szczerze nie mogę powiedzieć, że serum jest sztosem, tym bardziej za cenę prawie 400zł. W takiej cenie spodziewałabym się czegoś wow, czegoś co działa w moment i w ogóle robi czary. A tak naprawdę znam bardzo dobre, może nawet lepsze sera niż to w dużo niższej cenie. Poza tym, jest to pierwsze serum, które mnie w ogóle jakkolwiek podrażniło. Nigdy wcześniej nie zauważyłam zaczerwienienia po jakimkolwiek produkcie. Więc tutaj dla mnie, bez szału. 
Możliwe, że te właściwości przeciwstarzeniowe, fotoprotekcyjne i inne, które będą widoczne za jakiś czas sprawią, że zmienię zdanie na temat tego serum i jeśli kogoś stać to jak najbardziej, można wypróbować i zobaczyć, co i jak. Dla mnie zdecydowanie za drogie.

4skin i pielęgnacja z Dermaquest, olejek do mycia twarzy i oczu

16 sierpnia 2020


Dzień dobry! Co tam u Was słychać? Jak tam spędzacie już w sumie końcówkę wakacji? Niesamowite jest to, że to już praktycznie koniec ;), ja się cieszę, ale domyślam się, że niektóry z Was woleliby, żeby taki stan został jak najdłużej. Chociaż myślę, że część z Was i tak ma dość, tym bardziej, że już od marca nie chodzi się do szkoły, więc hej! Czas najwyższy wyjść do ludzi haha.

A dzisiaj przechodzimy od nowej marki, o której ja nawet nie słyszałam, ale jest to marka z wyższej półki, która mogę poznać dzięki sklepowi 4skin - Dermaquest, olejek. Zaczniemy od oczyszczania twarzy z makijażu i zanieczyszczeń, czyli od olejku do mycia twarzy i oczu. Ja ostatnio preferuję olejki do demakijażu, więc byłam go bardzo ciekawa, tym bardziej że jest to produkt z wyższej półki cenowej!


Dermaquest, Universal Cleansing Oil
Terapeutyczny olejek do mycia twarzy i oczu


Terapeutyczny olejek myjący do twarzy i oczu to specjalistyczny kosmeceutyk przeznaczony do dogłębnego oczyszczania skóry. W subtelny i efektywny sposób usuwa zanieczyszczenia oraz makijaż (także wodoodporny), nie uszkadzając przy tym naturalnej bariery hydrolipidowej skóry. Rekomendowany jest jako pierwszy etap myjący w codziennej pielęgnacji porannej i wieczornej. W kosmeceutyku wykorzystano naturalne oleje tłoczone na zimno, bogate w witaminy oraz NNKT, aby wzmocniły cement międzykomórkowy i hamowały ucieczkę wody (TEWL). Olejek szczególnie jest rekomendowany do skóry wrażliwej, skrajnie suchej, atopowej z tendecją do egzemy, ale również dla skóry tłustej z nadmiarem sebum w gruczołach łojowych.
Oleje: ze słodkich migdałów (10%), abisyński (10%), jojoba (1%).

Skład: Isopropyl Palmitate, Caprylic/Capric Triglyceride, PEG-20 Glyceryl Trilsotearate, Cetyl Ethylhexanoate, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Sorbitan Oleate, Crambe Abyssinica Seed Oil, PEG-10 Laurate, Limnanthes Alba (Meadowfoam) Seed Oil, Decyl Glucoside, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Ubiquinone, Tocopheryl Acetate, Jasminum Officinate (Jasmine) Flower Extract, Jasminum Officinale (Jasmine) Oil, Adansonia Digitata Seed Oil, Borago Officinalis Seed Oil, Rosa Canina Fruit Oil, Retinyl Palmitate, Water, Ethanol.

Sposób użycia: należy nanieść olejek na suchą skórę dłońmi lub za pomocą wacików. Rozprowadzić preparat na twarz i oczy, a następnie masować. Przystąpić do zmywania olejku wodą lub za pomoc mokrych wacików (w przypadku stosowania makeup).


Olejek znajduje się w dość zwykłej buteleczce, estetycznej, klasycznej, bez przesadzenia, wszystko tutaj gra. Widać ile produktu zostało nam do końca, więc to jest też fajne. Zamknięcie mamy na 'klik', wiecie z jednej strony naciskacie z drugiej się otwiera/zamyka. Ale muszę przyznać, że taka opcja jest idealna dla olejku, bo nie wyleje nam się nagle całość na dłoń tylko idealnie możemy dozować sobie ilość produktu. Ale muszę przyznać, że nie do końca opakowanie jest szczelne. Nie wiem, gdzie przecieka, ale jak zabieram ze sobą to zawsze w dodatkowej reklamówce, która po powrocie do domu jest zawsze tłusta.

Konsystencja jest standardowa, olejkowa, nawet tłusta, ale nie jakoś tubo-klejąca się. Nie pozostawia po sobie nigdzie tłustego filmu, bardzo łatwo się go zmywa z dłoni i z twarzy. Zapach jest taki jakby zadymiony, nic konkretnego mi nie przypomina, jest bardzo słabo wyczuwalny. Fiołkami nie pachnie, ale też nie śmierdzi, więc tutaj lepiej tak. 

Jak coś to ja nie mam większych problemów z cerą, jest ona raczej normalna, czasem trochę sucha, czasem tłusta, wszystko zależy od obecnej pielęgnacji i moje 'chce mi się', ale pozwalam sobie na to, bo nie wymaga ona tego ode mnie. Ja zawsze najpierw zwilżam twarz wodą, nalewam odrobinę olejku na dłonie i zmywam makijaż, stosuję go tylko w pielęgnacji wieczornej.

Działanie olejku jest bardzo w porządku i nie mam mu nic do zarzucenia. Zmywa każdy makijaż, nawet największą tapetę i najmocniejszy makijaż oczu. Czasem zdarza się, że podrażnia mi oczy, ale myślę, że inne rzeczy też mają na to wpływ, jak np. inne produkty, pogoda itp. Ogólnie to olejek świetnie sobie radzi z rozpuszczaniem wszystkich produktów, jakich używam, brokatowe cienie, tusze do rzęs - wszystko! I co najważniejsze robi to dość dokładnie. Czasem czuję, że mam jakieś minimalne resztki tuszu, ale ja zawsze wykonuję dwuetapowe oczyszczanie twarzy, więc wiem, że i tak to zostanie doczyszczone. Olejek wykonuje najtrudniejszą i najbrudniejszą robotę, co uwielbiam. Dodatkowo do olejku dołączony jest różowy malutki ręcznik, dzięki czemu mamy wszystko, czego potrzebujemy do wykonywania demakijażu!

Skóra po użyciu nie jest tłusta, zaczerwieniona ani podrażniona. Nie zauważyłam też wysuszenia, przetłuszczenia, zapchania, czy nagłego wysypu niedoskonałości, więc bomba. I nie brudzi jakoś tragicznie umywalki, zdarzało się, że po innych olejkach wszystko było zaciapane i zabrudzone, a w tym przypadku wszystko możemy utrzymać łatwo w czystości.


Olejek naprawdę jest świetny w tym co robi, więc swoje zadanie wykonuje bezbłędnie. Zapach nie jest tragiczny ani przeszkadzający, więc to mi odpowiada. Jedyne do czego mogę się przyczepić to cena. Taka buteleczka kosztuje ok. 100 zł. Nie jest to mało, ale powiem szczerze, że biorąc pod uwagę genialną wydajność nie jest to też dużo. Ja olejku używam regularnie, co wieczór, grubo od ponad miesiąca i zużyłam go niewiele - może jakoś 1/5 opakowania! Więc tutaj trzeba się przestawić, że wydajemy więcej na raz, ale jest to zakup, który zdecydowanie wystarczy nam na dłużej. Polecam, bo olejek jest super. Dodatkowo opis olejku jest naprawdę kuszący, mamy trzy fajne oleje w składnikach, które na pewno też w pewnym stopniu pielęgnują skórę, wiec jest fajnie ;)


A w następnym wpisie przeczytacie o kolejnym kroku w pielęgnacji, czyli serum :) Stay tunned!


#47 Kinomaniak, czyli ostatnie filmy, jakie oglądałam

13 sierpnia 2020



Halo, halo, kolejny kinomaniak! Akurat powoli, powoli wakacje się kończą, przed nami jesień - czyli mój zdecydowanie ulubiony okres w roku, który kojarzy mi się z przytulnymi wieczorami, kocem, ciepłą herbatą i oglądaniem filmów w objęciach mojego męża. Czego chcieć więcej? Uwielbiam! A ostatnio oglądam coraz więcej i coraz częściej przeróżnych filmów i mam wrażenie, że mnie to bardzo rozwija i poszerza moje horyzonty, więc bardzo polecam! Dlatego dzisiaj mam dla Was kolejnego kinomaniaka z propozycjami! Mam nadzieję, że czegoś nie znacie!

Jeszcze raz (2008) komedia romantyczna

Kolejny film, na który trafiliśmy jak leciał w telewizji. Ja go już kiedyś oglądałam i mega się cieszę, że mogłam sobie go przypomnieć. Co prawda w czasie kwarantanny, kiedy za bardzo nie możemy wychodzić i niewiadomi było wtedy, czy w ogóle mamy szansę na jakikolwiek wyjazd na wakacje. I muszę to przyznać, że jak widziałam sceny nad morzem było mi smutno, ale jak widziałam sceny w Zakopanem z Giewontem w tle było mi bardzo źle! Ale komedia z braku laku mega fajna i przyjemna. Jak na film sprzed tylu lat jest jak najbardziej okej i ja polecam ;). Nowsze filmy potrafią być duuużo gorsze ;) A i fajnie tak sobie obejrzeć młodych aktorów, którzy teraz są tacy duzi i dojrzali.

Pięć pierwszych randek (2018) 'Dating around' reality show

Kolejne reality show obejrzane na netflix i powiem szczerze, że bardzo słabe to było! Myślałam, że będzie to chociaż ciekaw,e że jedna osoba będzie na kilku randkach, będzie wybierać, przebierać, a tak naprawdę co odcinek jest ktoś inny i na maksa łatwo jest się pogubić. I w sumie to takie jałowe, nudne i bez szału. Więc nawet nie dokończyłam ostatnich odcinków, bo nie widziałam sensu ;).

Zakochany Bogacz (2020) 'Ricos de Amor' komedia romantyczna

Kolejna komedia romantyczna, niby jedna z wielu, ale ta była naprawdę bardzo przyjemna! Taka pozytywna, dosyć nowoczesna i można powiedzieć, że nawet na czasie. Zdecydowanie jest to komedia dla młodych ludzi i jest nawet dość pocieszająca! Przedstawia standardowo historię dwojga ludzi z innych światów, ale jednak widoczna jest cudowna zmiana tego zniszczonego i rozpuszczonego przez pieniądze chłopaka. A ja takie historie lubię, tym bardziej jeśli się dobrze kończą.


Pracujące mamy (2017) 'Workin' Moms' komedia

Matko, jakie to świetne ! Że ja wzięłam się za ten serial tak późno to ja w to nie wierzę... On jest genialny, moje poczucie humoru, może dosyć zboczone, czasem niestosowne, czasem czarny humor, ale jednak jak dla mnie jest to wszystko takie nieprzekraczające granic, czyli coś co dla mnie jest mega ważne. I ten serial jest naprawdę genialny, a domyślam się, że gdybym tylko była matką to byłby jeszcze lepszy. Więc jak najbardziej Wam go polecam! Serial ogląda się w moment, odcinki trwają po ok. 20 minut, więc ja nawet nie wiem kiedy go obejrzałam i było mi mega smutno, jak się skończył.

Weselne przeznaczenie (2018) 'Destination Wedding' komedia romantyczna

Nawet przyjemna ta komedia, w sumie na początku oceniłam ją dosyć srogo, ale zmieniłam zdanie i zmieniłam ocenę na filmweb ;). Nie jest super, hiper, turbo zaskakująca, ale na swój sposób jest zabawna, jest prześmiewcza i pokazuje, że nigdy nie możemy się spodziewać tego, co tak naprawdę nas czeka ;). Dla mnie najważniejsze, że się dobrze kończy to jest super ;). ogólnie nie jest to komedia, którą musisz obejrzeć, ale możesz ;).

Kochaj (2016) komedia romantyczna

Ja naprawdę dalej się dziwię, że się dziwię, że niektóre polskie komedie w ogóle powstały. Ta to nie wiem o co w niej chodziło, wszystko pogmatwane, przekombinowane, niby ma być śmiesznie i super wow, ale szczerze, jest beznadziejnie. Cztery przyjaciółki, które mam wrażenie są w na maksa emocjonalnej rozsypce, popełniają głupie błędy, robią głupoty, i tu nie chodzi o to, że im w ich wieku nie wypada, to po prostu są głupoty i żenujące sytuacje, które mnie wcale nie śmieszą.


Dermedic, Hydrain3 Hialuro, krem nawilżający o dogłębnym działaniu

10 sierpnia 2020


Dzień dobry! Ostatnio pisałam Wam o płynie micelarnym, Dermedic, a skoro twarz już mamy oczyszczoną z makijażu i innych zanieczyszczeń przychodzi czas na pielęgnację! A jednym z najważniejszym etapów pielęgnacji jest właśnie odpowiedni krem do twarzy.


Dzisiaj mam dla Was recenzję kremu do twarzy dobrze znanej mi marki Dermedic ;). Mamy lato, a tegoroczne lato daje nam każdą możliwą pogodę, więc ważna jest również pielęgnacja naszej skóry w tym okresie. Pamiętajmy  zachowaniu odpowiedniego balansu, nawilżenia oraz ochrony. A mi w tym pomagają odpowiednie kosmetyki.
Jeśli chodzi o markę Dermedic, to dosyć sporo produktów od nich już miałam okazję testować, również i jeden krem, z którym dzisiaj zrobimy małe porównanie.
Ale najpierw skupmy się na dzisiejszym głównym produkcie.


Dermedic, Hydrain3 Hialuro
krem nawilżający o dogłębnym działaniu


Krem idealnie nadaje się do każdego rodzaju skóry wymagającej nawilżenia, jak i tej wymagającej terapii dermatologicznych. Ma on za zadanie idealnie nawilżyć, dogłębnie nawodnić skórę, a także uchronić przed działaniem czynników zewnętrznych. Poza tym, przywraca skórze naturalną zdolność nawilżania oraz zatrzymuje wodę w naskórku, dzięki kompleksowi VV - utrzymuje optymalne nawilżenie warstwy rogowej skóry. Pomaga w ograniczeniu utraty wody, zapewnia równowagę hydrolipidową w naskórku, wspomaga naturalne właściwości bioprotekcyjne skóry. Dzięki zintensyfikowanemu systemu nawadniania skóry, zawartości kwasu hialuronowego i mocznika krem ma efektywne właściwości nawilżające i wykazuje długie działanie. Poza tym, zawiera SPF 15 więc chroni skórę przed niekorzystnym działaniem promieniowania UVA i UVB.
Nie zatyka porów, nie pozostawia tłustego filmu i idealne nadaje się pod makijaż.

Skład: Aqua, Octocrylene, C12-15 Alkyl Benzoate, PEG-100 Stearate and Glyceryl Stearate, Glycerin, Hydrogenated Polydecene, Stearyl Alcohol, Isohexadecane, Caprylic/Capric Tri-glyceride, Butylmethoxydibenzoylmethane, Methylene bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol, Sodium Hyaluronate, Urea, Diglycerin, Sodium PCA, Hydrolyzed Wheat Protein, Sorbitol, Lysine, Allantoin, Lactic Acid, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Polyacrylamide (and) C13-14 Isoparaffin and Laureth-7, Bis-Ethyl Hexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Stearic Acid, Caprylic Acid, Parfum.

Sposób użycia: krem należy nanieść na twarz, szyję i dekolt równomierną warstwę preparatu i pozostawić do wchłonięcia.


 Krem znajduje się w typowym dla marki szklanym słoiczku, jest dodatkowo zabezpieczony sreberkiem. Szata graficzna bardzo mi się podoba.
Krem ma standardową konsystencję, nie jest ani rzadki ani zbyt gęsty. Zapach jest piękny - bardzo orzeźwiający, świeży, lekko ogórkowy. Nie ma problemu z nakładaniem czy bieleniem, bardzo szybko się wchłania, może być stosowany pod makijaż. Nic się nie roluje ani nie staje się mniej trwałe, więc fajnie ;).

Poza tym, muszę przyznać, że bardzo polubiłam się z tym kremem. Nie wiem, jak to się dzieje, ale mam wrażenie, że już zaraz po nałożeniu moja twarz prezentuję się jakoś tak ładniej. Nabiera blasku, jest taka promienna i zdrowa - szał. Skóra dzięki niemu jest naprawdę super nawilżona! Po dłuższym stosowaniu zauważyłam też lepsze odżywienie i napięcie skóry. Poza tym, przy jakichkolwiek podrażnieniach, krem daje natychmiastową ulgę. Miałam takie momenty, że coś poszło nie tak po użyciu niektórych produktów do oczyszczania, a to lekko piekła mnie skóra, była ściągnięta lub czułam po prostu dyskomfort, ale praktycznie zaraz po użyciu tego kremu miałam wrażenie, że skóra się uspokaja i wraca do normy. Więc ja jestem bardzo na tak!


Muszę przyznać, że krem naprawdę zrobił na mnie dobre wrażenie. Moim zdaniem nadaje się na każdą porę roku, jak i na każdą porę dnia. Stosuję go rano i wieczorem, w razie potrzeby wieczorami nakładam po prostu mocniejszą warstwę i jest super. Jest też wydajny, bo niewiele trzeba żeby pokryć całą twarz.


Ale, ale! Wcześniej pisałam, że będzie porównanie! Ultra-nawilżający krem żel testowałam już jakiś rok temu, ale muszę przyznać, że w międzyczasie wracałam do niego, bo naprawdę byłam z niego turbo zadowolona. I teraz tak się zdarzyło, że mam oba, więc jestem w stanie przy okazji Wam je porównać.

Wizualnie, jak widzicie produkty od siebie się nie różnią. Opakowania różnią się jedynie odcieniem niebieskiego, zapach jest również ten sam, ale muszę przyznać, że jest to specyficzny zapach dla całej serii Hydrain3 Hialuro. W kwestii działania to tutaj też jest podobnie, nawet jak czytam sobie tę wcześniejszą recenzję to praktycznie odczucia mam te same teraz ;).
Największą różnicą jest zdecydowanie konsystencja. Ta żelowa formułą jest niesamowicie lekka, co jest na swój sposób fajne, ale jednak na noc już może być to trochę niewystarczające. A jednak opisywany krem w tym wpisie nadaje się na każdą porę dnia i nie musicie gromadzić kilku produktów w łazience.

No i tutaj też jest kwestia taka, że kto co lubi. Bo na pewno są różne preferencje. Ale jeśli chodzi o działanie to ja polecam oba, myślę, że na równi ;)



Znacie tę markę? Jakich kremów do twarzy najbardziej lubicie używać?


Dermedic, Hydrain3 Hialuro Płyn micelarny H2O

07 sierpnia 2020


Dzień dobry! Jak tam u Was? Jak się trzymacie? :) Mamy sierpień, pogoda nas rozpieszcza, więc na razie super, oby to trwało jak najdłużej i korzystajmy z pogody ;). Dajcie znać koniecznie, jakie macie plany na najbliższy czas ;)
A my lecimy z marką Dermedic! Muszę przyznać, że są takie marki, które naprawdę uwielbiam i jakoś większość produktów sprawdza się u mnie genialnie. Dermedic oczywiście do niej należy, a przedstawię Wam płyn micelarny! Co prawda, trąbię wszędzie ostatnio, że ja i tak wolę oleje do demakijażu, tak w dalszym ciągu mam w łazience pod ręką i płyny micelarne ;).

Dermedic, Hydrain3 Hialuro
Płyn micelarny H2O


 Płyn micelarny ma za zadanie zmyć makijaż i wszelkie zanieczyszczenia, pozostawić skórę świeżą i oczyszczoną. Dzięki zawartości miceli kwasów tłuszczowych, płyn micelarny idealnie przyciąga zanieczyszczenia bez potrzeby nadmiernego tarcia skóry wacikiem. Produkt został przebadany dermatologicznie, jak i przez osoby noszące soczewki kontaktowe, jest hipoalergiczny i nie podrażnia oczu nawet u osób wrażliwych, dzięki zawartości wody termalnej. Nie wysusza skóry, dzięki zawartości kwasu hialuronowego, który zmiękcza i utrzymuje nawilżenie warstwy rogowej naskórka.
Poza tym, nie zatyka porów i nie pozostawia filmu na skórze.

Zalecany do skóry odwodnionej, suchej i bardzo suchej, nadaje się do codziennego oczyszczania wrażliwych okolic oczu i twarzy, jak i dla osób nietolerujących tradycyjnych sposobów demakijażu.

Skład: Aqua, Peg-6 Caprylic/Capric Glycerides, Glycerin, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Hyaluronate, Urea, Diglycerin, Sodium PCA, Hydrolyzed Wheat Protein, Sorbitol, Lysine, Allantoin, Lactic Acid, Parfum, Cetrimonium Bromide.

Sposób użycia: należy zwilżyć płynem micelarnym wacik kosmetyczny i delikatnie, powolnymi ruchami zmywać twarz, szyję i dekolt. Do oczu najlepiej jest przyłożyć zwilżony płatek i chwilę przytrzymać, a następnie delikatnie zmyć makijaż pionowymi ruchami w dół.


ak widzicie opakowanie jest bardzo duże, butelka ma pojemność aż 500ml, więc na pewno wystarczy nam na dłużej. Przeźroczysta butelka, więc idealnie widać zużycie, poza tym mamy naklejkę, wszystkie informacje są oczywiście w języku polskim. Ogólnie tutaj nie mam się do czego przyczepić. Zamknięcie jest typowe na zatrzask, ale nie luzuje się używając. Brałam nie raz ze sobą i nigdy mi się nie otworzyło nigdzie w torbie. Poza tym, nie przelewa się bardzo na wacik, spokojnie jesteśmy w stanie dozować sobie potrzebną ilość produktu.
Konsystencja jest typowo wodnista, nie jest tłusta, nie pozostawia po sobie żadnego filmu. A zapach jest znowu typowy dla tej serii, bardzo świeży, bardzo orzeźwiający i taki pobudzający. Ja go bardzo lubię, bo zawsze jakoś mnie tak pobudza.


Ja płynu micelarnego używałam nie tylko do zmywania makijażu, ale i do zmywania jakichkolwiek zanieczyszczeń; rano czy wieczorami przed snem, kiedy się np. nie malowałam. Wiem, że ostatnio wszędzie są informację, że płyn micelarny należy zmywać, przy dwuetapowym oczyszczaniu i demakijażu to jest normalne, ale nie powiem, że zdarzało mi się go zostawić na twarzy i nic mi się nie stało.
Ogólnie bardzo dobrze zmywa makijaż. Nie jest to jeden wacik (chociaż wszystko uzależnione jest od makijażu), ale po kilku wacikach macie pewność, że wszystko jest ładnie oczyszczone. Płyn nie podrażnia oczu, a super zmywa tusze do rzęs i ciężkie np. brokatowe czy ciemne cienie. Nic się nie rozmazuje tylko ładnie schodzi.

Płyn nie ściąga skóry, nie powoduje żadnych podrażnień, nie wysusza ani ze zapycha. Nie czuję, że muszę natychmiast nałożyć jakiś krem, nie ma uczucia dyskomfort u po zastosowaniu. Naprawdę - extra się go używa!


I muszę przyznać, że czad. Jestem zadowolona i mam tutaj wszystko, czego potrzebuję! Płyn świetnie zmywa makijaż, genialnie oczyszcza skórę z zanieczyszczeń, kurzu, sebum, jak i rano. Fajnie przygotowuje ją do dalszych kroków pielęgnacyjnych. Więc dla mnie produkt sztos, tym bardziej w okresie wakacyjnym. Nie wiem, jak Wy, ale ja jak gdzieś jadę to bardzo ograniczam produkty i lubię używać rzeczy uniwersalnych, więc wtedy taki płyn micelarny daje mi demakijaż, oczyszczenie, odświeżenie oraz ukojenie, a przy okazji nawilża, i nie obawiam się, że moja skóra będzie w tragicznym stanie.  


#ślubmarzeń kogo i jak zapraszać na wesele?

04 sierpnia 2020


Kolejny wpis z serii #ŚlubMarzeń, jak już mamy większość rzeczy załatwioną, a do ślubu pozostaje kilka miesięcy, to czas najwyższy zacząć zapraszać gości. Co prawda nie ma tutaj większej filozofii, najlepiej jest robić to tak, jak się czuje. Ale! Są takie rzeczy, które warto przemyśleć. Jak i ciekawa jestem Waszej opinii na ten temat. Takich poradników znajdziecie mnóstwo wszędzie, sama szukałam niektórych informacji, ale mam też swoje spostrzeżenia, dlatego stwierdziłam, że się z Wami nimi podzielę.


Kogo zaprasza się na wesele?

Zależało mi na tym, żeby na naszym weselu były bliskie nam osoby, te których znamy, z którymi utrzymujemy kontakt i które coś dla nas znaczą. Okej, zdarzyły się osoby 'zaproszone bo wypada', ale w dalszym ciągu nie były to totalne randomy, że nie wiedzieliśmy kompletnie kim są. I też nie było ich jakoś bardzo wiele. Gdyby mama mi nagle wypaliła, że chciałaby żebym zaprosiła wszystkie jej koleżanki, to już bym się trochę zirytowała. Nie zwracaliśmy też uwagi na relacje rodzinne, czy to kuzyn, czy dalszy kuzyn, od razu wiedziałam, że jak ktoś jest spoko, to ich zaprosimy.
Poza tym, przyjaciele i znajomi są mega ważni dla mnie, nie wyobrażałam sobie, żeby ich nie zaprosić. Wiedziałam, że chcę mieć ze sobą dziewczyny ze studiów, najlepszych znajomych ze szkoły i oczywiście najwspanialszych przyjaciół, których poznałam w różnych innych okolicznościach i są ze mną do dziś. Uwielbiam ich i po prostu chciałam być nimi otoczona tego dnia, bo wiedziałam, że mi to po prostu pomoże, żeby czuć się lepiej.
Wiem, że są pary, które są zmuszane przez rodziców do zapraszania osób, których totalnie nie ogarniają, ale im na tym zależy. I wiecie, co.. dopóki rodzice płacą za wesele w pewnym stopniu to rozumiem, ale wesele powinno być bardziej Pary Młodej niż ich rodziców.

Czy zapraszać rodziców? Dość zabawna kwestia, ale też wiem, że nurtująca. Jeżeli rodzice płacą za wesele i na zaproszeniach jest dopisek 'z rodzicami' to trochę dziwnie mi by było wręczać im takie zaproszenie. Zawsze można zrobić inną wersję bez dopisku. Ja zrobiłam tak, jak moja przyjaciółka, czyli wręczyliśmy im prośbę o błogosławieństwo. Zaproszenie miało ten sam wzór, ale było wykonane w drewnie i oczywiście miało na sobie inny tekst. Fajna opcja (mimo że nasze błogosławieństwo odbyło się tydzień wcześniej), ale i pamiątka. Moja mama np. mi powiedziała, że chciałaby dostać zaproszenie, żeby mieć na pamiątkę i wie że trochę dziwnie, ale ona chce. Więc dostała co innego ;)

Kiedy zapraszać gości na wesele?

Zazwyczaj słyszę, że najlepiej jest zapraszać z 2 miesiące przed, bo i tak wszyscy wiedzą o weselu i mogą się ogarnąć itd. Ale mam wrażenie, że mimo że wszyscy wiedzą, to i tak jakby niektórzy nie wiedzieli. Ludzie gadają, rodzinka lubi sobie poplotkować i u nas zdarzało się, że niektóre osoby były zaskoczone, że w ogóle je prosimy, bo ktoś tam coś tam mówił, że chyba nie i wielkie zdziwko Zresztą ja zawsze uważam, że dopóki nie mam zaproszenia, to nie mogę się czuć zaproszona na czyjeś wesele i zacząć planować. Chociaż, jestem tym gościem, który już przy zapraszaniu potwierdza swoją obecność.
Inna sprawa, cały czas miałam na uwadze to, że nasze wesele było w niedzielę, więc trzeba wziąć pod uwagę prace i plany naszych gości. A czasem nie wystarczy dać znać, że potrzebujemy wolne tydzień przed. Wiele osób bierze ślub w wakacje lub długie weekendy i nie wyobrażam sobie nie pomyśleć o tym, że przecież ludzie chcieliby gdzieś wyjechać, więc warto zaprosić ich stosunkowo wcześniej. Nasze wesele odbyło się we wrześniu, a jedna koleżanka napisała do mnie już początkiem roku, kiedy dokładnie jest to wesele, bo musi wypełnić plan urlopowy. Ludzie wiedzą, ale też i data może się np. pomylić, tydzień przed, tydzień później. Sama mimo 100% pewności na temat daty na wesela, co jakiś czas sprawdzam zaproszenie, czy aby na pewno to wtedy.
Dlatego, im wcześniej zaczniecie tym lepiej, my zaczęliśmy z 4 miesiące wcześniej i było idealnie. 

Jak zapraszać na wesele?

Uważam, że najlepiej jest to robić osobiście, w miarę możliwości oczywiście. Ciężko jest czasem objeździć całą rodzinę, jeśli np. jest rozlokowana po całej Polsce albo i za granicą. Ja wiem, że to jest ciężkie i sami się o tym przekonaliśmy, że to nie zajmuje kilku dni. Nie jesteście w stanie pojechać wszędzie, odwiedzić wszystkich i tym bardziej posiedzieć u każdego chwilę. Ale na tyle, na ile się da myślę, że warto odwiedzić Waszych gości przed weselem.
Ja do tego podeszłam w taki sposób, że chciałabym wcześniej poznać całą rodzinę męża i jego znajomych, dowiedzieć się, kto jest kim, jak mają na imię, kim są i po prostu, żeby nie widzieć ich na weselu pierwszy raz na oczy, bo czułabym się nieswojo. Fajniej jest też dla nich, że mogli mnie zobaczyć przed weselem w spokojnych okolicznościach i czegokolwiek się o mnie dowiedzieć. Idealna możliwość do rozmowy z wujkami, ciociami, babciami itp. Na co nie mamy zazwyczaj czasu, a tutaj ideolo.
Ale! To też zależy od każdego z osobna, nie każdy nas zapraszał na herbatę i ciacho, nie z każdym wypiliśmy przysłowiowe piwo i w sumie nie przeszkadzało mi to. Do niektórych się nie zapowiadaliśmy, więc nic dziwnego, że np. nie mieli ochoty na gości i to rozumiem. Ale kto chciał i miał ochotę, to było bardzo miło!

Z takich dodatkowych informacji mogę Wam powiedzieć, że warto się wcześniej zapowiadać, zadzwonić, nawet jeśli wpadacie na 5 minut. Jednak ja bym się źle czuła, gdyby nagle ktoś do mnie wpadł, a ja nieprzygotowana w dresach, z bałaganem i nie wiem, co robić. Aczkolwiek powiem Wam, że nie przeszkadza mi teraz być zapraszaną w różnych okolicznościach. Lubię iść parom młodym na rękę, bo wiem jak to jest. Jeśli jest okazja spotkać się gdzieś przejazdem na chwilę, przy okazji, to dlaczego nie? Ja się z nimi spotkam też i przy innych okolicznościach, a im to ułatwi sprawę, bo z tym schodzi.

Jak było u Was? Zapraszaliście kogoś nie wiadomo skąd i po co, czy trzymaliście się swojego?