Solverx, balsamy do wymagającj skóry; wrażliwej i atopowej

10 lutego 2020


Dzień dobry! Zaczynamy nowy tydzień, co prawda dzień, jak co dzień, więc nie mówię, że nowy tydzień - nowa ja, ale zazwyczaj nie lubię poniedziałków, bo muszę wtedy ponadrabiać wszystko z weekendu, ale nie narzekamy, tylko działamy. Wiatr mnie dzisiaj przeraża, ale mam nadzieję, że nigdzie mnie nic nie zdmuchnie.
A na razie zapraszam Was na wpis, recenzję dwóch balsamów do ciała, które otrzymałam w ramach ubiegłorocznej konferencji Meet Beauty, która się nie odbyła, ale już mamy zapisy na kolejną! Kto się zgłosił? Ja już zacieram rączki i mam ogromną nadzieję, że się dostanę! A na razie mamy dwa specyficzne balsamy bo jeden jest do skóry wrażliwej, a drugi do atopowej.

Solverx, balsamy do ciała
skóra wrażliwa i atopowa


Balsamy do ciała marki Solverx; jeden przeznaczony do skóry atopowej, a drugi do skóry wrażliwej dla kobiet. Należy je stosować dwa razy dziennie, Pamiętamy, żeby przechowywać w suchym miejsce w temperaturze pokojowej z dala od promieni słonecznych. Testowany dermatologicznie.

Skład [sensitive skin]: Water, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Glycerin, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Caprylic/ Capric Triglyceride, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil, Oenothera Biennis (Evening Primrose) Seed Oil, Pentylene Glycol, Achillea Millefolium Extract, Allantoin, Arginine, Lactobionic Acid, Glycyrrhiza Glabra Root Extract, Hydroxyacetophenone, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Parfum.
Skłąd [atopic skin]: Water, Glycerin, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Caprylic/Capric, Triglyceride, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Pentylene Glycol, Simmondsia Chinesis (Jojoba) Seed Oil, Nigella Sativa (Black Seed) Seed Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Allantoin, Arginine, Glycyrrhetinic Acid, Lactobionic Acid, Hydroxyacetophenone, Panthenol, Tocopheryl Acetate.

Sposób użycia: należy wmasować okrężnymi ruchami w oczyszczoną i osuszoną skórę ciała aż do wchłonięcia się balsamu, zawsze po kąpieli.


Zacznę od tego, że ja nie posiadam raczej ani skóry wrażliwej ani atopowej. Jeszcze nigdy nie spotkało mnie żadne uczulenie związane z jakimkolwiek produktem na ciele i nie mam ze skórą problemów, więc ciężko jest mi to ocenić pod tym kątem. Czasem doskwiera mi swędzenie rąk głównie zimą, jakby skóra była podrażniona, ale nie zastanawiałam się nigdy czym to może być spowodowane.

Stosować oba balsamy na zmianę. Czasem zmieniałam po tygodniu, czasem po dwóch, a czasem codziennie. I wiecie co? Powiem Wam, że dla mnie te dwa balsamy od siebie nie różnią się za wiele, są jakieś niuanse, o których zaraz wspomnę. Nawet jeśli chodzi o skład, to początek czyli najważniejsze składniki są praktycznie takie same. Na samych składach się nie znam, ale też wydają mi się bardzo dobre!
 Jeśli chodzi o wspólne cechy, to balsamy mają mega fajną konsystencję, nie jest ona ani za rzadka ni za gęsta, a taka fajnie kremowa i jakby jedwabista. Dodatkowo idealnie się ją rozmarowuje, biały smugi szybko znikają i nawet jak przesadzimy z ilością to nie męczymy się pół godziny, żeby sobie poradzić z nadmiarem, tylko wmasowujemy chwilę i wszystko 'znika'. Balsamy pozostawiają po sobie lekki film, ale nie jest on ani tłusty ani klejący się, ja praktycznie codziennie po 5 minutach jestem już ubrana i nie mam wrażenia, że ubrania przyklejają się do ciała, co jest mega przyjemne!
Oba balsamy przyjemnie nawilżają i dbają o naszą skórę. Te moje uczucia swędzenia były jakby mniejsze, więc chyba coś to działa na dość wymagającą skórę. Stosowałam je tylko raz dziennie, ale moja skóra jest w mega świetnej kondycji! Jest nawilżona, odżywiona, miękka i gładka w dotyku. Dodatkowo używałam ich też po powrocie z Kenii, kiedy moja skóra potrzebowała sporej pomocy i świetnie się sprawdziły.



SOLVERX, balsam do ciała do skóry atopowej
Wersja do skóry atopowej nie ma kompletnie zapachu, nawet jak próbuję się wwąchać to nie jestem w stanie nic poczuć kompletnie, co jest na pewno zrozumiałe ze względu na przeznaczenie balsamu. Poza tym, wydaje mi się, że akurat ta wersja ma trochę bogatszy skład, a i krótszy, niż wersja do skóry wrażliwej, przez co może jest delikatna różnica w poziomie nawilżenia. Mam takie małe wrażenie, że ten balsam nawilża trochę lepiej.


SOLVERX, balsam do ciała, do skóry wrażliwej
To już się możecie domyślać, że wersja dla kobiet do skóry wrażliwej nawilża troszeczkę mniej, ale nie oznacza to, że jest to poziom niezadowalający, bo oczywiście tak nie jest. Ja się czułam praktycznie tak samo używają obu balsamów. Skóra jest tak samo zostawiona w super kondycji, co było fajne. Ta wersja z kolei już ma zapach, ale nie jest to nic konkretnego, raczej zwykły kosmetyczny, ale ładny i idealnie wyważony. Nie jest zbyt intensywny czy drażniący.


Poza tym, mega mi się podoba ich szata graficzna. Prosto, zwykło i estetycznie, a jednak cały czas miło dla oka. Oba są w pojemności 200 ml i kosztują około 55zł, jak patrzę w internecie. Aczkolwiek, są na maksa wydajne, bo też i niewiele potrzebujecie, żeby tak naprawdę wysmarować całe ciało. Ciężko jest mi też stwierdzić na ile dokładnie czasu nam wystarczy jeden balsam, bo jak pisałam używałam ich naprzemiennie, a i zaczęłam jeszcze przed Kenią i tak to się trochę ciągnie z przerwami.
Ja jestem z działania zadowolona i jak najbardziej mogę te balsamy polecić osobom, które właśnie takich produktów potrzebują, pomimo dość wysokiej ceny. Dla komfortu naszej skóry warto wydać więcej, żeby sobie nie pogorszyć jej stanu. Więc czad! Jak kiedykolwiek będę w takiej potrzebie czy ktoś z moich bliskich to na pewno będę pamiętać o marce Solverx, bo mają dość sporo takich produktów w swojej ofercie!


Holika, Holika żel aloesowy + olej z orzechów macadamia
obecne olejowanie włosów

07 lutego 2020



Dzisiaj będzie o olejowaniu. I już od bardzo dawna nie wyobrażam sobie, żeby w mojej pielęgnacji włosów miało zabraknąć olejowania. Już też od jakiegoś czasu zaczęłam olejować włosy na podkład, głównie z aloesu, do pewnego momentu był to po prostu sok z aloesu, który przelewałam do jakiegoś opakowania z atomizerem, żeby sobie rozpylić aloes na całych włosach, jak i na skórze głowy. Ostatnio jednak, w końcu skusiłam się na znany wszystkim żel uniwersalny z Holika, Holika! Do tego testuję również nowy olejek, tym razem z orzechów macadamia, który powinien teoretycznie bardzo pasować moim włosom, no to jak to wygląda? Po kolei!

Holika, Holika 
żel wielofunkcyjny 99% aloesu

* łagodzi zaczerwienienia i wszelkie podrażnienia * idealnie nawilża *
Skład: Aloe Barbadensis Leaf Juice, Nelumbium Speciosum Flower Extract, Centella Asiatica Extract, Bambusa Vulgaris Extract, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract, Zea Mays (Corn) Leaf Extract, Brassica Oleracea Capitata (cabbage) Leaf Extract, Citrullus Lanatus (watermelon) Fruit Extract, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Polyacrylate, Carbomer, Triethanolamine, Fragrance, Phenoxyethanol.

Żel można stosować w bardzo różny sposób, jako krem czy serum do twarzy, krem do ciała, serum do włosów czy serum do wysuszonej skóry. Poza tym, w samym żelu poza aloesem macie: wyciąg z kwiatu lotosu, wąkroty azjatyckiej, bambusa, ogórka, kukurydzy, liści kapusty i arbuza, czego ja się nie spodziewałam do samego spisywania składu. Jeżeli mamy do czynienia z 99% aloesu, to nie wiem jaka część wszystkie stanowią pozostałe ekstrakty, ale ja nie muszę tego wiedzieć. Jak możecie się domyślać, ja używałam tego żelu tylko i wyłącznie na włosy pod olej. Aczkolwiek zazwyczaj nakładam najpierw żel, a po jakimś czasie nakładam olej.
Ogólnie bardzo wygodnie mi się używa tego żelu, ma dość fajny taki inny kształt, ale nie mam problemów z otwarcie opakowania. Nie biorę go ze sobą nigdzie, więc nie wiem jak to jest z zamknięciem, ale powinno działać dość dobrze. Konsystencja bardzo żelowa, a zapachu nie jestem w stanie wyłapać.
Musze Wam powiedzieć, że ogólnie bardzo fajnie mi się używa tego żelu, jest konkretniejszy niż sok z aloesu w formie płynnej i mam wrażenie, że bardziej wnika we włosy i je wypełnia od środka. Kiedy wcześniej rozpylałam produkty z aloesu to była to taka bardziej mgiełka, która pokrywała włosy i część pewnie też wchodziła w nie. Co prawda brakuje mi nakładania żelu na skórę głowy. Jakoś ta żelowa konsystencja bardziej mi pasuje na włosy, a ogólnie mi włosy mega rosną od aloesu, więc tego mi trochę brakuje.. Mimo wsyztsko, ten żel to jest dla mnie aloesowa bomba, kiedy zostawiam go samego na włosy, to on naprawdę w nie wnika, w taki sposób, że po jakimś czasie po tym żelu na włosach niewiele co zostaje, ale nic nie spływa. Moje włosy uwielbiają aloes i zauważyłam, że od kiedy używam tego żelu, to włosy stały się bardziej mięsiste, takie konkretne, jakby grubsze albo po prostu wypełnione czymś, dzięki czemu wyglądają niebo lepiej. Włosy oczywiście są też bardziej nawilżona i odżywione, ale najbardziej mi się podoba ten efekt pełniejszych włosów.
Cenowo oczywiście wychodzi gorzej niż sok z aloesu - kosztuję ok. 30zł, więc jest droższy, chociaż można go dorwać na promocjach, a i też na pewno starcza na krócej. Mi się wydaję, że tak miesiąc półtora regularnego używania będzie, ale dam znać o tym dokładnie w denku. Mimo wszystko, ja na pewno zostanę z nim na stałe, ale myślę, że będę używać zamiennie z sokiem z aloesu. Takie mocne aloesowanie żelem raz co kilka myć, jakoś raz na 2 tygodnie, a regularnie sok z aloesu mi wystarczy, więc i tak fajnie - pasuje mi to.


Venus, olej z orzechów macadamia

* silnie ujędrnia i napina skórę * nie zatyka porów * wzmacnia, nawilża i odżywia * chroni przed działaniem czynników zewnętrznych * pomaga zmniejszyć cellulit i zapobiega powstawaniu rozstępów * stymuluje mikrokrążenie * łagodzi podrażnienia * regeneruje i wygładza *

Po pierwsze można go używać dosłownie do wszystkiego; do włosów, do ciała, twarzy, dłoni, stóp, paznokci i myślę, że jeszcze kilka użyć by się znalazły. Można używać go solo, ale i uzupełniać inne kosmetyki wzmagając ich działanie. Skład to oczywiście czysty olejek z orzechów macadamia.
I teraz tak! Od jakiegoś czasu zaczęłam szukać, miksować i próbować coraz to nowszych olejków do olejowania. Mam listę tych, które powinny pasować do moich włosów, nisko/średnioporowatych. I tak, jak sprawdzałam ten olejek miał się sprawdzić na moich włosach, a szczerze wydaje mi się, że za wiele nie robi. Olejek zawsze coś tam nawilży nam włosy i odżywi je przynajmniej w minimalnym stopniu i okej, spoko. Ale mimo wszystko ja liczę na mega efekty, na sypkie włosy, błyszczące, nawilżone, miękkie i po prostu fajne. Z kolei ten olejek jest bardzo średni. Sprawdzałam go i solo i w połączeniu z aloesem i za każdym razem w sumie było tak samo. Więc tutaj za dużo nie mam co w sumie opisywać, bo u mnie on się po prostu nie sprawdził a ja będę szukać i testować dalej!

Dajcie znać, jakie oleje możecie mi polecić, które sprawdzają się na Waszych nisko lub średnio-porach. A także koniecznie napiszcie, czy znacie ten żel wielofunkcyjny z Holika, Holika, bo znowu wydaje mi się, że jestem ostatnią osobą, która go testuje.
Trzymajcie się!


Kenia - Ogólnie część 2:
pieniądze, waluta | napiwki | wiza | jedzenie

04 lutego 2020


Dzień dobry! Przyszedł czas na kolejną dawkę wiedzy o Kenii! Ostatnio pisałam Wam o ogólnych informacjach i dzisiaj będzie druga część również informacji ogólnych, które Was ciekawiły! I mega się ciesze, bo i mi się bardzo fajnie wraca do tych wspomnień z Afryki, a i za każdym razem przypominam sobie coraz to więcej rzeczy, więc będzie coraz ciekawiej.


Polecam również:


PIENIĄDZE i WALUTA
W Kenii obowiązują w sumie dwie waluty: szyling kenijski, a także dolar amerykański dla turystów. Warto wiedzieć, że płacenie w szylingach jest bardziej opłacalne niż w dolarach, co powinno być w sumie logiczne, ale jak ja zaczęłam przeliczać ceny, które podawali także w dolarach to różnica była dość spora. Warto mieć szylingi, bo i łatwiej będzie Wam wszędzie zapłacić, a jak coś to możecie wymieniać pieniądze w bankach, jak i na recepcji, ale tam oczywiście już mamy inny przelicznik. 
Jeśli chodzi o dolary amerykańskie to po pierwsze muszą być jak najnowsze, nie starsze niż z 2009 r., starszych Kenijczycy nie uznają... Poza tym, polecam mieć banknoty minimum 5 dolarowe, nie szukajcie 1-dolarówek, bo to jest bezsensu, mimo że każdy będzie Wam to w Polsce głównie w biurach podróży polecać. A dlaczego? Bo nie będą w stanie ich wymienić w banku na szylingi, jeden barman nam powiedział, że żeby wymienić 1 dolarówki musi ich mieć co najmniej kilkadziesiąt, co jest totalnie bezsensu, bo zanim oni tyle uzbierają to potrzeba naprawdę sporo czasu, a potrzebują pieniędzy najczęściej na wczoraj.


NAPIWKI
Przed wyjazdem w biurze podróży mówiono nam, że zostawianie napiwków jest bardzo popularne i że warto im zostawiać w pokojach, w restauracji czy przy barze, właśnie np. 1 dolara, co dla nas nie jest zbyt dużym kosztem, a dla nich to naprawdę sporo. 
Z jednej strony, wcale nie jest to tak popularne, ja może widziałam ze 2 razy na cały wyjazd, jak ktoś zostawiał napiwek, chyba że ludzie robią to w tak elegancki sposób, że tego nie widać. Ale gdyby były rzeczywiście tak popularne, nie mieliby problemu z wymieniem ich w banku, więc byliśmy jednymi z nielicznych, którzy te napiwki zostawiali. 
Z drugiej jednak strony, uważam, że te napiwki im się na maksa należą, osoby pracujące w hotelu robiły coś cały czas! Nie zobaczycie nikogo siedzącego na telefonie. Barmani, jak nie obsługują gości, to ogarniają bar, kroją owoce, myją i przynoszą szklanki, na restauracji kelnerzy cały czas sprzątają stoły, zbierają brudne naczynia i co chwilę pytają, czy nie potrzebujesz czegoś do picia. Nawet była jedna Pani odpowiedzialna za sprzątanie, która z mopem chodziła naprawdę cały czas, zawsze znalazła sobie miejsce, które mogłaby posprzątać - co dla mnie jest niesamowite. Poza tym, miłe jest to, że obsługa Cię zapamiętuje, wie, jakie drinki lubisz i czy do obiadu pijesz piwo czy sok. No i są niesamowicie mili, można z nimi pogadać o wszystkim, odpowiedzą na wszystkie możliwe pytania i jak to mówią 'When you're happy, I'm happy', są naprawdę kochani!
Przy okazji, zostawialiśmy też napiwki w pokoju za sprzątanie, bo ogarniają Ci pokój codziennie i raz przez przypadek zostawiłam starą 1 dolarówkę, której nasz room service nie wziął, bo była stara. Nawet nie wiecie, jak mi było z tym źle później.


CENY
O kupowaniu pamiątek jeszcze Wam napiszę, bo jest to zdecydowanie story of my life, w której naprawdę trochę się bałam. Aczkolwiek nie zdziwcie się, że w Kenii na straganach nic nie ma ceny. I możecie się pytać kilkanaście razy i tak Wam nikt nic nie powie. Dopiero jak wybierzecie wszystko, co Was interesuje, to dostaniecie jedną cenę za wszystko na raz od bossa. I to jest prawda, że dla nich biały człowiek jest bogaty. Początkowe ceny są z kosmosu, więc nie zdziwcie się i miejsce odwagę się targować.
Nie wiem, jak prezentują się ceny poza ośrodkiem, a w samym hotelu kupowaliśmy jedynie pocztówki i znaczki to tak normalnie, nie jako turbo drogo. 
Wycieczki oferowane przez biuro, a także dodatkowe atrakcje są dość drogie, od chyba ok. 70$ za osobę np. za lekcję kitesurfingu, na co my też nie byliśmy przygotowani. Żałuję, że biuro podróży nas o tym nie uprzedziło, bo my o tym nie myśleliśmy, a jak zaczęli nam coś proponować to już nie było o czym gadać.
WIZA DO KENII
To jedyny wydatek, o którym wiedziałam, a bez niej do Kenii nie wejdziecie. Już w samolocie dostaliśmy dwa formularze/wnioski o wizę do uzupełnienia, które i tak nie były sprawdzane przez nikogo, a po wylądowaniu stało się w kolejce na lotnisku, zapłaciło się 50$ za osobę i tyle, więc nie spinajcie uzupełniając formularz.


JEDZENIE
Było dużo pytań o jedzenie, ale nie mam się za bardzo nad czym tutaj rozpisywać. Nasz hotel ma niemieckich właścicieli, więc jedzenie było bardzo europejskie i takie normalne. Poza tym, tam było prawie wszystko, a jedzenie było nie tylko w wersji szwedzkiego stołu, ale i była obsługa, która na bieżąco robiła posiłki na życzenie na ciepło.
Na śniadania można było dostać wszystko, kanapki, omlety, jajka na twardo, płatki na mleku, a także czasem naleśniki czy gofry itd.
Na obiad można było wybrać ziemniaki, frytki, czasem kurczaka, czasem rybę, zawsze był makaron (sos, składniki i dodatki wybieraliście sobie sami - był robiony na bieżąco) itp. Jeśli dobrze pamiętam to tylko raz trafiliśmy na owoce morza - kalmary, które były przepyszne. Tak to czasem mięso było w jakimś specyficznym ich sosie z dodatkiem mleczka kokosowego pewnie. Więc jeśli chodzi o jakieś ich jedzenie to na myśl przychodzi mi ten sos, to bo było coś innego, poza tym standardowe rzeczy. Co jakiś czas była nawet pizza, więc bez afrykańskich szaleństw.
Kolacja była dla mnie połączeniem śniadania i obiadu, zawsze makaron, jakieś frytki, ewentualnie jakieś rzeczy ze śniadania.
Nie jedliśmy nic co mogłoby być jakimś ich specyficznym jedzeniem czy daniem, było normalnie praktycznie jak w domu czy gdziekolwiek w Europie. Aczkolwiek, najlepiej wspominam owoce, to było najpyszniejsze na świeżcie - świeże, intensywne i po prostu pyszne. Dawno nie jadłam tak dobrego ananasa, a sok z marakui stał się moim ulubionym i niestety ciężko dostępnym w Polsce.


No to będzie na razie na tyle! Jeśli jeszcze chcecie coś wiedzieć to oczywiście dawajcie znać!


Pierwsze denko w 2020!
denko stycznia!

01 lutego 2020


Jak ja się cieszę, że ten miesiąc już się zakończył, jeżeli chodzi właśnie o denko. Mam wrażenie, że ten początek roku u mnie skupiał się głównie na wykańczaniu produktów, a i już teraz mam niektóre produkty na wykończeniu, więc i luty może być dość spory. A cieszę się, bo nie dość, że powykańczałam sporo produktów to przy okazji pozbędę się w końcu tych śmieci, które w szafie już mi się wysypują! Co prawda na kosmetyki wydałam w tym miesiącu dość sporo, większość potrzebnych ale pewnie i trafiły się produkty, które wzięłam, bo tak. Od lutego będę na pewno bardziej rozkminiać, co i ile kupiłam i czy rzeczywiście musiałam to kupić ;).
Tak w ogóle to ostatnio widziałam fajne podsumowanie denkowe na jednym blogu, które dotyczyło całego roku! I ja w sumie przejrzałam swoje denka i tak na szybko naliczyłam się ponad 200 produktów, co trochę mnie przeraziło, że aż tyle udało mi się wyrzucić, a powiem Wam, że jakimś sposobem w dalszym ciągu zapasy są u mnie dość spore. Więc w tym roku muszę bardziej wdrożyć akcję #denkujeniekupuje @mazgoo.
No to lecimy!



Nie mogło się oczywiście obyć bez Facelle, chusteczki nawilżające do higieny intymnej, które u mnie zawsze będą numer 1 i zawsze je kupuje, jak tylko jest promocja w Rossmannie. Nie są drogie, ale jak można kupić jeszcze taniej, a ja ich kupuję ogromne ilości to dla mnie się opłaca. Poza tym, BeBeauty, waciki kosmetyczne to kolejny mój musthave. Aczkolwiek cieszę się, że jakoś używam ich mniej od kiedy staram się robić demakijaż olejkami. I jeśli chodzi o włosy to oczywiście zużyłam Alterra, Naturkosmetik szampon do włosów, nawilżający bio owoc granatu i bio aloes i szampon dodający objętości bio papaja i bio bambus, bez których nie wyobrażam sobie pierwszego mycia, a tym bardziej zmywania olei. Podobnie z Gliss Kur, Schwarzkopf ekspresowa odżywka regeneracyjna, supreme lenth, te odżywki u mnie już chyba będą niezmiennie zawsze. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby nagle ich zabrakło w mojej pielęgnacji. Jeszcze udało nam się w końcu zużyć Schwarzkopf, got2be, volumania, lakier rod włosów, który dla mnie jest najlepszym lakierem ever. Nie śmierdzi, nie skleja, a fajnie oddziałuje na włosy, utrwala fryzurę, nie obciążając, a dodając tym samym fajnej tekstury. I jeszcze co do włosów, niestety mój ulubieniec ever, czyli Natura Siberica, rokitnikowy kompleks olejków się skończył i muszę koniecznie kupić nową buteleczkę! Bo już kilka dni jestem bez niego i jakoś tak dziwnie, mimo że mam inne olejki, które fajnie dają radę to jakoś tak ten rokitnikowy daje najlepsze efekty na moich włosach i na końcówkach. I na koniec, kolejny ulubieniec czyli Catrice, Liquid Camouflage, 24h Coverage, korektor pod oczy, zawsze mam w zapasie jeden i po prostu bardzo, ale to bardzo polecam


  • Hemp Care, balsam do ciała - ten balsam w ogóle tak uwielbiam, że trzymałam go specjalnie na Kenię. Chciałam tam w Afryce pachnięć jak sztos, ale niestety od pierwszego dnia musiałam się smarować balsamami chłodzącymi i specjalnymi po opalaniu. Ale co nie zmienia faktu, że ten balsam jest super! Pachnie przewspaniale, a mnie można kupić głównie zapachem. Ale nie tylko ładnie pachnie, bardzo fajnie też nawilża i odżywia i działa genialnie na skórę. I bardzo polecam !
  • Yves Rocher, żel do mycia rąk, biały migdał - ten zapach mi mega spasował i bardzo lubiłam to mydło. Zapach ma fajny, konsystencja dość kremowa, dobrze mył dłonie i wszystko było na tak. Szkoda, że pojemność niewielka, ale na czas świąt idealnie wystarczyło. 
  • Yves Rocher, świeczka zapachowa, golden tea - mimo wszystko zapachy Yves Rocher z 2018r wygrały i były dużo bardziej trafione niż te w tym roku! I niestety pozużywaliśmy te świeczki i aż szkoda, że są to edycje limitowane i nie ma szans, żeby je dostać znowu. Mega szkoda !
  • Dr. Sante, keratin serum odbudowujące do włosów - kolejny genialny olejek na włosy, który muszę koniecznie kupić. Był dość klejący i bałam się, że labo obciąży albo przetłuści włosy, ale nic takiego nie było. Cudownie dbał o końcówki, pomagał im wytrzymać jak najdłużej w dobrym stanie i uwielbiałam go, tak samo jak i moje włosy!

  • Annabelle Minerals, stay essential, naturalny olejek wielofunkcyjny - ja go zużyłam oczywiście do włosów, bo jakże by inaczej. Dla mnie akurat olejki najlepiej sprawdzają się na włosach. I byłam w sumie zadowolona. Włosy rzeczywiście były fajnie nawilżone, lekko odżywione i wygładzone, ale nie był to efekt wow, jak czasami mam po nowych olejkach. Tu było w porządku, poprawnie jak najbardziej, działał!, ale ja szukam jednak efektu wow ;)
  • VisPlantis, płyn micelarny do twarzy i oczu - i ten płyn micelarny był u mnie tak długo, że szok! Na maksa wydajny, ale też pewnie dlatego, że często używałam jednak olejków do demakijażu. Ten płyn micelarny towarzyszył mi głównie na dłuższych wyjazdach i stosowałam go też po olejku. I powiem Wam, że mimo wszystko zazwyczaj po olejkach czy kremach i tak było jeszcze, co zmywać, ale z tym sobie radził świetnie, tak samo jako rano. Jeśli chodzi o demakijaż tylko tym płynem, to trochę trzeba było się namęczyć, namachać i zużyć wacików. Nie zmywał makijażu jakoś cudownie szybko, ale najważniejsze że go zmywał i nie podrażniał oczu, więc nie ma tragedii. Ale jakoś, płyn micelarny jeden z wielu. 
  • L'biotica, Biovax, maska intensywnie regenerująca do włosów, argan&złoto 24h - maska na początku zrobiła na mnie mega wrażenie, ale potem niestety moje włosy się na maksa do niej przyzwyczaiły i już przestała mnie aż tak zachwycać. Coś tam mam wrażenie, że wygładzała i nawilżała moje włosy, ale miała swoje lepsze i gorsze dni. Więc różnie bywało, dlatego średnio, ale bardziej w kierunku, że nie kupię ponownie. 

  • Bielenda, Carbo Detox Biały Węgiel, pasta do mycia twarzy 3w1 - produkt, który mnie niestety wymęczył na maksa. Już nie chodzi o jego działanie, które było w sumie całkiem fajne. Jako pasta, maska, fajnie oczyszczała skórę i pomagała ją przygotować na kolejne produkty, a i jest dość delikatna. Ja lubię mocne zdzieraki i mi brakowało trochę tego tarcia. Ale samo opakowanie mnie doprowadzało do szału. Nie byłam w stanie go zamknąć, przez co się zapychało i w ogóle to była masakra. 
  • Yves Rocher, żel pod prysznic, pomarańcza i cedr - no niestety, mega mi szkoda, ale nie. Ten zapach mi po prostu nie podszedł, jakoś męczył mnie i po prostu mi się na maksa nie podobał.
  • 01. Basil Element, odżywka wzmacniająca przeciw wypadaniu włosów - no niestety, akurat mam wrażenie, że ta odżywka nie robiła kompletnie nic. Jak szampon był naprawdę prze-genialny i idealny, tak ta odżywka to ja w sumie nie wiem co to. Zużyłam dodając do innych produktów z nadzieją, że może akurat inne produkty zmotywują ją do lepszego działania, ale nic szałowego się nie działo. 


  • AA, Bubble Mask, maska bąbelkowa, oczyszczanie i energia - te maski są genialne, super oddziałują na skórę na każdej chyba możliwej płaszczyźnie. Oczyszcza, nawilża, odżywia i tak fajnie ją nakręca. Poza tym, jeśli chodzi o ten efekt bąbelkowania jest na maksa przyjemny! Więc jeśli jeszcze ktoś tego nie zna, to polecam.
  • Dermacol, żel do demakijażu - ja ostatnio uwielbiam się w takich produktach do demakijażu, do których nie potrzebuję wacików, a demakijaż trwa dużo dużo krócej! Tutaj musiałabym więcej wypróbować, ale jak na pierwsze wrażenie było całkiem okej, no i zapach był genialny!
  • Equilibra, chusteczki do demakijażu - no i tak, tu znowu zamiast wacików, na wyjeździe takie chusteczki wydają się być zbawienne. Ale ten produkt średnio sobie poradził w sumie z demakijażem i trochę mnie to przemęczyło.
  • Yves Rocher, Mon Evidence, perfumy - fajnie, że są takie próbki, bo można rzeczywiście sprawdzić zapach, ale nie wiem, jak bardzo taki zapach na chusteczce jest podobny do tego w flakoniku. No, ale nie podobają mi się. Są paskudne, jak dla starszej ciotki, mega intensywne i takie drażniące.
  • Yver Rocher, miniatura żelu pod prysznic, biały migdał - tak samo, jak iw przypadku mydła, cała ta seria mi się w sumie spodobała i nie mam się za bardzo przyczepić! Bardzo fajnie kremowy produkt, który pięknie pachnie.
  • MakeUpRevolution, glitter paste - niestety, użyłam tego produktu raz na sylwestra rok temu. Nie miałam możliwości ani okazji, żeby użyć ponownie przez ten rok, a produkt normalnie zasechł. No i mega szkoda. 
  • Selfie Project, cukrowy peeling do ust - przyszedł czas żeby w końcu wyrzucić ten peeling. Walczyłam, co jakiś czas używałam, a potem znowu zapominałam i tak leżało i leżało, że się w końcu zepsuło. Peeling stał się mega tłusty, że używanie stało się nieprzyjemne, a ostatecznie już w ogóle nie da się nabrać nic z opakowania. Szkoda, że nie ogarnęłam tego od razu, ale są takie czynności, których nie potrafię robić cały czas.
  • AA, Beauty Bar kremowa maska przeciwzmarszczkowa - po prostu w końcu poszedł do kosza, stwierdziłam, że nie użyję, więc tyle.

Udało się! Dajcie znać, jak Wasze denka w tym miesiącu? :)


Podkład matujący od Kobo z gumowym wykończeniem

29 stycznia 2020


Dzień dobry! O tam, jak tam? Pogoda jest iście wiosenna, jest już w ogóle dużo cieplej, czego ja nie ogarniam, ale niech będzie i tak! Ja już czekam i przygotowuję się na wiosnę! Ostatnio mnie strasznie nosi i mega chętnie bym gdzieś pojechała! Więc dawajcie znać, jakie miasta w Polsce są warte zobaczenia i co można w nich pozwiedzać! Mega chętnie się przejedziemy i zobaczymy coś nowego, bo brakuje mi trochę takiego zwiedzania nowych i nieznanych mi miejsc.
Poza tym, kto się zgłosił albo się będzie zgłaszał na Meet Beauty?
Ale, jak na razie zostaje mi przejście do dzisiejszej recenzji! A będzie ona na temat fluidu matującego z Kobo, który ostatnio zrobił trochę szumu w social media i chyba każda blogerka go już miała, więc przyszedł czas i na mnie!

Kobo, Mattyfying Liquid Foundation
Podkład matujący


Matujący podkład posiada płynną konsystencję, równomiernie się rozprowadza, ujednolica koloryt skóry, a także zapewnia długotrwały matowy efekt.
Dostępne odcienie: 701 porcelain, 702 vanilla beige, 703 nude beige, 704 light beige, 705 sand beige.

Skład: Aqua, Cyclomethicone, Mica, Glycerin, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Cyclopentasiloxane, Polysilicone-11, Ethylhexyl Hydroxystearate, Methyl Methacrylate Crosspolymer, Propylene Glycol, PEG-10 Dimethicone, Talc, Dimethicone, PEG/PPG-18 Dimethicone, Sodium Chloride, Isopropyl, Titanium Triisostearate, Butyl Methyxydibenzoylmethane, Bis-Peg-1 Dimethicone/ipdi Copolymer, Quaternium-18 Hectorite, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Propylene Carbonate, Peg-2 Soyamine, Triethoxycaprylylsilane, Cl 77891, Cl 77492, Cl 77491, Cl 77499.

Sposób użycia: Przed użyciem należy wstrząsnąć.


Fluid znajduje się w dość fajne, smukłej buteleczce, którą wygodnie trzyma się w dłoni i nigdy nie przytrafiło mi się, że mi się wyślizgnęło. Przyczepię się bardzo do zatyczki, która dla mnie jest dość tandetna. Nie wiem, czy trafiłam na taką sztukę, ale u mnie zatyczka w ogóle nie trzyma się fluidu, więc co chwilę mi wypada. Nawet w kosmetyczce za każdym razem znajdywałam oddzielnie zatyczkę i oddzielnie sam fluid. Na szczęście nigdy nie miałam żadnej eksplozji fluidowej, ale za każdym razem jest taka obawa.
Konsystencja fluidu jest dość lejąca się i rzadka. Jak wyciskam na dłoń to fluid się przelewa i trzeba uważać, żeby z tej dłoni nie spłynął. Nie przeszkadza mi to, bo bardzo fajnie i łatwo się rozprowadza na twarzy. 
Jeśli chodzi o zapach to w sumie jest bardzo mało wyczuwalny.


Tak, jak pisałam bardzo fajnie rozprowadza się po twarzy tworząc całkiem naturalny efekt, ale w tym samym czasie zakrywając to co ma zakryć. Co prawda u mnie jest niewiele do zakrycia, czasem jakieś niespodzianki, a tak to głównie skupiam się na zakryciu przebarwień i zaczerwienień.
Efekt jest naturalny, nie tworzy nam efektu maski, nie mamy wrażenia, że nie możemy ruszać twarzą, bo warstwa fluidu nam na to nie pozwala. Mimo tego, że fluid jest matujący nie tworzy nam płaskiej twarzy, tylko ten efekt jest taki fajnie gumowy. O co mi chodzi? Możecie to zauważyć na poniższych zdjęciach, że naturalny glow nie jest wcale zakryty, tylko w dalszym ciągu ta twarz ma fajne i zdefiniowane rysy, nie jest spłaszczona.
Poza tym, produkt fajnie współpracuje z innymi produktami, całą resztę nakłada mi się fajnie.
Aczkolwiek, kwestia trwałości. Z tyn fluidem trzeba strasznie uważać. Jeżeli uważam, myślę o tym, żeby nie dotykać się nawet rękami po twarzy, żeby nie pocierać i trzymać szalik z daleka, to okej nie ma tragedii. Ale jeżeli zachowujemy się jak najbardziej normalnie to niestety cały makijaż schodzi dość szybko z twarzy, głównie w okolicach brody, policzka i nosa. Sprawdzałam to z różnymi produktami, które w połączeniu z innymi fluidami mnie nie zawodzą, więc to musi być niestety kwestia fluidu.
Dosyć szybko zaczyna się też wydzielać sebum przy nosie i ogólnie w strefie T, co rzadko mi się zdarza.


No i ogólnie, podoba mi się strasznie jaki daje efekt na mojej twarzy. Podoba mi się to gumowe wykończenie i zdefiniowane rysy twarzy, i to, że fluid w magiczny sposób matuje tylko te miejsca, które powinny być zmatowione, a mimo wszytko skóra i tak jest naturalnie rozświetlona. Bardzo mi szkoda, że fluid jest u mnie nietrwały i po prostu schodzi z twarzy. Czasem pod koniec dnia nie mam nawet za bardzo, co zmywać produktami do demakijażu, bo naprawdę niewiele tam zostaje tych produktów. Więc szkoda, bo na większe wyjścia na pewno nie byłoby opcji, żeby go użyć. A i na co dzień zazwyczaj mnie to denerwuje, bo ja się dość sporo przemieszczam, dużo rzeczy robię, więc ten fluid i tak się ściera. Prawdopodobnie będę go używać w dni, kiedy mam potrzebę pomalować się na szybko i na chwilę i nie będzie mi zależało na trwałości, tak żeby jakoś w końcu z czasem zużyć.
Ale na cod zień szukam czegoś innego, macie może jakieś propozycje? :)