Denko, maj 2020r

30 maja 2020



Dzień dobry! Dzisiaj mam do zaprezentowania kolejne denko! Kolejne denko mnie przeraża, jak sobie uzmysłowię, że już praktycznie pół roku minęło jeśli chodzi o 2020, i to jak on minął. Ale nie ma się co dołować, to nie koniec świata, więc jeszcze wszystko zrealizujemy, co mamy w planach, tym bardziej że coraz więcej rzeczy 'można'. A ja przechodzę do głównego tematu tego wpisu, czyli do denka. Kto tu był miesiąc temu i pamięta moje poprzednie liche denko składające się z zaledwie kilku produktów? Tak się trochę nastawiałam na to, że pewnie maj mnie zaskoczy. I tak było, bo już praktycznie na początku maja zdenkowałam parę produktów, więc potem mogło być tylko lepiej. Enjoy!


Nikogo nie zdziwią tutaj oczywiście moje ulubione Facelle, chusteczki nawilżające do higieny intymnej, które dla mnie są cały czas numerem 1. Nie próbowałam jeszcze tych w nowym opakowaniu, a słyszałam, że jakościowo też się zmieniły, więc w dalszym ciągu chwalę starą wersję. Poza tym, najlepsze zdecydowanie BeBeauty, płatki kosmetyczne - one są po prostu najlepsze. Podobnie, jak i Alterra, Naturkosmetik, szampon do włosów osłabionych i przerzedzających się biotyna & kofeina. Ja uwielbiam te szampony, zawsze i wszędzie i nie ma się co powtarzać. Tak samo jest zresztą z Schwarzkopf Gliss Kur odżywki regeneracyjne; fiber therapy bonding oraz ultimate repair - one są zdecydowanie the best i żadne inne odżywki w sprayu się im nie równają. No i przy okazji, przyjęłam kolejny blister suplementu diety Vitapil, który mi bardzo dobrze służy i zauważyłam po nim szybki wzrost włosów. Nie widzę niestety działania na paznokcie, a szkoda, bo z tym jest u mnie zawsze największy problem. Zużyłam też dwa miniaturowe Batiste, suche szampony w wersji Rose Gold, które bardzo lubię. Wiadomo, że nie powinno się ich nadużywać, dla dobra skóry głowy, ale używając od czasu do czasu nas nie zabiją ;), a że miałam dwa 'napoczęte' to tak wyszło, że na raz się skończyły. Ale ogólnie one są super, ekstra pachną i odświeżają, więc robią to co mają :). I kolejny zestaw od Encanto Brasil, bo znowu zrobiłam sobie keratynowe prostowanie włosów i jak zawsze ja jestem na maksa zadowolona z efektów! Zdaję sobie sprawę, ze to chemia, syf i w ogóle, ale nic na to nie poradzę, że działa cuda. I zapraszam na wpis na bloga, bo w końcu mogłam wrzucić zdjęcie przedstawiające efekty! :) A skoro keratyna to Nizoral, szampon przeciwłupieżowy, jak normalnie z łupieżem problemów nie mam, ale po keratynie mam zawsze na maksa przesuszoną skórę głowy, co powoduje łupież, ale na szczęście kilka saszetek tego szamponu wystarczy, żeby to naprawić ;).


NOU, cherry blossom - miałam swoje ulubione perfumy, ale ostatnio zaczęłam testować kolejne i mega się z tego cieszę. Uwielbiam ten zapach, pachnie tak pięknie kwiatowo, nawet intensywnie, ale w tak wyważony sposób, że nie jest to nachalna i drażniące i zapach utrzymuje się dość długo. Ja jestem zachwycona nimi. Są genialne i bardzo je polecam ;)
Pollena EWA, dermo, przeciwzmarszczkowo normalizujący krem na noc - bardzo mi się spodobał ten krem, bardzo konkretna konsystencja, mega wydajny, ładny zapach i cudowne nawilżenie i odżywienie dla skóry, szczególnie na noc, a to jest dokładnie to czego potrzebuję. Dlatego ja jestem zadowolona ;)
O2 Skin, mocno skoncentrowane serum - to serum jest po prostu genialne, naprawdę super nawilża, odżywia, wygładza i robi wszystko, co ma robić. Niestety przez swoją nieuwagę wywalam większość produktu, bo po prostu o nim zapomniałam, a jakoś obawiam się kłaść na twarz serum otwarte przez kilka lat. Ale produkty są dość często na promocji w drogeriach, więc raczej na pewno się skuszę kiedyś ;).
Isana, pianka do golenia - pianka jak pianka, niby bez szału, ale ja jednak jestem z niej zadowolona. mimo małej pojemności, wystarczyła mi na dość długo (albo to ja po prostu używałam jej za rzadko, haha). Bardzo ładnie pachniała, ułatwiała nawet golenie i ogólnie spoko. Tania, łatwo-dostępna, więc możliwe, że jeszcze kiedyś ją kupię ;).


BingoSPA, serum czekoladowo pomarańczowe do ciała - mimo moich początkowych zachwytów, serum ostatecznie ląduje w średniakach, jak pod kątem działania i zapachu nie mam mu za wiele do zarzucenia i tu fajnie wszystko działa. Ale, bardzo szybko się skończyło, aż zaskakująco, więc jest niewydajne i pod koniec użytkowania miałam na maksa problem z wydobywaniem produktu z opakowania. Niby pompka jest, ta rurka w środku jest bardzo długa, ale sama konsystencja stała się bardzo gęsta i zbita, i przypomina masło, którego ja nie lubię, więc dla mnie ostatecznie średnio.
Soraya, plante, roślinna esencja tonizująca - produkt jest spoko, w sumie fajnie mi się go używało, dość szybko się skończył, ale poza tym nie mam mu nic do zarzucenia. Zapach jest okej, konsystencja standardowo wodnista, oczyszczał skórę i odświeżał ją. Nie zauważyłam, żeby super ekstra nawilżał i odżywiał skórę i mimo wszystko produkt dobry, ale i zarazem zwykły. Nie wiem czy do niego wrócę, bo mimo wszystko wolę większe pojemności, żeby nie latać co chwilę do drogerii, ale wypróbować warto, myślę, że dla niektórych może okazać się cudem ;)


Efektima, Rose Peel-Off, ekstrakt z kwiatów róży & d-panthenol - polecam zobaczyć na recenzji, jak genialnie wygląda ta maska, konsystencja była bardzo fajna, niestety maska miała dość sztuczny i taki niefajny zapach, ale nie jest on wyczuwalny przez większość czasu. Łatwo się ją ściągało nawet, a ja uwielbiam maseczki typu peel-off! Maska nadała mojej twarzy dużo blasku i promienności, także fajna !
Efektima, Gold Peel-Off, złoto i kwas hialuronowy - kolejna rewelacyjna maseczka Peel Off, uwielbiam mimo tego że ten zapach niestety nie powala znowu, to po ściągnięciu poszłam cudowne odświeżenie skóry, miałam wrażenie, jakbym dopiero co się obudziła po kilku zabiegach SPA na twarz, byłam gotowa do działania. Dla mnie czad! I ściągnięcie było mniej bolesne tym razem ;).
Efektima, Diamon Peel-Off, drobinki diamentów i kwas hialuronowy - i kolejna wersja, która była równie zadowalająca. Maseczka nawet nawilżyła i odżywiła skórę, uspokoiła ją i załagodziła jakiekolwiek podrażnienia, więc dla mnie sztos.
Dermacol, maska Detox&Defence - zapach tej maseczki jest fenomenalny, dość mydlany, lekko owocowy, ale po prostu ładny i taki, że się chce go niuchać i niuchać co ja wręcz uwielbiam! Poza tym, maska daje mojej skórze wszystko, co najlepsze; cudownie ją nawilża, odżywia, zmiękcza i wygładza. Ja jestem bardzo zadowolona z niej! Tym bardziej, że taka saszetka starcza spokojnie na 5-6 razy, co mnie cieszy jeszcze bardziej!
Efektima, hydrożelowe płatki pod oczy - kolejne płatki od Efektimy, która uwielbiam na maksa. Tym bardziej, że przy tej wersji w końcu ogarnęłam i wsadziłam je wcześniej do lodówki, co zrobiło jeszcze większą różnicę! Nie dość, że płatki dużo lepiej trzymały się skóry, to na dodatek ja się czułam tak zrelaksowana mając je na sobie, że myślałam, że odpłynę, dla mnie czad!


BioDermic, krem pod oczy z ekstraktem z kawioru - na początek muszę wychwalić te opakowania próbek, one są genialne, dzięki temu, że można je zakręcić można je wziąć ze sobą dosłownie wszędzie bez żadnych przeszkód - rewelacja. Jeśli chodzi o sam krem byłam bardzo zadowolona, fajnie nawilżał i odżywiał skórę pod oczami, ale od czasu do czasu przy nałożeniu za dużej ilości potrafił podrażniać, ale bez większych dramatów.
Dermacol, hialuronowy krem oczyszczający do twarzy - jedna saszetka wystarczyła mi na raz, ale muszę przyznać, że bardzo fajny jest ten krem, ładnie rozpuszcza i zmywa makijaż. Przy okazji, rewelacyjnie pachnie, tak dosyć w mydlany sposób, ale mi się bardzo podoba. Trochę szczypał mnie w oczy, ale ogólnie fajnie, mogę się zastanowić nad pełnowymiarowym produktem ;).


A jak tam Wasze denka? :)


#ślubmarzeń, jakie atrakcje warto wziąć pod uwagę?

27 maja 2020


Przechodzimy dalej w serii #ślubmarzeń! Tym razem będzie o atrakcjach, bo jest to też zawsze dosyć ważna część imprezy, którą musicie obgadać. Oglądając ostatnio program 'Cztery wesela' (haha) spotykam się z takimi atrakcjami, że jestem w szoku, że ludzie na coś takiego się porywają, ale jak kto chce. Dopóki para młoda robi to, co czuje, to można to odczuć na weselu i nie będzie cringu. Ja się bawię świetnie na większości weselach, a praktycznie na każdym było zawsze coś innego i były też takie rzeczy, z których ja zrezygnowałam na wstępie ;). Na weselach przed swoim byliśmy aktywnymi obserwatorami i zwracaliśmy uwagę na wszystko, żeby wziąć to pod uwagę na swojej imprezie.


Mimo, że marzyłam zawsze o ślubie, jak z bajki albo w ogóle nie wiem skąd, to jeśli chodzi o atrakcje na naszym weselu nie poszaleliśmy, ale bardzo się z tego cieszę. Swojego czasu podobało mi się nawet wypuszczanie gołębi z rąk pod kościołem, ale szybko mi przeszło na szczęście. Zawsze chciałam mieć te popularne na pinterest zdjęcia z zimnymi ogniami, ale potem każdy je zaczął mieć na weselach, na którym byliśmy i straciło to swój urok. Poza tym, osłuchałam się przy okazji trochę o lekko palących się włosach! Moim wielkim marzeniem było puszczanie lampionów, tak bardzo mi się to podoba i to daje taki wow efekt! Dopóki nie zaczęłam czytać, że po pierwsze puszczenie lampionu jest dość trudne, po drugie co jeśli wpadnie w drzewo, spadnie komuś na ogródek itp., więc nie było sensu się w to bawić.
I nie mieliśmy nic takiego szalonego, że mogło to być nazwane atrakcją, ale mieliśmy:

DRINK BAR
I nasz DrinkTeam w zupełności wystarczył i zrobił nam imprezę. Mieli atrakcyjne bezalkoholowe drinki dla dzieci, był suchy lód, który robił wrażenie na wszystkich, bo wychodzący dym ze szklanki jest efektowny na zdjęciach czy boomerangach! No i drinki, jak i shoty były przepyszne! Poza tym, chłopaki byli genialni i to jak oni zabawiali nam gości przy barze, jaki genialny kontakt z nimi złapali to naprawdę - czad! I może świadczyć o tym to, ze spotkamy się z nimi na weselach u naszych znajomych, więc musieli zrobić wrażenie.


DOBRA MUZYKA
I nic innego tak nie rozkręci gości, jak dobra muzyka. I nie ma znaczenia, czy zespół, czy DJ, czy muzyka puszczona przez jakiegoś randoma. Jeżeli jest dobra, idealnie dobrana do godziny, gości i osób obecnych na parkiecie to zabawa będzie zajebista i żadna atrakcja nie jest potrzebna. Ja na wesele zazwyczaj chodzę żeby się wytańczyć, więc to jest zdecydowanie najważniejsza atrakcja ;).


Co bym jeszcze poleciła?
Zdecydowanie animatorka dla dzieci. Mimo że nie zdecydowaliśmy się na nią, to myślę, że teraz zmieniłabym zdanie i coś więcej załatwiłabym dla najmłodszych. My przygotowaliśmy dla nich kącik, gdzie były kredki, flamastry, długopisy, naklejki, kolorowanki itp., więc część czasu dzieci tam spędziły, ale dość szybko im się to znudziło. Co prawda, osobiście uważam, że jak ktoś idzie na wesele z dzieckiem to do niego należy obowiązek zajmowania się nim, i zdaję sobie sprawę z tego, że każdy chce się pobawić, ale mając dziecko nie wymagałabym od nikogo znalezienia niańki dla niego. Aczkolwiek jak patrzę na to z perspektywy czasu trochę żałuję, że nie wzięliśmy jednak animatorki. Mieliśmy dostęp do ogrodu, pogoda była genialna, a takie animatorki mogłyby i rozkręcić dzieci, trochę je pewnie zmęczyć, a kolorować mogłyby później, jakby już nie miały na nic siły. I nie chodzi tu o rodziców, a w sumie o same dzieci, miałyby zajęcie, nie nudziłyby się, nie maltretowałyby rodziców i na pewno każdy by był zadowolony.


Co bym jednak odradziła?
Fotobudka, mimo że zawsze z niej korzystam na weselach i takie zdjęcia są świetną pamiątką! Tak mimo wszystko zawsze mi szkoda tego, że goście zamiast się bawić, pić i świętować stoją czasem nawet i z godzinę w kolejce do fotobudki. Niby coś za coś, i mimo że jest to świetna rzecz, to te kolejki, zajęcie miejsca mnie zawsze przerażało.
Inna sprawa to pokaz sztucznych ogni. W sumie jak kogoś stać, jak ktoś uwielbia, jeśli to czyjeś marzenie - okej, nic mi do tego. Ale jak sobie pomyśle ile to kosztuje, zazwyczaj trwa to też dłuższą chwilę, a frajdę to sprawia w sumie przez pierwszych kilka minut, a potem, jak już się zorbi zdjęcia i nagra filmiki na insta, to robi się zimno i chce iść do środka haha. Już nie chodzi o to, że fajerwerki mają zły wpływ na zwierzęta (chociaż to też jest ważne), ale na weselu niech błyszczy para młoda, nie sztuczne ognie.
Kolejne rzecz to pokazy taneczne. Jeśli para młoda tańczy profesjonalnie okej, niech zatańczą, ewentualnie goście, zawsze to jest bardziej osobiste i fajniejsze. Ale jak widziałam pokazy taneczne kobitek rodem z Bollywood, z tyłkami i cyckami na wierzchu no to nie. I nie chodzi o to, że byłabym zazdrosna, bo i ja na weselu zamiast patrzeć na półnago tańczących mężczyzn, wolałabym sama tańczyć z moim mężem. :)


Oczywiście to jest tylko i wyłącznie moja subiektywna opinia. I jeśli ktoś zrobił inaczej to wcale nie oznacza, że zrobił źle. Najważniejsze, to robić po swojemu ;). Dajcie znać, co Wy sądzicie na dany temat!


Yves Rocher, śródziemnomorska bryza z Sel D'AZUR

24 maja 2020


Dzień dobry!
A dzisiaj będzie o perfumach, które miałam okazję wyniuchać w kalendarzu adwentowym 2019! Mam nadzieję, że uda nam się przenieść do wakacyjnego vibu przynajmniej za pomocą tych perfum, tak jak właśnie opisuje go osoby, która go stworzyła! A w obecnym czasie myślę, że przynajmniej coś, co nam przypomina o wakacjach i pozwoli nam się oderwać od rzeczywistości, to dla mnie jest na wagę złota. Więc, zobaczcie, jak się zapach prezentuje w praktyce ;)

Yves Rocher, woda perfumowana
Sel D'AZUR


Perfumy Sel D'AZUR ma zapewnić CI przeniesienie się do słonecznej Italii, żeby poczuć na swojej skórze świeży zapach morskiej bryzy. Będzie to podróż nad Morze Śródziemne. Cytrusowy, lekko gorzki zapach grejpfruta, a także balsamiczne tony drzewa cedrowego dodadzą Ci energii i wprowadzą w idealny wakacyjny nastrój. Dominujący zapach to olejek grejpfruta, który ma działanie pobudzające, łagodzące stres oraz działa antydepresyjnie.
Zapach stworzyła Marie Salamagne, która w czasie pracy nad tym zapachem wracała wspomnieniami do południowych Włoszech - sosnowych lasów, słonego, morskiego powietrza oraz spadających do wody klifów. Zapach składa się z odświeżających i energetyzujących aromatów, dzięki którym poczujesz ciepło południowego słońca. 

Nuty głowy: olejek grejpfruta
Nuta serca: olejek cedrowy
Nuta głębi: olejek z wetywerii
Skład: Alcohol, Parfum, Aqua, Limonene, Linalool, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Geraniol, Citronellol, Citral, Benzyl Alcohol.

Sposób użycia: należy pamiętać, by stosować perfumy z umiarem, nawet jeśli początkowo nic nie czuć, to po kilku chwilach aromat się uwolni z pełną mocą. Pamiętaj aby skóra była nawilżona.


Jak widzicie perfumy znajdują się w dość sporej szklanej buteleczce, jak na moją dłoń. Może trochę czuję, że jest duża, ale nie przeszkadza mi to w ogóle w użytkowaniu - kwestia przyzwyczajenia. Design mi się bardzo podoba, wszystko jest bardzo takie letnie i wakacyjne, więc już patrząc na tą buteleczkę, mogę się wybrać nie do Włoch, a do Kenii w moim przypadku. Ten rysunek, słońce, woda i drzewo to dla mnie Kenia i nasza podróż poślubna, więc rewelacja!
Jedyne do czego się przyczepię to atomizer. Niestety perfumy nie rozpylają idealnej mgiełki, w którą się wchodzi ma się wrażenie, że cała pięknie pachnę. Niestety, zamiast super mgiełki mamy nieco bardziej skoncentrowany strumień płynu, który ciśnie raczej w jedno miejsce. Nie leci, jak woda z kranu, ale nie jest to ładnie rozproszona mgiełka - mega szkoda.


Jak tylko poczułam te perfumy w kalendarzu adwentowy byłam mega oszołomiona i zachwycona tym zapachem. I musiałam je zamówić, własnie ze względu na tę świeżość, na energię, jaką od razu można wyczuć, kiedy się niucha ten zapach. I byłam tak samo zachwycona, jak tylko one do mnie przyszły.
Zapach jest po prostu cudowny! Cudownie rześki, energetyzujący, świeży, trochę owocowy, ale trochę nie. Taki, że naprawdę nie mam nic do zarzucenia jeśli chodzi o sam aromat. Jak ja bardzo lubię takie trochę zadymione, intensywne zapachy, dosyć ciężkie, które idealnie wpasowują się w moje ulubione jesienne, chłodne wieczory, tak ten zapach jest idealną wersją tego, co mi najbardziej pasuje na wiosnę i zimę. Jest intensywny, jest lekko zadymiony, ale w taki wiosenny sposób, jest też ciężki, ale zaraz świeży i owocowy. Na prawdę - czad!


I, jak zapach jest naprawdę cudowny, tak mega szkoda mi tego atomizera, który nie rozpyla tej idealnej mgiełki, która byłaby w stanie zmienić zdecydowanie wszystko. Lubię ten zapach, ale lubię też i inne zapachy, Rzadko kiedy przywiązuję się do jednych, które muszę mieć zawsze. A jestem też osobą, która lubi sobie ułatwiać życie i nie lubię używać czegoś, co mnie denerwuje, a ten strumień perfum niestety mnie denerwuje. Ale, nie skreślam go, nie mówię jeszcze niczego. może trafiłam na jakieś wadliwe opakowanie, o czym nie wiem? Bo w sumie nie spotkałam się nigdzie indziej z takimi opiniami, jak ja. Więc jak na razie będę się męczyć, ale będę przynajmniej pięknie pachnieć, będę na energetyzowana i będę za każdym razem wspominać cudowne, gorące wakacje. Dlatego, ja bardzo polecam ten zapach! Jest nieziemski ;)



Bielenda, demakijaż z Botanic Formułą
seria: olej z granatu + amarantus

21 maja 2020

Dzień dobry! Co tam, jak tam? Standardowe pytanie, ale koniecznie dajcie znać, jak się trzymacie! Wyobrażacie sobie, że niedługo kończy się maj? To jest dla mnie coś niesamowitego na maksa, jak szybko ten czas leci, mimo tego że większość czasu spędzamy w domu! Szok. Ale może lepiej tak, żeby jak najszybciej było normalnie ;).


Dzisiaj za to będzie o demakijażu, o moim ostatnim odkryciu i zdecydowanym ulubieńcu ever i przy okazji o innym produkcie. A będzie to o olejku do mycia twarzy oraz o mleczku do demakijażu, które bogate w naturalne wyciągi roślinne nadaje się do każdego rodzaju skóry, również i tej skłonnej do podrażnień i zaczerwień. Olejek ma za zadanie dokładnie oczyścić i odświeżyć naskórek, skutecznie usunąć makijaż, jak i pozostałe zabrudzenia. Poza tym, pomoże załagodzić podrażnienia, nawilżyć i doskonale przygotować cerę na przyjęcie pozostałych kosmetyków. Oba produkty zawierają Olej z Granatu, który zawiera kwas Omega-5 oraz witaminy B, C i PP, a także amarntus z kwasami Omega, jak i Witaminą E. To, jak ciekawi co z tego wyszło? :)

Bielenda, Botanic Formuła
odżywczy kremowy olejek do mycia twarzy

Skład: Persea Gratissima (Avocado) Oil, Aqua, Glucose, Glycerin, Sorbitan Stearate, Glyceryl Stearate SE, Coco Glucoside, Punica Granatum (Pomegranate) Seed Oil, Amaranthus Caudatus Seed Extract, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Sorbityl Laurate, Panthenol, Xanthan Gum, Diisostearyl Malate, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Sucrose Tocopherol, Beta Sitosterol, Ascorbyl Palmitate, Squalene, Citric Acid, Potassium Sorbate, Sorbic Acid, Disodium EDTA.

Kremowy olejek znajduje się w dosyć niewielkim opakowaniu, co mi na maksa odpowiada, bo mogę przynajmniej zabierać je wszędzie ze sobą. Opakowanie jest lekko przyciemnione, ale w dalszym ciągu widać ile produktu zostało do końca. Mamy pompkę, którą łatwo można zblokować, co naprawdę się przydaje w podróży itp. Pompka też działa bez zarzutu i daje nam idealną ilość produktu. Zazwyczaj używam jednej/dwóch pompek (w zależności od mocy makijażu) na jeden demakijaż, i potem oczyszczam twarz już czymś innym, żeby domyć olejek z twarzy. Konsystencja jest bardzo kremowa, ale jak najbardziej fajna, a zapach? Zapach to jest mistrzostwo, cudownie pachnie, dość kwiatowo, trochę owocowo i aaah - wszystko jest tutaj idealnie wyważone, i aż milej się robi demakijaż w takim zapachu.

Działanie jest znakomite. Nie mam się kompletnie do czego przyczepić, olejek idealnie rozpuszcza każdy makijaż, od konturowania, po mega błyszczące cienie i nawet mocne dwie/trzy warstwy tuszu do rzęs. Może i trochę pobrudzi przy okazji umywalkę, ale jak najbardziej wystarczy ją tylko opłukać. Idealnie się nadaje na pierwsze oczyszczanie, olejek zmywa większość makijażu, jeśli czujecie, że coś jeszcze Wam zostało warto na wszelki wypadek wziąć jeszcze odrobinę olejku i domyć resztki, ale ja to robię żelem oczyszczającym i wszystko jest super oczyszczone. Olejek lubi po sobie zostawiać lekką warstwę filmu, którą najlepiej jest zmyć właśnie za pomocą innego produktu. 

Ja jestem na maksa zadowolona, bo wszystko mi tutaj pasuje, zapach jest cudowny, a ja uwielbiam jak coś ładnie pachnie. Poza tym działanie - fenomenalne, makijaż zmyty, nie zużywam miliarda wacików, jak kiedyś i trwa to dużo szybciej niż kiedyś, no i pojemność dla mnie idealna. Może i mniejsza od innych tego typu produktów, ale mi to pasuje, bo zawsze olejek jedzie ze mną gdziekolwiek się wybieram, a to jest ekstra, że nie zajmuje mi połowy kosmetyczki. A mimo niewielkiej pojemności, olejek jest bardzo wydajny! Ja go używam już dosyć długo i jeszcze na szczęście jest. Mam wrażenie, że dopiero teraz zaczęłam idealnie oczyszczać twarz wieczorem i każdemu polecam ten olejek, bo jest genialny i na pewno będę do niego wracać!



Bielenda, Botanic Formula,
mleczko do demakijażu

Skład: Aqua, Tripelargonin, Ethylhexyl Stearate, Glyceryl Stearate, Stearyl Alcohol, Orbignya Oleifera (Babassu) Seed Oil, Glycerin, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Sorbitan Laurate, Tocopheryl Acetate, Amaranthus Caudatus Seed Extract, Punica Granatum (Pomegranate) Seed Oil, Tocopherol, Beta-Sitosterol, Squalene, Ascorbyl Palmitate, Sorbitol, Citric Acid, Xanthan Gum, Polyglyceryl-4 Laurate, Dilauryl Citrate, Disodium EDTA, Sodium Dehydroacetate, Benzyl Alcohol, Parfum, Butylphenyl Methylpropional.

Ja już jestem totalnie przestawiona na olejki do demakijażu i jakiekolwiek inne produkty mnie męczą, więc możecie się do razu domyśleć, że tego mleczka używam bardziej z braku laku, żeby po prostu je zużyć albo przy minimalnym makijażu, kiedy wiem, ze nie będzie to trwało 20 minut, tylko kilka.
Mleczko do demakijażu ma większą pojemność niż olejek, ale to nie oznacza, że wystarczy nam na dłużej w sumie. Konsystencja jest taka jak mleczko, idealnie, lekko jogurtowa, nawet rzadka, ale jak na mleczko bardzo spoko. Zapach jest tak samo piękny, ale jest odrobinę mniej wyczuwalny. Ale w dalszym ciągu pięknie pachnie, co dla mnie jest mega ważne! 

Mleczko idzie na wacik i rozsmarowujemy je po twarzy, fajnie rozpuszcza makijaż, nie rozmazuje go dodatkowo, ale nie ma się co oszukiwać, że 2-3 waciki i makijaż jest zmyty. Tych wacików jest zawsze dużo więcej, nawet przy dosyć niewielkim makijażu! Nawet jeśli nakładam na twarz tylko ten krem CC od Sesderma, to i tak kilka wacików muszę użyć, żeby go zmyć w większości. Ale tak jest z każdym mleczkiem, więc jestem neutralna. Mleczko również zostawia po sobie lekki film, który musi być zmyty czymś, bo ja nie lubię tego uczucia, a i przy okazji mam pewność, że resztki makijażu są domyte. Nie powoduje zamglenia oczu, nie zapycha i nie podrażnia, więc spoko.

Jeśli ktoś lubi mleczka do demakijażu to ja jestem w stanie mu to polecić, pięknie pachnie, ma fajną konsystencję i nie ma negatywnego działania na cerę, a to jest ważne, jest też ogólnodostępne, więc nie ma problemów z kupieniem go stacjonarnie. Ja się przyzwyczaiłam do olejków, do tego, że jestem w stanie zmyć makijaż w minutę i po sprawie, używanie mleczek wiąże się z wieloma wacikami i z dłuższym czasem. Ale jako tako do samego działania nie mam się jak przyczepić ;).


A Wy co preferujecie do demakijażu? Czy teraz w czasie izolacji, #stayhome nie malujecie się ? :)


Kenia | Sea Safari

18 maja 2020


Dzień dobry! Witam Was dzisiaj bardzo serdecznie, jak tam się czujecie? Wszystko w porządku? Mam nadzieję, że ponownie dobrze przyjmiecie ten wpis i nikt nie będzie zdołowany, bo nie ma wakacji w tym roku... Ale! ja właśnie uważam, że to jest idealny czas żeby pozwiedzać Polskę! I warto z tego skorzystać, bo cudze chwalimy - swojego nie znamy!  Ale, ja i tak opowiem dziś o Afryce, haha.
Dzisiaj będzie o Sea Safari! Nie będzie to jeszcze to Safari w parku narodowym, gdzie widzimy lwy, żyrafy i inne dzikie zwierzęta. Ale jest jeszcze coś takiego jak Sea Safari, o czym my przed wyjazdem nie mieliśmy zielonego pojęcia. Chociaż, każdy zdaje sobie sprawę, że w wodzie jest inne niesamowite życie, ale nie mieliśmy ani pojęcia, że będzie szansa zobaczyć coś takiego praktycznie obok hotelu ani, że można wybrać się na wycieczkę fakultatywną i nurkować w rafie koralowej - szkoda. Ale na szczęście i tak coś tam ujrzeliśmy.


PRZYPŁYWY I ODPŁYWY
Warto o tym wiedzieć przed wyjazdem do Kenii, że w ciągu dnia mamy możliwość wejścia w głąb wody, czasem nawet aż o 300 metrów! Na szczęście, większość hoteli znajduje się nad oceanem, co daje nam dużo możliwości i jest to genialna opcja, żeby w trakcie odpływów pójść wgłąb wody i popodziwiać podwodne zwierzątka! My nie zdawaliśmy sobie o tym sprawy ile ciekawych stworzeń może się znaleźć tak blisko nas! A powiem szczerze, że jak przeglądam internet teraz, to jestem w szoku, jakie inny zwierzątka pozostałe osoby widziały. Przeróżne rozgwiazdy, trujące ryby, płaszczki i nie wspominając, że na wycieczce fakultatywnej macie możliwość jeszcze znaleźć żółwia morskiego, czy oczywiście delfiny. No nic, wierzę, że następnym razem skorzystamy z okazji.


POMOCNI BEACH BOYSI
Nie bójcie się korzystać z ich pomocy, oni mają naprawdę ogromną wiedzę na temat i nie tylko Wam pomogą, ale i pokierują! Szczerze gdyby nie oni pewnie narobilibyśmy sobie szkód, bo część z tych stworzeń jest trująca, wystarczyłoby na nie stanąć i mielibyśmy przewalone. I jakkolwiek średnio to brzmi, ja chodziłam po ich śladach, więc miałam pewność, że skoro oni na nic nie stanęli to i mi się nic nie stanie haha. Poza tym, są w stanie opowiedzieć o każdym zwierzątka bardzo dużo! Wiedzą jak się nazywa, jak się rozmnaża, czy samica np. umiera po urodzeniu, czy ewentualnie dane stworzonko jest przysmakiem w jakimś kraju i masę innych ciekawostek! Ja byłam dość w szoku, że posiadają tak dużą wiedzę na ten temat, ale sami mówili, że w szkole mają niewiele przedmiotów, więc jak już coś mieli to się na tym skupiali i fajnie.


Poza tym, oni widzą rzeczy dla nas niewidzialne. Szczerze, ja nie zauważyłam sama ani jednego zwierzątka - nawet jakiejś dużej rozgwiazdy! Widziałam tylko glony i wodę, no i piasek. Wszystko pokazywali oni, wyciągali z mułu, z glonów albo nagle w jakichś trawach zauważyli rodzinkę nemo rybek, które widzicie wyżej. Więc nawet jakbyśmy chcieli iść sami w ocean i poszukać czegokolwiek to pewnie znaleźlibyśmy niewiele.
Inna fajna kwestia jest taka, że oni mega o to dbają! Wiadomo, że dla nich to jest możliwość zarobku i to też ma na to wpływ, ale to jest piękne, jak oni zawsze delikatnie odkładali wszystko do wody, jak widzieli, że dzieciaki się bawią i wyrzucają np. rozgwiazdy na piasek to normalnie ich ochrzaniali i kazali wrzucić z powrotem do wody. Mnie to kupiło.
No i nie oszukujmy się, taka pomoc kosztuje. Widziałam trochę tekstów w internecie, że to jest niefajne blabla, no sorry, ja od razu wiedziałam na co się piszę godząc się wejść z nimi w ocean. Wiedziałam, że nie robią tego za darmo, a wcale nie żałuję. Koszt takiej pomocy? Wszystko zależy od was, nikt Wam nie powie, że macie dać im miliony monet, my staraliśmy się dać każdemu ok. po 5$ i byli naprawdę zadowoleni. Oczywiście dopóki dostali banknot 5-dolarowy, bo jak raz daliśmy 1-dolarówki to było średnio. Dlaczego? O tym pisałam tutaj:

ROZGWIAZDA W CIĄŻY
Była masa ciekawych okazów, które mieliśmy okazję zobaczyć, dzięki miejscowym. Ale zdecydowanie najciekawszym okazem była rozgwiazda w ciąży. Jak człowiek o tym myśli, to się to wydaje komiczne, bo wydaje mi się, że nigdy nie byłam świadoma tego, że wow - rozgwiazda musi być w ciąży haha/ A tym bardziej, nigdy bym nie pomyślała, że kiedykolwiek zobaczę taką! Szczerze, wyglądała ona jak lekko obleśny kamyk i trochę rozlany mózg w jednym. W życiu bym nie zwróciła na nią uwagi. Dopiero jak ją podnieśli i odwrócili to rzeczywiście pod spodem byliśmy w stanie dojrzeć ramiona. Możecie zobaczyć ją na ostatnim zdjęciu powyższego kolażu - beka nie?!
Poza tym, dowiedziałam się, która rozgwiazda jest męska, a która żeńska - co prawda teraz już tego nie pamiętam, ale zależało to od wypustki na środku, haha.


Poza tym, masa różnych kolczatek, małych, dużych, świecących - czad! Jak możecie zobaczyć na powyższym kolażu, ta bordowa, to jedna i ta sama, z tym, że pod wodą jakimś cudem zaczęła wytwarzać takie substancje, że zaczęła świecić. Lokalsi cały czas porównywali ją do kuli dyskotekowej. Muszę przyznać, że zdjęcia nie oddają tego wszystkiego tak dobrze, jak nasze filmiki (z których powycinałam większość powyższych zdjęć). Więc bardzo serdecznie zapraszam Was do obejrzenia naszego filmiku z Kenii na yt; zapraszam! Sea Safari zaczyna się od mniej więcej 1:25. Tam możecie zobaczyć, jak te kolczatki się poruszają i normalnie się przemieszczają pod wodą - wiem jaram się jakby nie wiem, co to było, ale tak to było dość niesamowite.



Co Wam się najbardziej spodobało? Które stworki? :D
Muszę przyznać, że ja jestem taką osobą, która się wszystkiego boi. Jak miałam na ręce malutkiego, białego kraba to wystarczyło, że się lekko ruszył, żebym odskoczyła, haha. Tak samo było kiedy rozgwiazda w pewnym momencie puściła wodę mi na rękę, czy się zsikała? Nie wiem, ale w Kenii mogę takie doświadczenia przeżywać haha.



#koronabeauty Efektima dająca relaks i blask

15 maja 2020



Dzień dobry! Wraz z rozwojem akcji #zostańwdomunałóżmaskę wiele firm podchwyciło pomysł, jak np. Efektima! Marka stworzyła dla nas akcję #koronabeauty, żebyśmy mogły się cudownie zrelaksować siedząc w domu, żebyśmy czuły się cały czas zadbane, ładne i błyszczące! Otrzymałam do przetestowania płatki pod oczy, o których już kiedyś pisałam! Więc zapraszam bardzo do recenzji:

A i dodatkowo, dla mnie totalna nowość, czyli błyszczące maski peel-ff w trzech wersjach, rose, gold oraz diamond. A ja uwielbiam maski peel-off, mam ogromną satysfakcję ze ściągania ich z twarzy mimo że zazwyczaj łączy się to z bólem, ale zapraszam koniecznie do zapoznania się z moją opinią ;). Tym bardziej, że jest idealnie piątek, więc po całym tygodniu działań jest idealny czas na relaks i odpoczynek ;)


Hydrożelowa płatki pod oczy
Retinol i witaminy

Hydrożelowe płatki mają za zadanie natychmiast przynieść ulgę spragnionej pielęgnacji skórze. Zawierają retinol, witaminy C,E, kwas hialuronowy, kolagen, wyciąg z liści herbaty camellia sinensis. A po zastosowaniu cera odzyska błyskawicznie młodzieńczy blask, będzie zadbana i cudownie zrelaksowana.

Skład: Aqua, Glucomannan, Chondrus Crispus Powder, Butylene Glycol, Hydrolyzed Collagen, Centella Asiatica Extract, Hyaluronic Acid, Sodium Hyaluronate, Glycerin, Beta-Glucan, Allantoin, Scutellaria Baicalensis Root Extract, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Camellia Sinensis Leaf Extract, Potassium Citrate, Ascorbic Acid, Xanthan Gum, Mica, Titanium Dioxide, Disodium EDTA, Tocopherol, Rose Flower Oil, Retinol, Chamomilla Recutita Flower Extract, Chlorphenesin, Citronellol, Geraniol.

Sposób użycia: Płatki (najlepiej schłodzone) należy nałożyć na oczyszczoną skórę pod oczami i przygładzić je tak, żeby przylegały do skóry. Pozostawić na ok. 20 minut. Najlepiej stosować 2 razy w tygodniu.

W ogóle to pierwszy raz włożyłam płatki do lodówki przez nałożeniem, a tyle już miałam różnych i jakoś nigdy nie ogarniałam za wczasu, żeby to zrobić. I o matko, jak ja żałuję, że ja nigdy wcześniej tego nie zrobiłam, a tyle już używałam takich produktów i to na ciepło, że szok!
Po pierwsze, takie płatki dużo lepiej trzymają się skóry, są jakby przyklejona na klej, nawet czuć lekki opór przy ściąganiu, co sprawia, że płatki stają się dużo łatwiejsze w użyciu. Czasem mi spadały z twarzy, więc musiałam się kłaść i przez chwilę nic nie robić, a ja tak nie lubię. Lekkie schłodzenie płatków daje mi tą wygodę, że mogę się relaksować i w dalszym ciągu coś sobie robić i działać.
Poza tym, schłodzone płatki jeszcze lepiej relaksują i dbają o okolice oczu! To jest tak przyjemne, tak cudowne, tak miłe i nie mogę nie pisać nic innego niż tylko synonimy, jak wspaniałe uczucie to było. Znowu jest to idealne odświeżenie, pobudzenie i sprawienie, że mi się jakby bardziej chce. Poza tym, ja mam zawsze problem z lekko podkrążonymi oczami, a tu wystarczyło 20 minut i moje skóra pod oczami momentalnie się polepszyła, była bardzo nawilżona, gładka, tak idealnie napięta i samo spojrzenie wyglądało promiennie i nabrało blasku. Dla mnie rewelacja! I ja uwielbiam wszystkie płatki od Efektimy ;).

Efektima maseczki Peel-Off


Sposób użycia: Należy nałożyć równomiernie maskę na oczyszczoną skórę twarzy i szyi, omijając okolice oczu i ust. Należy zostawić do wyschnięcia na ok. 20-30 minut, a następnie ściągnąć zastygniętą maskę delikatnymi ruchami od szyi w górę, ewentualne pozostałości zmyć letnią wodą. 

Rose Peel-Off z ekstraktem z kwiatów róży i d-pantenolu

Żyjąc w zanieczyszczonym środowisku, maseczka ma za zadanie dać skórze zastrzyk energii, poprawia wygląd i kondycję naskórka. Skóra po użyciu odzyska świeży i promienny wygląd, pozostanie miękka i wygładzona.

Skład: Aqua, Polyvinyl Alcohol, Glycerin, Alcohol Denat., Propylene Glycol, Synthetic Fluorphlogopite, Panthenol, Rosa Rugosa Flower Extract, Phenoxyethanol, Titanium Dioxide, Xanthan Gum, Glycolic Acid, Parfum, Benzyl Salicylate, Ethylhexylglycerin, Hexyl Cinnamal, Tin Oxide, Amyl Cinnamal, Linalool, Cl 17200, Citronellol, Cl 15985.

Ta różowa wersja PINK była pierwszą, jaką wyrpóbowałam, więc miałam pierwsze zetknięcie się z tymi maskami, które było na początku dość przerażające, bo nie wiedziałam czego się spodziewać! Na początku zobaczyłam konsystencję, bardzo gęstą, która tak fajnie przelewała się przez palce, mi bardzo przypominała taki mocno zasłodzony syrop. Poza tym, zapach niestety bardzo sztuczny, taki trochę metaliczny, niczym ładnym mi to pachniało, ale zapach nie był wyczuwalny, także spoko.
Maseczkę bardzo łatwo nałożyłam na twarz, cała saszetka poszła spokojnie na twarz, jest to idealnie dopasowana ilość, nie za dużo, nie za mało tylko idealnie w sam raz. Maska na twarzy wygląda przecudownie. Różowy błysk, lekki brokat, ale ja się czułam zaraz pięknie, a i trochę jak kosmitka, ale czułam się świetnie! Więc dla mnie to robi genialne wrażenie. Nie miałam problemów, żeby maska mi spływała z twarzy. Po jakichś rzeczywiście 20-30 minutach maska zaschła i wzięłam się za ściąganie. Trochę bolało, nie powiem, że nie, ale dałam radę. Maskę ściągnęłam praktycznie całą, resztę spokojnie domyłam i super. A i ściągając maska nie wyrwała mi żadnych brwi, więc jest bezpieczna!
Zaskoczyło mnie to, że po ściągnięciu maseczki moja skóra błyszczała, ale nie jakoś sztucznie, tylko odzyskała taki promienny i naturalny blask. Wyglądała tak cudownie zdrowo, tak świeżo i tak cudownie, że ja się nie mogłam napatrzeć! No rewelacja! Poza tym, oczywiście skóra po nałożeniu była w fajnym stanie, nawilżona, odżywiona i wow. Idealna maseczka przed jakimś wyjściem, ważnym wydarzeniem, kiedy chcemy uzyskać naturalne glow!


Gold Peel-Off ze złotem i kwasem hialuronowym

Żyjąc w stresie, maseczka ma za zadanie przywrócić skórze blask, wygładzić, odświeżyć i poprawić wygląd skóry, sprawić, że nie będzie zmęczona i przepracowana, pozwolić na chwilę odprężenia i relaksu, a także usunąć martwe komórki naskórka i dodać skórze witalności.

Skład: Aqua, Polyvinyl Alcohol, Alcohol Denat., Glycerin, Synthetic Fluorphlogopite, Phenoxyethanol, Cl 77891, Xanthan Gum, Parfum, Glycolic Acid, Benzyl Salicylate, Ethylhexylglycerin, Cl 77491, Tin Oxide, Polymethylsilsesquioxane, Hexyl Cinnamal, Sodium Hyaluronate, Amyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional, lInalool, Citronellol, Gold Hydrolyzed Heat Protein.

Wersja złota właściwościami nie różni się niczym od tej różowej. Zapach ma może trochę mniej sztuczny i chemiczny, ale nic innego konkretnego mi nie przypominał w sumie. Jakoś gorzej mi poszło rozsmarowywanie jej na twarzy, sama nie wiem czemu, ale dużo mi się rozciapało na samym opakowaniu i bałam się, że mi nie wystarczy na całą twarz, ale na szczęście się udało!
Ta wersja potrzebowała na zaschnięcie trochę więcej czasu niż różowa, ale z kolei dużo łatwiej mi się ją ściągało. Było mniej bólu, szczypania i wszystko poszło tak dość gładko!
Skóra po była znowu w mega fajnym stanie, dość nawilżona, odżywiona, odzyskała blask, koloryt został lekko wyrównany, mam też wrażenie, że jakiekolwiek podrażnienia zostały złagodzone. Poza tym, skóra była na maksa odświeżona i to jest największa zaleta tej maseczki. Miałam wrażenie jakbym się dopiero co obudziła, była taka świeża, nawet oczyszczona i taka gotowa do działania! Rewelacja ;)

Diamond Peel-Off z drobinkami diamentów i kwasu hialuronowego

Maseczka ma za zadanie wygładzić, nawilżyć i odświeżyć cerę, a także sprawić, że skóra będzie wypielęgnowana i zadbana.

Skład: Aqua, Polyvinyl Alcohol, Glycerin, Alcohol Denat., Synthetic Fluorphlogopite, Diamond Powder, Sodium Hyaluronate, Phenoxyethanol, Titanium Dioxide, Xanthan Gum, Glycolic Acid, Parfum, Benzyl Salicylate, EthylhexylGlycerin, Hexyl Cinnamal, Tin Oxide, Amyl Cinnamal, Linalool, Citronellol.

I kolejna, ostatnia już maseczka na tapet. Tym razem wersja diamentowa, iście srebrzysta, czułam się kosmicznie jak ją nałożyłam. Chociaż pewnie ze względu na opakowanie spodziewałam się jakiejś cudownej niebieskości, czy błękitu, ale i tak wyglądałam w niej znakomicie. Bardzo łatwo mi się ją nakładało i ściągało. Przyzwyczaiłam się już po dwóch poprzednich do zapachu, wiec tutaj w ogóle nie był on dla mnie wyczuwalny, więc super.
Ona jest taka najbardziej uniwersalna ze wszystkich trzech, efekty po niej są takie normalne, ale jak najbardziej poprawne. Skóra po jest miękka, gładka i przemiła w dotyku. Dodatkowo jestem w stanie wyczuć lekkie nawilżenie skóry i na maksa odświeżenie. Lubię ten efekt, bo fajnie jest się czuć nowo narodzonym po maskach. Więc tutaj jest bardzo poprawnie ;).


Do maseczek trzeba się lekko przyzwyczaić. Szczególnie do zapachu, bo na początku nie powala, ale potem nie przeszkadza, a to jest najważniejsze. Do konsystencji i do wszystkiego można się przyzwyczaić i 'nauczyć' jak idealnie nakładać i ściągać te maski, żeby nie było niedogodności.
Muszę przyznać, że najbardziej uwielbiam te maski za to uczucie odświeżenie i takiej trochę pobudki. Idealne na teraz, kiedy ja siedząc w domu praktycznie przez większość czasu jestem taka ospała, nic mi się nie chce itd. A po tych maskach jestem zawsze taka pełna energii, nagle mi się chce, czuję się jak nowo-narodzona, dlatego dla mnie czad. No i tym bardziej, że skóra też jest w fajniejszym stanie, bo jestem w stanie zauważyć to lekkie nawilżenie, wygładzenie i w dotyku skóra jest dużo fajniejsza niż przedtem. I ja, jak najbardziej polecam!


Jakie maseczki jesteście w stanie mi polecić obecnie?:)


Fitokomórki macierzyste w masce do włosów, Bio-Tech Restore od Gliss Kur

12 maja 2020



Dzisiaj będzie o masce do włosów. Wiecie, że uwielbiam markę Gliss Kur i jej odżywki ekspresowe do włosów bez spłukiwania, używam ich cały czas od dobrych kilku lat i myślę, że prędko to się nie zmieni. Myślę, że sprawdziłam wszystkie i dzisiaj będzie o masce, z której serii odżywkę już testowałam. I nie wiem, co się stało, że kupiłam tę maskę, bo odżywka akurat mi mega nie spasowała, ale nie wszystko może być zawsze super, dlatego się dziwię, że kupiłam sobie tę maskę, ale może akurat? Jak myślicie, maska mi się spodobała, czy nie?


Schwarzkopf, Gliss Kur,
Maska do włosów Bio-tech Restore
do włosów delikatnych i skłonnych do zniszczeń


Bogata maska do włosów Bio-Tech Restore zawiera kompleks z fitokomórek macierzystych i wodę różaną, dzięki czemu maska odbudowuje i delikatnie chroni podatne na zniszczenia włosy, widocznie poprawia ich kondycję.

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Dicaprylyl Carbonate, Distearoylethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate, Glycol Distearate, Malus Domestica Fruit Cell Culture Extract, Rosa Damascena Flower Water, Tocopheryl Acetate, Hydrolyzed Keratin, Behentrimonium Chloride, Dimethicone, Polyquaternium-37, Phenoxyethanol, Hydroxyethylcellulose, Parfum, Methylparaben, Propylene Glycol, Isopropyl Alcohol, Hexyl Cinnamal, Citric Acid, Lauryl Glucoside, Citronellol, Sodium Sulfate, Geraniol, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, benzyl Alcohol.

Sposób użycia: maskę należy nakładać na mokre włosy umyte włosy, można stosować jako odzywkę, lub jako maskę (wtedy należy pozostawić ja na ok. 2-3 minuty).


Jak widzicie, maska znajduje się w słoiczku, bardzo długo nie przepadałam za takimi opakowaniami, bo nie znosiłam grzebać w nich palcami, ale powiem, że po tylu latach blogowania już się przyzwyczaiłam. Więc opakowanie nie jest takie złe, bardzo dobrze i wygodnie się je zakręca, na końcu się lekko zasysa, więc mamy pewność, ze jest super zamknięta. Nie miałam problemu nigdy nawet przy mokrych dłoniach z otwarciem maski. 
Konsystencja maski jest bardzo zbita, niesamowicie gęsta i dawno nie miałam tak treściwej maski. Nie utrudnia co prawda jakoś bardzo aplikacji, ale też jej nie ułatwia i po wielu innych maskach, musiałam się przestawić na taką konsystencję i się przyzwyczaić do tego, że lepiej nakładać co chwilę niewielkie ilości maski, bo inaczej jest spora szansa, że po prostu spadnie z włosów lub z rąk. Z kolei zapach, to średnio mi się podoba, jest bardzo ziołowy i nie przypomina mi nic konkretnego. Jest dość intrygujący i można się do niego przyzwyczaić i jest taki sam jak odżywki w sprayu, ale to zdecydowanie nie moja bajka.



Używałam maski na kilka różnych sposobów:
Jako odżywkę, było okej, ale nie jest to coś, co było ekstra. Zazwyczaj odzywki mają mi lekko nawilżyć włosy, uzupełnić jakieś brakujące substancje na szybko i nie wymagam za dużo, bo i tak nakładam potem maskę, ale tutaj szału nie było. W sumie nic nie było. Była, bo była, ale i tak bez większego szału. 
Jako maskę solo, muszę przyznać, że maska jako tako, coś tam odżywia. Nie powiedziałabym, że jest nawet średnia, bo jednak wydaje mi się, że brakuje włosom nawilżenia i tak już drugiego dnia po myciu są w jeszcze gorszym stanie niż przed myciem. Ale to można uzupełniać innymi produktami, których ja używam w dalszym ciągu multum. Aczkolwiek, zdecydowanie wolałabym, żeby maska dawała mi good hair day na dłużej, który jestem w stanie osiągnąć za pomocą innych produktów. Tutaj znowu takie meh i nic więcej. 
Jako maskę mieszając z innymi maskami, działa zdecydowanie najlepiej, bardzo fajnie uzupełnia inne produkty. Mam wrażenie, że mieszając kosmetyki mamy możliwość dostarczenia włosom przeróżnych substancji na raz, można mieszać dodawać cokolwiek nam się podoba. I nie było takiej mieszanki, która by mi zaszkodziła. Zawsze był #goodhairday, więc spoko. I mimo, że maska solo nie działa jakoś turbo cudownie to muszę przyznać, że inne maski, z którymi ją mieszam działają z kolei lepiej niż solo, więc wszystko fajnie się tu uzupełnia. Aczkolwiek, nie chcę kupować maski, jako ddoatek do innych produktów, dla mnie kosmetyk ma przede wszystkim działać zajebiście w pojedynkę, a tu tego nie ma.
W żadnym z tych przypadków nie zauważyłam, żeby maska mi obciążyła włosy, ani nie przetłuszczały się łatwiej.



No i powiem Wam ostatecznie, że dla mnie maska bardzo słaba. Szkoda, że fajnie uzupełnia inne kosmetyki, ale sama w sobie moim włosom za bardzo nic nie daje. I one po myciu z taką maską na końcu nadają się bardzo szybko do ponownego mycia, bo po prostu wyglądają na bardzo przesuszone i takie zwiędnięte. Dlatego na pewno nie kupię jej ponownie. Ale ciekawa jestem czy u kogoś z was ta seria Bio-Tech Restore działa? I dajcie znać koniecznie, jakie macie włosy! Bo przy moich wysokoporach w kierunku średnio, rozjaśnianych i zmęczonych życiem - maska nic nie daje. 

Nasze zdrowie psychiczne w trakcie izolacji przez koronawirusa

09 maja 2020


Zacznę od tego, że oczywiście nie jestem lekarzem, psychologiem ani psychiatrą. Jeżeli czujesz się źle, beznadziejnie, słabo, niepewnie, masz różne myśli to poszukaj pomocy i wsparcia. Nie musisz od razu kontaktować się z lekarzem, warto porozmawiać na początku z kimś bliskim, otworzyć się, poprosić o pomoc, dobrą radę i wyrzucić z siebie wszystko co nas trapi. A jeśli to nie pomoże, to najlepszy będzie kontakt ze specjalistą. Bo to sytuacja jest dla nas nowa, nie znamy takiej izolacji, a nasz umysł może na to różnie zareagować, czego sama doświadczyłam.


I nigdy bym nie pomyślała, że coś takiego mnie spotka. Uważam się za wieczną optymistkę, lekko stąpającą po ziemi, która zawsze się śmieje, uśmiecha, szaleje i zawsze wszystko 'będzie dobrze'. I to się nawet nie zmieniło, kiedy czułam się wręcz tragicznie. Zawsze jest co robić, zawsze jest się czymś zająć, zakładam uśmiech i zmuszam się do bycia 'normalną'. Tu nawet nie chodzi o udawanie, tak po prostu człowiek się przyzwyczaja już do tego stanu i nie chce za bardzo zwracać na siebie uwagi.

Jeszcze zanim obostrzenia zaczęły być znoszone, nastał ten weekend, a mi od rana chciało się płakać, miałam momentami łzy w oczach i było mi taaaak źle, że szok. Tęskniłam za rodzicami, za znajomymi, za wychodzeniem, za pubami, za zwykłą normalnością. Pogoda mnie dobijała, bo zawsze jak robiło się ładniej organizowaliśmy grille, wyjścia i niczym się nie przejmowaliśmy, a ja już miałam dość i wiedziałam, że jestem obecnie bezsilna. Tym bardziej, że teraz zwykłe wyjście do sklepu wiąże się z zakładaniem maseczki, rękawiczek, z wrogimi spojrzeniami obcych ludzi, którzy patrzą na Ciebie spod byka, bo stoisz o 5 cm za blisko albo sami nie stosują się do wszechobecnych zasad. I tak w kółko od miesiąca. Ja od zawsze sporo siedzę w domu - taka praca, więc powinnam być przyzwyczajona, ale nie wyszło i  w końcu i mnie dopadło.



I zdaje sobie sprawę, że są osoby, które mają zdecydowanie gorzej, że lekarze, pielęgniarki, osoby ratujące nam życie, podejmują ważne decyzje, podejmują ryzyko i robią wszystko, żeby nam pomóc, a ja mogę pomóc nie wychodząc. Ale ja wtedy tak po prostu nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Było mi tak smutno, że nic mi nie pomagało, nie wiedziałam czego chce, grymasiłam, narzekałam, jak dziecko i domyślam się, że byłam nieznośna. A i byłam tak przygnębiona, że po prostu miałam doła.

I wiecie co? Nie ma w tym nic złego. Sytuacja jest wymagająca, jest trudna i my nie jesteśmy przystosowani do tego, możemy czuć się źle, możemy być przygnębieni. I teraz rozumiem o co chodzi w spacerach dla zdrowia psychicznego, które tak bardzo warto praktykować!

W jedną niedzielę poszliśmy na dłuższy spacer po lesie - od razu poczułam świeże powietrze, wsłuchiwałam się w las, mijaliśmy spacerujących ludzi, którzy jakoś tak przyjaźnie byli do wszystkich nastawieni, mimo braku maseczek i rękawiczek! Było po prostu ekstra, zaczęło świecić słońce, ja - osoba, która od ponad miesiąca nie wychodziła na dłużej niż pół godziny takim spacerem się na maksa zmęczyła, ale po... byłam po prostu szczęśliwa. Wszystko ze mnie zeszło, odżyłam i poczułam się lepiej, tak normalniej i to było najfajniejsze uczucie ever.



Teraz jest okej. Ostatnio zrobiliśmy mini grilla, cały dzień siedziałam na zewnątrz i nie chciałam wracać z powrotem do domu. To zadziałało lepiej niż jakiekolwiek leki. Ale pomyślcie o sobie, nie róbcie nic na siłę, pozwólcie sobie na takie chwile, które pomogą Wam zrozumieć Wasze emocje, które teraz są tak ważne. I pomyślcie o swoich bliskich. Nie tylko jest zagrożenie koronawirusem, ale jest też zagrożenie tym, że ludzie po prostu zgasną, stracą ochotę do walki czy życia, będą sfrustrowani, a może nawet nie mają z kim o tym porozmawiać, nie mają z kim spędzić czasu, bo żyją sami. A to mnie przeraża, w obecnej sytuacji przeraża mnie samotność i wizja, że musiałabym się zmagać z tym sama jest strasznie przygnębiająca.

Dbajmy o siebie i o innych, reagujmy i nie bądźmy obojętni. W takiej sytuacji zwykła rozmowa, videochat, zainteresowanie może odmienić czyjś nastrój na długo. Więc pamiętajcie o sobie i o innych, trzymajcie się i uważajcie na siebie <3
Ściskam!


#2 Topestetic Sesderma antyoksydacyjny krem CC

06 maja 2020


I tak, jak wspominałam ostatnio dzisiaj mam dla Was kolejny produkt od Topestetic marki Sesderma! Otrzymałam duet, mgiełkę depigmentująca, a także Sesderma, krem CC, który miał być dla mnie zbawieniem w trakcie izolacji i siedzenia w domu. Początkowo nie malowałam się wcale, strasząc przy tym męża. Sesderma, mgiełka depigmentująca działała, skóra zyskała bardziej wyrównany koloryt, ale nie zdziałała sztucznego efektu i nie sprawiła, że twarz wygląda jak po photoshopie. Dlatego taki krem miał być dla mnie idealny na co dzień, żeby się nie malować, ale wyglądać dosyć przyjemnie dla oka. No to, ciekawe czy moje wyobrażenia się spełniły ;) Jak myślicie?

Sesderma, SPF 15
krem CC z ochroną


Krem CC jest produktem, który ma nie tylko sprawdzić się w codziennym makijażu, ale również ma pielęgnować naszą skórę. Jest prawdziwą bombą antyoksydacyjną. Zawiera witaminę E, która chroni skórę przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi i spowalnia proces starzenia; kwas hialuronowy o dużej masie cząsteczkowej, który wygładza skórę, zapewnia jej komfort oraz nawilżenie. Dzięki zawartości czynników wzrostu HGH, krem jest idealną bazą pielęgnacyjną, odżywia skórę przez cały dzień, a także stymuluje jej proces regeneracji. Posiada rozświetlające pigmenty, które nadadzą skórze naturalne glow i świetlistość, dzięki czemu będzie wyglądać pięknie i zdrowo przez kilka godzin.

Skład: Aqua, Titanium Dioxide, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Ethylhexyl Methoxycinnamate, C12-15 Alkyl Benzoate, Propanediol, Octocrylene, Hydrogenated Polydecene, Synthetic Fluorphlogopite Dimethicone, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Isostearyl Isostearate, Vp/eicosene Copolymer, Hydroxyphenoxy Propionic Ac., Camellia Sinensis Leaf Extract, 3-D-Ethyl Ascorbic Ac., Sodium Hyaluronate, Nicotiana Benthamiana Sh-Polypeptide-7, PEG-75 Stearate, Cl 77492, Propylene Glycol, Hydroxyethylcellulose, Xanthan Gum, Ceteth-20, Steareth-20, Sodium Hydroxide, Mica, Sodium Polyacrylate, Cl 77499, Cl 77491, Cyclopentasiloxane, Lecithin, Trideceth-6, Alcohol, Silica, Disodium EDTA, Polysorbate-20, Sodium Chloride, PEG/PPG-18/18 Dimethicone, Sodium Cholate, Dipotassium Phosphate, Retinyl Palmitate, Potassium Phosphate, Triethanolamine, Tocopherol, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Potassium Sorbate, Parfum, D-Limonene, Linalool, Citral.

Sposób użycia: należy rozprowadzić krem na oczyszczonej skórze za pomocą dłoni, pędzla lub gąbeczki.


Standardowo, zaczynając od opakowania, krem znajduje się w dość niewielkim opakowaniu o pojemności 30 ml, dostajemy go jeszcze w kartoniku, na którym znajdziecie wszystkie informacje, jakich tylko potrzebujecie. Tubka jest fajna, design utrzymany zdecydowanie w moich kolorach, wygodnie się jej używa i aplikuje produkt. Konsystencja jest w sumie typowa dla fluidu, ale czuć, że w dalszym ciągu jest lekka. Zapach, jak dla mnie ciekawy, ładny, trochę cytrusowy, ale jest średnio wyczuwalny.
Muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż takiego koloru po kremie CC. Takie kremy kojarzyłam z lekkim zabarwieniem, a jak to zobaczyłam pomyślałam sobie, że wow - to jest normalnie jak podkład. Od razu pomyślałam sobie, że dla mnie będzie za ciemny, zbyt pomarańczowy i będę musiała poczekać aż się mocno opalę, ale i tak go sprawdziłam. Spodziewałam już już od razu efektu, jak po podkładzie co najmniej lekko kryjącym. Zobaczcie sami po poniższych zdjęciach, że odcień jest konkretny!


Sposób aplikacji należy dopasować do siebie, ja próbowałam praktycznie wszystkiego:
Za pomocą pędzla do podkładu: Pierwsze podejście, wycisnęłam na dłoń i nakładając na twarz za pomocą pędzla nie było to zbyt dobre rozwiązanie. Jakoś tak miałam wrażenie, że krem za bardzo wchodzi mi we włosie i niewiele nakładałam na twarz. Coś mi brakowało cały czas w aplikacji i po pierwszym razie zrezygnowałam. Bo i wyglądało to bardzo źle, dziwne smugi i twarz stawała się taka szara, smutna i ponura.
Za pomocą palców: Przy kolejnym podejściu nałożyłam krem CC palcami i tutaj było niebo lepiej! Miałam lepszą kontrolę nad tym, jak ten krem rozkłada się na mojej twarzy i jak wygląda moja cera i to było super. Wszystko mi tutaj grało, mogłam dokładać ilość według mojego uznania. Efekt był taki bardzo naturalny, bez smug, z bardzo niewielkim, a praktycznie znikomym kryciem, ale twarz wyglądała ładnie.
Za pomocą gąbeczki: Też próbowałam tak nałożyć i muszę przyznać, że namachałam się okropnie tą gąbeczką, musiałam się nauczyć tej aplikacji, bo początkowo robiłam sobie plamy, ale na szczęście gąbeczką wszystko dało się idealnie rozsmarować. I za pomocą gąbeczki dostałam największe krycie tego kremu CC, o czym będę pisać poniżej.
I dlatego ten krem CC jest dla mnie zagadką ze względu na swoje różne oblicza, ale to mi się podoba ;)


Tak jak wspomniałam, krem zagadka. Na początku był dramat, szara smutna cera - bez wyrazu, mnóstwo smug, jakby brudna i makabra, miał takie brudzące krycie. Na szczęście po jakimś czasie się lekko opaliłam, a i w międzyczasie na maksa dbałam o skórę, wróciłam do regularnych peelingów oraz masek i to sprawiło, że jakoś moja cera polubiła się z tym kremem.
Aplikując krem palcami uzyskuję efekt takiej fajnej bazy, która idealnie wtapia się w skórę. Odcień się nie odznacza, bo praktycznie nie ma jakiegoś znacznego krycia. Jakieś bardziej odznaczające się plamki czy przebarwienia zostały zakryte, ale nieznacznie. Skóra wygląda bardzo naturalnie, tak dosyć normalnie. Nie zauważyłam jakoś bardzo rozświetlających pigmentów, ale muszę przyznać, że makijaż po nałożeniu wyglądał cudownie! Bardzo świeżo, bardzo promiennie, mega zdrowo i tak po prostu ładnie! Mam też wrażenie, że i makijaż się dłużej utrzymuje, nawet jeśli używam nielubianych przeze mnie fluidów, które łatwo schodzą. Także, bardzo fajna baza.
Kiedy nie chcę mi się malować, ale chcę wyglądać w miarę okej, sięgam po gąbeczkę i wtedy uzyskuje delikatne krycie, ale takie zadowalające. Koloryt skóry jest wyrównany, większość plamek i przebarwień są zakryte, a skora wygląda wow. Widać to rozświetlenie i blask od razu. Mimo, że krem CC nakładam solo, to naprawdę skóra jest promienna, jak po nałożeniu wszystkich produktów, jak zazwyczaj. Tak więc ja się cieszę!


Nie mam pojęcia jak to działa, że krem CC nakładany w różny sposób ma też różne właściwości, ale podoba mi się to, że produkt jest w ten sposób wielowymiarowy. Mogę to kontrolować i wybierać to, czego danego dnia potrzebuję najbardziej. Jeśli chcę fajnej bazy pod makijaż nakładam krem palcami, a jeśli nie chce mi się malować to używam gąbeczki, dzięki której cera wygląda ładnie. Poza tym, bardzo podoba mi się to, że jestem w stanie odczuć to, że ten krem cały czas pielęgnuje moją skórę. Skóra po nałożeniu jest bardzo miękka, gładka i naprawdę miła w dotyku! Wydaje mi się, że produkt będzie dość wydajny, nie nakładam go za dużo na całą twarz, bardzo podobna ilość jak krem do twarzy. Ale więcej o wydajności napiszę w denku :). Nie zauważyłam podrażnienia ani zapchania. Więc ja jestem bardzo zadowolona i będę używać teraz w czasie izolacji, kiedy za często nie wychodzę, a chcę wyglądać w miarę na ogarniętą ;).
Znacie te produkty? Dajcie znać koniecznie, czy znacie też Topestetic i może polecacie coś konkretnego z tej strony? :)