Kolejny hit Dermacol, longwear cover

13 marca 2020


Cześć! Co tam, jak tam? U mnie dziś lekki rozgardiasz, ale spowodowany czymś mega fajnym, więc nie mam co narzekać! Ostatnie cztery dni były dość szalone, bo musiałam zrobić wszystko, co normalnie w ciągu tygodnia, bo dziś mąż mnie porywa gdzieś. A jak dodamy do tego całą sytuację z koronawirusem to jest dość chaotycznie i ludzie panikują. Ale nie dajmy się zwariować.
A, kolejny miesiąc, kolejny wpis na temat Dermacolu! Ja nie wiem, jak ta marka to robi, ale chyba mogę ją już nazwać moją zdecydowanie ulubioną, jeśli chodzi o kolorówkę i pielęgnację. Te zapachy i działanie, wszystko tutaj idzie w parze, i ja praktycznie zawsze jestem mega zadowolona.

  • #dermacol - czyli wszystkie recenzje produktów marki Dermacol

Jakiś czas temu przyszła do mnie paczka z nowościami od tej marki i pewnego dnia nagrałam na instastory cały makijaż, który wykonywałam tą marką! Więc macie możliwość w wyróżnionych zobaczyć, jak to wyszło i jaki efekt możecie uzyskać. Już trochę minęło od tego czasu, więc teraz na szczęście ogarnęłam sobie idealny sposób na malowanie tymi produktami. Dziś będzie na temat podkładu, który jest moim kolejnym hitem! Kto widział na instastory, ten wie, że moje pierwsze zetknięcie się z tym fluidem było dość szalone. Na początku nigdy nie wiemy, jaka ilość produktu będzie dobra, ale na szczęście teraz już wiem!

Dermacol, Longwear Cover
podkład i korektor w płynie


Longwear Cover to podkład i korektor w jednym. Podkład nowej generacji zapewni długotrwałe krycie bez uczucia ciężkości, jak i nieskazitelny wygląd. Idealnie nadaje się zakrywania mniejszych niedoskonałości. Lekki i naturalny efekt na skórze. Posiada płynną konsystencję, która ułatwia aplikację. Formuła tworzy matowe wykończenie odporne na ścieranie.
*Nadaje się do każdego rodzaju skóry, również suchej Jest hipoalergiczny i zawiera SPF 15 oraz witaminę E [12], która ochroni skórę przed uszkodzenia spowodowanymi przez wolne rodniki. Zawiera również cząsteczki wosku jojoba [4], który tworzą ochronny film, dzięki któremu podkład jest odporny na wodę.

Skład: Bis-Hydroxyethoxypropyl Dimethicone, Isododecane, Dimethicone, Jojoba Esters [4], PEG-10 Dimethicone, Trimethylsiloxysilicate, Disteardimonium Hectorite, Silica, Polymethylsilsesquioxane, HDI/Trimethylol Hexyllactone Crosspolymer, Triethoxycaprylylsilane, Tocopheryl Acetate [12], +Cl 77891, Cl 77492, Cl 77491, Cl 77499

Sposób użycia: Należy równomiernie rozprowadzić podkład na twarzy za pomocą palców lub gąbki. Zależy się aplikowanie podkładu na bazę pod makijaż, a następnie utrwalić za pomocą pudru.


Przechodząc od podstaw, wygląd fluidu jest okej, nie wyróżnia się niczym szalonym, ale też nie ginie w tłumie innych produktów. Podkład/korektor znajduje się w tubce, która 'stoi na głowie' i ma pojemność 30 ml, I coś, co mnie na maksa zaskoczyło to pompka! Pierwszy raz spotkałam się z tubką, która ma pompkę, co w tej sytuacji jest naprawdę rewelacyjnym rozwiązaniem, bo czasem w takich tubkach zdarza się wybuch produktu albo on się lubi wylewać przez to, że cały czas jest odwrócony. Tutaj, dzięki tubce to się nie stanie i to jest mega wygodne.
Pompka działa bez zarzutu, daje niewielką ilość produktu, chociaż mam wrażenie, że wersja porcellain wypompowuje na raz więcej produktu niż fair, ale to szczegół.. Tubka też się lubi brudzić, ale też nie jest to nic nowego ani dziwnego.


Konsystencja jest dość lekka, ale nie jest lejąca się, jest dość zbita i konkretna. Podkład ma w sobie na pewno coś z podkładu Dermacol MakeUp Cover, który zakryje nawet tatuaże. Ten fluid sprawia, że niewielka ilość produktu potrafi idealnie pokryć cała twarz i zakryć wszystko, co chcemy. Ja mieszam dwa kolory zazwyczaj i po jednej małej pompce każdego koloru pozwala mi zrobić cały makijaż. Poza tym, idealnie się z nim współpracuje, nie ma problemów, żeby się coś rolowało, nie wpływa negatywnie na żadne inne produkty, tutaj wszystko jest dopracowane i dla mnie idealne. No i zapach jest w porządku, mało wyczuwalny, nie jest nachalny, więc jest okej..
I właśnie przez tą konsystencję, ja początkowo nieświadoma (co widać na insta) użyłam dużo za dużo, ale już się nauczyłam.



Krycie tego podkładu jest zniewalające, nic dodać, nic ująć, co możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach. Na większe i ważniejsze wyjścia uwielbiam efekt nieskazitelnej idealnej twarzy, makijaż który jest jak po użyciu Photoshopa, wiecie żadnej zmiany, żadnej plamki, przebarwienia - jest po prostu piękna i zdrowa cera. Może i jest to efekt niemożliwy, ale dostaniemy to za pomocą tego podkładu, naprawdę. Przy okazji nawet jeśli nałożycie za dużo produktu to podkład nie tworzy efektu maski, mimo że to krycie ma naprawdę zajebiste. W dalszym ciągu czujemy własną twarz i nie widać granicy miedzy szyją, a twarzą. Poza tym, dla mnie najważniejszy jest ten właśnie gumowy efekt, o którym piszę już od jakiegoś czasu. Twarz nie jest spłaszczona, sztuczna, tylko w dalszym ciągu wyglądamy normalnie, mamy zarysowane rysy i wszystko gra.


Na każdym komputerze efekt będzie wyglądał inaczej, u mnie wygląda to dość blado, ale w rzeczywistości twarz ma normalny odcień, taki ludzki, ale jakoś nie udało mi się tego też idealnie pokazać na zdjęciach. Jak widzicie efekt na twarzy jest lekko matujący, ale w dalszym ciągu twarz jest wyrazista i ma taki naturalny glow.
Makijaż jest nieskazitelnie idealny, jak możecie zobaczyć pod spodem. Na żywo mamy coś, co zazwyczaj uzyskujemy po nałożeniu filtrów, wygładzenia w przeróżnych aplikacjach. Podkład ma mocne krycie, ale nie powiedziałabym, że jest ciężki. Początkowo słyszałam od innych osób, że jest on za ciężki, żeby nakładać go również na powieki, ale on w ogóle taki nie jest w odczuciu. Tym bardziej, że jest to zarazem korektor. Powiedziałabym, że wersja Dermacol, Caviar Long Stay jest trochę cięższy od Longwear Cover.




Jeśli chodzi o trwałość, to on jest turbo trwały! Ja zawsze mam problem z każdym podkładem jeśli chodzi o okolice nosa, głównie tam gdzie mam okulary. Czy tego chcę czy nie, ten fluid trochę mi się ściera, skóra robi się lekko tłusta, ale wystarczy wziąć papier toaletowy czy bibułki matujące, przyłożyć i ściągnąć to co mi się nie podoba. To nie jest tak, że w tym miejscu fluid zniknie, tylko właśnie znowu wygląda ideolo. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. A z innymi podkładami mam wrażenie, że okulary mi ściągają fluid i zostawiają 'pustą skórę'. Jeśli chodzi o pozostałe partie to lekko skóra mi się zaczyna świecić i przetłuszczać, ale znowu papier lub bibułki wystarczą. Nie mam potrzeby robienia większych poprawek w ciągu dnia.
To, co mi się najbardziej podoba, to to że on nie brudzi, nie zauważyłam, żeby na koszulkach męża zostawały jakieś pozostałości makijażu, co w przypadku innych fluidów od czasu do czasu się zdarza. Nie powiedziałabym, że jest w 100% odporny na ścieranie, ale ściera się tak niewiele, ze praktycznie nic :).


Więc tak, jak możecie się domyśleć jest to mój kolejny ulubieniec marki Dermacol. Jest lekki, ale nie mam potrzeby w normalne dni mieć idealnej i nieskazitelnej cery. A nawet byłoby mi go szkoda na co dzień. Ale kiedy mam dzień, że zależy mi na tym, żebym cały dzień wyglądała mega to to jest zdecydowanie ten fluid. On mi daje gwarancję, że nawet jak pomaluję się rano, potem czeka mnie dość długa podróż, dużo rzeczy przy okazji do zrobienia, a wieczorem jeszcze wyjście, to mam pewność, że i tak będę zadowolona bez poprawek. Sprawdziłam to, i naprawdę był czad!
Znajdziecie go w Internecie od 40 do 60zł, jest też dużo promocji obecnie i jak dla mnie on jest zdecydowanie wart każdych pieniędzy ;)!


Kenia | Neptune Village Beach Resort & SPA
hotel - wioska smerfów

10 marca 2020


Dzień dobry, przyszedł czas na kolejny wpis z Kenii! Tym razem będę pisać o hotelu, czy go polecamy czy nie. Co było fajne, a co nie do końca i czy pojawiły się jakieś niechciane niespodzianki (tak! - na końcu). Na wstępie powiem Wam, że w naszym biurze podróży za bardzo nie mieliśmy wyboru w sumie z tego co pamiętam, przedstawiono nam chyba dwa hotele, ale ten, w którym byliśmy i tak został nam raczej narzucony. Hoteli na pewno było mnóstwo, bo ludzie z naszego lotu byli rozwożenia po kilkunastu różnych miejscach. I nie mam pojęcia, dlaczego my wylądowaliśmy akurat w tym, ale ogólnie nie narzekam.



Neptune Village Beach Resort znajdował się znajduję się około półtorej - dwóch godziny jazdy autokarem od stolicy Kenii, czyli Mombasy na Diani Beach. Było duszno, gorąco i mieliśmy przeprawę przez rzekę promem, która była najcięższa, ze względu na brak klimy, bo i silniki musiały być wyłączone.
Cechą charakterystyczną tego hotelu są domki, które mi przypominały wioskę smerfów. Każda taka chatka składała się z czterech pokoi z łazienką i mini tarasem lub balkonem, dwa na dole i dwa na górze. Muszę przyznać, że nikt sobie nie przeszkadza, nic nie było słychać i ani razu nie widziałam nikogo z naszego domku. Cały plac hotelu jest ogromny, więc zależy od tego, w którym domku się wylądowało, my mieliśmy akurat blisko do recepcji. Była też opcja na domek z widokiem, ale niewielki byłby ten widok, bo między domkami, a oceanem była i tak dość spora przestrzeń wypełniona obszarem do opalania z palmami, basenami, restauracjami i barem. 
Ten 'obszar do opalania' znajdował się na trawie nad plażą, było tam mnóstwo leżaków, palm, było blisko do plaży, baru i basenów. Nie mieliśmy wydzielonej swojej plaży, ale mi to nie przeszkadza, bo tam i tak roiło się od beachboysów. Plac jest tak ogromny, że zawsze część leżaków była wolna, a ludzi było mnóstw, ale nie dało się tego tłoku odczuć na całym obiekcie.
Fajne było to, że mogliśmy przechodzić do hotelu obok, który również był Neptune coś tam, a tam było spokojnie, wszyscy ludzie przechodzili na nasza hotel, więc my chętnie uciekaliśmy do spokojniejszego miejsca, ale fajnie, że była taka możliwość.
Hotel jest oczywiście chroniony, jeśli chodzi o beachboysów, policjanci chodzą cały czas, pilnują, żeby nikt nas nie zaczepiał i nie był za bardzo nachalny. Zdarzało się, że zostawialiśmy torby, ręczniki i inne nasze rzeczy na leżakach i nigdy nam nic nie zginęło, co też jest fajne ;).


OBSŁUGA, RECEPCJA
Nie mam się do czego przyczepić i pisałam już o tym we wpisie, ale muszę o tym powiedzieć raz jeszcze! Cudownie pracują Ci ludzie, cały czas, nie siadają, nie odpoczywają, nie używają telefonów tylko cały czas szukają sobie czegoś do roboty. To jest niesamowite.
Poza tym, wszyscy doskonale mówią po angielsku, są mili, uprzejmi, mimo tego, że pracują jak mrówki zawsze mają czas, żeby z Tobą porozmawiać, opowiedzieć o kraju, jakieś ciekawostki czy coś o sobie, co jest wspaniałe i mega miłe. Nigdy nikt nie odmówi Wam pomocy, cokolwiek zgłosicie wszystko jest brane pod uwagę, dodatkowe ręczniki, lunch box, ogarnięcie czegoś w pokoju, super!


POKOJE
Nasze pokoje były w sumie dość spore, duże łóżko z moskitierą, telewizor, biurko, lodówka , więc wszystko, co najważniejsze. Na wstępie dostaliśmy fajne przywitanie napis Karibu na łóżku. Łazienka też była dość spora z prysznicem, toaletą i zestawem kosmetyków, + mnóstwem ręczników. W pokoju oczywiście jest klimatyzacja, która ratuje Wam życie, ale i powoduje, że wyjście na zewnątrz jest dość ciekawe, bo wychodzi się jak do sauny. Balkonu nie otwieraliśmy ani razu, bo nie mieliśmy takiej potrzeby, a i za dużo w tym pokoju nie spędziliśmy czasu - wiadomo.
Każdy pokój na cały czas pobytu jest przydzielony jednej osobie sprzątającej, która na początku się z nami poznawała i mówiła, że jak coś to możemy zawsze do niej coś zgłaszać. Pokój jest sprzątany codziennie, ścielą łózko, myją podłogi, czyszczą łazienkę, zmieniają ręczniki w razie potrzeby i uzupełniają wodę. Codziennie dostawaliśmy nowe butelki wody do picia, jak i do mycia zębów.
Jest też sejf, o którym wspomnę na końcu.
RESTAURACJA/ BARY
Były dwie restauracje, jedna z głównymi posiłkami i druga z przekąskami. Była też możliwość rezerwacji stolików w tej z przekąskami, żeby zrobić jakąś bardziej wystawną kolację, ale z tego nie korzystaliśmy.
Restauracje były dość otwarte, więc można było spotkać tam mnóstwo kotów, ptaków no i małp, ale nie ma co narzekać ani na jedzenie ani na obsługę, bo wszystko było idealnie, smaczne i fajne. Były też dwa bary; jeden główny i drugi w wodzie. Obsługa wie już co komu polewać i wcale nie było tak, że był dość niewielki wybór na all-inclusive. Wybór był, drinki były mocne prawdopodobnie ze względu na ich safari wódkę i safari whisky.
No i właśnie, uważajcie na mocne drinki! Ja w pewnym momencie poprosiłam barmanów o robienie słabszych, na co usłyszałam 'Okej, to teraz takie podwójne/potrójne?' To ja nie chcę wiedzieć co to było wcześniej, haha.


ATRAKCJE
Atrakcji było mnóstwo chociaż w niewielu braliśmy udział. Była siatkówka plażowa, wodna, łucznictwo, markety, na których można coś kupić i oczywiście wieczorki tematyczne. Wieczorki były mega fajne, dyskoteki, ewentualnie gry w bingo, czy jakieś inne przedstawienia, show np. z ich tradycyjnym tańcem. To było fajne!
Były też płatne atrakcje, jak np nauka windsurfingu, safari itp.


SEJF
I tutaj zaczyna się story time! W każdym pokoju znajduje się sejf, w którym możecie chować swoje cenne rzeczy. Zasada jest taka, że hotel nie bierze odpowiedzialności za rzeczy, które znajdują się w pokoju, ale za te w sejfie już tak, więc jak najbardziej warto z niego korzystać. No i skorzystaliśmy. 
Raz zdarzyło mi się przez przypadek źle wpisać nasz kod, który sami wymyśliliśmy. Okazało się, że sejf został od razu zablokowany, bo każde kolejne moje wpisanie poprawnego kodu kończyło się fiaskiem. Okej, przyszedł jakiś pan z ochroną, został spisany protokół, sejf otworzony, nic nie zginęło jest okej. Więc możecie sobie wyobrazić, że po tej akcji oboje wpisywaliśmy bardzo dokładnie kod, bo nie chciałam się stresować, znowu chodzić do recepcji, prosić i w ogóle.
I wyobraźcie sobie, że jakoś następnego dnia, maks dwa dni później znowu mieliśmy zablokowany sejf, a jestem pewna w 100%, że wpisałam poprawny. więc prawdopodobnie ktoś nam grzebał przy sejfie. Możliwe, że jak raz się pomylimy w sejfie, to komuś się wydaje, że drugi kod będzie jakiś banalnie prosty (tak nam sugerowali w sumie przy otwieraniu sejfu za pierwszym razem). Ale nie wiem, nic nie zginęło, nikogo nie przyłapaliśmy, choć trochę się wtedy zbulwersowałam. 


Podsumowując ja jestem mega zadowolona z tego hotelu, mimo tej sytuacji z sejfem. Najważniejsze, że nic nam nie zginęło, a wybór (choć nie nasz) był bardzo spoko! Co prawda, podróż do niego była męcząca, a były hotele do których jechało się 20-30 minut z lotniska, ale te domki, wioska smerfów, obsługa naprawdę wszystko sprawia, że to jest fajny wybór ;)


Laq, żele pod prysznic dla kocicy i dobrego dzika

07 marca 2020


Hej! Co tam słychać u Was, jak tam? Czy tylko ja tak bardzo wyczekuję wiosny, czy Wy też? Powiedzcie, że jest nas więcej, bo mnie to już powoli doprowadza do szału. No, ale żyjmy nadzieją, że już niedługo, już zaraz będzie tak cudownie, że będę mogła pochować swoje kurtki zimowe, bo już mam ich trochę dość. No, ale! Może będzie lepiej już niedługo.
A dzisiaj będzie o nowościach w naszej łazience i o produktach, o których zazwyczaj nie chcę mi się pisać, bo są to po prostu żele pod prysznic. Dla mnie żel pod prysznic przede wszystkim ma ładnie pachnieć, fajnie się pienić, nie wysuszać i nie podrażniać mojej skóry - tylko mi wystarczy. No i najlepiej, jak jeszcze nie kosztuje milion monet. Możecie się domyślać, że skoro piszę o tego typu produktach, to musi to być coś wow!


Żele pod prysznic są oparte na łagodnych substancjach myjących pochodzenia roślinnego. Dodatkowo posiadają substancje nawilżające takie, jak mocznik [12], witamina B3 [13], kwas mlekowy [15] i inozytol [14]. Żele na pewno będą wzmacniać i nawilżać barierę ochronną skóry.
Poza tym, marka LaQ bazuje głównie na składnikach naturalnych, cechuje ją prostota w pielęgnacji oraz życie w zgodzie z naturą.
A jest to moje pierwsze zetknięcie się z marką.


Poza tym, jeśli chodzi o sam wygląd tych żeli to nic im nie brakuje, wszystko jest tutaj ładne, fajne i spójne. Uwielbiam to, że posiadają pompkę, która została doceniona nawet przez mojego męża, że wygodnie się używa. Przyciemnioną butelkę jest super, bo wierzę, że pomaga to w utrzymaniu dobrych właściwości produktu, kiedy nie dostają się tam promienie słoneczne i inne takie. Nic się nie zacina, naklejki nie schodzą, a i na opakowaniu mamy wszystkie najważniejsze informacje. Podoba mi się to, że nie ma informacji na temat, jak używać dany produkt, bo to w końcu żel, więc nie ma tu większej filozofii, więc nie ma co robić z ludzi idiotów. I naprawdę mi się to podoba!
No i oczywiście dwa porywające opisy, które są chyba znakiem rozpoznawczym marki LaQ, przed wszystkim jeśli mowa tu o produktach dla mężczyznach. Uważam, że wyszło to rewelacyjnie i prawdziwie, nie ma co kombinować. Sama potrafię używać produktów w totalnie innych celach, bo takie jest życie, a faceci to już w ogóle raczej większość z nich nie rozróżnia za wiele.
Także, bomba!

LaQ, dla prawdziwych kocic
żel pod prysznic z ekstraktem z piwonii

Skład: Aqua, Sodium Coco-Sulfate, Vegetable Glycerin, Cocamidopropyl Betaine, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Paeonia Officinais Flower Extract [7], Sodium Lactace, Sodium PCA, Glycine, Fructose, Urea [12], Niacinamide [13], Inositol [14], Lactic Acid [15], Sodium Cocoyl Isethionate, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Sodium Chloride, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, Parfum, Limonene, Hydroxycitronellol, Benzyl Slaicylate, Alpha-Isomethyl Ionone.

Żel na pewno odzwierciedli wszystkie twarze kobiety związane z namiętnością, dzikością, tajemniczością, seksapilem i elegancją. Żel będzie idealny dla kobiet silnych i zdecydowanych, które znają swoją wartość i potrafią wykorzystywać swoje atuty. Zapach żelu przywodzi na myśl ekskluzywne perfumy połączone z aromatem luksusu kilku chwil dla siebie. 
Ekstra z piwonii [7] pozostawia skórę ujędrnioną i odżywioną. 

Przechodząc do konkretów, pokochałam zapach tego żelu. Jest tak piękny, że ja nie potrafię się od niego uwolnić. Od pierwszego użycia uwielbiam nawet brać prysznice z nim, to jest dziwne - wiem. Zapach jest dokładnie taki, jak wynika z opisu; mega ekskluzywny, seksowny, uwodzicielski, namiętny i mogłabym wymieniać tak bez końca. Ale czuję się rewelacyjnie po jego użyciu. Praktycznie do razu zaczęłam szukać, czy marka ma balsamy do ciała z tym zapachem, bo ja chciałam z tym zapachem być jak najdłużej. On się nie ulatnia jakoś bardzo szybko, ale po aplikacji balsamu i tak jest mniej lub bardziej przytłumiony (w zależności od balsamu i jego zapachu), a szkoda.
I wiecie, co.. zazwyczaj nie jestem w stanie stwierdzić, czy żele mają jakieś inne właściwości nawilżające, ujędrniające czy inne, bo żel jest za krótko na mojej skórze, a ja i tak po każdym prysznicu używam balsamu. Aczkolwiek zauważyłam, że skóra jest jakoś bardziej miękka od kiedy używam tego żelu, a skoro w pielęgnacji zmieniłam jedynie żel to chyba jest to jego zasługa, więc może mieć i dodatkowe właściwości pielęgnujące! Co jest super.
Poza tym, dzięki temu, żelu używam zawsze myjek pod prysznicem to u mnie żel się dość ładnie pieni, delikatnie, ale się pieni.

Laq, Dzikus z lasu
żel pod prysznic z ekstraktem z dębu

Skład: Aqua, Sodium Coco-Sulfate, Vegetable Glycerin, Cocamidopropyl Betaine, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Quercus Petraea Bark Extract [7], Sodium Cocoyl Isethionate, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Sodium Chloride, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, Parfum.

Aż dwóch mężczyzn oświadczyło, że żel myje. Ponadto nadaje się do golenia wszystkiego, co faceci golą, a kobiety i producent nie musi o tym wiedzieć. Ba! Po użyciu nie ma nawet cellulitu. I wszystkie loszki stwierdzą zgodnie, że żel pachnie dziko.
Żel z ekstraktem z dębu [7].

I chyba każda blogerka wie, jak to jest wyciągnąć jakąkolwiek recenzję od swojego męża, narzeczonego, chłopaka czy nawet siostry i kogokolwiek innego. Bo my się skupiamy na wszystkim, a dla użytkowników po prostu kosmetyków coś jest fajne, pachnie albo śmierdzi beznadziejne. Więc, co udało mi się wyciągnąć?
Żel niewiele się pienił, ale mył. Ponadto zapach nie był zbyt intensywny i ogólnie mój mąż stwierdził, że inne żele bardziej mu się podobają jeśli chodzi o zapach. Bardzo spodobała mu się pompka, bo jest to duża wygoda. Jak zapytałam, czy by kupił jeszcze raz to stwierdził, że tak, więc chyba nie jest tak źle.
Ja od siebie mogę dodać, że tak żel ma dość specyficzny zapach, jest niesamowicie męski i mi też od razu przynosi skojarzenie dzikości. I muszę przyznać, że ja byłam w stanie wyczuć potem zapach tego żelu u mojego męża, więc fajnie, że te zapachy się utrzymują!
Skóra też nie odpadła, podrażnień nie widziałam, więc wszystko gra!


Podsumowując, ja jestem zachwycona, a dawno nie zachwycałam się jakością i zapachami żeli pod prysznic. Zazwyczaj jestem w szoku, że niektóre drogeryjne żele się turbo tanie i dość ładnie pachną i to mi wystarcza, ale maaaan! Ile ja traciłam przez to... szok. Okej, te żele są dość drogie w porównaniu do innych tego typu produktów. Około 16-18 zł, chociaż znajdywałam w necie i o połowę tańsze i jeszcze trochę droższe, ale warto i to jest najważniejsze. W moim przypadku, kiedy używam myjki to ten żel będzie u mnie dość długo, co jest jeszcze kolejną mega zaletą. Więc jeśli jeszcze ktoś nie zna, to możecie kupić, a zagwarantuję, że poczujecie się jak kocice, a Wasi mężczyźni, jak dzikusi, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu!


A jako, że było to moje pierwsze spotkanie z marką LaQ to dajcie mi znać, jakie inne produkty są warte uwagi? :) Wierzę, że WY możecie znać coś więcej z asortymentu niż ja ;).
Pozdrawiam !


Denko, luty 2020r. !

04 marca 2020


Dzień dobry! Od jednego denka do drugiego i tak z miesiąca na miesiąc widzę, jak szybko pędzi czas. Ale spoko! Dobrze wiedzieć, ile czasu zmarnowałam, a ile wykorzystałam tak dość konkretnie. No, ale! Przechodzimy do denka, które w tym miesiącu nie jest jakieś ogromne, ale jest ;) W sumie zużyłam dwa produkty więcej, ale jakoś robiąc zdjęcia do denka zapomniałam o nich, a i nie mogłam ich znaleźć, więc pojawią się w marcowym - oszukaństwo. Z kolei jeśli chodzi o zakupy to w sumie dosyć sporo kupiłam, ale to głównie dlatego, że dość dużo rzeczy mam już na wykończeniu i po prostu musiałam uzupełnić zapasy niektórych rzeczy ;). Chociaż nie ma co zmyślać, znalazły się też i produkty, których nie musiałam kupować, ale to możecie ocenić na i n s t a. A teraz denko!


I standardowo ulubieńcy, których nie ma w tym miesiącu aż tak dużo. Standardowo musiałam zużyć oczywiście Facelle, nawilżające chusteczki do higieny intymnej, a także BeBeauty, płatki kosmetyczne, czyli standard. Podobnie, jak z Schwarzkopf, Gliss Kur, ekspresowa odżywka regeneracyjna utimate repair. Te odżywki są dość kontrowersyjne, wiem, ale u mnie się sprawdzają i to zajebiście. Poza tym, rzadko używam, ale zużyłam Batiste, suchy szampon, wersja wildflower i mimo że rzadko używam to lubię je i czasem naprawdę ratują mi tyłek. No i musiałam też zużyć Alterra, Naturkosmetik, szampon nawilżających do włosów suchych i zniszczonych, bio owoc granatu i bio aloes, który dla mnie jest po prostu najlepszy. Poza tym w końcu udało mi się zużyć Alterra, pomadkę ochronna do ust. Ja po prostu mam problem z pomadkami, bo używam kilka na raz i każda co chwilę mi się gubi albo wędrują po różnych miejscach. Ale zużyłam i muszę powiedzieć, że jest najlepsza ze wszystkich, jakie kiedykolwiek miałam ;). I z dość rzadszych ulubieńców to mamy  tutaj W7, rozświetlacz, glowcomotion. On jest po prostu piękny! Jeśli ktoś lubi mocne rozświetlenie to nie macie się nad czym zastanawiać. Kupujcie, zamawiajcie i używajcie, daję piękne glow, lekko wpadające w szampańskie złoto, ale nie tandetne - ja uwielbiam!



  • Isana, kremowy żel pod prysznic, woda kokosowa - dla mnie żele pod prysznic po pierwsze mają pięknie pachnieć i w miarę się pienić, przy czym nie wysuszając dodatkowo mojej skóry. Nie muszą być też przy okazji turbo drogie, bo w sumie po co. To tylko żel! I właśnie za to uwielbiam Isanę, ceny są nieziemsko niskie, a na promocjach można te żelu kupić za jakieś 2-3zł, co dla mnie jest dość śmieszne, więc czemu nie. Ta woda kokosowa pachnie genialnie; świeżo, bardzo energetyzująco i tak aż letnio! Więc rewelacja.
  • Eucryl, pasta do zębów w proszku - mega długo chciałam spróbować tej pasty w proszku i w końcu się za to zabrałam i nie narzekam. Było to trochę dziwne myć zęby proszkiem, ale w sumie nawet się pienił, nie pozostawiał proszku w ustach, więc super. Poza tym, po kilku dniach zauważyłam naprawdę lekkie wybielenie zębów i aż byłam w szoku i nie mogłam się napatrzeć.
  • Yves Rocher, żel pod prysznic, zielona herbata - żel z kolekcji limitowanej świątecznej z tamtego roku. Jest po prostu genialny i tamtoroczne zapachy wygrywają wszystko, więc jak najbardziej lubię, polecam i uwielbiam! Może i nie był zbyt wydajny, ale zapach wygrywa i kupiłam na jakiejś promocji, więc nie bolało.
  • L'biotica, biovax, trychologiczny peeling detoksykujący do włosów i skóry głowy - to był mój pierwszy taki poważniejszy peeling trychologiczny i jestem z niego bardzo zadowolona! Obecnie mam już inny jak coś, ale wydaję mi się, że będę chciała, żeby mój kolejny peeling był troszkę bardziej profesjonalny/apteczny niż drogeryjny. Ale wracając do tego, to on był naprawdę super! Fajnie oczyszczał skórę głowy, oczyszczał też i włosy. Włosy były dodatkowo fajne odbite u nasady i dłużej utrzymywały świeżość
  • Fa, antyperspirant w kulce, pink passion - co prawda kulka jak kulka i nigdy nie zwracałam na to za dużej uwagi, ale jak się coś kończy i jest mi w pewien sposób źle z tego powodu to oznacza, że produkt jest dobry. Bo tak miałam, jak zauważyłam, że denkuję tę kulkę zaczęłam kminić, że o mamo muszę coś kupić, a co jeśli nie znajdę takiej samej. Więc musi być git!
  • Bioxsine, ziołowy szampon przeciw wypadaniu włosów - wiecie co, ten szampon wydaje mi się, ze używałam z braku laku, bo bł w szafce i chciałam w końcu zużyć, ale ja się na maksa z nim polubiłam! Mega zarąbiście oczyszczał włosy i fajnie je odbijał od nasady. Włosy były zdrowe, fajnie oczyszczone, niesplątane i ja jestem bardzo zadowolona!
  • Eveline, art scenic, korektor do brwi - wiecie, co nie jest to jakieś cudo i w ogóle oh i ah wow, żebym ja się jarała, ale jednak go używam już dosyć długo i na bank mam gdzieś zadołowane kolejne opakowanie, więc jednak jest to cudo. Tanie, łatwo dostępne, fajnie przygotowuje brwi do zrobienia ich kompletnie, więc spoko!
  • Garnier, green tea detox, tonik oczyszczający, odświeżenie - kolejny produkt, który dałabym do średniaków, ale on nie zasługuje, żeby tam być, bo jest dobry. Jest tani, jest ogólnodostępny i gdybym nie miała czego innego w planach to pewnie bym do niego wróciła, bo jest to mój produkt bezpieczny. Oczyszcza skórę, odświeża ją i działa na jej korzyść, ale jest dość zwykły, bez efektu jakiegoś total wow.



  • Botanicals, Fresh Care, kuracja eliksir wzmacniający do włosów osłabionych i delikatnych - ja wiem, ze początkowo mega jarałam się tym produktem, miałam wrażenie, że wow jak ekstra mi wzmacnia włosy, ale wiecie co... jak się skończył to jest mi on zupełnie obojętny. Nie zauważyłam jego braku ani w pielęgnacji ani włosy nie odczuły, że czegoś im brakuje. A może nawet bym powiedziała, że jest im lepiej bez niego? Nie wydaje mi się, żeby zrobił im coś złego, bo mimo wszystko trochę na pewno je wzmacniał i pielęgnował, ale jakoś teraz sobie myślę, że po co mi to było :D. Jest okej, ale nie ma szału. 
  • Seyo, nawilżające mydło w płynie, wiśniowe brownie - zawsze jak gdzieś jesteśmy to kupujemy sobie mydło w płynie do łazienki i potem zabieramy ze sobą, bo zazwyczaj przez 2-3 dni nie zużyjemy go - wiadomo. No i tak trafiamy sobie na mydła w płynie, jak na mydła w płynie. Nic specjalnego, ale myje i pachnie, więc spoko ;)
  • Venus, olej z orzechów macadamia - szkoda, ale coś tu nie wyszło. Na moich włosach efekty nie były super ekstra zauważalne, od czasu do czasu to olejowanie było szałowe, potem znowu takie 'meh nic specjalnego', więc ląduje w średniakach. Dałabym do bubli, ale jednak nie jest to produkt, który wam zaszkodzi, on po prostu musi być idealnie dopasowany do Waszych włosów ;).



  • Yves Rocher, żel pod prysznic, pomarańcza i cedr - męczyłam i wymęczyłam w końcu. Co prawda nie wiem ile jeszcze produktów z tej serii mogę mieć gdzieś skitranych, ale mam wrażenie, że nie wiele. Zapach mnie bardzo nie powalił, a żel jak żel, więc o.
  • Bielenda, smoothie mask, bananowa - mega dobrze i pozytywnie będę wspominać tę maskę! Zapach bajeczny i bardzo smakowity, dodatkowo na twarzy też super działa, skóra jest odświeżona, nawilżona, odżywiona - wszystko jest tutaj na tak ;).

I właśnie takie to denko dziś! Dawajcie znać, jak Wasze zużycia lutowe ;) Ja cały czas walczę z miniaturkami i saszetkami, których po prostu nie mam nawyku zużywać, ale co miesiąc o tym mówię i mam nadzieję, że w końcu to się zmieni.

Batiste, odświeżenie włosów w każdej sytuacji

01 marca 2020


Dzień dobry! Co tam słychać? U nas, jedna wielka gonitwa, bo wyjechaliśmy do Warszawy na weekend! Więc musieliśmy wcisnąć część zajęć z soboty i z piątku w ciągu tych ostatnich czterech dni, żeby się w miarę wyrobić, ale się udało i jest fajnie! Także, witaj Warszawo :)!
Dzisiaj będzie o produktach, które przez większość czasu były dla mnie totalnie bezużyteczne, głównie kiedy miałam kręcone włosy i ich nie prostowałam, ale też trochę przez moją niewiedzę. Nie używałam suchych szamponów, bo wyczesanie szamponu z włosów wiązało się z wielką szopą na głowie zamiast normalnych włosów. I tak żyłam z taką świadomością dobrych kilka lat. Od kilku lat towarzyszy mi keratynowe prostowanie włosów, to i suche szampony są u mnie używane od czasu do czasu i są to głównie szampony od Batiste. Ale! O co chodzi z moją niewiedzą? A no właśnie, na potrzeby tego wpisu jakiś czas temu zaczęłam robić research i okazało się, że tych szamponów nie trzeba już wyczesywać, a wystarczy je wmasować palcami. Nie sprawdzę tego na razie na kręconych włosach, ale będę o tym pamiętać na pewno ;).
Przechodzimy od mojej opinii!

Batiste, suche szampony


Głównym składnikiem suchego szamponów Batiste jest skrobia ryżowa, która jest drobniejsza niż inne składniki wykorzystywane w tego typu produktach. Dzięki temu, staje się niewidoczna po wmasowaniu we włosy, a także jest zupełnie nieszkodliwa. Suchy szampon pochłania nie tylko sebum, ale i niemiłe zapachy.
Należy go stosować u nasady włosów, nie trzeba spryskiwać całej długości, chyba że zależy nam na dobrej przyczepności i podatności włosów na układanie.

Szamponem należy spryskać konkretne miejsce z odległości 30 cm, a następnie go wmasować bez wyczesywania. W przypadku zastosowania zbyt dużej ilości, produkt można wtedy wyczesać lub usunąć ręcznikiem. Stosować maksymalnie 2 razy w tygodniu.


Osobiście miałam już kilka różnych wersji suchego szamponu od Batiste. Zazwyczaj kupowałam wersje original (zapach uniwersalny, cytrusowy) lub tropikal (zapach kokosowy), ale i coraz częściej sięgam po wersję beautiful brunette do zadań specjalnych z dodatkiem koloru dla szatynek. Jako że rok temu otrzymałam paczkę od Meet Beauty to miałam okazję wypróbować też i innych wersji, czyli: wildflower (jabłko, arbuz i gruszka), rose gold (słodka pralinka), a także suchy szampon 2.0 damage control ze wzmacniającą keratyną.



Jeśli chodzi o moje używanie tych produktów to ja suchego szamponu mogę używać maksymalnie 2-3 razy w miesiącu. Jakoś nie jestem przekonana żeby używać aż 2 razy w tygodniu, tym bardziej, że ostatnio chyba mnie zaczął uczulać i pojawiło się swędzenie. Ale nie jest to jakiś dramat, a i tak po chwili myję włosy i wszystko znika.
Wygląd produktów bardzo mi się podoba, szanuję to, że każda wersja ma całkowicie inny motyw, a wszystkie motywy mega mi się podobają i ja bardzo lubię takie rzeczy.  Opakowania mi się nie zacinają, produkty pryskają fajną mgiełkę, która posiada w sobie dość sporo produktu, więc aplikacja przebiega szybko i konkretnie. Zapachy też nie są duszące ani zbyt intensywne. 
Ja zawsze wyczesywałam suchy szampon, dopiero niedawno zaczęłam go wmasowywać we włosy, bo byłam przekonana, że nic się w tej kwestii nie zmieniło, ale spoko, dobrze w końcu ogarnąć.
Jeśli chodzi o działanie tych wersji to nie mam się do czego przyczepić, bo szampon genialnie odświeża włosy, podnosi u nasady, wchłania sebum i sprawia, że ten jeden dodatkowy dzień mogę jeszcze pośmigać w miarę wyglądając jak człowiek.
Co prawda nie jest to jak w reklamach, że włosy wyglądają rzeczywiście, jak po myciu, ale pozbywamy się najważniejszego, czyli na maksa ulizanych włosów. Przechodząc do konkretnych wersji:

Batiste, suchy szampon plus - Beautiful Brunette 

Skład: Butane, Isobutane, Propane, Oryza Sativa (Rice) Starch, Alcohol Denat., Parfum, Limonene, Linalool, Distearyldimonium Chloride, Cetrimonium Chloride, Cl 77491, Cl 77492, Cl 77499.

Suchy szampon Beautiful Brunette został przeznaczony dla szatynek, bo jest z dodatkiem koloru. Szampon am nie tylko odświeżyć włosy, ale i może pomóc w zakryciu siwizny czy odrostów. I muszę przyznać, że ma dość sporo tego koloru w sobie! Czasem mam wrażenie, że może nawet farbować skórę głowy, bo jakoś przedziałek zanika w magiczny sposób. Z jednej strony może to niektórym osobom przeszkadzać, ale z drugiej strony dla mnie to jest spoko i jest to moja zdecydowanie ulubiona wersja, właśnie ze względu na ten barwnik w składzie.
Znajdziecie jeszcze wersje Divine Dark dla brunetek, a także Brilliant Blonde dla blondynek.

Batiste, suchy szampon - Wildflower

Skład: Butane, Isobutane, Propane, Oryza Sativa (Rice) Starch, Alcohol Denat., Parfum, Distearyldimonium Chloride, Detrimonium Chloride, Alpha-Isomethyl Ionone, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.

Można powiedzieć, że jest to jeden z tych 'zwyklejszych' suchych szamponów. Ma dość kwiatowo owocowy zapach, który mi nawet przypadł do gustu. Zapach bardzo przypomina mi niektóre fryzjerskie kosmetyki, więc kojarzy się dość dobrze. I tutaj znowu nie mam mu nic do zarzucenia, bo działa bardzo w porządku. Jedyne co to miałam czasem problem z wyczesaniem, wmasowaniem tej wersji. I nawet jeśli udało mi się pozbyć tego białego konkretnego nalotu to muszę przyznać, że te 'białe' szampony jednak rozjaśniają lekko włosy. Nie jest to jakaś szalona biel, ale gdyby ktoś miał odrosty albo siwe włosy to uważam, że byłyby one jeszcze bardziej podkreślone. Mi to nie przeszkadza, bo ja suchego szamponu używam bardziej dla siebie i w sytuacji, kiedy pracuję tylko w domu i chcę się czuć lepiej.
Aczkolwiek, to była raczej jedyna wersja szamponu, gdzie miałam jakikolwiek problem z wyczesaniem albo wmasowaniem produktu.

Batiste, suchy szampon - Rose Gold

Skład: Butane, Isobutane, Propane, Oryza Staiva (Rice) Starch, Alcohol Denat., Parfum, Distearyldimonium Chloride, Cetrimonium Chloride, Limonene, Linalool, Benzyl Salicylate.

Wersja Rose Gold ma być przeznaczona dla osób na diecie, jako zamiennik słodkiej pralinki. Możecie sobie poniuchać i wcale nie sprawi, że będziecie mieć ochotę jeść słodkie. No, ale. Co prawda mam miniaturki, ale mega się polubiłam z tą wersją! Nie pachnie mi ona wcale jak jakieś pralinki, ale pachnie bardzo ładnie i bardzo mi się podoba! Działanie znowu super, nie będę się powtarzać, bo nic nowego tu nie napiszę. Jest to wersja, która rozjaśniała mi włosy, jak na razie najmniej i był to efekt tak minimalny, że tylko moje czepialskie oko było w stanie to dostrzec. Początkowo myślałam, że ta wersja ma barwnik w odcieniu rose gold, ale tak nie jest. Mimo to jestem zadowolona i chętnie sięgnę po większą wersję kiedyś! W zależności od tego, co się stanie z moimi włosami po transformacji.

Inne wersje: Brit (młodzieżowy i naturalny), Blush (wiosenny), Bare (subtelny), Cherry (wiśniowy), Camouflage (kuszący), Fresh (świeży), Floral (kwiatowy), Luxe (wytrawny), Naughty (uwodzicielski), Nice (dziewczęcy), Party (soczysty), Original (cytrusowy), Pineapple (rajska plaża), Sweetie (słodki), Tropical (kokosowy), Oriental (kobiecy).


Batiste, suchy szampon 2.0 - Damage Control

Skład: Butane, Isobutane, Propane, Alcohol Denat., Oryza Sativa (Rice) Starch, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Crambe Abyssinica Seed Oil, Parfum, Cocoyl Hydrolyzed Keratin, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Distearyldimonium Chloride, Tocopherol, Cetrimonium Chloride, Glycine SOja Extract, Alpha-Isomethyl Ionone, Citronellol, Hexyl Cinnamal Linalool.

Dla mnie to była akurat zupełna nowość i jeszcze nie słyszałam o tych 2.0 wcześniej. Damage Control ze wzmacniająca keratyną ma za zadanie odświeżyć i wzmocnić włosy osłabione intensywnymi zabiegami, dodatkowo ma niewidoczną formułę.
Nie wiem o co chodzi z tą niewidoczną formułą, bo szampon bieli i w dalszym ciągu musimy go wyczesać lub wmasować. Nie rozjaśnia jakoś tragicznie włosów, więc to jest akurat spoko. Tak samo, jak pozostałe szampony fajnie je odświeża, podnosi u nasady i dodaje objętości. Jeśli chodzi o tę keratynę wzmacniająca włosy. Nie wiem, czy produkt, który nakładam naprawdę rzadko jest w stanie mi jakoś wzmocnić włosy, ale na pewno jakieś tam pozytywne oddziaływanie ma. Ogólnie nie wydaje mi się, żeby suche szampony były super w częstym stosowaniu, wiec jak już mam coś z keratyną to biorę, bo nie zaszkodzi. A ile jest tej keratyny w tym szamponie? W składzie znajduję się dopiero po zapachu, a z tego co wiem wszystko co jest po zapachu jest w niewielkiej ilości. Zaraz za keratyną mamy olejek z awocado, więc pewnie i tak niewiele. Z jednej strony dobrze, że w ogóle coś takiego się znalazło w tych produktach, ale szkoda, że tak na szarym końcu.

Inne wersje szamponów 2.0: De-Frizz z wygładzającym kokosem, Hydrate z nawilżającym awocado oraz Volume z kolagenem.



Podsumowując, produkty nie są złe i jeżeli naprawdę potrzebujemy odświeżenia włosów i naszej fryzury, a nie mamy czasu na umycie włosów to jak najbardziej takie produkty są przydatne. W moim przypadku z myciem włosów czasem schodzi mi naprawdę w okolicach 3-4h z całą pielęgnacją, a nawet i bez potrzebowałabym na to pewnie około 1-1,5h co nie jest mało!
Im więcej używałam tym bardziej odczuwałam różnego rodzaju podrażnienia w postaci swędzenia, ale to szybko mijało, nie utrzymywało się potem jeszcze dłuższy czas. Dlatego ja nie zrezygnuję z tych produktów, bo ratują mi życie w niektórych sytuacjach i dla mnie jest super. Ciekawa jestem jak to wmasowywanie sprawdziłoby się przy kręconych włosach, ale jak kiedyś wypróbuję to zrobię Wam aktualizację.


Poza tym, marka ma jeszcze inne produkty do stylizacji; Texturize Me - spray teksturyzujący,  Heat&Shine Spray - spray ochronny i nabłyszczający, Frizztamer - sprawy wygładzający, Hold Me - lakier, Spray XXL - spray zwiększający objętość, XXL Plumping Powder - puder zwiększający objętość oraz Lakier XXL.
Ja nie miałam żadnych produktów do stylizacji, ale kojarzę, że na zagranicznym yt jest tego dosyć sporo i były bardzo reklamowane, więc ciekawa jestem, jak to rzeczywiście jest tymi produktami. Jeśli ktoś z Was używał to dawajcie mi znać, chętnie może coś wypróbuję jeśli polecacie.