#Ślub marzeń, tradycyjnie - błogosławieństwo

15 kwietnia 2020


Dzisiaj w kwestii ślubu marzeń porozmawiamy sobie o błogosławieństwie, tradycyjnym i tym mniej. Dlaczego? Bo my go nie mieliśmy w sposób tradycyjny w dniu ślubu, tak jak 'powinniśmy' i z całym szacunkiem do tradycji - bardzo się z tego cieszę.


Dlaczego nie chcieliśmy błogosławieństwa?

Ja od zawsze wiedziałam, że chcę mieć ślub jak w amerykańskich filmach, ojciec prowadzi mnie do ołtarza, masa wzruszeń, emocjonujący moment i po prostu podobało mi się, że zobaczymy się po raz pierwszy z mężem właśnie przed ołtarzem.
Poza tym, wydaje mi się, że tradycyjne błogosławieństwo jest na maksa stresujące, a ja cała na biało, w full makijażu na pewno bym się rozkleiła i bym tak wyła, że łatwo bym się nie uspokoiła. Od początku kojarzyłam to, jako coś intymnego, prywatnego i takiego naszego. No i inni ludzie, zerkający przez drzwi, wstawiający głowy, patrzą, a ja nie mam pojęcia co miałabym robić, ta myśl mnie szczerze przerażała.
Inna kwestia była taka, że ja nie chciałam mieć też i innych tradycyjnych rzeczy, jak wykupowanie panny młodej , bramy i tej całej szopki. Nie chciałam mieć chmary ludzi w domu i przed domem, którzy tylko by mnie stresowali. Chciałam na spokojnie się ogarnąć i przygotować i podejść do tego wszystkiego na luzie.
A i kolejna rzecz to taka, że nie wiedziałabym co robić, oglądałam masę filmów weselnych i zawsze wygląda to inaczej, zapewne uzależnione to jest od regionu i od rodziców, a moi też nie wiedzieli co mają robić.


Co na to kościół?

Zupełnie nic. Zapytałam proboszcza o to, czy tato może mnie zaprowadzić do ołtarza już na pierwszym spotkaniu, a on w sumie stwierdził, że to nie jego sprawa, z kim ja przyjdę do ołtarza i o nic więcej nie pytał. Jeśli chodzi o błogosławieństwo, nikt Was w kościele o to nie pyta, nie wypełniacie formularza, nie musicie przynieść papierka potwierdzającego, że błogosławieństwo w ogóle się odbyło.



Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Paulina (@beautifulduty.pl)


Co na to inni?

Rodzice wiedzieli, że za bardzo nic nie wskórają, i że i tak będziemy obstawać przy swoim. A czy innym coś nie pasowało? Myślę, że niektórym na pewno to przeszkadzało, część mogła myśleć, że wydziwiamy, a inni mogli nawet nie zauważyć braku błogosławieństwa. I szczerze mnie to jakoś za bardzo nie obchodziło, bo nie lubię robić rzeczy, które wypada i robić czegoś na pokaz, żeby zadowolić innych. Żyję w przekonaniu, że wesele jest dla gości, a ślub jest dla pary młodej, a na własnym ślubie bardzo nie chciałam robić czegoś na siłę, bo tylko bym się wkurzała, a po co?

Błogosławieństwo w innej formie

Jak najbardziej u nas błogosławieństwo się odbyło. Pisałam o tym na początku, że ta chwila była dla mnie bardzo prywatna, więc zależało mi na niej. I błogosławieństwo się odbyło.
Tydzień przed ślubem zaprosiliśmy naszych rodziców do naszego nowego mieszkania na obiad. Mogli zobaczyć mieszkanie i być zarazem naszymi pierwszymi gośćmi. Możecie się domyślać, że w trakcie obiadu mega trzęsły mi się ręce, więc tato stwierdził, że nie będą nas dłużej stresować, przejął inicjatywę i po prostu nas pobłogosławił. Nie były to typowe błogosławieństwo, nie było klękania, były po prostu życzenia takie szczere, prosto z serca, bez widowni dookoła, po naszemu, tak normalnie, ale jak najbardziej cudownie, co bardzo fajnie wspominam ;).


Ja jestem bardzo zadowolona z tego, jak to wszystko wyglądało, wiadomo było po mojemu, więc nie mam na co narzekać, ale to wszystko sprawiło, że było na maksa magicznie i ja byłam szczęśliwa. Błogosławieństwo odbyło się na spokojnie, a i ja przed ślubem mogłam się na spokojnie ogarnąć, nie stresować się ludźmi i po prostu cieszyć się tym dniem. Sam fakt, że wszyscy jadą prosto do kościoła może też i zaoszczędzić wszystkim czasu. Poza tym, moment w którym tato prowadził mnie do ołtarza jest moim jednym z ulubionych, bardzo emocjonujący i taki, że zapamiętam go do końca życia. No i pierwsze spotkanie z mężem przed ołtarzem... to jest moment nie do opisania, kiedy widziałam jak wychodzi z zakrystii i idzie pod ołtarz, jak czeka na mnie wpatrzony i to jest moja wisienka na torcie.

I uwielbiam to, że mój tato mógł mnie zaprowadzić do ołtarza i zdecydowanie ten moment, kiedy zobaczyłam mojego męża po raz pierwszy przed ołtarzem jest najbardziej wspominanym momentem przeze mnie, dlatego bardzo się cieszę, że uparcie trwaliśmy przy swoim ;)
A Wy, co myślicie o błogosławieństwie w innym dniu niż przed ślubem? :) Czy jest ktoś, kto zrezygnował z niego tak samo, jak i ja? Jeśli tak, jestem strasznie ciekawa jak ta chwila wyglądała u Was! <3


Pielęgnacja włosów z Isaną, olejek arganowy

12 kwietnia 2020


No i witam Was ponownie! Dzisiaj będzie o kolejnym olejku do włosów. Jak pewnie już wiecie, ja uwielbiam olejować włosy i one też to uwielbiają. Tak naprawdę bez olejowania u mnie włosy pewnie by odpadły, więc tym bardziej testuję i testuję. Ostatnio zaczęłam używać oleju winogronowego, który miał mieć idealne działanie, ale trafiłam na taki, który pachnie jak jakieś tanie wino. I jak w sumie nie mam nic aż tak do taniego wina, to mimo wszystko ciężko wytrzymać, kiedy ma się to na włosach przez dłuższy czas. Na szczęście mam jeszcze inny olejek, który głównie używałam jeżdżąc na basen, ale postanowiłam od czasu do czasu i nim olejować włosy skoro tamtego zapach mi nie pasuje ;). Więc Isana, Oil Care Haarol zasłużył i na recenzję ;)


Isana, olejek do włosów
Oil Care Haarol


Olejek przeznaczony jest do mocno zniszczonych i suchych włosów. Zawiera olejek arganowy [5] i słonecznikowy [3,4]. Ma za zadanie nadać włosom zdrowy połysk, pielęgnować je i pozostawić zdrowe, silne i lśniące. Olejek szybko się wchłania i uszlachetnia włosy, tym samym ich nie obciąża i nie przetłuszcza. 
Przetestowany przez fryzjerów. 

Skład: Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Helianthus Annuus Hybrid Oil [3], Helianthus Annuus Seed Oil [4], Argania Spinosa Kernel Oil [5], Parfum, Benzyl Alcohol,Limonene, Linalool, Hexyl Cinnamal,  Citronellol, Benzyl Salicylate,  Alpha-Isomethyl Ionone, Geraniol, Cl 40800.

Sposób użycia: olejek można stosować na kilka różnych sposób; przed myciem w ramach olejowanie, na mokre włosy w celu nadania im połysku i gładkości oraz na suche włosy jako wykończenie.


Olejek znajduję się w dość fajnym opakowaniu, chociaż też i się niczym nie wyróżnia. Jest przeźroczyste, więc przynajmniej widzimy ile olejku nam jeszcze zostało do całkowitego zużycia. Macie najważniejsze informacje na butelce i dodatkowo mamy naklejkę z polskimi napisami. Mamy też pompkę, która dozuje nam niewielką ilość produktu. Ja na użycie pompuję i pompuję zazwyczaj, zależy też od mojego czasu, ale na pewno czasem podchodzi pod 10 pompek. Dobrze, ze pompka jest, nie zacina się, sprawnie działa przez cały czas. Mamy też zatyczkę, która dodatkowo chroni pompkę przed naciśnięciem, nic nie przecieka, więc wszystko gra.
Konsystencja jest dość tłusta, jak na olejek przystało i gęsta, ale n ie ma problemów z nakładaniem produktu na włosy. Zapach jest dość mocny i jest wyczuwalny, kiedy mam naolejowane włosy, ale nie przeszkadza mi to, bo zapach jest bardzo ładny! Nie mam pojęcia, co tak pachnie, kojarzy mi się z jakimiś orzechami, jest lekko przydymiony, ale naprawdę ładny.



Działanie! Muszę przyznać, że olejek idealnie sprawdza się na basen, kiedy chcę ochronić włosy przed chlorem. Wtedy dodatkowo je pielęgnuje, co mnie mega cieszy, że nie mam potrzeby potem dodatkowo jakoś pielęgnować i dbać o włosy, więc bardzo polecam ten sposób!
Jako olejowanie, zawsze nakładam olej na podkład, jest to albo żel aloesowy Holika Holika albo po prostu sok z aloesu. Uwielbiam! Nie dość, że pachnie bardzo ładnie i ten zapach jest wyczuwalny, co mi na maksa pasuje, to jeszcze działa. Nie spływa z włosów, tylko super w nie wnika, a ponadto bardzo łatwo jest go zmyć, u mnie to standardowo szampon Alterra i nie plączą się. Włosy po umyciu są cudownie nawilżone, mięciutkie, mega wygładzone i po prostu w super stanie! Nie zauważyłam obciążenia ani przetłuszczenia, dla mnie czad.
Jeśli chodzi o nakładanie na mokre włosy, to ja do tego mam inny olejek i jest to Natura Siberica, olejek rokitnikowy, ale z ciekawości sprawdziłam i ten, żeby móc coś powiedzieć na ten temat. Efekt są muszę przyznać, takie sobie. Jakoś nie zauważyłam jakiejś ogromnej różnicy, a nawet miałam wrażenie, że były mega słabo ujarzmione, a końcówki żyły własnym życiem.
Z kolei do nakładania na suche włosy też używam innego produktu, ale znowu postanowiłam to sprawdzić i jestem zachwycona. Albo moje włosy po prostu tak piją ten olejek albo on jest na tyle fajny, że idealnie w nie wnika, albo to i to. Nie pozostawia po sobie żadnego tłustego śladu na włosach i ich nie obciąża. Za to cudownie je wygładza i nawilża. Nie wyglądają na poszarpane ani na zniszczone, tylko na super zdrowe, więc jak dla mnie czad. Olejku mogę dodawać co jakiś czas tyle ile mi się podoba i nie ma opcji, żeby jakoś je przetłuścił, co przy innych produktach mi się zdarza. Fajne to jest, bo można na bieżąco dbać o włosy i co jakiś czas dodawać im zastrzyk nawilżenia bez obaw.


Podsumowując ja jestem zadowolona! On jest mega tani i na dodatek uniwersalny. Mogę go brać ze sobą, jako jeden produkt i używać, jako oleju, jako serum na końcówki i jako dodatkowe nawilżenie na mokre włosy, dla mnie czad. Co prawda trochę zastanawia mnie jego skład, zapach dość wysoko, ale ja się na nich nie znam, to tak sobie mogę coś głośno myśleć. Ja i tak go najbardziej traktuję w razie w, kiedy mam dość pozostałych olei, które obecnie testuję ;).
Dajcie znać, co myślicie i może macie możliwość polecenia mi innych olejków?


Kenia | Story Time, jak wyglądało kupowanie pamiątek?

09 kwietnia 2020


Dzień dobry! Dzisiaj wracamy do tematu Kenii! Co prawda nie wiem, czy powinnam Was denerwować tematem wakacji, w momencie kiedy jesteśmy dalej uziemieni w domu, ale! Z drugiej strony, trochę wakacji, ciepełka i takich fajnych klimatów nikomu nie zaszkodzi! Dzisiaj będzie o jednej sytuacji, która przytrafiła nam się w Kenii kupując pamiątki. Może się wydawać, że hoho, co niby się działo, ale ja Wam zaraz powiem! Myślę, że każdy kto kiedykolwiek by się udał w tamto miejsce powinien być przygotowany na coś takiego. Bo mnie ta sytuacja przerażała, poważnie.


Przed wyjazdem, dużo czytaliśmy i zgodzę się z tym, że biały człowiek jest tam uznawany za bogatego. Targować się trzeba, bo inaczej zapłacicie kwotę z kosmosu i im na pewno nie będzie przykro z tego powodu! Ale to też nie jest takie proste, bo oni są mistrzami manipulacji, perswazji i zakręcą Wami tam, że nie będziecie wiedzieć, co się stało i jak to się stało. Właśnie dlatego, kupowanie pamiątek i targowanie nie do końca należało do przyjemnych momentów. O beachboysach już wiecie, są wszędzie i tylko się czają aż wyjdziecie na plażę i od razu do Was podejdą! A nawet nie będą czekać, każda okazja będzie dobra, żeby Was zagadać i nie tak łatwo jest się od nich uwolnić. Z jednej strony, okej, to jest ich jedyna szansa na zarobek, a muszę przyznać, ze niektórzy mają naprawdę ogromną wiedzę, o czym przekonaliśmy się przy okazji Sea Safari, o czym napisze w kolejnym wpisie o Kenii.


Kupowanie pamiątek w Kenii

Bardzo chcieliśmy kupić jakieś pamiątki dla siebie i dla innych, jak zawsze, nic specjalnego, jakieś drobnostki. Oczywiście jeden beach boy nas pokierował na stragan, który na całej plaży był jeden - i nie wiem, czy odważyłabym się tam zajść sama, gdyby nie on. Sam stragan był nawet spory i w środku niego znajdowało się kilka różnych stołów; każdy stół był nazywany oddzielnym sklepem i należał do innej osoby. Nieważne, kto Was na ten stragan zwabił, przeglądać oczywiście możecie wszystko i wybierać rzeczy z różnych stołów. W międzyczasie będą Wam pokazywane różne rzeczy, dużo różnych rzeczy.

Nic nie ma ceny

I nikt Wam nie powie ile co kosztuje, nawet jak zapytacie 100 razy to się nie dowiecie. Ja już w pewnym momencie przestałam pytać, bo jak o coś spytacie, a czasem tylko dotkniecie, dla nich będzie to znak, że chcecie to kupić i zostanie to dla Was odłożone w bezpieczne miejsce, a 'Ceną się nie przejmujcie, kupujcie dalej!'. Im bardzo ciężko przegadać i naprawdę uważam, że są mistrzami taktyk wywierania wpływu. No i tak sobie wybieracie niczego nieświadomi, dostajecie jakąś miskę na te wszystkie rzeczy, którą potem też możecie kupić, coś wam jest wciskane/proponowane i jak skończycie zakupy dowiadujecie się, że macie iść do biura na spotkanie szefem. 'WHAT?'


Gdzie jest to biuro?

Biuro znajduje się z tyłu, za straganem, po środku niczego... między krzakami. Poważnie. Na środku znajduje się stół, dookoła niego kilka krzeseł, a dookoła tego pozostałe krzesła, na których siedzieli inni starsi mężczyźni. Spoko, w mojej głowie od razu pojawiła się myśl, że przecież nikt nie wie, że tu jesteśmy, ich jest dużo więcej niż nas, i nie znamy ich i w ogóle milion pytań bez odpowiedzi. No, a na dodatek za stołem z drugiej strony zasiadł potężny facet, starszy od beach boysów, boss - prawdopodobnie szef wszystkich szefów i to on miał się zająć wyceną.

180$ za magnesy i figurki

Wybraliśmy kilka magnesów, jakieś figurki zwierząt, bransoletki i nie wiem co jeszcze. Nic wielkiego, raczej drobne pierdoły, a wszystko kosztowało dokładnie 180$. No, ja zbladłam i się bardzo zszokowałam, a ta cała sytuacja razem ze wszystkimi czarnymi, którzy nas obserwowali, z ceną z kosmosu, sprawiła, że początkowo bałam się w ogóle targować i cokolwiek odezwać. Ale nie było wyjścia. Zaczęliśmy się na zmianę zapisywać ceny w zeszycie, proponowaliśmy, że możemy z czegoś zrezygnować. Ale nie ma takiej potrzeby, bo oni chcą nam dać wszystko. W między czasie zaproponował nam nawet zapłacenie części kwoty w dolarach, a drugiej części w złotówkach, co suma summarum przewyższało te pierwsze 180$ - afrykańskie biznesy. Ostatecznie zapłaciliśmy za te pamiątki chyba 80$ (tyle też mieliśmy maks przy sobie). Niby dużo utargowaliśmy, ale w dalszym ciągu dużo zapłaciliśmy. Ale ta cała sytuacja mnie tak przerażała, że chciałam to skończyć, jak najszybciej.
Każda rzecz była podpisana, boss wszystko spisał i obstawiam, że każda osoba, która coś wykonała dostała pieniądze za swoją pracę (mam nadzieję).


To nie koniec...!

Wyjście stamtąd wcale nie było takie łatwe. Po drodze nagle większość wstała, ktoś się pojawił nie wiadomo skąd i zaczęli od nas wołać o wszystko, co się dało; klapki, koszulki, spodenki, okulary, długopisy, kosmetyki i inne pierdoły. Ok, ja byłam na to przygotowana i miałam stare japonki, które dałam jakiemuś typowi, bo stwierdził, że jego córka bardzo by się z takich ucieszyła. O dziwo, zaproponował mi, że w zamian za klapki mogę sobie coś wybrać z jego sklepu. Fajnie! Ale jak zaczęłam wybierać, to okazało się, że powinnam jeszcze dopłacić. I wtedy już uciekłam. Ale to jest właśnie deal, powinnam się uczyć, haha


Na zdjęciach to oczywiście nie wszystko, bo to, co mieliśmy dla innych już dawno porozdawaliśmy.
Z jednej strony zdaję sobie sprawę z tego, że za te rzeczy przepłaciliśmy, z drugiej strony mieliśmy możliwość zobaczyć ich w akcji, czyli w pracy, kiedy własnoręcznie wykonywali te wszystkie rzeczy. Kiedy jeszcze kupowaliśmy tę deseczkę z imionami i napisem Kenia (z 80$ wprawieni zeszliśmy do 10$), zaprowadzili nas znowu w krzaki, gdzie kilkoro czarnych robiło gównie figurki. Tak, znowu w krzakach, ledwo byli w stanie schować się przed słońcem, nie widziałam tam nigdzie wody ani żadnego jedzenia. Nie wiem ile dostają za każdą sprzedaną rzecz, ale my nie zbiedniejemy, a dla nich każdy dolar jest na wagę złota, więc okej aż tak nie boli tak nadpłata ;).


Mieliśmy też i drugą okazję robić zakupy. W naszym ośrodku był masajski targ co niedzielę, przychodzą Masaje i wystawiają swoje sklepy, więc możecie coś kupić, pamiątki, figurki, ubrania, obrazy, torebki itp. Dzień wcześniej dostaliśmy kupon, który mogliśmy wymienić na targu na drobny upominek, ale wiadomo jak to działa - znowu wypada coś kupić, ale okej. Wzięliśmy tyle pieniędzy ile maks byliśmy w stanie wydać i jeszcze raz! Wybraliśmy znowu jakieś łyżki ozdobne i nie pamiętam co, ponownie udaliśmy się do biura (już nie w krzakach, wszystko się działo w ośrodku), gdzie uderzyła nas kolejna cena. Co prawda nie pamiętam ile konkretnie i za ile wtedy kupiliśmy, ale po utargowaniu się i zrezygnowaniu z kilku rzeczy, nasz sprzedawca schował część kwoty do skarpety upewniając się, że nikt nie patrzy, a resztę przekazał bossowi. Gdybym wiedziała o tym wcześniej, od tego zaczynałabym targowanie! :) Radzą sobie, jak mogą ;)


Nie wiem, czy udało mi się idealnie odzwierciedlić to, co wtedy czułam, ale musicie uwierzyć mi na słowo, że cała ta sytuacja, otoczka, miejsce sprawiały, że naprawdę się trochę obawiałam. I nie jest to powód uprzedzeń, ale w każdym miejscu na świecie tak bym się czuła, gdyby to się powtórzyło. ;)


Mocne oczyszczanie twarzy z Tołpą: sebio.

06 kwietnia 2020


Dzień dobry! Jak tam? Trzymacie się jakoś? Mi już na maksa odwala od tej kwarantanny i wiem, że powtarzam to ostatnio cały czas, ale naprawdę mam nadzieję, że to się już skończy jak najszybciej, bo ile można? Ale musimy to przetrzymać, będzie dobrze, będzie super i wierzę, że już niedługo pojedziemy gdzieś zrobić grilla, napić się piwka w ogrodzie i będzie można bez przeszkód wyjść na spacer.
Ale, akcja #zostańwdomunałózmaskę trwa w najlepsze, dzięki czemu w końcu udało mi się znaleźć te produkty marki Tołpa do oczyszczania twarzy, których zawsze na maksa chciałam wypróbować, były w szafie, więc ciężko nie było! Najważniejsze to, że użyłam i zapraszam na opinię! I wierzcie lub nie, ale to był mój pierwszy ever peeling enzymatyczny! Enjoy!



I zanim przejdę do omawiania tych produktów oddzielnie to muszę wspomnieć o ogólnej prezencji. Nie muszę pisać, że opisy marki Tołpa na opakowaniach są swojego rodzaju strzałem w 10, ja bardzo lubię czytać i bardzo podoba mi się to, że na tych opakowaniach macie dosłownie wszystko! Opis jest wyczerpujący, a i dostanie dużo informacji dodatkowych, ja to bardzo lubię!
Oba produkty znajdują się w aluminiowych ubkach, które pomagają zachować jakość produktu i nierozwijanie się bakterii. Dodatkowo nie dostaje się tam powietrze, co jest zaletą, ale w moim przypadku powoduje, że jak tylko odkręcam te tubki, to od razu produkt sam z siebie 'wychodzi' na zewnątrz. Da się do tego przyzwyczaić i na to przygotować, chociaż czasem jest dość irytujące, ale nie na tyle, że tracę ochotę na używanie. Ale jak widzicie na poniższych zdjęciach, otwór tubki jest dość specyficzny, podłużny i gdyby nie specyfika produktów, to pozwalałaby na mega precyzyjne nakładanie.


Poza tym, zakrętka działa bardzo poprawnie, nie mam problemów ani z odkręcaniem ani z zakręcaniem tubek, a i za każdym razem mam pewność, że jest dobrze zakręcony.
Także tutaj od strony technicznej, jak dla mnie, wsio gra!


Tołpa: dermo face, sebio.
Peeling 3 enzymy


Zawiera papainę z papai [5], bromelainę z ananasa [6], mikrokapsułowaną keratynazę [8] i glicerynę [2]. Nadaje się do skóry mieszanej, tłustej i trądzikowej, a także do skóry wrażliwej.
Ma za zadanie intensywnie złuścić, głęboko oczyścić pory, a także zapobiegać ich blokowaniu, zmniejszać ilość zaskórników, wyreguluje rogowacenie naskórka i wygładzi jego powierzchnię, wyeliminować nawracające niedoskonałości i zmniejszyć ilość zaskórników. Produkt działa, jak peeling mimo że nie zawiera drobinek ani kwasów AHA. Usunie zrogowaciały naskórek bez pocierania i dodatkowych podrażnień, Skóra po zastosowaniu będzie odnowiona, nawilżona, matowa i bez zaskórników.

Skład: Aqua, Glycerin [2], Propylene Glycol, Peat Extract, Papain [5], Bromelain [6], Algin, r-Bacillus Licheniformis Keratinase [8], Carbomer, Tetrasodium EDTA, Xanthan Gum, Sodium Hydroxide, Parfum, Tromethamine, Sodium Chloride, Calcium Chloride, Ethylhexylglycerin, Phenoxyetanol, Caprylyl Glycol.

Sposób użycia: należy nałożyć dość grubą warstwę peelingu na oczyszczoną twarz omijając okolice oczu i pozostawić na 10 minut. Następnie należy rozmasować delikatnie zwilżonymi dłońmi, zaczynając od szyi w górę, poprzez brodę, policzki, nos i czoło, a na koniec spłukać letnią woda. Stosować 2 razy w tygodniu.


A więc jak wspomniałam jest to pierwszy peeling enzymatyczny,z  którym miałam do czynienia i jako wierna fanka peelingów mechanicznych, mocnych i gruboziarnistych, stwierdzam, że jestem bardzo zadowolona!
Zapach peelingu jest dość owocowy, lekko jabłkowy, nie do końca mi się kojarzy dobrze, ale też aż tak mi nie przeszkadza. Konsystencja jest bardzo gęsta, trochę glutkowata i bardzo kleista, ale to dobrze, bo nie mamy uczucia, że peeling nam spłynie z twarzy, wiec to jest bardzo fajne. Po nałożeniu od czasu do czasu mam uczucie lekkiego pieczenia, ale głównie przy podrażnieniach w okolicy nosa np. Tak to produkt sam w sobie nie podrażnił mi skóry ani razu.
Jeśli chodzi o działanie to muszę przyznać, że skóra jest tak samo dobrze oczyszczona, jak po peelingach mechanicznych! Jest gładka, miękka i bardzo miła w dotyku. Nie mam wrażenie, że jakikolwiek martwy naskórek został na twarzy, tylko tak super wszystko jest wygładzone, że ja jestem trochę w szoku! Od kiedy używam tego produktu czuję, że moja cera jest w dużo lepszym stanie niż wcześniej. Coraz rzadziej pojawiają się jakiekolwiek niedoskonałości nawet przy okresie. Ponadto, pory są rzeczywiście uspokojone i oczyszczone i jestem w stanie zauważyć mniejszą ilość zaskórników. 
Skóra nie jest przesuszona ani ściągnięta, tylko fajnie nawilżona i zadbana. Nigdy nie miałam raczej problemów z sebum i z przetłuszczaniem się skóry, więc tego nie jestem w stanie raczej sprawdzić.


Tołpa: dermo face, sebio.
maska czarny detox


Maska zawiera węgiel aktywny [10], borowinę [4], glicerynę [3] i białą glinkę [2]. Maska idealnie nadaje się do cery mieszanej, tłustej i trądzikowej, jak i również do skóry wrażliwej. Jest hipoalergiczny.
Ma za zadanie detoksykować, głęboko oczyszczać, redukować niedoskonałości oraz zaczerwienienia i przywrócić równomierny koloryt,  pochłaniać sebum oraz zwężać rozszerzone pory i zmniejszać ich ilość. Poza tym, zapewnia potrójny detox oraz silne oczyszczanie, jak i koryguje niedoskonałości. Nie powoduje uczucia dyskomfortu i ściągnięcia, a skóra po użyciu będzie głęboko oczyszczona, nawilżona i matowa.

Skład: Aqua, Kaolin [2], Glycerin [3], Bentonite, Peat Extract [4], Hydrolyzed Algin, Zinc Sulfate, Disodium EDTA, Hydroxyethyl Acrylate/ Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Parfum, Charcoal Powder [10], Polyglyceryl-10 Stearate, Polyglycerin-10, Polyglyceryl-10 Myristate, Sodium Dehydroacetate, Citric Acid, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol.

Sposób użycia: maskę należy nałożyć na oczyszczoną twarz omijając okolice oczu i pozostawić na ok. 10 minut aż do wyschnięcia. Następnie należy spłukać letnią wodą lub usunąć płatkiem kosmetycznym nasączonym wodą. Stosować 2-3 razy w tygodniu.


Obawiałam się, że będzie to kolejna czarna maska typu peel-off, że w trakcie ściągania strasznie ciągnie, co na maksa boli i mnie drażni. Zaskoczyłam się bardzo pozytywnie! Po pierwsze zapach jest na maksa ładny i bardzo mi się podoba, dość owocowy i odświeżający, poza tym nasza czarna maska ma piękny szmaragdowy odcień, co podoba mi się jeszcze bardziej. Niby nic, a od razu dodaje kilka punktów do ostatecznej oceny. 
Maska zasycha na twarzy dość szybko, myślę, że zdecydowanie jest to mniej niż 10 minut, co jest spoko dla osób, które nie przepadają za leżeniem w maskach. A i dla mnie to jest plus, bo zazwyczaj gderam, że nie mam czasu na maskę, ale nie oszukujmy się, co któryś dzień 10 minut znajdę na pewno ;).  Maska nie powoduje wcale uczucia ściągnięcia, nawet jak zaschnie już na twarzy i tak jesteście w stanie w miarę mówić i funkcjonować.
I efekty są znowu bardzo na plus! Skóra jest idealnie zmatowiona, ale zarazem nawilżona i odżywiona. Poza tym, maska oczywiście fajnie oczyszcza skórę, redukuje i uspokaja niedoskonałości, sprawia, że zaczerwienienia są również mniej widoczne, tak samo jak i pory! Ja jestem mega zadowolona!


No! Jak możecie się domyślać jestem super zadowolona z obu tych kosmetyków. Zazwyczaj używam ich w duecie, jakoś tak jest mi wygodniej, ale muszę przyznać, że marka Tołpa naprawdę super sobie dała radę i stworzyła coś, do czego ja będę bardzo chętnie wracać i nie tylko teraz w czasie #zostańwdomu! Brawo! Skóra jest w naprawdę super stanie od kiedy używam tych produktów, a nawet nie muszę tego robić regularnie kilka razy w tygodniu. Wystarczy mi minimum raz na tydzień i też jest bomba!


Trendhim; dlaczego mężczyzna powinien nosić biżuterię?

03 kwietnia 2020



Kolejny dzień, kolejny temat, a dzisiaj będzie niekosmetycznie. Skupimy się na dodatkach i biżuterii, której sama mam ogrom; naszyjniki, bransoletki i kolczyki - to tylko część tego, co posiadam. A co z mężczyznami? Biżuteria kojarzy się głównie z damskimi dodatkami i błyskotkami, i uznaje się, że takie akcesoria zarezerwowane są jedynie dla kobiet. Muszę przyznać, że uwielbiam męskie dodatki i biżuterię! Chcę Wam pokazać, że mężczyzna też może nosić biżuterię i w dalszym ciągu wyglądać męsko i seksownie!


Zacznijmy od tego, że biżuteria nie musi oznaczać zniewieściałego mężczyznę, tak samo jak i używanie przez niego kosmetyków. Czy może być coś lepszego niż facet, który o siebie dba? Albo facet, który zwraca uwagę na szczegóły i swój ubiór? Dla mnie to jest to po prostu zajebiste. Uwierzcie, że taki facet może być 100 razy bardziej męski od takiego, który stroni od kremów i biżuterii, bo to niby babskie.


Nie będę się tutaj rozpisywać o ładnych paskach, spinkach i zegarkach, bo to wszystko kojarzy nam się z czymś normalnym, a też należy do kategorii biżuterii. Skupmy się na pozostałych akcesoriach.
Naszyjniki to jedna z tych rzeczy, które też uchodzą za 'normalne' i nikt nie psioczy, że niemęskie. I dobrze, bo naprawdę pasują facetom! A i wybór jest naprawdę spory, od łańcuszka z krzyżykiem do medalionów i nieśmiertelników. A takie delikatne świecidełko widoczne przy rozpiętej koszuli kojarzy mi się z elegancją i klasą samą w sobie. Poza tym, mamy jeszcze pierścionki. Męskie stylizacje z pierścionkami są dla mnie bardzo inspirujące. Co prawda, nie powiedziałabym, że pierścionki pasują do każdego, ale muszę przyznać, że mój mąż z obrączką wygląda fenomenalnie, więc czemu nie? A ostatnio najbardziej podobają mi się męskie bransoletki, nie takie na łańcuszku, ale takie bardziej toporne, które zwracają na siebie uwagę na męskich nadgarstkach. Z pierwszą bransoletką, jaką kupiłam mężowi na rocznicę miałam trochę obawy, bo nie do końca wiedziałam, czy będzie chciał nosić. Stwierdziłam, że nawet jakby miała leżeć, to trudno, ale okazała się strzałem w 10, więc lecimy dalej!



Bransoletka z TrendHim od razu spodobała się mojemu mężowi, nawet delikatna, pleciona, ale dzięki temu, że okręcamy ją dwa razy na nadgarstku staje się konkretna. Fajnie wygląda solo na nadgarstku, ale i pasuje do różnych zegarków. Dodatkowo jest bardzo uniwersalna, bo pasuje do każdej stylizacji i na każdą okazję; na randkę, na oficjalną uroczystość, ale i na co dzień fajnie dopełnia całość.

Dlaczego mężczyźni powinni nosić biżuterię? 
Biżuteria dopełnia czasem pustą stylizację samych ubrań, dodają wyrazu i charakterystycznego wyglądu. Nie ma nudy, nie jest zwykło, prosto, a czasem poprzez dodanie jednej bransoletki można odmienić cały look.
Męska biżuteria jest naprawdę elegancka, a zdjęcia mężczyzn w garniakach, z pierścionkiem i bransoletką są dla mnie na maksa inspirujące i to wygląda super! Inspiracją do kupowania np. oryginalnych prezentów mężowi.


Nie chodzi o to, żeby od razu się obwiesić jak choinką biżuterią od góry do dołu, ale delikatnie, na spokojnie Możecie powoli testować co Wam pasuje, próbować, dobierać po jednej rzeczy, krok po kroku.

Jak nosić męską biżuterię?
Oczywiście każdy dopasowuje ilość i jakość do siebie i do swojego stylu. Nie ma uniwersalnych rad, że tak jest najlepiej. Osobiście uważam, że nie ma potrzeby przesadzać z ilością dodatków, tak samo jak i nie ma co nakładać kilkunastu bransoletek na raz. Poza tym, warto zwracać uwagę na okoliczności, nie zawsze wszystko pasuje nam na każde wyjście i na każdą okazję. No i warto zwracać uwagę też na materiały z jakich biżuteria jest zrobiona. Nie każdemu wszystko może pasować, a myślę, że przy męskiej biżuterii można stawiać na jakość i czasem zapłacić więcej :).




Dajcie znać, co Wy myślicie! Lubicie facetów, którzy noszą biżuterię? Czy w ogóle nie zwracałyście na to uwagi? A może te z kupujecie coś takiego swoim facetom? No i mężczyźni, nosicie biżuterię? Lubicie? Jaka jest Wasza ulubioną? Jestem ciekawa! :)